M. Bułhakow, Mistrz i Małgorzata – „świat, -y dzieła” współczesnego



Pobieranie 55.61 Kb.
Data09.05.2016
Rozmiar55.61 Kb.
  1. M. Bułhakow, Mistrz i Małgorzata – „świat, -y dzieła” współczesnego

1. Rozpoczynamy od krótkiej refleksji hermeneutycznej Paula Ricoeura (jeśli nie wiesz kto to, zajrzyj do „Świadectwa i sensu”, s. 38-41). Co dzieje się – pyta m.in. Ricoeur - gdy słowo przyjmuje postać pisma, a w dalszej konsekwencji staje się dziełem (choćby w najprostszej postaci, na przykład listu) a więc otrzymuje kompozycję i formę? "Pismo - odpowiada filozof - doprowadza do wyzwolenia rzeczy napisanej, treści od warunków dyskursu, jakie ustanawia rozmowa".1 Gdy otrzymujemy pewien przekaz pod postacią zapisu, nie ma tam "jedności czasu i przestrzeni" rozmowy, nie ma spojrzenia w oczy, możliwości "dopytania" o rzeczy niejasne, wsparcia przekazu gestami. Pojawia się zatem swoisty dystans! Sens dzieła przez utrwalenie na piśmie i nadanie mu pewnej formy (mitu, pieśni, powieści) odrywa się od interpretacji autora, przekracza granice sytuacji pierwotnego adresata i otwiera na nowe horyzonty rozumienia. Więcej jeszcze, „zawieszenie” odniesienia bezpośredniego - zawieszenie, którego dokonują fikcja literacka i poezja, jest warunkiem umożliwiającym wyzwolenie funkcji referencyjnej języka na drugim poziomie, tj. na poziomie, na którym język dosięga nie tylko przedmiotów, lecz także tego, co Husserl określił jako Lebenswelt, a Heidegger – „bycie-w-świecie”.

2. Powracamy w tym miejscu do postawionego przez Heideggera problemu rozumienia i jego wykorzystania w interpretacji dzieła literackiego. W tradycyjnej teorii badań literackich długo obowiązywała koncepcja romantyczna, według której zrozumieć dany tekst, to odpowiedzieć na pytania: co dany autor chciał powiedzieć? Z jaką intencją pisał do swoich odbiorców? Takie pytania są jednak mało użyteczne. Autorzy licznych tekstów są nieznani. W innych przypadkach czytelnik zna co najwyżej samo nazwisko autora i niewiedza ta nie wpływa na jego zrozumienie dzieła, innym znowu razem czyta i rozumie, nie interesując się autorem. Wreszcie w przypadku większości tekstów literackich nawet specjaliści nie wiedzą, jakie intencje kierowały autorem i czy udało mu się je zrealizować. Przede wszystkim zaś już samo pismo, forma literacka i kompozycja sprawiają, że zostaje "zawieszona" wspólna sytuacja piszącego i czytelnika. Łączy ich teraz "świat", który przez dzieło zostaje zaproponowany czytelnikowi; świat, który ma swoją fabułę, swoją sieć osób, swój system wartości, swoje kody komunikacji.

3. Tym zatem, co jest do zrozumienia w dziele literackim, nie jest intencja autora (intentio auctoris), ale intencja dzieła (intentio operis) - świat tekstu. Staje się on pewną propozycją dla czytelnika: może on w nim zamieszkać, kształtować bardziej autentyczne człowieczeństwo, przemyśleć los, odkryć sens.

4. W tej perspektywie ostateczny cel lektury, interpretacji, odbioru, rozumienia dzieła polega na rozumieniu siebie: "ja" odbiorcy jest konstytuowane przez świat tekstu, o ile otwiera się na nowe możliwości bycia; czytelnik znajduje siebie wtedy, gdy zatraca się w lekturze, która budzi całe bogactwo jego wyobraźni.

5. Nie oznacza to jednak, że w interpretacji literatury wolno zrezygnować z poznania genezy dzieła, jego kontekstu i struktury. Spotkanie, krzyżowanie horyzontu świata dzieła i świata odbiorcy, a w konsekwencji rozumienie siebie staje się tym bardziej udane, im lepiej czytelnik jest przygotowany do jego przyswojenia. W tym właśnie sensie Ricoeur przypomina o znaczeniu reguł wyjaśniających w interpretacji, a Gadamer podkreśla, że zasadniczo "słuszny jest postulat, aby interpretator nie zabierał się za <> niejako prosto z mostu, żywiąc się swym gotowym poglądem wstępnym, lecz wyraźnie go sprawdzał pod kątem jego prawomocności, tzn. jego pochodzenia i uznawania"

6. Zajmijmy się przez chwilę najbardziej rozpowszechnioną dzisiaj twórczością literacką – narracją literacką. Podstawowe wnioski z wszechstronnych poszukiwań Ricoeura, opublikowanych przede wszystkim w dziele "Czas i opowiadanie" (Temps et récit), są następujące: w narracyjności mamy do czynienia z fundamentalnym faktem antropologicznym, który odnajdujemy we wszystkich kulturach - jest ona tajemniczą odpowiedzią człowieka na zagadkę czasu; rozwiązaniem tej zagadki jest nadanie czasowości charakteru przedstawienia w narracji. Innymi słowy, czas jest głównym bohaterem narracji; staje się naprawdę ludzki, gdy wyraża się w opowiadaniu; opowiadanie kieruje go ku sensownemu universum.

7. W tej perspektywie tracą moc podejścia postmodernistyczne, które wykluczają pytania o rzeczywistość, o odniesienie opowiadanych wydarzeń do prawdy: człowiek nie opowiada, aby tworzyć gry językowe, lecz by oddać swoją tożsamość w przemijającym czasie, by potwierdzić w sobie świadomość czegoś znacznie rozleglejszego niż skończoność czasu, którą na co dzień przeżywa. To dlatego podstawowym zadaniem hermeneutyki narracji – stwierdza Ricoeur - staje się "zrekonstruowanie zespołu czynności, dzięki którym dzieło wznosi się ponad nieprzejrzystym tłem życia, działania i cierpienia, aby zostać przez autora danym czytelnikowi, który je przyswaja i zmienia swoje działanie".


STWÓRZCIE ŚWIAT WŁASNY...

„MISTRZ I MAŁGORZATA” MICHAŁA BUŁHAKOWA


Ja się przecież niczego nie boję, Margot – odpowiedział jej nagle Mistrz i podniósł głowę, i wydał się jej takim, jakim był, kiedy pisał o tym, czego nigdy nie widział, ale o czym wiedział na pewno, że było – a nie boję się, bo doświadczyłem już wszystkiego. Zbyt mnie straszyli i teraz niczym już przestraszyć nie są w stanie”.

(Michał Bułhakow)


W niedzielny, lipcowy poranek 2001 roku wybieram się z karmelu w Betlejem do Cytadeli jerozolimskiej. Wciąż trwa druga intifada. Ale na betlejemskim check point odczuwa się większe napięcie niż zwykle - okazuje się, że Żydzi obchodzą akurat święto opłakiwania świątyni... Żołnierze izraelscy nie przepuszczają Palestyńczyków, z rzadka pojawiają się "szeruty", tanie taksówki przewożące Arabów i co biedniejszych turystów. Udaje mi się bez problemu przejść punkt kontroli, zresztą żołnierz widząc mój polski paszport zagaduje mnie: „Wy gawaritie pa ruski?”. Nie jest wcale rozmowny, ale to jeszcze jeden z tych młodych ludzi, których rodziny niedawno przywędrowały z Rosji do Izraela.

W Jerozolimie mijam grupki chasydów spieszących pod Mur Zachodni, zwany Ścianą Płaczu, a także liczniejsze niż zwykle patrole żołnierzy izraelskich. Nic dziwnego, że w taki dzień masywna budowla stoi otworem dla nielicznych turystów, najczęściej zagranicznych Żydów. Niebo "jak wtedy" jest bezchmurne... Zamiast zwinnej jaskółki, unosi się na nim ociężale wielki aeroplan. Podsłuchuję przewodników - nikt nie interesuje się historią Jezusa z Nazaretu i Piłata, która tu najprawdopodobniej się zawiązała.

Ewangeliści odnotowują, że Piłat sądził Jezusa w miejscu zwanym po grecku lithostrotos, czyli wybrukowany plac, a po aramejsku gabbata, tj. wzniesienie. Gdy w 1927 r. francuski dominikanin L.H. Vincent odkrył na dziedzińcu zamku Antonia starożytny plac wyłożony wielkimi płytami, zaczęto identyfikować ów plac z ewangelijnym lithostrotos, tym bardziej że na niektórych płytach zachowały się wyżłobienia przedstawiajace prawdopodobnie "grę w króla", którą zabawiali się żołnierze. Dzisiaj jednak zgłasza się poważne zastrzeżenia do tej identyfikacji i uważa, że wspomniane wykopaliska są fragmentami drugiego forum w Hadrianowej Aelia Capitolina. W konsekwencji archeolodzy wskazują jako miejsce procesu Jezusa przed władzami imperialnymi albo stary pałac hasmonejski w pobliżu południowo-zachodniego narożnika świątyni, albo - częściej - pałac Heroda, zwany Cytadelą i położony w zachodniej Jerozolimie, w pobliżu bramy Jaffy.2 To do Cytadeli przyjeżdżał na Paschę prokurator rzymski, by pilnować porządku w mieście, i tu pewnie doprowadzono mu zmęczonego i sponiewieranego Jezusa. Właśnie w tym miejscu Michaił Bułhakow sytuuje swoją dziwną „historię” procesu Jezusa, „powieść w powieści” „Mistrz i Małgorzata” – dziele, które poruszyło tak wiele ludzkich umysłów i serc.

„Mistrz i Małgorzata”, to summa twórczości rosyjskiego autora. Pracował nad nią w latach 1928-1940, a więc przez niemal cały okres swojego dojrzałego pisarstwa. Mimo to książka pozostała niedokończona. Umierający autor nalegał jednak, żeby żona przechowała dzieło i opublikowała, gdy się to okaże możliwe. Kiedy po blisko trzydziestu latach pragnienie pisarza mogło się spełnić, czytelnicy rozchwytywali książkę, choć cenzura okroiła ją niemiłosiernie, usuwając nawet wątki o tchórzostwie.

Niezwykła popularność „Mistrza i Małgorzaty” wzięła się stąd, że dzieło stało się najpierw dla samego Bułhakowa, a potem dla wielu mieszkańców imperium sowieckiego azylem w inny świat - świat pokoju i miłosierdzia; azylem stworzonym według programu z "Kaina" Byrona: "Cierpcie a myślcie i we wnętrzu swoim/ Stwórzcie świat własny - jeśli świat zewnętrzny/ Wam nie wystarcza". Artysta konstruuje go w wolnym, natchnionym akcie twórczym. Aby zatem właściwie pojąć „Mistrza i Małgorzatę”, należy poddać się przenikającej książkę kreacyjnej wszechmocy i lekkości. Udać się jak Andrzej Drawicz na ulice, w zaułki Moskwy wraz z Wolandem i jego diabelską ekipą na delegacji... Zasiąść w zaciszu sutereny wraz z Mistrzem i Małgorzatą... Rzucić się w szaleńczy wir balu... Przenieść się w jednym mgnieniu oka do Jerozolimy, by być świadkiem dialogów Piłata z Jezusem, a potem skazania Sprawiedliwego dla tzw. wyższej racji. A jednocześnie nie poddać się łatwo zadekretowanym przez krytykę literacką interpretacjom „Mistrza i Małgorzaty”. Dlaczego? Dlatego, że krytyka zbyt często sama dokonuje cenzury wielkiego dzieła Bułhakowa. A także dlatego, że zwykle nie zna ona odniesień chrystologicznych "Mistrza i Małgorzaty" - cóż jej na przykład mówi jaskółka unosząca się nad praetorium w chwili śmierci Jezusa?

Ze światów, stworzonych przez Bułhakowa i składających się na jego wewnętrzny azyl, warto przyjrzeć się światu „diaboliady”, światu z „Jezusem w tle” i światu pokoju Mistrza i Małgorzaty. Każdy z nich oddziaływuje na inny, każdy zawiera ciekawe wątki teologiczne. Rozpocznę jednak od „świata zewnętrznego”, w którym Bułhakow cierpi i z którego ucieka – świata Moskwy, symbolu imperium sowieckiego.


Świat Moskwy
Rzecz dzieje się na wiosnę któregoś z lat trzydziestych... Gdyby chcieć to zsynchronizować z opowieścią o wydarzeniach w Jeruszalaim, można by powiedzieć, że akcja „Mistrza i Małgorzaty” rozgrywa się od wielkiej środy po południu do poranka wielkanocnego owego roku. Na Patriarszych Prudach, gdy "słońce rozprażywszy Moskwę zapadało w gorącym suchym pyle", Berlioz, szef związku literatów – Massolitu i pisarz Iwan Bezdomny chcą się napić "czegoś sensownego". Ale w tym kraju nawet do picia nie ma już niczego sensownego - tym, co mogą zdobyć obaj pisarze, jest tylko ciepły napój morelowy... Tak to za pomocą tego prostego symbolu, najbardziej oczywistego dla nędzy komunistycznego świata, Bułhakow zaczyna szkicować wizerunek stolicy imperium sowieckiego.

Gdy po wielu perypetiach docieramy wraz z Iwanem Bezdomnym do Domu Gribojedowa, czyli moskiewskiego domu literatów, pojawia się kolejny fragment Bułhakowskiego obrazu Moskwy, a właściwie czegoś, co miało być uosobieniem racjonalności, wolności i równości. Okazuje się, że najważniejszą funkcją wspomnianej instytucji literackiej jest załatwianie wczasów, a „pozytywne rozpatrzenie sprawy” zależy od objętości pisanej przez autora książki. W Domu Gribojedowa absurd goni absurd: kolejka „niezbyt długa” tutaj liczy sobie, bagatela, sto pięćdziesiąt osób. Jednocześnie jesteśmy zaproszeni do restauracji, w której podaje się najbardziej wyszukane dania.

Nie inaczej dzieje się u Stiopy Lichodiejewa, dyrektora Teatru Varietes, w jego mieszkaniu przy ul. Sadowej: Lichodiejew dzieli swoje mieszkanie z Berliozem.... Ale jeden współlokator, to i tak wielki sukces w Moskwie: gdy ludzie dowiedzą się, że Berlioz zginął, rozpocznie się szalona walka o przydzielenie jego dwóch pokojów z kuchnią. Orężem w tej walce staną się m.in. trzydzieści dwa podania, "dwie obietnice popełnienia samobójstwa i jedno wyznanie dotyczące potajemnej ciąży". Temat ten powróci w toku szaleńczego opisu „niezwykłych wydarzeń” w Teatrze Varietes. Niejako we wstępie, jeszcze w mieszkaniu dyrektora teatru Stiopy Lichodiejewa, Bułhakow daje sprawozdanie z życia wyższych sfer w Moskwie: "w ogóle oni w ostatnim czasie paskudnie się świnią. Piją, wykorzystują swoje stanowiska, śpią z kobietami, ni cholery nie robią, zresztą nawet nie mogą nic robić, bo nie mają zielonego pojęcia o tym, czym się zajmują"3 (takie kwestie są rzucane jakby od niechcenia, ale są one w „Mistrzu i Małgorzacie” bardzo ważne). Wszędzie panoszy się korupcja; pomimo ćwierćwiecza komunizmu ludzie stali się pazerni na zachodnie ubrania, kosmetyki, dolary - gdy diabelska ekipa właśnie na deskach Teatru Varietes wyczarowuje eleganckie buty, perfumy, suknie, kobiety jak oszalałe rzucają się na scenę. Tu właśnie Woland wypowie słynną kwestię: "Ludzie są tylko ludźmi. Lubią pieniądze, ale przecież tak było zawsze... Ludzkość lubi pieniądze [...]. Prawda, są lekkomyślni... Ludzie jak ludzie... W zasadzie są, jacy byli, tylko problem mieszkaniowy ma na nich zgubny wpływ".4 Problem mieszkaniowy, to symbol... Bułhakow mówi: najbardziej naturalną troską człowieka jest troska o dach nad głową, o ubranie, o swoich najbliższych, o zwykłe ludzkie ciepło i spokój. Krach komunizmu rozpoczął się wraz z zanegowaniem tej troski.

W obrazie Moskwy Bułhakowa powszechne jest kombinowanie: udawanie twórczej pracy, załatwianie spraw bytowych przez znajomości, zdobywanie korzyści za pomocą donosicielstwa, chowanie dolarów. Aż pada kwestia: "Czyżby wśród mieszkańców Moskwy mogli się zjawić kanciarze?"5 Okazuje się, że mogli się zjawić. Tylko kim oni są? I skąd się wzięli?

W tym świecie staje się niemal naturalne, że ludzie ciągle znikają i że miejscem, w którym można znaleźć swoich bliskich, jest na przykład szpital psychiatryczny, "dom udręki", nieodłączny "atrybut" reżymu sowieckiego. Naturalne jest również to, że gdy wcześniej odbierze się dokumenty, ma się przed sobą już nie człowieka, lecz zepsuty element mechanizmu społecznego, przedmiot, numer. „Nie ma dokumentu, więc nie ma i człowieka".6 Szczytem owej "naturalności" jest rzucone ot tak sobie, od niechcenia: "na Sołowki tego Kanta". Gdy Korowiow i Behemot biją Warionuchę w letnim szalecie, ten szepcze: "Co wy robicie, towarzy...". Choć Warionucha „z miejsca zdaje sobie sprawę”, że słowo "towarzysze" nie pasuje do „bandytów, którzy napadają na człowieka w szalecie stanowiącym własność społeczną", czytelnik wie, że tak właśnie jest: rozlatujący się szalet stanowiący własność społeczną, to Rosja, w której towarzysze naprawdę biją człowieka.

Świat imperium sowieckiego u Bułhakowa jest strukturą złożoną „z podmienionych elementów: mieszkanie nie jest mieszkaniem ani sklep - sklepem, a organizacja literacka zajmuje się wszystkim, prócz literatury. Jednakże [....] przymus uznawania nienormalności za normalność każe traktować pozór za prawdę. Tak wyrasta nierzeczywistość, widmowa i gniotąco-trywialna jednocześnie; fantastyczne zaprzeczenie wszelkiej fantazji, w której człowiek zamieniony w wieprza domaga się zaświadczenia, że spędził... noc na balu u szatana, gdzie został zaangażowany jako środek lokomocji, a kot chcący płacić w tramwaju za bilet potraktowany zostaje jako gwałciciel przepisów porządkowych".

W świecie tym stosuje się mechanizm sterowania działaniami kulturowymi. Mistrz napisał swoje dzieło, zaniósł do redakcji. Przeczytali je krytycy... A potem przyjęła go już tylko "jakaś pannica, która od nieustannego łgania dostała już zeza".7 Później ukazał się artykuł niejakiego Arymana, przestrzegający przed Mistrzem jako tym, "który usiłował przemycić na łamy prasy apologię Jezusa Chrystusa".8 Dalej Mścislaw Laurowicz określił go jako "religianckiego tandeciarza, który umyślił sobie, że przemyci piłatyzm".9 Wreszcie opisano go jako "starowiera wojującego".10 Droga się zamknęła. Sen o mackach ośmiornicy nie jest żadnym snem11 – właśnie tak działa system wobec niepokornych ludzi kultury i sam Bułhakow padł jego ofiarą.

Wszystko to tworzy jakąś mieszankę kłamstwa, nawyków, obyczajów „z piekła rodem”; układ szpiegomanii, donosicielstwa, demagogii i gwałtu, który nie przestaje być sobą także wówczas, kiedy jest obracany w żart".12. Oddaje ją dobrze zastępczy język, nasączony ironią, dobrodusznymi przymówkami i inteligentnym żargonem: „wrogowie podrzucili”; „czołem szkodniku”; „przysłano nam jesiotra drugiej świeżości”; „naszpieguje jak ostatni sukinsyn”; „typowy kułaczek”; wspomniane już „posłać tego Kanta na trzy lata na Sołówki”; „jak się wychodzi z klozetu, to trzeba gasić po sobie światło, tyle Pani powiem, Pelagio Pietrowno, bo jak nie, to wystąpimy, żeby panią wykwaterowali”. Gdy sekretarka nie chce wpuścić Korowjowa i Behemota do Domu Gribojedowa bez legitymacji, odbywa się kapitalny dialog: "Dostojewski żadnej legitymacji nie miał" - "Dostojewski umarł" - "Dostojewski jest nieśmiertelny". Skoro nieśmiertelny jest Lenin...

To z tego świata trzeba uciekać w „świat własny”... Ucieczka wiedzie jednak przez „diaboliadę”.

Świat „diaboliady”

Bułhakowskiemu „światu własnemu” bieg nadaje ukazanie się szatańskiej ekipy. Pisarz - zauważa Andrzej Drawicz - powołuje do życia zespół, któremu rozdaje pewne konwencjonalne atrybuty diabelskości. Woland, szef zespołu, ma cierpiącą, ale opanowaną maskę miltonowskiego buntownika; z kolei ze swą "znużoną i cierpką samowiedzą i wyrozumiałym dystansem, ma coś z Fausta, który, przebiegłszy obszary różnych, w tym i czarnoksięskich wtajemniczeń, smakuje złudność i gorycz poznania".13 Korowjow jest kuzynem diabłów Dostojewskiego i Manna, diabłem-prześmiewcą, tandeciarzem, wcieleniem irytującej taniochy; Abandonna jest rzecznikiem sił penalnych; wyuzdana i rusałczana Hella zdaje się być zapożyczona wprost z gogolewskiego Wija; wreszcie Behemot, zamykający długi ciąg Bułhakowowskich kotów, stanowi zwierzę tradycyjnie czartowskie, a zarazem swojskie, jakby przeniesione z ludowych drzeworytów, gdzie ostrowąse kocury były kiedyś alegoriami Piotra Pierwszego. [...]. Równie konkretne są zadania zespołu, przypominającego roboczą brygadę fachowców o ściśle określonych kompetencjach, wysłanych w piekielną delegację służbową".14

Powieść rozpoczyna zatem swój „właściwy bieg”, gdy w ateistycznej, rzekomo do cna racjonalistycznej Moskwie, pojawia się brygada fachowców o ściśle określonych kompetencjach, wysłanych w piekielną delegację służbową w celu przygotowania tradycyjnego Balu Pełni Księżyca. Już sam moment nadejścia diabelskiej brygady jest uderzający – Woland staje oni w obronie w historyczności Jezusa i właściwie on sam rozpoczyna opowieść Mistrza o Jeszua Ha Nocrim:
„- Nie zapominajcie, że Jezus istniał naprawdę.


  • Widzi pan, profesorze – powiedział Berlioz z wymuszonym uśmiechem – szanujemy, oczywiście, pańską ogromną wiedzę, ale na tę sprawę mamy zupełnie odmienny pogląd.

  • Ale tu nie trzeba mieć żadnych poglądów – odparł dziwny profesor. – Jezus po prostu istniał i tyle.

  • Ale potrzebne są jakieś na to świadectwa... – zaczął Berlioz.

  • Nie trzeba żadnych świadectw – odpowiedział konsultant i jął mówić niezbyt głośno, przy czym jego cudzoziemski akcent nie wiadomo dlaczego zniknął: - Wszystko jest bardzo proste – w białym płaszczu z podbiciem koloru krwawnika posuwistym krokiem kawalerzysty wczesnym rankiem czternastego dnia wiosennego dnia miesiąca nisan...”. 15

Członkowie brygady dobrze bawią się wśród absurdów Moskwy, ciągle powtarzając, że wiele spraw jest tu „z piekła rodem” albo że coś tam „diabli wzięli”. Obnażają pustkę życia wyższych sfer moskiewskich, sprowadzającym ją do absurdu: pokaz czarnej magii w teatrze kończy się zbiorowym striptizem, diabelskie sztuczki zwiększają liczbę pacjentów domu wariatów, a wiara w racjonalizm zaczyna rozpadać się. Diabły właściwie nie czynią zła, ale sprowadzają układ powszechnego zakłamania na manowce, szykanując postacie fałszywe16 i skupiając się na pokonywaniu ich chytrości i tchórzostwa. Mówiąc językiem Ewangelii, psują do reszty to, co się psuje, gaszą to, co już się kopci, łamią nadłamane. Ich działania dalekie są jednak od destrukcji, przypisywanej zwykle diabłu: zachowują się raczej jako „korektorzy błędów i regulatorzy zachwianych porządków".17 Czynią to w myśl zdania z „Fausta” Goethego, zamieszczonego przez Bułhakowa jako motto książki: „... Więc kimże w końcu jesteś? – Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro”.

W swoje działania diabelska ekipa wciąga czasem ludzi, jednych – głupich, tchórzliwych, opasionych nieszczęściem innych – karząc, innych – dobrych, wrażliwych i współczujących, czasem nawet wynagradzając. Oto na przykład Małgorzata, która w nadziei znalezienia Mistrza przyjmuje zaproszenie Wolanda do odegrania roli gospodyni balu, odbywa fantasmagoryjny lot nad Moskwą, demolując po drodze mieszkanie krytyka Łatyńskiego, wroga Mistrza. Gdy potem w domu przy ulicy Sadowej 302-A Woland wydaje bal, odbywa się swoisty festiwal występków i kar, po którym Małgorzata wstawia się skutecznie za cierpiącą męki dzieciobójczynią Friedą oraz odzyskuje Mistrza.

Ma się wrażenie, że rola diabła jest niezbędna do prawidłowego funkcjonowania świata: czyniąc zło – ale zło w tak charakterystycznych granicach - dba on o równowagę w świecie, o równowagę świateł i cieni. Woland mówi: "czym byłby świat bez cieni...?” „Piekło w istocie nie ma ci nic nowego do zaofiarowania - jedynie to, do czego przywykłeś” - uprzedzano Leverkühna. „Wszystko, co jest u was, jest i u nas” - tłumaczono Karamazowowi".18 To dlatego, gdy „ludzki diabeł” naprawia piekielne życie, ta naprawa nie jest trwała. Nic dziwnego, że powieść w końcu zostanie wrzucona do ognia...

Świat „diaboliady” ma jednak swoje dno, trwałe miejsce, w którym zło jest kwintesencją. Chodzi o piekło. Zjawia się ono na balu w osobach dzieciobójczyń, samobójców, wisielców, dozorców więziennych, szulerów, katów, konfidentów, zdrajców, tajniaków, deprawatorów, wampirów, kłamliwych krytyków i hulaków... I nie są to postacie anonimowe, wielu z nich - jak kiedyś u Dantego - nosi cechy wrogów pisarza, czasem nawet ludzi władzy. "Któregoś dnia - relacjonuje Korowiow -odwiedził go Azazello i przy koniaku podsunął mu pomysł, jak się pozbyć pewnego człowieka, którego rewelacji na swój temat nadzwyczaj tamten się obawiał. Polecił więc swemu znajomemu, który był od niego uzależniony, spryskać ściany gabinetu trucizną".19 Według komentatorów Bułhakow wprowadza na bal ministra spraw wewnętrznych Jagodę, który miał nakazać rozpylenie w biurze Jeżowa trującej rtęci. Pisarz "dokonał świadomej stylizacji, tworząc romantyczny bal balów ze współczesnymi akcesoriami. Jego wyobraźnia dobrze się w takich sytuacjach odnajdywała. Nie chodziło jednak o czystą zabawę; na balu dokonano przecież egzekucji donosiciela i pognębienia niedowiarka, ponadto efektowny wystrój ujawnił tym dobitniej beznadziejną nieskończoność pokuty przestępców".20

U kresu opowiadanej w książce historii, gdy „przesądzone zostają losy Mistrza i Małgorzaty” i zaczyna zwyciężać miłosierdzie, Bułhakow ukazuje Wolanda i Azazello „wysoko nad miastem, na tarasie jednego z najpiękniejszych budynków Moskwy. [...]. Azazello, który zrzucił swój współczesny strój, czyli marynarkę, melonik i lakierki, podobnie jak Woland ubrany w czerń stał bez ruchu nie opodal swego władcy i podobnie jak on nie spuszczał miasta z oczu.

Woland powiedział:


  • Jakie ciekawe miasto, prawda?

Azazello poruszył się i odparł z szacunkiem:

  • Messer, mnie się bardziej podoba Rzym.

  • Cóż, kwestia gustu – odpowiedział Woland”.21

Niezależnie od ironicznej wymowy tego fragmentu, Moskwa jest w kreacji Bułhakowa osią, centrum świata, drugą Jerozolimą, drugim Rzymem...Cóż to jednak za centrum, w którym nie ma władzy ani świeckiej, ani duchownej? W Bułhakowowskiej Moskwie jest bowiem wszystko, tylko nie Kreml! Jest wszystko, ale nie ma ani jednej cerkwi, ani jednego symbolu religijnego, ani jednego sługi Bożego... Jakże to, Mistrzu? - chciałoby się zapytać... Powstrzymajmy jednak narastającą falę pytań: w rzeczywistości Bułhakow szkicuje w powieści ciężki cień Kremla, wydobywając go z „dusznego światła” przesłuchań Jezusa przez Piłata i egzekucji na Nagiej Górze w Jeruszalaim.


Świat Jeszuy Ha Nocri

Kim jest bułhakowowski Jezus? Przede wszystkim, wbrew całemu ówczesnemu oficjalnemu religioznawstwu sowieckiemu, istnieje... Itp. Itd. Ale o tym na następnym naszym spotkaniu...


Świat pokoju, miłosierdzia...
Pierwsza warstwa „Mistrza i Małgorzaty”, to prześmiewcza opowieść o sowieckim komunizmie, o zderzeniu wymyślonego ideału z rzeczywistością, o tym, co umożliwia i warunkuje trwanie nieludzkich systemów: strach, konformizm i „przenicowany świat”, w którym dom nie jest domem, sklep nie jest sklepem, a miasto nie jest miastem. A przecież wciąż taka sama jest wiosna, zmierzchy i burze. Urokliwe pozostały ulice, zaułki. Czuła i ciepła jest miłość, a w ludziach wciąż tli się ta sama tęsknota. O ile więc szaleńczy „bieg diaboliady” w „Mistrzu i Małgorzacie” redukuje świat imperium sowieckiego do absurdu, rozsadza sztywne ramy i okrasza salwami śmiechu ponure miny, o tyle sceny przesłuchania Jezusa i jego śmierci zdają się powtarzać główny motyw „Poematu o Wielkim Inkwizytorze”: tak naprawdę w ludzkich dziejach zawsze chodziło i chodzi o wielki konflikt wolności człowieka - jego prawa do pokoju, rozwijania wewnętrznego bogactwa, prawa do zadzierzgnięcia więzi z innymi, prawa do odwagi bycia - z narzucanymi mu sztucznie systemami, z ambicją i tchórzostwem.

Zbliżamy się do kresu powieści. Małgorzata odzyskuje Mistrza i oboje powracają do sutereny. Mistrz czuje jednak, że nie dadzą im spokoju, że ich miłość nie ma przyszłości. Następuje jeden z najczulszych dialogów kochanków:

„- "Ile się nacierpiałeś, ile ty się nacierpiałeś, mój biedaku! Tylko ja jedna to wiem. Patrz, masz siwe nitki we włosach i wieczną zmarszczkę wokół ust. Mój jedyny, mój miły, nie myśl o niczym! Za dużo musiałeś myśleć, teraz ja będę myślała za ciebie. Zaręczam ci, zaręczam, że wszystko będzie dobrze, cudownie!


  • Ja się przecież niczego nie boję, Margot – odpowiedział jej nagle Mistrz

i podniósł głowę, i wydał się jej takim, jakim był, kiedy pisał o tym, czego nigdy nie widział, ale o czym wiedział na pewno, że było – a nie boję się, bo doświadczyłem już wszystkiego. Zbyt mnie straszyli i teraz niczym już przestraszyć nie są w stanie. Ale żal mi ciebie, Margot, w tym sęk, oto dlaczego w kółko powtarzam ciągle jedno i to samo. [...].

- Ach, ty ty... – kiwając rozczochraną głową szeptała Małgorzata – ach, ty, nieszczęśliwy człowieku małej wiary!... Przez ciebie przez całą wczorajszą noc dygotałam naga, wyrzekłam się mej natury i zastąpiłam ją nową, przez parę miesięcy siedziałam w ciemnej komórce rozmyślając tylko o jednym, o burzy nad Jeruszalaim, wypłakałam oczy... a teraz, kiedy spadło na nas to szczęście, chcesz mnie wypędzić! No, cóż, pójdę sobie, pójdę, ale wiedz, że jesteś okrutny! Oni opustoszyli ci serce!

Gorzka tkliwość ogarnęła serce Mistrza, nie wiadomo dlaczego zapłakał wtulając twarz we włosy Małgorzaty”.22

On, ów tajemniczy „On” powieści wie jednak, że kochankowie nie dostąpią spokoju. Dlatego na wieży znajdującej się na dachu tego samego budynku, na którym siedzi Mistrz z Azazello, pojawia się wkrótce „obdarty, umazany gliną posępny czarnobrody człowiek w chitonie i w sandałach własnej roboty”. To Mateusz Lewita.



„Po coś tu przyszedł [- pyta Woland].

  • On mnie przysyła.

  • Co ci polecił przekazać, niewolniku?

  • Nie jestem niewolnikiem – odpowiedział coraz bardziej rozwścieczony Mateusz Lewita. – Jestem Jego uczniem.

  • Mówimy, jak zawsze, różnymi językami – powiedział Woland. – Ale rzeczy, o których mówimy, nie ulegną od tego zmianie, prawda?

  • On przeczytał utwór Mistrza – zaczął mówić Mateusz Lewita – i prosi cię, abyś zabrał Mistrza do siebie i w nagrodę obdarzył go spokojem. Czy trudno ci to uczynić, duchu zła?

  • Nic dla mnie nie jest trudne – odpowiedział Woland – i ty o tym dobrze wiesz. – Milczał przez chwilę, po czym dodał: - A dlaczego nie weźmiecie go do siebie, w światłość?

  • On nie zasłużył na światłość, on zasłużył na spokój – ze smutkiem powiedział Lewita”.23

Woland przenosi więc zakochanych na "drugi" brzeg, do świata wieczności. Tutaj dochodzi do przelotnego spotkania z cierpiącym męki świadomości Piłatem, roztrząsającym utratę możliwości rozmowy z Jeszua Ha Nocri przed bez mała dwoma tysiącami lat. Namiestnik zostaje wyzwolony dzięki kreacyjnej mocy słowa Mistrza. Miłosierdzie, którego bramy otworzył Jeszua, jest możliwe wobec wszystkich – zostaje nim obdarowany i Piłat, i dzieciobójczyni Frieda. Mistrz i Małgorzata, wyjednując im miłosierdzie, sami odzyskują wolność. Czy nie to oznacza zagadkowa kwestia Wolanda: "wszystko będzie, jak być powinno, tak już jest urządzony świat".24 "Napawaj się tym, czego nie było ci dane zazanać w życiu - spokojem. Popatrz, oto wieczysty dom... Widzę już okno weneckie i dzikie wino, które wspina się aż po sam dach. Oto twój dom, oto twój wieczysty dom. Wiem, że wieczorem odwiedzą cię ci, których kochasz, którzy cię interesują, ci, co nie zakłócą twojego spokoju... I już nie będziesz umiał mnie wypędzić. Ja zaś będę strzegła twego snu”.25 Oto jak być powinno... Bo wciąż taka sama jest wiosna, zmierzchy i burze. Urokliwe pozostały ulice, zaułki. Czuła i ciepła jest miłość, a w ludziach wciąż tli się ta sama tęsknota.
Serdeczności - HS


1     P. Ricoeur, Język, tekst, interpretacja, Warszawa 1989, s. 237.

2     Por. J. McRay, Archeology and the New Testament, Grand Rapids 1991, s. 114-119.

3 M. Bułhakow, Mistrz i Małgorzata, Wrocław i inne m. 1990, s. 113.

4 Tamże, s. 167.

5 Tamże, s. 278.

6 Tamże, s.383.

7 M.Bułhakow, dz. cyt., s. 191.

8 Tamże, s. 191.

9 Tamże, s. 192.

10 Tamże.

11 Por. tamże, s. 195.

12 A. Drawicz, dz. cyt., s. 301.

13 Tamże.

14 Tamże, s. 300-301).


15 M. Bułhakow, dz. cyt., s. 19-20.

16 Nie robi krzywdy dobrym ludziom - zdobywa się nawet na pomoc Małgorzacie.

17 A. Drawicz, dz. cyt., s. 301.

18 Tamże.

19 M. Bułhakow, dz. cyt., s. 357.

20 A. Drawicz, Wstęp do: M. Bułhakow, dz. cyt., s. LVIII.


21 M. Bułhakow, dz. cyt., s.472-473.

22 Tamże, s. 481.

23 Tamże, s.474.

24 Tamże, s. 500.

25 Tamże, s. 503.


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna