Muzyka Duszy



Pobieranie 1.68 Mb.
Strona1/24
Data04.05.2016
Rozmiar1.68 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   24
TERRY PRATCHETT


Muzyka Duszy


Przełożył: Piotr W. Cholewa

SCAN-dal

HISTORIA
Jest to opowieść o pamięci. I to należy zapamiętać...

...że Śmierć świata Dysku, dla tylko sobie znanych powodów, ocalił kiedyś małą dziewczynkę i zabrał ją do swego domu pomiędzy wymiarami. Pozwolił jej dorosnąć do wieku szesnastu lat, bo wierzył, że z większymi dziećmi łatwiej jest sobie radzić niż z małymi. Co pokazuje, że można być nieśmiertelną antropomorficzną personifikacją i wciąż niczego nie rozumieć...

...że później zatrudnił ucznia zwanego Mortimer, a w skrócie Mort. Mort i Ysabell natychmiast poczuli do siebie głęboką niechęć, a każdy wie, do czego to prowadzi na dłuższą metę. Jako zastępca Mrocznego Kosiarza, Mort okazał się wyjątkowym nieudacznikiem. Stał się przyczyną problemów, które wywołały rozchwianie Rzeczywistości i walkę między nim a Śmiercią, którą Mort przegrał...

...i że, dla tylko sobie znanych powodów, Śmierć oszczędził go i wraz z Ysabell odesłał na świat.

Nikt nie wie, dlaczego Śmierć zaczął przejawiać osobiste zainteresowanie istotami ludzkimi, z którym pracował już od tak dawna. Prawdopodobnie chodzi tu o zwykłą ciekawość. Nawet najskuteczniejszy szczurołap prędzej czy później zaczyna się interesować szczurami. Może obserwować, jak szczury żyją i umierają, rejestrować wszelkie szczegóły szczurzej egzystencji - choć sam nigdy pewnie nie zrozumie, jak to jest, kiedy się biegnie przez labirynt.

Jeśli jednak prawdą jest, że sam akt obserwacji zmienia obiekt, który jest obserwowany* [przyp.: Z powodu kwantów.], tym bardziej prawdą jest, że zmienia obserwatora.

Mort i Ysabell pobrali się.

Mieli dziecko.

Jest to także opowieść o seksie, prochach i muzyce z wykrokiem.

No...


...jedno na trzy to całkiem niezły wynik.

Co prawda to zaledwie trzydzieści trzy procent, ale mogłoby być gorzej.

Gdzie zakończyć?

Ciemna, burzliwa noc. Kareta, już bez koni, przebija rachityczny, bezużyteczny płotek, i koziołkując, spada do wąwozu. Nie zaczepia nawet o wystającą skałę i uderza w wyschnięte koryto rzeki daleko w dole. Rozpada się na kawałki.


***

Panna Butts nerwowo przerzucała papiery.

Oto praca dziewczynki, lat sześć.

„Co robiliśmy na wakacjach: Na wakacjach robiłam to, że byłam u dziadka on ma wielkiego białego Kunia i ogród co jest całkiem Czarny. Zjedliśmy jajko i frytki.”


***

Potem zapala się oliwa w lampach przy karecie i następuje eksplozja. Z ognia wytacza się - ponieważ pewne konwencje obowiązują nawet w tragedii - płonące koło.


***

I następna kartka, rysunek siedmioletniej dziewczynki. Cały w czerni. Panna Butts pociąga nosem. Nie chodzi o to, że dziewczę miało tylko jedną kredkę. Powszechnie wiadomo, że Quirmska Pensja dla Młodych Panien dysponuje dość kosztownymi kredkami we wszystkich kolorach.


***

A kiedy ostatni fragment dopala się z trzaskiem, jest tylko cisza.

I patrzący.

Który odwraca się i mówi do kogoś ukrytego w ciemności:

TAK MOGŁEM COŚ ZROBIĆ.

Po czym odjeżdża.


***

Panna Butts znowu przerzuciła kartki. Czuła się nieco rozkojarzona i nerwowa - uczucie wspólne wszystkim, którzy mieli do czynienia z tym dziewczęciem. Papier zwykle poprawiał jej humor. Był pewniejszy.

Potem nastąpiła sprawa tego... wypadku.

Panna Butts przekazywała już wcześniej tego typu złe wieści. To ryzyko, z jakim należy się liczyć, kiedy prowadzi się dużą szkołę z internatem. Rodzice wielu dziewcząt wyjeżdżali za granicę w tych czy innych interesach, a owe interesy często były takiego rodzaju, że szansie wysokich zysków towarzyszyła szansa spotkania z niesympatycznymi ludźmi.

Panna Butts wiedziała, jak załatwiać takie sprawy. Rozmowa była bolesna, ale biegła swoim torem. Następował szok i łzy, ale w końcu wszystko się kończyło. Ludzie potrafili sobie z tym radzić. Istniał rodzaj scenariusza, wbudowany w ludzki umysł. Życie płynęło dalej.

Ale to dziecko po prostu siedziało nieruchomo. Właśnie tą jej... grzecznością śmiertelnie przeraziła się panna Butts. Nie była złą kobietą, choć przez całe życie stopniowo wysuszaną nad piecem edukacji; była jednak osobą odpowiedzialną i przestrzegającą tego, co właściwe. Sądziła, że wie, jak powinna przebiegać taka rozmowa, więc niejasno ją irytowało, że nie przebiega.

- Hm... Gdybyś chciała zostać sama i popłakać... - podpowiedziała, starając się pchnąć tę kwestię na właściwe tory.

- Czy to pomoże? - spytała Susan.

Na pewno mnie by pomogło, pomyślała panna Butts... W tej sytuacji wykrztusiła tylko:

- Zastanawiam się, czy aby na pewno dokładnie zrozumiałaś, co powiedziałam.

Dziecko spojrzało na sufit, jakby rozwiązywało trudny problem algebraiczny.

- Spodziewam się, że zrozumiem.

Jakby już wcześniej wiedziała i jakoś zdążyła się z tym pogodzić. Panna Butts poprosiła nauczycielki, żeby uważnie obserwowały Susan. Oświadczyły, że będzie to trudne, ponieważ...

A teraz ktoś delikatnie zastukał w drzwi gabinetu -jak gdyby tak naprawdę wolał pozostać niedosłyszany. Panna Butts powróciła do chwili obecnej.

- Proszę wejść. Drzwi się otworzyły.

Susan nigdy nie robiła najmniejszego hałasu. Nauczycielki wspominały o tym. To niesamowite, mówiły. Zawsze znajdowała się przed człowiekiem, kiedy najmniej się tego spodziewał.

- Ach, to ty, Susan. - Wymuszony uśmieszek przemknął po twarzy panny Butts niby nerwowy tik po tarczy zmartwionego, popsutego zegara. - Usiądź, proszę.

- Oczywiście, panno Butts. Panna Butts przerzuciła papiery.

- Susan...

- Tak, panno Butts?

- Przykro mi to mówić, ale zdaje się, że znów byłaś nieobecna na lekcjach.

- Nie rozumiem, panno Butts.

Dyrektorka pochyliła głowę. Budziło to w niej niejasną irytację na samą siebie, ale... było w tym dziecku coś, co nie dawało się kochać. Naukowo doskonała z przedmiotów, które lubiła, trzeba przyznać... ale na tym koniec. Była doskonała tak, jak diament jest doskonały: same ostre krawędzie i chłód.

- Czy znowu... to robiłaś? - spytała. - Obiecałaś, że skończysz z tym niemądrym zachowaniem.

- Panno Butts...

- Znowu... znowu stawałaś się niewidzialna, tak?

Susan zarumieniła się. Podobnie, choć mniej różowo, zarumieniła się panna Butts. Przecież to niepoważne, myślała. To wbrew rozsądkowi. To... No nie...

Odwróciła głowę i zamknęła oczy.

- Tak, panno Butts? - odezwała się Susan na moment wcześniej, niż panna Butts zdążyła powiedzieć „Susan...”.

Panna Butts zadrżała. To kolejna sprawa, o której wspominały nauczycielki: czasami Susan odpowiadała na pytania, zanim ktoś zdążył je zadać.

Uspokoiła się z wysiłkiem.

- Nadal tam siedzisz, prawda?

- Oczywiście, panno Butts. Niepoważne...

To żadna niewidzialność, tłumaczyła sobie. Ona po prostu przestaje się rzucać w oczy. Ona... Kto...

Skupiła się. Napisała do siebie notatkę - właśnie na taką okazję. Karteczka była przypięta do teczki.

Przeczytała:

„Rozmawiasz z Susan Sto Helit. Nie zapominaj o tym.”

- Susan... - spróbowała.

- Tak, panno Butts?

Kiedy panna Butts się koncentrowała, widziała Susan siedzącą tuż przed nią. Z pewnym wysiłkiem słyszała jej głos. Musiała tylko zwalczyć uporczywą skłonność do wiary, że jest w gabinecie sama.

- Niestety, panna Cumber i panna Greggs skarżyły się na ciebie - oznajmiła.

- Zawsze jestem w klasie, panno Butts.

- Domyślam się, że jesteś. Panna Traitor i panna Stamp zapewniają, że widzą cię przez cały czas. - W pokoju nauczycielskim wybuchła nawet kłótnia z tego powodu. - To dlatego, że lubisz logikę i matematykę, a nie lubisz języków i historii?

Panna Butts skupiła uwagę. Dziecko w żaden sposób nie mogło wyjść z gabinetu. Jeśli naprawdę wytężyła słuch, wychwytywała sugestię głosu mówiącego: „Nie wiem, panno Butts”.

- Susan, to naprawdę irytujące, kiedy tak...

Przerwała. Rozejrzała się po gabinecie, a potem zerknęła na karteczkę przypiętą do dokumentów na biurku. Zdawało się, że ją czyta, zrobiła zdziwioną minę, a następnie zmięła notatkę i rzuciła ją do kosza. Sięgnęła po pióro i - popatrzywszy przez chwilę w przestrzeń - zajęła się rachunkami swojej pensji.

Susan odczekała grzecznie jeszcze chwilę, a potem wstała i wyszła cichutko.
***

Pewne rzeczy muszą się wydarzyć przed innymi. Bogowie grają losami ludzi. Ale najpierw muszą ustawić wszystkie pionki na planszy i po całej swojej siedzibie poszukać kostek. Deszcz padał w niewielkiej, górzystej krainie LJamedos. W Llamedos zawsze padał deszcz. Deszcz był głównym towarem eksportowym tego kraju. Mieli tam nawet kopalnie deszczu.

Bard Imp siedział pod choiną - bardziej z przyzwyczajenia niż w nadziei, że naprawdę znajdzie osłonę. Woda ściekała między igłami i tworzyła strumyki na gałęziach, więc drzewo działało raczej jak koncentrator deszczu. Od czasu do czasu całe deszczowe bryły rozpryskiwały mu się na głowie.

Miał osiemnaście lat, wybitny talent i - w tej chwili - pewne problemy z własnym życiem.

Stroił harfę, swoją cudowną nową harfę, i patrzył na deszcz. Łzy spływały mu po twarzy, mieszały się z kroplami.

Bogowie lubią takich ludzi.

Mówi się, że kogo bogowie chcą zniszczyć, temu najpierw odbierają rozum. W rzeczywistości temu, kogo chcą zniszczyć, bogowie wręczają odpowiednik krótkiej laski z syczącym lontem i napisem „Acme Dynamite Company” na boku. Tak jest ciekawiej i trwa o wiele krócej.
***

Susan wlokła się korytarzem pachnącym środkami dezynfekcyjnymi. Nie przejmowała się specjalnie, co sobie pomyśli panna Butts. Na ogół nie martwiła się tym, co myślą inni. Nie miała pojęcia, czemu ludzie zapominają o niej, kiedy tylko zechce, ale potem zdawali się zbyt zakłopotani, by poruszać ten temat.

Czasami niektóre nauczycielki miały problemy z dostrzeżeniem jej. I dobrze. Zwykle zabierała do klasy książkę i czytała spokojnie, gdy wokół niej Podstawowe Artykuły Eksportowe Klatchu przytrafiały się innym.

Z pewnością była to piękna harfa. Bardzo rzadko twórcy udaje się stworzyć dzieło tak idealne, że trudno sobie wyobrazić jakąkolwiek poprawkę. Przy harfie twórca nie trudził się ornamentami. Byłyby niemal świętokradztwem.


***

Była też nowa, co w Llamedos zdarzało się rzadko. Większość harf była stara. Co nie znaczy, że się zużywały. Czasem potrzebowały nowej ramy, szyjki czy strun - ale sama harfa trwała. Starzy bardowie twierdzili, że z wiekiem stają się coraz lepsze, choć starcy często wypowiadają takie tezy, nie dbając o codzienne obserwacje.

Imp szarpnął strunę. Nuta zawisła w powietrzu i rozpłynęła się z wolna. Harfa była nowiutka, błyszcząca, a mimo to dźwięk miała jak dzwon. To wręcz niewyobrażalne, czym może się stać za tysiąc lat.

Ojciec Impa stwierdził, że to śmieć, że przyszłość ryje się w kamieniu, nie w nutach. I tak rozpoczęła się kłótnia.

Potem powiedział jeszcze kilka słów, Imp powiedział kilka słów, a świat stał się nagle miejscem całkiem nowym i nieprzyjaznym, gdyż słów nie da się już cofnąć.

Imp rzekł:

- Na niczym się nie znasz! Jesteś głupim staruchem! Aleja poświęcę swoje życie muzyce! Pewnego dnia, już niedługo, wszyscy będą mówili, że jestem największym muzykiem na świecie!

Głupie słowa. Tak jakby dowolny bard przejmował się czyjąkolwiek opinią - z wyjątkiem opinii innych bardów, którzy przez całe życie uczyli się, jak słuchać muzyki.

Zostały jednak wypowiedziane. Jeśli słowa wypowiada się z należytą pasją, a bogowie akurat się nudzą, bywa, że cały wszechświat przeformowuje się wokół owych słów. Słowa zawsze miały moc odmieniania świata.

Trzeba uważać, kiedy wypowiada się życzenie. Nigdy nie wiadomo, kto może słuchać.

Albo co, skoro już o tym mowa.

Ponieważ zdarza się, że coś dryfuje akurat wśród wszechświatów, a kilka słów wypowiedzianych przez niewłaściwą osobę w odpowiedniej chwili może sprawić, że zmieni nieco kurs...

Daleko od tego miejsca, w gwarnej metropolii Ankh-Morpork iskry zawirowały przez chwilę w ślepym poza tym murze, a potem...

...był tam sklep. Stary sklep z instrumentami muzycznymi. Nikt nie zauważył jego przybycia. A kiedy już się pojawił, stał w tym miejscu od zawsze.


***

Śmierć siedział wpatrzony w pustkę, opierając brodę na dłoni.

Albert zbliżył się bardzo ostrożnie.

W chwilach zadumy - a to była właśnie jedna z nich - Śmierć często zdumiewał się, dlaczego jego sługa zawsze kroczy tą samą ścieżką po podłodze.

BO PRZECIEŻ, myślał, ROZWAŻMY SAM ROZMIAR POKOJU...

...który rozciągał się w nieskończoność, a przynajmniej tak blisko nieskończoności, że różnica nie jest istotna. W rzeczywistości miał około mili. To sporo jak na pokój, podczas gdy nieskończoności właściwie nie widać.

Śmierć trochę się zirytował, kiedy już stworzył dom. Czas i przestrzeń to kategorie, którymi się manipuluje, a nie takie, którym należy być posłusznym. Okazało się, że był nieco rozrzutny przy wymiarach pomieszczeń, i zapomniał, żeby uczynić zewnętrze większym od wnętrza. Podobnie było z ogrodem. Kiedy zaczął się trochę bardziej interesować tymi sprawami, uświadomił sobie, jaką rolę przypisują ludzie kolorowi w takich koncepcjach jak - dla przykładu - róże. Śmierć stworzył je czarne. Lubił czerń. Pasowała prawie do wszystkiego. A prędzej czy później pasowała już do wszystkiego bez wyjątku.

Ludzkie istoty, które poznał - a poznał kilka - reagowały na niemożliwe rozmiary pomieszczeń w sposób niezwykły: po prostuje ignorowały.

Weźmy takiego Alberta. Otworzyły się wielkie drzwi, Albert przestąpił próg, ostrożnie balansując spodeczkiem i filiżanką...

...a po chwili był w głębi pokoju, na skraju stosunkowo małego kwadratu dywanu otaczającego biurko Śmierci. Śmierć przestał się zastanawiać, jak sługa pokonuje przestrzeń od drzwi do dywanu, kiedy przyszło mu do głowy, że dla Alberta nie ma tam żadnej przestrzeni...

- Przyniosłem herbatę rumiankową, panie - oznajmił Albert.

HM?


- Panie...

PRZEPRASZAM. ZAMYŚLIŁEM SIĘ. CO TAKIEGO POWIEDZIAŁEŚ?

- Herbata rumiankowa.

MYŚLAŁEM, ŻE TO RODZAJ MYDŁA.

- Można dodawać rumianku do mydła albo to herbaty, panie - wyjaśnił Albert. Był zmartwiony. Zawsze się martwił, kiedy Śmierć zaczynał rozmyślać o sprawach. W dodatku myślał o nich niewłaściwie.

BARDZO UŻYTECZNY OCZYSZCZA OD ŚRODKA I Z WIERZCHU. Śmierć wsparł brodę dłońmi i znów się zadumał.

- Panie... - odezwał się po chwili Albert. HM?

- Wystygnie, jeśli jej nie wypijesz. ALBERCIE...

- Tak, panie? ZASTANAWIAŁEM SIĘ... -Tak?

O CO W TYM WSZYSTKIM CHODZI? TAK NAPRAWDĘ? KIEDY SIĘ PORZĄDNIE ZASTANOWIĆ?

- Och, tego... Trudno powiedzieć, panie.

NIE CHCIAŁEM TEGO ROBIĆ, ALBERCIE. WIESZ PRZECIEŻ. TERAZ ROZUMIEM, CO MIAŁA NA MYŚLI. NIE TYLKO Z TYMI KOLANAMI.

- Kto, panie? Odpowiedzi nie było.

Albert obejrzał się jeszcze, kiedy dotarł do drzwi. Śmierć znów wpatrywał się w przestrzeń. Nikt nie potrafił tak się wpatrywać jak on.


***

Nie być widzianą nie stanowiło problemu. Niepokój budziły raczej zjawiska, które wciąż widywała. To sny. To przecież sny, oczywiście. Susan znała nowoczesne teorie mówiące, że sny to tylko obrazy odrzucane przez mózg katalogujący wydarzenia dnia. Czułaby się jednak pewniej, gdyby wydarzenia dnia kiedykolwiek obejmowały latające białe konie, ogromne mroczne pokoje i dużo czaszek.

Ale to przecież sny. Widywała też inne rzeczy. Na przykład nigdy nikomu nie wspomniała o dziwacznej kobiecie w sypialni, tej nocy, kiedy Rebeka Snęli włożyła pod poduszkę ząb, który jej wypadł. Susan patrzyła, jak kobieta wchodzi przez otwarte okno i staje przy łóżku. Przypominała trochę pasterkę i wcale nie budziła lęku, mimo że przechodziła przez meble. Zabrzęczała sakiewka. Rankiem ząb zniknął, a Rebeka była bogatsza o 50-pensową monetę.

Susan nie cierpiała takich historii. Wiedziała, że ludzie psychicznie niestabilni opowiadają dzieciom o Wróżce Zębuszce, ale to jeszcze nie powód, żeby istniała. Coś takiego sugerowało mętne rozumowanie. Nie lubiła mętnego rozumowania, które zresztą w reżimie panny Butts uważano za poważne wykroczenie.

Poza tym nie był to szczególnie okrutny reżim. Panna Eulalia Butts wraz ze swoją koleżanką, panną Delcross, oparły placówkę edukacyjną na zdumiewającym pomyśle, że skoro dziewczęta i tak nie mają nic do roboty, dopóki ktoś ich nie poślubi, równie dobrze mogą się zająć nauką.

Na Dysku działało mnóstwo szkół, ale prowadziły je albo rozmaite Kościoły, albo gildie. Panna Butts nie akceptowała Kościołów z przyczyn logicznych; ubolewała też, że wartość kształcenia dziewcząt uznają jedyne Gildie Złodziei i Szwaczek. Świat tymczasem jest wielki i niebezpieczny; każdemu dziewczęciu przyda się pod suknią dawka solidnej znajomości geometrii i astronomii. Panna Butts bowiem szczerze wierzyła, że nie istnieją zasadnicze różnice między chłopcami a dziewczętami.

Przynajmniej żadne godne wspomnienia.

A w każdym razie nie takie, o jakich wspomniałaby panna Butts.

Wierzyła zatem w zachęcanie powierzonych jej opiece dorastających dziewcząt do logicznego myślenia i zdrowej ciekawości. Działanie takie mądrość każe porównywać do polowania na aligatory w tekturowej łódce, w porze deszczów.

Kiedy na przykład prowadziła pogadankę - z drżącym z emocji, ostrym podbródkiem - na temat zagrożeń czekających poza miastem, trzysta zdrowych, badawczych umysłów uznawało, że 1) trzeba je poznać przy najbliższej okazji. Logiczne myślenie zaś kazało pytać: 2) skąd właściwie panna Butts wie o tych zagrożeniach. A wysokie, zakończone kolcami mury wokół terenów pensji wydawały się całkiem łatwe dla kogoś ze świeżym umysłem wypełnionym trygonometrią i ciałem wyćwiczonym przez zdrową szermierkę, gimnastykę oraz zimne kąpiele. W opisach panny Butts niebezpieczeństwa wydawały się naprawdę ciekawe.

W każdym razie zdarzył się ów incydent z nocnym gościem. Po jakimś czasie Susan uznała, że wszystko to jej się wydawało. Było to jedyne logiczne wytłumaczenie, a z nimi radziła sobie doskonale.
***

Jak to mówią, każdy czegoś szuka. Imp szukał miejsca, do którego mógłby wyruszyć. Wóz drabiniasty, który podwiózł go przez ostatni kawałek, oddalał się z turkotem przez pola.

Imp spojrzał na drogowskaz. Jedno ramię wskazywało drogę do Quirmu, drugie do Ankh-Morpork. Słyszał dosyć, by wiedzieć, że Ankh-Morpork to wielkie miasto, ale zbudowane na iłach, a zatem niezbyt interesujące dla druidów z jego rodziny. Miał przy sobie trzy ankhmorporskie dolary i trochę drobnych. Prawdopodobnie w Ankh-Morpork nie była to duża suma.

O Quirmie nie wiedział nic oprócz tego, że leży na wybrzeżu. Droga do Quirmu nie wyglądała na często uczęszczaną, na drodze do Ankh-Morpork wyryte były głębokie koleiny.

Rozsądek podpowiadał, żeby wyruszyć do Quirmu i zakosztować miejskiego życia, dowiedzieć się czegoś o ludziach z miasta. Dopiero potem można podążyć do Ankh-Morpork, podobno największego miasta na świecie. Rozsądek podpowiadał, żeby znaleźć w Quirmie jakąś pracę i odłożyć trochę pieniędzy. Rozsądek mówił, żeby najpierw nauczyć się chodzić, nim człowiek spróbuje biegać.

Zdrowy rozsądek długo tłumaczył mu to wszystko, więc Imp pewnym krokiem pomaszerował w stronę Ankh-Morpork.


***

Jeśli chodzi o wygląd, Susan zawsze kojarzyła się innym z dmuchawcem tuż przed zdmuchnięciem. Dziewczęta z pensji ubierały się w luźne, wełniane granatowe sukienki sięgające od szyi do wysokości tuż powyżej kostek - praktyczne, zdrowe i mniej więcej tak atrakcyjne jak deska. Talia znajdowała się w okolicach kolan. Susan zaczynała jednak z wolna wypełniać swoje szkolne ubranie, zgodnie z pradawnymi zasadami, o jakich z wahaniem i niewyraźnie napomykała panna Delcross na lekcjach biologii i higieny. Dziewczęta opuszczały jej zajęcia z niejasnym wrażeniem, że powinny poślubić (Susan wyszła z wrażeniem, że tekturowy szkielet wiszący w kącie na haku wygląda jakoś znajomo).

To jej włosy sprawiały, że ludzie przystawali i oglądali się za nią. Były całkiem białe, z wyjątkem jednego czarnego pasemka. Regulamin pensji nakazywał splatać je w dwa warkocze, miały jednak nienaturalną słonność do rozplatania się i powracania do preferowanej formy, na podobieństwo węży Meduzy* [przyp.: Rzadko ktokolwiek zastanawia się, gdzie Meduza miała węże. Owłosienie pod pachami staje się kwestią o wiele bardziej kłopotliwą, kiedy próbuje kąsać rozpylacz dezodorantu.].

Miała też znamię... jeśli to było znamię. Ukazywało się tylko wtedy, gdy się rumieniła. Trzy słabe, blade linie pojawiały się wtedy na policzku i wyglądała, jakby ktoś uderzył ją w twarz. Kiedy się złościła - a złościła się często z powodu bezdennej głupoty świata - linie lśniły.

W teorii trwała teraz wokół niej lekcja literatury. Susan nie znosiła literatury. Wolała poczytać dobrą książkę. W tej chwili miała na stoliku otwartą „Logikę i paradoks” Wolda, i czytała ją, podpierając brodę na dłoniach.

Jednym uchem nasłuchiwała, czym się zajmuje reszta klasy. Chodziło o wiersz na temat żonkili. Najwyraźniej poeta bardzo je lubił.

Susan przyjmowała to ze spokojem. Żyli w wolnym kraju. Ludzie mogli uwielbiać żonkile, jeśli mieli na to ochotę. Nie powinni jednak - w bardzo stanowczej i przemyślanej opinii Susan - zużywać więcej niż jedną stronę, by to powiedzieć.

Jakoś radziła sobie z edukacją. Jednak uważała, że szkoła stale próbuje jej przeszkadzać.

Wokół niej wizja poety była rozbierana na części z użyciem przypadkowych narzędzi.

Kuchnia miała te same gargantuiczne wymiary co reszta domu. Cała armia kucharzy mogłaby się w niej zgubić. Dalsze ściany ginęły w cieniach, a rura od pieca, podtrzymywana w sporych odstępach czarnymi od sadzy łańcuchami i kawałkami brudnego sznura, znikała w mroku jakieś ćwierć mili nad podłogą. W każdym razie tak to wyglądało w oczach obcego przybysza.

Albert spędzał tu czas na niewielkim wykafelkowanym obszarze, dość dużym, by pomieścić kredens, stół i piec. I fotel na biegunach.

- Kiedy człowiek pyta: „O co w tym wszystkim chodzi, tak naprawdę, kiedy się porządnie zastanowić?”, to nie jest z nim dobrze - stwierdził, skręcając papierosa. - Ale nie wiem, co to znaczy, kiedy on to mówi. Znowu ma te swoje humory.


***

Jedyna poza nim osoba w pomieszczeniu kiwnęła głową. Miała pełne usta.

- Cała ta sprawa z jego córką - mówił Albert. - Znaczy... córka? A potem usłyszał o terminatorach. Nie dał sobie spokoju, dopóki nie wyjechał i nie przyjął kogoś do terminu. Ha! Same kłopoty z tego wyszły. Ty zresztą też, jeśli się zastanowić... ty też jesteś jego kaprysem. Bez urazy - dodał szybko, świadom, z kim rozmawia. - Ty się udałeś. Robisz dobrą robotę.

Kolejne skinięcie.

- Zawsze coś pokręci. Na tym polega problem. Jak wtedy, kiedy usłyszał o Nocy Strzeżenia Wiedźm. Pamiętasz? Musieliśmy wszystko załatwić: dębowe drzewko w donicy, papierowe kiełbaski, wieprzowa kolacja, on w papierowym kapelusiku pytający CZY TO WESOŁE? Zrobiłem dla niego taką małą ozdobę na biurko, a on podarował mi cegłę.

Papieros był fachowo skręcony. Tylko ekspert potrafi zrobić skręta tak cienkiego, a przy tym tak wilgotnego.

- Bardzo porządna cegła, muszę przyznać. Mam ją gdzieś jeszcze.

PIP, odpowiedział Śmierć Szczurów.

- Trafiłeś w sedno. Nigdy nie rozumie, o co dokładnie chodzi. Widzisz, on nie może się z pewnymi rzeczami pogodzić. Nie potrafi o niczym zapomnieć.

Albert ssał mokrego skręta, aż łzy ciekły mu z oczu.

- „O co w tym wszystkim chodzi, tak naprawdę, kiedy się porządnie zastanowić?” - Westchnął ciężko. - Coś podobnego...

Zerknął na kuchenny zegar - ze specyficznego ludzkiego przyzwyczajenia. Zegar nigdy nie chodził, od dnia kiedy Albert go kupił.

- O tej porze zwykle się już zjawia - stwierdził. - Lepiej przygotuję mu tacę. Nie mam pojęcia, co go zatrzymało.
***

Święty mąż siedział pod świętym drzewem ze skrzyżowanymi nogami, opierając dłonie na kolanach. Oczy miał zamknięte, by lepiej skoncentrować się na Nieskończonym, a ubrany był jedynie w przepaskę biodrową, by okazać pogardę dla spraw przydyskowych.

  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   24


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna