MAŁopolskie centrum badań ufo I zjawisk anomalnych



Pobieranie 0.65 Mb.
Strona6/9
Data07.05.2016
Rozmiar0.65 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9

8.4. Hipoteza nr 85: Powrót z gwiazd.

Patrzyli w milczeniu. Przesuwający się na ekranie, wydobyty spod chmur obraz różnił się znacznie od kształtów zachowanych w pamięci. Znikła część kontynentów, ich miejsce zajęły morza usiane archipelagami wysp. Z niepokojem oczekiwali, aż ukaże się ląd i miasto, z którego kiedyś wystartował ich statek w Kosmos. Obraz przesuwał się powoli, planeta odkrywała coraz to nowe szczegóły powierzchni. Pierwszy zacisnął palce na poręczy fotela i pochylił się ku tafli ekranu. Zegary odmierzały czas.

Twarz Pierwszego zbladła, zasłonił oczy. Tam, gdzie powinien być wielki kontynent, było tylko morze, ocean i nic poza tym...

Witold Zegalski - „Powrót gigantów”

Zakłada ona, że istniejąca w dalekiej przeszłości na Ziemi SCNT Atlantydy była tak rozwinięta technicznie, że mogła pozwolić sobie na wysyłanie w kierunku najbliższych słońc rokujących nadzieję na posiadanie własnych układów planetarnych załogowych bądź automatycznych sond międzygwiezdnych. Pojazdy te wystartowały i z niewielką prędkością podróżną - w każdym razie nie-relatywistyczną, a zatem <0,5c poleciały w Kosmos, by powrócić na Ziemię po upływie kilku tysięcy lat.

12.000 lat temu doszło do katastrofy cywilizacji atlantydzkiej i Ludzkość cofnęła się do epoki kamienia łupanego. Tymczasem zaczęły powracać załogi wysłane w Kosmos najwcześniej. Rzecz tylko w tym, że nie miały one gdzie wrócić, bo wszystkie instalacje kosmiczne Ziemi i innych skolonizowanych planet były zniszczone lub nieczynne. Tym, którym udało się wylądować, sprymitywizowani mieszkańcy Ziemi zgotowali uroczyste powitanie, bo w ich mniemaniu mieli do czynienia z bogami... Nie było zatem w historii n a s z e j cywilizacji żadnych Kosmitów - byli tylko ludzie, którzy mogli się łączyć z innymi ludźmi i dzięki temu odrodzić Ludzkość. I to wszystko! Kolejne lądujące ekipy były przejmowane przez organizację, która zapewniała kosmonautom dostosowanie się do zmienionych warunków - to właśnie jest M a s o n e r i a... I to jest ta cała Wiedza, która dla maluczkich przekazywana jest przy pomocy symboli i niezrozumiałego dla laika języka ezoteryki. I to jest cel i sens istnienia tej organizacji. W tym kontekście stają się zrozumiałe usiłowania alchemików przemieniania jednych pierwiastków w drugie, poszukiwania alkathestu, eteru czy panaceum i produkcja homunkulusów, które były niczym innym, jak biologicznymi robotami - neuromatami... Zrozumiała jest tajemniczość, jaką okryte są wszystkie działania Braci z Loży i Ansamblei - bo i Różokrzyżowcy też są w to zamieszani - która jest potrzebna, bo antyczni kosmonauci stanowią trzon Bractwa i tylko oni mają wiedzę, ale nie mają parku maszynowego, który dopiero muszą stworzyć - i stworzyli go właściwie z niczego...

W Afryce istnieje lud, który o sobie twierdzi wprost, że pochodzi z gwiazd - konkretnie z jednej gwiazdy - Alfy Małego Psa - Syriusza. To Dogonowie. Ich wiedza jest zastanawiająca, więc jakiś utytułowany błazen wysunął hipotezę, że o balecie Syriuszów opowiedział im jakiś biały podróżnik czy kupiec, który akurat tam przebywał i dlatego ci ciemni i nieokrzesani Murzyni przyjęli to za pewnik i od razu w swej głupocie utożsamili się z tą opowieścią, aż stworzyli kult... - starczy tych bredni! Czy nie lepiej i stosując brzytwę Occhama byłoby przyjąć, że Dogonowie są po prostu potomkami atlantydzkich antycznych astronautów, którzy przez kilka tysięcy lat tłukli się w Kosmosie i powrócili na Ziemię, spustoszoną po wojnie termojądrowej? Nie mając jak dać znać o sobie i swej podróży m u s i e l i stworzyć mit religijny, który zawierał elementy Ich wiedzy i jednocześnie Ich historii Ich kosmicznej Odysei... Jakie to proste - nieprawdaż? No, ale to rozumiemy teraz - na początku XXI wieku, kiedy zagadką pozostaje jeden drobiazg, jak ci Protodogonowie potrafili polecieć na Syriusza i powrócić na Ziemię???!!!... Bo oni tego dokonali, co leży poza dyskusją - pozostało tylko pytanie: jak?

W tym ujęciu TM jest właśnie takim statkiem kosmicznym Atlantydów, który w 1908 roku powrócił na Ziemię, a raczej uległ katastrofie nie mogąc wylądować na piaskach pustyni Gobi. Pierwsza ekspedycja, która udała się w tajgę zrobiła tam porządek po katastrofie, bo jej członkowie w i e d z i e l i czego należy szukać i co należy ukryć przed postronnymi oczami...

Ten trop podsunęli mi Stanisław Lem w powieści „Powrót z gwiazd” i Witold Zegalski w cytowanym tutaj opowiadaniu „Powrót gigantów”95w którym pisze o takim powrocie z gwiazd w kontekście TM!!! Intuicja? - a może okruchy Wiedzy Tajemnej Braci Wolnomularzy???...

A zatem n i e m a ż a d n y c h Kosmitów! Trochę szkoda, bo to jest piękne marzenie i trudno jest z niego zrezygnować... Wciąż jednak mam nadzieję, że się mylę i jacyś Kosmici się w końcu do nas przyszmatłają. Ostatnio media podały, że Amerykanie podadzą do publicznej wiadomości to, co wiedzą na temat UFO w 2010 roku. Hmmm... - podejrzewam, że ta prawda może właśnie wyglądać tak, jak tutaj opisałem - zakładając, że prawda ta zostanie w ogóle opublikowana, a nie wciśnie się nam kolejny kit w rodzaju kuriozalnego dokumentu pt. „Oświadczenie NASA w sprawie istnienia UFO” z 1999 roku, w którym stwierdzono, że UFO to najnowszej generacji maszyny wojskowe...

9. R. K. Leśniakiewicz, K. Piechota, B. Rzepecki - TM ALLA POLACCA.

Pomijając aspekt literacki spadku TM, który w Polsce był także eksploatowany w literaturze SF i awanturniczo-podróżniczej - że wspomnimy tylko jedną z powieści A. Szklarskiego - „Tajemnicza wyprawa Tomka” - chcielibyśmy tutaj wspomnieć o kilku tajemniczych wydarzeniach, które miały miejsce w latach po II wojnie światowej, a które do dziś dnia nie znalazły żadnego zadowalającego wyjaśnienia. Mowa oczywiście o spadku (???) Wielkiego Bolidu Polskiego (dalej WBP) w dniu 20 sierpnia 1979 roku, spadku i eksplozji tajemniczego czegoś, co z braku lepszego określenia nazwiemy Jerzmanowickim Dziwem w dniu 14 stycznia 1993 roku, które to wypadki weźmiemy na warsztat w pierwszej kolejności. Obydwa te wydarzenia noszą wszelkie znamiona TF - o czym poniżej. I jak dotąd n i k t nie podał racjonalnego wyjaśnienia tych zjawisk, przez co skazani jesteśmy tylko i wyłącznie na domysły...



9.1. Wielki Bolid Polski.

W sierpniu 1979 roku Robert był jeszcze podchorążym IV rocznika Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych im. Tadeusza Kościuszki we Wrocławiu i odbywał szkolenie specjalistyczne w Centrum Szkolenia Wojsk Ochrony Pogranicza w Kętrzynie.96 Dlatego też o przelocie WBP dowiedział się od swych kolegów: sierż. pchor. Kazimierza G. z Poznania, sierż. pchor. Marka B. z Wrocławia oraz sierż. pchor. Zbigniewa D. z Sandomierza, którzy wracali do Kętrzyna z wycieczki do Reszla. Opowiadali oni mu później o tym, że widzieli jakieś świetliste ciała stanowiące rój iskier - „jak z parowozu” - szybko przesuwające się na tle zorzy wieczornej z północy na południe - południowy-zachód. Wtedy przypominał sobie, że on też widział coś podobnego z Kętrzyna.

Oczywiście nie przejął się tym zbytnio, bo nie miał do tego głowy, za tydzień promocja na pierwszy stopień oficerski, przeprowadzka do nowego miejsca służby w Pomorskiej Brygadzie WOP w Szczecinie - to było najważniejsze. I dopiero przypomniał sobie o tym w 1985 roku, kiedy skontaktował się z Bronisławem i Krzysztofem - którzy badali ten przypadek - i przeczytał kolejny tom „Gości z Kosmosu - NOL” Lucjana Znicza-Sawickiego, który dokładnie opisał przelot WBP na bazie relacji naocznych świadków. Wedle tego, co napisał Nestor polskiej ufologii, WBP nadleciał z kierunku N-NW i przeleciał nad polską kierując się na S-SE (linia niebieska na mapce - trajektoria nr 1), przeleciał nad granicą Polski i byłej CSRS, poleciał dalej nad terenami Słowacji dalej ku Ukrainie.

Wedle drugiej wersji podanej przez poznańskiego astronoma dr H. Kuźmińskiego, WBP nadleciał z kierunku NW i poleciał w kierunku SE (linia zielona na mapce - trajektoria nr 2), wlatując nad terytorium Ukrainy, nad którym dokonał swego żywota rozlatując się w pył...

Najciekawsze było jednak przed nami, bo Krzysiek z Bronkiem zabrali się jeszcze raz za sprawę, zbadali raz jeszcze wszystkie dostępne relacje świadków i na ich podstawie wykreślili swoją własna wersje trajektorii WBP (Linia czerwona na mapce - trajektoria nr 3), diametralnie różniącą się od tego, co było znane dotychczas...97 Wyglądało bowiem na to, że WBP wykonał w powietrzu aż dwa manewry lecąc nad Polską:



  • Manewr nr 1 - skręt o niemal 90o na zachód w locie nad okolicami Elbląga w kierunku Torunia, i...

  • ...Manewr nr 2 - skręt o 90o na wschód w locie nad Toruniem w kierunku Przemyśla...

Czegoś takiego nie potrafi zrobić żaden bolid - a zatem WBP nie mógł być żadnym bolidem!

Czymże zatem był?

Krzysiek sądzi, że to był kosmiczny kontener zawierający substancje odżywcze, które znacznie wpłynęły na pojawienie się w Polsce tzw. „klęski urodzaju” płodów rolnych w latach 80., mimo padającej gospodarki planowej. Sądzi on, że był to swego rodzaju eksperyment przeprowadzony na naszym narodzie, który potem w 1980 roku wydał „Solidarność” i zaczął obalać komunizm. Analogia była jasna - w 1908 roku przeleciał TM i w 1917 roku padł carat w Rosji. W 1979 roku nad Polską i innymi krajami Europy Środkowej przeleciał WBP i w 1989 roku w Europie padł komunizm. Czyżby zatem był to eksperyment socjotechniczny Obcych albo Gai - naszej Matki-Ziemi? - co, paradoksalnie, jest o wiele bardziej prawdopodobne, niż interwencja Obcych w głębokiego Kosmosu!...

Robert ze swej strony wysunął kontr-hipotezę głoszącą, że WBP był niczym innym, jak pociskiem ICBM wystrzelonym z pokładu amerykańskiego lub radzieckiego rakietowego okrętu podwodnego wskutek błędu komputerów kierujących odpalaniem rakiet z jego pokładu, czy awarii wyrzutni. Ów ICBM został odpalony w Morzu Norweskim i przeleciał ponad Norwegią (patrz mapka) dalej Szwecją, Morze Bałtyckie, Polskę, Ukrainę i wpadł do Marza Czarnego w okolicach Varny czy Konstancy, albo wyszedł na LEO i tamże pozostał.98 Wszystko wskazywało na to: pokręcona trajektoria lotu WBP, tor wznoszący, a nie opadający, meldunek o obserwacji dziwnej „starej rosyjskiej rakiety międzykontynentalnej” nad bazą szwedzkiej marynarki wojennej w Karlskronie, która obserwował oficer wojsk rakietowych z załogi fortecznej artylerii rakietowej JW. KA-1 płk Lars-Ove Forsberg99, a także informacja o skażeniu gleby i porażeniu promienistym węgierskich pracowników budowlanych pracujących przy montażu węgierskiej nitki Rurociągu Orenburskiego, we wrześniu 1979 roku.100 Biorąc pod uwagę relację o obserwacji płk Forsberga trzeba założyć, że WBP wykonał dwa manewry unikowe nad Bałtykiem - gdyby tego nie zrobił, wleciałby nad terytorium naszego kraju gdzieś w okolicach Kołobrzegu. Wynika z tego zatem, ze ów WBP zachowywał się w powietrzu jak sterowany pojazd rakietowy, albo jak pocisk samosterujący typu Cruise, który chciał uniknąć namierzenia go przez stacje radiolokacyjne zarówno szwedzkie, duńskie i NATO oraz polskie i radzieckie! - co wynika z wykresu jego trajektorii...

Hipoteza ICBM jednak upada, bowiem jak dotąd (czerwiec 2001 roku) żadna ze stron nie przyznała się do odpalenia tego pocisku, a przecież propaganda amerykańska czy radziecka podniosłaby raban w takim przypadku. Ileż byłoby wrzasku w „Wolnej Europie” czy „Głosie Ameryki” - tymczasem nie było nic takiego... - ergo - to nie była sowiecka „atomówka”!

To mogła być „atomówka” ale nie sowiecka czy amerykańska, ale ... kosmiczna! WBP pasuje bowiem do teorii atomowych wojen bogów-astronautów sprzed 12.000 lat, co już referowaliśmy w poprzednich rozdziałach. A może to był jednak tylko meteoryt, ale dlaczego w takim razie aż czterokrotnie zmieniał trajektorię swego lotu???... Jak to było w ogóle możliwe?

Najciekawsze jest to, że nasz węgierski przyjaciel - prezes Hungarian UFO Research Federation w Debreczynie inż. Gábor Tarcali przekazał nam sygnał o skażeniach na Ukrainie, którym ulegli pracujący tam Węgrzy. Początkowo lekarze radzieccy wpierali im to, że zakazili się jakąś endemiczną infekcją na Ukrainie, ale kiedy okazało się, że to choroba popromienna, to ciupasem odesłano ich na Węgry. Robotnicy ci ulegli skażeniu izotopami plutonu i ameryku. I tutaj należałoby postawić pytanie: czy to był pluton i ameryk z rozbitych głowic antycznej rakiety międzykontynentalnej? A może to była ukryta przed światem awaria elektrowni jądrowej? Taka możliwość jest realna, bowiem władze ZSRR ukrywały przed światem katastrofy ekologiczne tak, jak Indianin ukrywa swój strach, a biały swe grzechy...

Inne sygnał przyszedł ze Słowacji, gdzie w Koszycach, w miejskich katakumbach, odkopano tajemniczą skrzynkę z ciemnego metalu pokrytą tajemniczymi napisami literami łacińskimi, ale w nieznanym języku, a której zawartość była silnie radioaktywna. Porażeniu promienistemu uległo pięciu robotników, których hospitalizowano, zaś skrzynkę wywiozło wojsko w nieznanym kierunku! - i wszelki słuch o niej zaginął... Sprawę badał znany słowacki ufolog dr Miloš Jesenský, który doszedł do wniosku, że mogła to być skrzynka zawierająca silnie radioaktywny izotop plutonu - 238Pu+IV, który stosuje się w głowicach jądrowych. Skrzynka ta przepadła i rzecz ciekawa - wojsko czy policja nie przyznały się do tego, że jest im o niej cokolwiek wiadomo!!! Czyżby znowu działali Bracia z Loży? W listopadzie 2000 roku, w czasie IX Środkowoeuropejskiego Kongresu Ufologicznego rozmawialiśmy na ten temat z dziennikarzem gazety „Košicki večer” red. Miroslavem Samborem, który stwierdził, ze cała sprawa była tylko kaczką dziennikarską sprokurowaną w celu podniesienia nakładu dziennika. OK., może to i prawda - ale wobec powyższego dlaczego miejsce, w którym znaleziono skrzynkę w koszyckich katakumbach zostało dokładnie odizolowane od reszty świata poprzez zamurowanie wszystkich wiodących doń wejść murem grubym na dwie cegły? Na to red. Sambor już nie potrafił udzielić sensownej odpowiedzi. Zwiedzaliśmy te podziemia we wrześniu 1996 roku wraz z Marianem Książkiem i widzieliśmy świeży jeszcze cement spajający cegły i kamienie.101 Żałowaliśmy, że nie mieliśmy licznika GM, bo moglibyśmy sprawdzić poziom promieniowania okolicy tajemniczego pomieszczenia...

Tak czy inaczej, radioartefakt koszycki istnieje naprawdę i Komuś bardzo zależało na tym, by nie dostał się w ręce zbyt dociekliwych badaczy... Z tego wszystkiego wynika bezspornie, że antyczne ludy zbierały pluton z rozbitych o ziemię niewybuchów głowic jądrowych Atlantydów i wykorzystywały je do swych celów! Być może robili tak Celtowie, zamieszkujący te ziemie, czego dowodzi historia z koszycką radioaktywną skrzynką...

Powróćmy do WBP w wersji ICBM. Na rysunku widzimy schemat przebiegu wydarzeń z krytycznego wieczoru, 20 sierpnia 1979 roku. Pierwszy kontakt wzrokowy nawiązano z WPB o godzinie 20:35 CW czyli 18:35 GMT - punkt „a” na schemacie. Następnie WBP rozpadł się na głowicę i środki maskowania przeciw-radiolokacyjnego - punkt „b” - które nad Wybrzeżem utworzyły warstwę radiochłonną - „c” - jednocześnie rozpoczął on wykonywanie manewru unikowego. Manewr ten zakończył się koło Torunia - punkt „d” - głowica wraca na stary kurs po wykonaniu drugiego manewru unikowego. Po upływie około 70 sekund od momentu wejścia nad terytorium Polski, głowica opuszcza jego granice - punkt „e” - nad Bieszczadami lecąc nad Ukrainę, rozpadając się w powietrzu „f” na szczątki „g”, które spadają albo na terytorium Ukrainy, bądź w akwen Morza Czarnego.

Rysunek ten wyjaśnia w przybliżeniu, jak leciał WBP nad Polską. Ewidentnym jest, że usiłował on nie wejść w pole widzenia stacji radiolokacyjnych NATO i szwedzkiej marynarki wojennej. Unikał także polskich i radzieckich radarów przeciwlotniczych, morskich i WOP. Te ostatnie mogły namierzać cele powietrzne, ale lecące do pułapu 2.400 m.

WBP poleciał dalej na południe-południowy wschód rozpadając się i siejąc wokół radioizotopami 239Pu, 240Pu, 238Am, 239Am i inne, które znaleziono w glebie Ukrainy jeszcze p r z e d katastrofą w Czarnobylu! Czyż to nie jest d o w ó d na to, że WBP nie był czymś należącym do naszej cywilizacji!?...

I znów powracamy do motywu istnienia przed nami jednej lub nawet kilku Supercywilizacji Naukowo-Technicznych... Ostatnio na łamach różnych pism egzo- i ezoterycznych udowadnia to niedoceniony przez swych utytułowanych kolegów polski uczony, profesor Uniwersytetu Szczecińskiego prof. dr hab. Benon Zbigniew Szałek, który stosując swe genialne metody analityczne udowodnił wprost, że kiedyś istniała na Ziemi cywilizacja-matka, która posługiwała się j e d n y m językiem i j e d n y m - niemal zunifikowanym - pismem! Ślady je odnaleziono w basenie Morza Śródziemnego, Dolinie Indusu i na Wyspie Wielkanocnej! I cały problem polega na tym, że sprykowaciali koledzy prof. Szałka nie chcą przyjąć tego prostego faktu do wiadomości i wymyślają różne pokrętne teorie, by tylko nie przyznać racji outsiderowi z akademickim tytułem...

Uważamy, że WBP jest tylko jednym z ogniw długiego łańcucha dowodów na istnienie naszych antenatów, których możliwości techniczne wykreowały ich na bogów naszej planety!...

9.2. Jerzmanowice.

To było najdziwniejsze i najbardziej przypominające spadek TM wydarzenie, z jakim zetknęliśmy się w naszej ufologicznej karierze. Incydent Jerzmanowicki - a raczej spadek Jerzmanowickiego Dziwa (bo tego inaczej nie da się nazwać) zjawiskowo przypomina nam spadek TKC - tyle tylko, że skala zjawiska była nieporównywalnie mniejsza: nad Podkamienną Tunguską rąbnęło 13...130 Mt 2,4,6-trójnitrotoluenu, zaś w Jerzmanowicach ładunek ten wyniósł tylko 80-100 kg TNT - czyli 1,3 mln razy mniej! Ale to w żadnym stopniu nie zmniejsza ważności i spektakularności zjawiska!...

Na temat Jerzmanowickiego Dziwa - dalej JD - napisano już chyba wszystko. Badali je wojskowi specjaliści i profesorowie uniwersyteccy. Nic nie wskórali. Nie znaleziono szczątków meteorytu - bo a priori założono, nie wiadomo dlaczego, że to był meteoryt - ani pocisku rakietowego, co założyli wojskowi. Sytuacja przypomina nam dokładnie skrzyżowanie czeskiego i radzieckiego filmu: „było i nie ma - i nikt nic nie wie...”

A to było tak:

Wieczorem, dnia 14 stycznia 1993 roku, około godziny 19:00 (18:00 GMT), mieszkańców podkrakowskich Jerzmanowic (powiat Kraków, woj. małopolskie) poderwało na nogi dziwne zjawisko - otóż coś wyrżnęło w wapienny ostaniec zwany Babią Górą i rozniosło jej wierzchołek na drobne kamyki, które zaścieliły grunt w promieniu 700 m od niej po nierównej elipsie rozlotu. Fala podmuchu wywaliła okna w promieniu kilometra od epicentrum, zaś huk wybuchu słyszano nawet w Krakowie i Sosnowcu. Eksplozji towarzyszył błysk, który zaobserwowano w odległej o 67 km Zawoi.

Wybuch spowodował panikę wśród ludzi i zwierząt gospodarskich. W chwilę po nim ludzie poczuli duszący zapach, jakby środków ochrony roślin - coś w rodzaju DDT czy opartego na nim innego pestycydu. Eksplozja spowodowała u zwierząt reakcje agresywne lub apatię, zaś u ludzi apatię i spowolnienie refleksu. Trwało to prawie tydzień.

Rzecz dziwna - eksplozja spowodowała spalenie wszystkich żarówek i urządzeń elektrycznych - nawet tych, które nie były włączone - w promieniu 1 km od epicentrum wybuchu. Przypominało to dość dokładnie zjawiska towarzyszące eksplozji Meteorytu Tomskiego (Czułymskiego) w dniu 26 lutego 1984 roku. Jednakże tutaj mamy do czynienia ze zjawiskiem o wiele mniejszym w skali...

Pozwalamy sobie zestawić tutaj kilka spektakularnych eksplozji w historii świata, by zobaczyć, jak na tym tle przestawia się wybuch JD:




NAJWIĘKSZE EKSPLOZJE ŚWIATA


Zjawisko

E (w J)

Efekty eksplozji


Impakt Meteorytu Chicxulub

4 x 1023



Wyrzut w atmosferę Ziemi 60.000 km3 materiału skalnego. Obniżenie średniej temperatury Ziemi o 20oC i wymarcie dinozaurów.


Wybuch Mt. Tambora

8 x 1022



Wyrzut 80 - 175 km3 tefry i gazów w atmosferę i obniżenie temperatury Ziemi o 1,5oC. 92.000 zabitych.



Wybuch Krakatau (Rakata)

3 x 1018



Wyrzut w atmosferę Ziemi 20 km3 tefry i materiału skalnego, obniżenie temperatury Ziemi o 0,5oC. 36.000 zabitych.

Spadek TM

1018

Efekty optyczne i geofizyczne w atmosferze ziemskiej.

Spadek CzM

8,5 x 1015

Brak znaczących efektów.


Wybuch Mt. St. Helens

8 x 1014



Wyrzut 1 km3 tefry w atmosferę - około 100 zabitych.

Impakt JD

7,7 x 1011

Brak znaczących efektów.

Jak widać, spadek i eksplozja JD wypada blado w porównaniu z pozostałymi zjawiskami, ale... Jak dotąd nikt nie podał przyczyny tego fenomenu i na JD połamali sobie zęby uczeni, podobnie jak na TF. Ufolodzy też...

JD zaczęto badać stosunkowo późno, bo dopiero na wiosnę 1999 roku, kiedy to w Jerzmanowicach pojawiła się ekipa Małopolskiego Centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych w składzie: Anna i Robert Leśniakiewiczowie, Marzena, Ewelina i Wioletta Wójtowiczówne oraz Bartosz Soczówka ze swym ojcem. Pierwej jednak dokonano analizy wszystkich zebranych informacji, z której wynikało, ze JD jeżeli był w ogóle meteorytem, to zaiste dziwnym! Nie dało się ustalić kierunku, z którego ów meteoryt nadleciał nad miejsce impaktu w Jerzmanowicach. Jedni świadkowie mówili, że z zachodu, inni że ze wschodu czy północnego wschodu - patrz mapka.

Astronomowie stwierdzili, że JD mógł być związany z asteroidą 6344 P-L, która akurat w dniu 14 stycznia 1993 roku przechodziła przez swe perygeum i mógł on nadlecieć z kierunku NE.

Z kolei wojsko przeszukiwało okolice Babiej Góry i skałki Sikorka, bowiem zdaniem wojskowych, obiekt nadleciał z kierunku odległego o 19 km Krakowa... Jednym słowem, nawet tego nie udało się bezspornie ustalić, bo choć elipsa rozrzutu odłamków szczytu Babiej Góry wskazywała na korzyść tej ostatniej wersji, to inne relacje wskazują na to, że było zupełnie inaczej...

Tajemniczą sprawą jest to, że na chwilę przed wybuchem świadkowie stwierdzili przelot samolotu nad okolicą, co dało asumpt stwierdzeniom, że to wojsko zgubiło tam coś, czego nie powinny oglądać oczy cywilów - jednym słowem polskie „Archiwum X”!? cóż to takiego być mogło? Stukilogramowa bomba lotnicza czy głowica rakietowa, a może tajemnicza broń E - obezwładniająca wszelkie systemy elektryczne i elektroniczne, którą USAF i lotnictwo NATO wykorzystały w czasie wojny w Kosowie w 1999 roku?

Uderzenie piorunu? Czemu nie? Szedł chłodny front atmosferyczny znad Skandynawii i wywiązała się burza elektryczna. Wyładowanie trafiło w szczyt Babiej Góry i spowodowało elektrowybuch zalegającej w jej szczelinach wody... Piękne! - tyle że od A do Zet nieprawdziwe, bowiem wedle relacji świadków w szczyt Babiej n i g d y nie uderzały pioruny, a gdyby nawet, to prąd spłynąłby po skale nie wnikając w nią. Tak więc nie było żadnego elektrowybuchu deszczówki - i być nie mogło. Nieoczekiwanym potwierdzeniem hipotezy „piorunowej” był zapis sejsmografów ze stacji sejsmologicznej PAN w Ojcowie, gdzie w godzinach 18h58m54s i 19h00m17s CW krytycznego dnia odnotowano dwa wstrząsy b a r d z o p o d o b n e do tych, które powstają przy wyładowaniach atmosferycznych uderzających w skały. Czyż nie pasuje to jak ulał do zjawisk towarzyszących spadkowi i wybuchowi TM???

Jest jeszcze jedna hipoteza - dość szalona bo szalona, ale... Chodzi o to, że ktoś mógł wypróbować działanie małej głowicy jądrowej - coś à la amerykańskiej W-88, NB której plany ukradli Chińczycy Amerykanom kilka lat temu. Taka mała atomówka , która ponoć można umieścić w teczce, a których kilkanaście - mówi się o 100 - zaginęło Rosjanom z ich arsenałów atomowych.102 Byłaby to idealna broń w rękach terrorystów i mafiosów - o wojskach specjalnego przeznaczenia nawet nie wspominam... Może wiec ktoś podłożył taki ładunek - mikroładunek jądrowy - w Jerzmanowicach? Ale właściwie dlaczego właśnie tam?! Znam parę innych i ciekawszych miejsc w tym kraju - ot, choćby w Warszawie na Wiejskiej! Obawiam się jednak, ze taka „mateczka” (to licencia poetica od Stanisława Lema - sic!) miałaby moc co najmniej kilku kt TNT, zaś w Jerzmanowicach eksplodowało zaledwie 0,00001 kt TNT - nieco przymało, jak na nasz gust. Nie mówiąc już o tym, że błysk neutronowy powstały w momencie eksplozji termojądrowej i wzmocniony jeszcze przez tzw. „czerwoną rtęć” RM 20/20 wykończyłby wszystko, co żyje w promieniu co najmniej kilometra... Należałoby zatem przypuścić, że cała energia eksplozji została zamieniona nie w strumień neutronów, ale w silny puls magnetyczny, który poraził wszystkie urządzenia elektryczne i elektroniczne w promieniu 1.000 m od epicentrum. Byłaby to idealna broń oślepiająca urządzenia radiolokacyjne i inne sensory przeciwnika. Czy ktoś wypróbowywał tę broń - użytą potem w Zatoce Perskiej przeciwko Irakowi, Bośni i Hercegowinie oraz w Kosowie przez lotnictwo NATO i USAF - na mieszkańcach Jerzmanowic? Nie sądzę, by tak było - chociaż w warunkach panującego bałaganu i bezprawia w III Najjaśniejszej Rzeczpospolitej n a w e t t a k i e rzeczy są możliwe... Być może ta broń wymknęła się komuś spod kontroli i to jest właśnie najbardziej prawdopodobne!

Ale czy prawdziwe?

Nie sądzimy, by to było nieprawdziwe, boż istnieje możliwość, że bliskie przejście koło Ziemi asteroidy oznaczonej 6344 P-L mogło strącić na nią orbitującego uzbrojonego satelitę amerykańskiego, rosyjskiego, chińskiego czy... atlantydzkiego!? Rzecz w tym, że takich wydarzeń w historii świata było więcej - proszę, spójrz Czytelniku na poniższy krótki wykaz:

1   2   3   4   5   6   7   8   9


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna