Maciej Kański Dom Wydawniczy rebis



Pobieranie 2.02 Mb.
Strona1/25
Data06.05.2016
Rozmiar2.02 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   25
Robin Cook

"Epidemia"

Tłumaczył

Maciej Kański


Dom Wydawniczy REBIS

Poznań 1994

Tytuł oryginału

Outbreak


Copyright (c) by Robin Cook 1987

Copyright (c) for the Polish translation by R E BIS Publishing

House Ltd. 1994

Redakcja


Izolda Kiec

Opracowanie graficzne

Paweł Szychalski

Wydanie I

ISBN 83-7120-153-2

Dom Wydawniczy REBIS

ul. Marcelińska 18, 60-801 Poznań

tel. 65-66-07, tel./fax 65-65-91

Łamanie

dtp Marek Barłóg



Os. Kosmonautów 4/41, 61-624 Poznań

tel. 231-610


PROLOG

Zair, Afryka

7 września 1976 r.

Dwudziestojednoletni student biologii Uniwersytetu Ya-

le, John Nordyke, obudził się o brzasku na skraju zairskiej

wioski, położonej na południe od Bumby. Wysunął się ze

swojego przesiąkniętego potem śpiwora, by wyjrzeć przez

siatkową połę nylonowego namiotu górskiego. W jego

uszach odgłosy deszczu w tropikalnym lesie zlewały się z po-

gwarem budzącej się wioski. Delikatny podmuch wiatru

przyniósł ciepłą, ostrą woń krowiego łajna, zmieszaną z gry-

zącym zapachem palenisk. Wysoko nad głową dostrzegł syl-

wetki małp grasujących wśród bujnej roślinności, która za-

słaniała widok nieba.

W nocy spał niespokojnie i teraz podnosił się z posłania

chwiejnie i ociężale. Czuł się znacznie gorzej niż poprzedniej

nocy, kiedy to w jakąś godzinę po kolacji dostał napadu

dreszczy i gorączki. Przyszło mu na myśl, że pomimo staran-

nej profilaktyki i zażywania arechiny nie uchronił się jednak

przed malarią. Problem polegał na tym, że nie sposób było

uniknąć całych chmar moskitów, każdego wieczoru nadcią-

gających znad mokradeł ukrytych w bagnistej dżungli.

Chwiejnym krokiem udał się do wioski, gdzie zapytał

o najbliższy szpital. Wędrowny kaznodzieja poinformował

go, że w Yambuku, małym miasteczku odległym o kilka ki-

lometrów na wschód, znajduje się belgijski szpital misyjny.

Nękany chorobą i strachem, chłopak pospiesznie zwinął

obóz, wepchnął namiot oraz śpiwór do plecaka i niezwłocz-

nie wyruszył do Yambuku.

John zdecydował się wziąć sześciomiesięczny urlop z col-

lege'u, by zająć się fotografowaniem zwierząt Afryki, między

innymi zagrożonego wyginięciem gatunku goryla górskiego.

Było to marzenie jego dzieciństwa - podążyć śladami

5
legendarnych dziewiętnastowiecznych badaczy, którzy pier-

wsi odkrywali tajemnice Czarnego Lądu.

Yambuku okazało się niewiele większe niż wioska, którą

dopiero co opuścił, a szpital misyjny swym wyglądem nie

budził zaufania. Było to kilka żałosnych budynków, skleco-

nych z żużlowych pustaków, a każde z pomieszczeń aż się

prosiło o natychmiastowy remont. Dachy kryte były pordze-

wiałą, falistą blachą lub na podobieństwo chat tubylczych

- strzechą. Nigdzie nie było widać żadnych oznak elektry-

fikacji.

Po dokonaniu rejestracji u zakonnicy, odzianej w trady-

cyjny habit, posługującej się wyłącznie francuskim, przyszło

mu czekać na swoją kolej w otoczeniu tłumu tubylców re-

prezentujących wszystkie możliwe stadia osłabienia i najróż-

niejsze choroby. Przyglądając się im, pomyślał ze strachem,

czy aby nie nabawi się tu czegoś gorszego od swych obecnych

dolegliwości. W końcu został przyjęty przez belgijskiego le-

karza o udręczonym wyrazie twarzy, który mówił trochę po

angielsku, jakkolwiek niewiele.

Postawiona w wyniku pospiesznego badania diagnoza

potwierdziła przypuszczenia Johna co do ataku malarii. Le-

karz zaordynował mu zastrzyk chlorochiny i nakazał zgłosić

się ponownie, jeśli w ciągu dnia nie nastąpi polepszenie.

Badanie było skończone. John posłusznie ustawił się w ko-

lejce do gabinetu zabiegowego w oczekiwaniu na zastrzyk.

Wtedy właśnie zauważył, że w szpitalu bynajmniej nie obo-

wiązuje zasada dokładnej sterylizacji: pielęgniarka nie uży-

wała igieł jednorazowych, lecz posługiwała się na przemian

jedną z trzech posiadanych strzykawek. John był przekona-

ny, że krótkie zanurzenie ich w roztworze sterylizacyjnym

w znikomym tylko stopniu przyczyniało się do oczyszczenia

z zarazków. Nadto pielęgniarka najzwyczajniej wyławiała

strzykawki z roztworu palcami. Gdy nadeszła jego kolej,

John miał ochotę skomentować ten fakt, lecz jego znajomość

francuskiego okazała się niewystarczająca. Poza tym dobrze

zdawał sobie sprawę z tego, że pilnie potrzebuje lekarstwa.

Przez następne kilka dni John winszował sobie, że po-

wstrzymał się od uszczypliwych uwag, albowiem jego stan

6
znacznie się poprawił. Chłopak pozostawał w pobliżu Yam-

buku, zajmując się fotografowaniem scen z życia plemienia

Budza - zapalczywych łowców, z ochotą demonstrujących

swoje męstwo jasnowłosemu cudzoziemcowi. Trzeciego

dnia, kiedy czynił przygotowania, by ruszyć śladami Hen-

ry'ego Stanleya w górę rzeki Zair, nagle zwalił go z nóg gwał-

towny nawrót choroby. Najpierw pojawił się silny ból głowy,

po którym wystąpiły nagłe dreszcze, gorączka, nudności

i biegunka. W nadziei, że-podobnie jak poprzedni - rów-

nież i ten atak wkrótce przejdzie, John zaszył się w namiocie

i przeczekał noc, wstrząsany dreszczami, majacząc o domo-

wym cieple, czystej pościeli i komfortowej łazience na końcu

korytarza. Ranek zastał go wyczerpanym i odwodnionym

po serii wymiotów. Z trudem udało mu się pozbierać swoje

rzeczy i wyruszyć w drogę do szpitala. Dotarłszy na miejsce,

osunął się bezwładnie na podłogę, a z jego ust bluznęła jas-

noczerwona struga krwi.

Jakąś godzinę później ocknął się w pokoju, w którym

oprócz niego było jeszcze dwóch pacjentów cierpiących na

ciężki rodzaj malarii, odporny na wszelkie dostępne specy-

fiki.


Ten sam lekarz, który badał Johna poprzednio, zaalarmo-

wany jego stanem, tym razem stwierdził niespotykane ob-

jawy dodatkowe: tajemniczą wysypkę na piersiach oraz mi-

kroskopijne pęknięcia naczyń krwionośnych w białkach

oczu. Pomimo iż trwał przy swej poprzedniej diagnozie, był

teraz wyraźnie zaniepokojony. To nie wyglądało na typowy

przypadek malarii. Lekarz zdecydował się podać dodatko-

wo chloramfenikol, na wypadek gdyby chłopiec miał dur

brzuszny.

16 września 1976 r.

Doktor Lugasa, Okręgowy Komisarz Zdrowia w rejonie

Bumba, spoglądał przez otwarte okno swego biura na roz-

lane wody rzeki Zair, roziskrzone w porannym słońcu. Po-

myślał ze smutkiem, że dawna nazwa "Kongo" zawierała

jednak w sobie pewien fascynujący element tajemniczości.

Powracając do spraw zawodowych, przeniósł wzrok na

7
leżący na biurku list, dopiero co otrzymany z misyjnego

szpitala w Yambuku, a donoszący o zgonie amerykańskiego

turysty, niejakiego Johna Nordyke'a, oraz bawiącego

w tamtych okolicach rolnika z plantacji znad rzeki Ebola.

Lekarz z misji twierdził, że ich śmierć nastąpiła na skutek

nieznanej i błyskawicznie rozprzestrzeniającej się infekcji.

Dotychczas zaraziło się nią dwóch pacjentów umieszczo-

nych w jednej sali z Amerykaninem, czworo domowników

goszczących nieszczęsnego rolnika i pielęgnujących go pod-

czas choroby, a także dziesięciu pacjentów ambulatoryjnych

szpitala.

Doktor Lugasa zdawał sobie sprawę z faktu, że ma dwa

wyjścia: po pierwsze, mógł nawet nie kiwnąć palcem w tej

sprawie i to wydawało mu się najrozsądniejsze. Bóg jeden

wie, jakiego rodzaju endemiczne epidemie rozszalały się

gdzieś tam głęboko w buszu. Drugą możliwością było wypeł-

nienie przyprawiającej o zawrót głowy sterty formularzy

urzędowych, zgłaszających ów przypadek do Kinszasy,

gdzie z kolei ktoś taki jak on, tyle że wyżej postawiony, praw-

dopodobnie zdecyduje, iż najlepiej nic w tej sprawie nie ro-

bić. Doktor Lugasa doskonale wiedział, że jeśli zdecyduje się

wypełnić formularze, będzie zobowiązany odbyć podróż do

Yambuku, a sama myśl o tym była mu szczególnie niemiła,

zwłaszcza teraz, w niezwykle wilgotnej i parnej porze roku.

Z pewnym poczuciem winy doktor Lugasa zmiął w dłoni

list i wrzucił go do kosza na śmieci.

23 września 1976 r.

Tydzień później na lotnisku Bumba doktor Lugasa ner-

wowo przestępował z nogi na nogę obserwując, jak wysłu-

żony DC-3 schodzi do lądowania. Pierwszy pojawił się

w wyjściu doktor Bouchard, jego przełożony z Kinszasy. Po-

przedniego dnia Lugasa zatelefonował do Boucharda, infor-

mując go o wybuchu poważnej epidemii nieznanego pocho-

dzenia w okolicy szpitala misyjnego w Yambuku. Dotknęła

ona nie tylko lokalną ludność, ale również personel szpitala.

W rozmowie Lugasa ani słowem nie wspomniał o liście, któ-

ry otrzymał stamtąd tydzień wcześniej.

8
Po krótkim powitaniu na pasie startowym obaj lekarze

wcisnęli się do toyoty corolli, należącej do Lugasy. Bouchard

zapytał, czy nadeszły jakieś nowe wiadomości z Yambuku.

Lugasa odchrząknął, wciąż jeszcze wytrącony z równowagi

porannymi informacjami radiowymi. Według doniesień

zmarło jedenaście osób z siedemnastoosobowego personelu

szpitala, powiększając liczbę stu czternastu ofiar spośród

mieszkańców wioski. Szpital zamknięto z powodu braku lu-

dzi zdolnych do jego obsługi.

Doktor Bouchard zarządził kwarantannę dla całego rejo-

nu Bumby. Niezwłocznie zatelefonował kilkakrotnie do

Kinszasy, po czym polecił bynajmniej nie kwapiącemu się

do podróży Lugasie zorganizowanie transportu do Yambu-

ku w celu bezpośredniej oceny sytuacji.

24 września 1976 r.

Kiedy następnego dnia obaj lekarze stanęli na opuszczo-

nym dziedzińcu szpitala misyjnego w Yambuku, powitała

ich złowroga cisza. Wzdłuż balustrady pustego tarasu prze-

niknął szczur, w nozdrza przybyszów uderzył zgniły odór.

Przyciskając do nosa bawełniane chusteczki, z niechęcią wy-

siedli z land rovera i ostrożnie zajrzeli do najbliższego bu-

dynku. Leżały tam zwłoki dwóch osób, powoli rozkładające

się z powodu upału. Dopiero w trzecim budynku natknęli

się na pozostałą jeszcze przy życiu pielęgniarkę, majaczącą

w gorączce. Przeszli do opuszczonej sali operacyjnej, gdzie

- i tak zbyt późno szukając ochrony przed wirusem - za-

opatrzyli się w rękawiczki, fartuchy i maski. Drżąc z niepo-

koju o własne zdrowie, zajęli się chorą pielęgniarką, a na-

stępnie poczęli rozglądać się za resztą personelu. Wśród trzy-

dziestu ciał, które napotkali, znaleźli zaledwie czterech

innych pacjentów wykazujących jeszcze słabe oznaki życia.

Doktor Bouchard drogą radiową nawiązał łączność

z Kinszasą i poprosił o natychmiastową pomoc sił powiet-

rznych Zairu w przetransportowaniu pacjentów drogą lot-

niczą z misji do stolicy. Jednakże zanim skontaktowano się

z oddziałem chorób zakaźnych szpitala uniwersyteckiego,

aby ustalić sposób izolacji pacjentów podczas transportu,

9
w Yambuku przy życiu pozostała jedynie pielęgniarka. Bou-

chard zaznaczył, że należy zastosować najdoskonalsze z ist-

niejących technik izolacji, ponieważ stopień zaraźliwości

i śmiertelności epidemii, z którą się zetknęli, stawiał ją w sze-

regu najbardziej niebezpiecznych chorób znanych ludzkości.

30 września 1976 r.

Belgijska pielęgniarka, przewieziona samolotem do Kin-

szasy, zmarła szóstego dnia pobytu w klinice, o trzeciej nad

ranem, pomimo intensywnej terapii podtrzymującej. Ostate-

cznej diagnozy nie postawiono. Otrzymane w wyniku sekcji

zwłok próbki krwi, wątroby, śledziony i mózgu wysłano do

Instytutu Medycyny Tropikalnej w Antwerpii, do Centrum

Kontroli Epidemiologicznej w Atlancie (CKE) oraz do Pla-

cówki Badań Mikrobiologicznych w Porton Down w Anglii.

Liczba zachorowań w rejonie Yambuku wzrosła do dwustu

dziewięćdziesięciu odnotowanych przypadków, a współ-

czynnik śmiertelności sięgnął dziewięćdziesięciu procent.

13 października 1976 r.

Niemal jednocześnie w trzech międzynarodowych labora-

toriach udało się wyodrębnić wirusa z Yambuku. Strukturą

przypominał on wirusa zwanego Marburg, zaobserwowane-

go po raz pierwszy w 1967 roku podczas tragicznej epidemii

wśród pracowników laboratoryjnych, przeprowadzających

eksperymenty na małpach ugandyjskich.

16 listopada 1976 r.

Dwa miesiące po wystąpieniu pierwszych oznak epidemii

uznano, iż rozwój nieznanej choroby z Yambuku został za-

hamowany, gdyż przez kilkanaście tygodni nie odnotowano

nowych przypadków zachorowań.

** 3 grudnia 1976 r.

Odwołana została kwarantanna w rejonie Bumby i wzno-

wiono zawieszone dotąd połączenia lotnicze. Wirus Ebola

najwyraźniej powrócił do swego pierwotnego źródła, które-

go lokalizacja pozostała jednak tajemnicą. Powołany w celu

10
rozstrzygnięcia tej kwestii międzynarodowy zespół badaczy,

mający w swym składzie doktora Cyrilla Dubcheka z Cen-

trum Kontroli Epidemiologicznej, który w dużej mierze

przyczynił się kiedyś do zlokalizowania wirusa gorączki Las-

sa, przebadał dokładnie okolicę w poszukiwaniu ogniska

epidemicznego wirusa Ebola, uwzględniając ssaki, ptaki

i owady. Wszystko bez rezultatu. Badacze nie znaleźli żad-

nej, nawet najmniejszej wskazówki.

Los Angeles, Kalifornia

14 stycznia, współcześnie

Doktor Rudolf Richter, wysoki, postawny okulista, ro-

dem z Niemiec Zachodnich, współzałożyciel Kliniki Rich-

tera w Los Angeles, poprawił okulary i spojrzał na rekla-

mowe ulotki, leżące przed nim na owalnym stole w sali kon-

ferencyjnej szpitala. Siedzący po prawej stronie William,

jego brat i wspólnik, absolwent szkoły biznesu, z podobną

uwagą przeglądał reklamówki. Materiał dotyczył kampanii

zaplanowanej na następny kwartał, mającej na celu pozys-

kanie nowych zwolenników, a tym samym ich wpłat człon-

kowskich w ramach programu zdrowotnego kliniki. Został

on ułożony przede wszystkim z myślą o ludziach młodych,

którzy jako grupa odznaczali się stosunkowo dobrym zdro-

wiem. Jak słusznie zauważył William, właśnie oni mogli oka-

zać się prawdziwą żyłą złota w całym tym interesie, którego

podstawę stanowił system przedpłat zdrowotnych.

Ulotki zrobiły dobre wrażenie na Rudolfie. Uznał je za

pierwszą przyjemną niespodziankę tego dnia. Ranek bo-

wiem zaczął się fatalnie - najpierw stłuczka przy wjeździe

na autostradę do San Diego, po której pozostało paskudne

wgniecenie w karoserii nowego BMW, potem operacja na

oddziale nagłych wypadków, następnie zaś nieprzyjemne

zdarzenie w trakcie badania siatkówki oka u pacjenta cho-

rego na AIDS z rzadkimi komplikacjami, który niechcący

kaszlnął mu prosto w twarz. Na domiar złego jednej z małp,

na których przeprowadzał doświadczenia w ramach progra-

mu badań nad opryszczką oka, udało się go ukąsić. Co za

dzień!

11
Rudolf sięgnął po projekt reklamy, która miała ukazać



się w niedzielnym magazynie "Los Angeles Times". Była do-

skonała. Skinął głową na Williama, który z kolei dał znak

agentowi reklamowemu, by ten kontynuował prezentację.

Następny punkt stanowiła sprawnie zmontowana, trzydzie-

stosekundowa reklama telewizyjna, przewidziana do emisji

w bloku wiadomości wieczornych. Ukazywała ona plażę

w Malibu, na której beztroskie dziewczyny w strojach bikini

grały w siatkówkę z przystojnymi młodzieńcami. Rudolfowi

przywiodła na myśl kosztowne produkcje reklamowe pepsi-

-coli, choć jej zadanie było przecież inne: miała zarekomen-

dować koncepcję systemu przedpłat na świadczenia zdrowo-

tne, wprowadzanego przez Klinikę Richtera w odróżnieniu

od konwencjonalnej służby zdrowia funkcjonującej na zasa-

dzie opłat za konkretne usługi.

Oprócz Rudolfa i Williama w konferencji uczestniczyli

także inni lekarze, z ordynatorem kliniki, doktorem Navar-

re'em, włącznie. Wszyscy byli członkami zarządu i posiadali

pewną liczbę udziałów kliniki.

William odchrząknął i zapytał, czy ktoś z obecnych

chciałby zadać pytania. Nikt się nie zgłosił. Gdy agenci

reklamowi opuścili salę, wszyscy zgodnie zaaprobowali

przedstawiony materiał. Po krótkiej dyskusji nad projektem

utworzenia nowej kliniki satelitarnej, związanym ze wzra-

stającą liczbą zgłoszeń z rejonu Newport Beach, spotkanie

dobiegło końca.

Doktor Richter udał się do swojego gabinetu, gdzie z za-

dowoloną miną włożył ulotki reklamowe do swojej teczki.

Jak na pobierającego skromną pensję lekarza kliniki, ga-

binet miał urządzony z przepychem. Jednakże pensja ta

stanowiła zaledwie ułamek dochodów Rudolfa, które czer-

pał głównie z zysków przynoszonych przez posiadane prze-

zeń udziały kliniki. Zarówno Klinika Richtera, jak i sam

doktor Rudolf Richter mieli obecnie niezgorszą kondycję

finansową.*

Richter sprawdził wezwania i udał się na pooperacyjne

wizyty do swych pacjentów. Były to dwa przypadki odwar-

stwienia siatkówki z dość skomplikowaną historią choroby.

12
Obaj pacjenci czuli się już dobrze. W powrotnej drodze do

gabinetu przyszło mu na myśl, że jak na jedynego okulistę

w całej klinice przeprowadzał niepokojąco mało operacji.

Biorąc jednak pod uwagę sporą liczbę okulistów praktyku-

jących w Los Angeles, powinien się cieszyć z tych kilku pac-

jentów, których leczył. Tym większą wdzięczność żywił wo-

bec swojego brata, który przed ośmioma laty przekonał go

do idei założenia kliniki.

W gabinecie zrzucił biały fartuch, włożył niebieski blezer,

po czym wyszedł, trzymając w ręku skórzaną teczkę. Minęła

już dziewiąta wieczorem i dwupoziomowy parking kliniki

był niemal pusty. W ciągu dnia nie dało się tam wetknąć

szpilki, dlatego też William już kiedyś wspominał o potrzebie

jego rozbudowy, nie tylko ze względu na zwiększenie liczby

miejsc do parkowania, lecz również odpis amortyzacyjny.

Takich zawiłości Rudolf w gruncie rzeczy nie pojmował i na-

wet nie starał się zrozumieć.

Zatopiony w rozważaniach nad ekonomicznymi proble-

mami kliniki, doktor Richter nie zauważył dwóch mężczyzn,

wyczekujących w osłoniętym od światła zaułku parkingu.

Nie dostrzegł ich nawet wtedy, gdy wynurzyli się z cienia

i ruszyli jego śladem. Mieli na sobie ciemne, urzędowe gar-

nitury. Ramię Wyższego było nienaturalnie zgięte, jakby za-

stygłe w pół ruchu. W ręku trzymał grubą teczkę, uniesioną

wysoko z powodu unieruchomienia stawu łokciowego.

Zbliżając się do samochodu, Richter wreszcie usłyszał za

sobą przyspieszone kroki. Za gardło chwycił go nieprzyjem-

ny skurcz. Z trudnością przełknął ślinę i rzucił za siebie ner-

wowe spojrzenie. Dwóch mężczyzn wyraźnie zmierzało w je-

go kierunku/Kiedy ich sylwetki oświetlił blask lampy umie-

szczonej pod sufitem, Richter dostrzegł, że mieli na sobie

eleganckie garnitury, czyste koszule i jedwabne krawaty. Po-

czuł się nieco pewniej, mimo to w miarę zbliżania się do sa-

mochodu jego kroki stawały się szybsze i dłuższe. Nerwowo

szperając w kieszeni, wyszarpnął z niej kluczyki, otworzył

drzwi od strony kierowcy, wrzucił do środka teczkę i sam

wsunął się na siedzenie, gdzie poczuł znajomy zapach skó-

rzanych obić. Zamykał już drzwi, gdy nagle stawiły opór,

13
powstrzymane czyjąś ręką. Doktor Richter niechętnie uniósł

wzrok i napotkał kamienne, pozbawione wszelkiego wyrazu

oblicze jednego z mężczyzn. Pod wpływem pytającego spoj-

rzenia doktora, przez twarz mężczyzny przemknął grymas

uśmiechu.

Richter ponownie spróbował zamknąć drzwi, lecz niezna-

jomy mocno trzymał je od zewnątrz.

— Przepraszam, doktorze, czy może mi pan powiedzieć,

która godzina? - spytał uprzejmie.

— Oczywiście - odparł z ulgą Richter, zadowolony, że

chodzi o rzecz tak niewinną. -

Spojrzał na zegarek, lecz nim zdążył cokolwiek odpowie-

dzieć został brutalnie wywleczony z samochodu. Próbował,

bez większego przekonania, stawiać opór, który zresztą zo-

stał błyskawicznie złamany. Niespodziewany cios wymierzo-

ny otwartą dłonią w twarz rzucił go na ziemię. Poczuł, jak

czyjeś ręce pospiesznie obmacują go w poszukiwaniu port-

fela, po czym usłyszał odgłos rozdzieranego materiału. Jeden

z mężczyzn lekceważąco prychnął: "Biznesmen!", drugi zaś

rzucił: "Bierz teczkę!" Jednocześnie Richter poczuł, że zry-

wają mu zegarek z nadgarstka.

W chwilę później było już po wszystkim. Do uszu Rich-

tera doszedł odgłos oddalających się kroków, trzaśniecie

drzwiami i ostry pisk opon na gładkiej, betonowej nawierz-

chni parkingu.

Przez moment jeszcze leżał w bezruchu, ciesząc się, że wy-

szedł cało z tego zdarzenia. Odnalazł i włożył okulary. Lewe

szkło było pęknięte. Jako chirurg najbardziej obawiał się

o swoje dłonie, dlatego też, zanim jeszcze podniósł się z be-

tonowej posadzki, uważnie je zbadał. Następnie zajął się

swoim wyglądem. Biała koszula i krawat były pobrudzone

smarem. Z przodu blezera brakowało guzika-na jego miej-

scu w materiale widniała niewielka dziura w kształcie pod-

kowy. Prawa nogawka spodni była rozdarta od przedniej

kieszeni aż do kolana.

- Boże, co za dzień! - mruknął do siebie. Poranna stłu-

czka wydała mu się teraz błahostką. Po chwili wahania pod-

niósł z ziemi kluczyki i wszedł z powrotem do kliniki. Ze

14
swego gabinetu wezwał strażnika, zastanawiając się cały

czas, czy powiadomić policję. Doszedł jednak do wniosku,

że mogłoby to zaszkodzić dobrej opinii kliniki, a poza tym,

w czym mogła tu pomóc policja... Uporawszy się z tym prob-

lemem, zatelefonował do żony, by poinformować, że zjawi

się w domu nieco później, niż zamierzał.

W łazience przyjrzał się uważnie swej twarzy. Na prawym

policzku, nieco nad kością policzkową, widniało rozcięcie,

w którym utkwiły drobiny parkingowego żwiru. Energicznie

przemył ranę środkiem dezynfekującym, próbując jednocze-

śnie ustalić, w jakim stopniu przyczynił się do powiększenia

majątku swoich napastników. Zawartość portfela oszaco-

wał na jakieś sto dolarów, kilka kart kredytowych i iden-

tyfikacyjnych z jego licencją lekarza stanu Kalifornia włącz-

nie. Najbardziej bolała go jednak strata zegarka, był to bo-

wiem prezent od żony. Cóż, kupi się nowy, pomyślał, kiedy

rozległo się pukanie do zewnętrznych drzwi gabinetu.

Przybyły strażnik ochrony rozpływał się w przeprosinach

tłumacząc, że nigdy dotąd nic podobnego się nie zdarzyło

i że ogromnie żałuje, iż w chwili napadu nie było go w po-

bliżu. Zapewnił Richtera, że zaledwie pół godziny wcześniej

  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   25


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna