Na zakolach rzeki czasu



Pobieranie 157.75 Kb.
Strona3/3
Data07.05.2016
Rozmiar157.75 Kb.
1   2   3

Nasza pierwsza baza.
Teraz dopiero się zaczyna. W pierwszej kolejności Inżynier i Jan rozpoczęli instalować obóz – stację misyjną. Wszystko jest dobrze i praktycznie zaplanowane, zabezpieczone i rozmieszczane:

- namiot,

- kuchnia,

- miejsce na radio, jako środek łączności z główną stacją misyjną.

- przystań.
Mijają kolejne dni. Nie trudno nas było znaleźć, a w szczególności, gdy nad naszym obozem powiewa dumnie, duża trzykolorowa, narodowa flaga Ekwadoru.

Nasz pobyt a zarazem ta specyficzna misja na terenie zamieszkałym przez Huaoranis nieoczekiwanie się przedłuża.

Dzięki Inżynierowi i Janowi, nasza główna baza jest dobrze zaopatrzona i ma stały kontakt radiowy z główną misją. Nawet w stolicy Ekwadoru Quito nas mogą usłyszeć.
O każdym naszym przemieszczeniu się w inne miejsce powiadamiamy tych, co są w bazie. W tym celu wysyłamy jakiegoś młodzieńca z rodziny, którą odwiedzamy, aby zaniósł wiadomość do obozu głównego. W bazie, na znak, że wiadomość do nich dotarła, obdarowują Indian, przesyłając przez przybyłego „kuriera” prezenty. Kobiety najbardziej czekają i są zadowolone jak dostaną aluminiowe garnki do gotowania, talerze, miseczki, łyżki, noże, lusterka, korale itp. Nawet pytają się czy mamy świnki, bo pragną rozpocząć hodowlę.
Mężczyźni natomiast pragną otrzymać: siekiery, maczety oraz pilniki do ostrzenia. Ponadto żyłki do połowu ryb, naboje do jedynej strzelby jaką posiadają, latarki i baterie. Najbardziej proszą o zwierzęta domowe: psy, kury, a z drzew owocowych to oczekują na sadzonki drzew cytrynowych.
Rodziny, które w tym czasie odwiedzamy i poznajemy są rodzinami małodzietnymi, czyli posiadający niewielką ilość dzieci. Najwyżej mają od trzech do czterech dzieci.
Poszczególne grupy rodzin w liczbie 8 – 15 osób mieszkają oddalone od siebie od 3 do 7 kilometrów.
Tym razem wyruszamy, aby odwiedzić rodzinę Huane.
Tak jak za każdym razem każdy z nas sprawdza, czy wszystko zostało starannie zapakowane. Oprócz osobistego bagażu, tym razem bierzemy ze sobą prezenty, aby nimi obdarować kobiety i mężczyzn.
Po przybyciu do szałasów zamieszkałych przez rodzinę Huane, zostaliśmy bardzo serdecznie powitani i przyjęci.
Robi się późno. Trzeba przygotować miejsce na spanie.

Biorą siekierę i maczetę i zapraszają mnie abym poszedł z nimi. Pomyślałem sobie, że chcą abym im pomógł przynieść drzewo na ognisko.

Podziwiam, z jaką zręcznością posługują się siekierą oraz maczetą podczas ścinania twardej palmy chonta, z której robią deski służące między innymi za posłanie.

Podczas przycinania desek zostałem poproszony abym się położył. Początkowo nie wiedziałem, w jakim celu, dopiero aż mi pokazali, zrozumiałem, że chcą wziąć miarę, aby z dokładnością mojego wzrostu przyciąć deski. Wszystko to odbywało się przy wybuchającym, co pewien czas śmiechu.

W końcu zabieramy przycięte deski i kierujemy się w kierunku domu, aby przygotować łóżka. Deski z chonta, kładzie się na oczyszczoną ziemię. Następnie położyłem plastyk chroniący przed wilgocią a później śpiwór. Nad takim posłaniem jeszcze rozmieściłem moskitierę.
Przed ostatecznym położeniem się na spoczynek, tak jak zazwyczaj to bywa, Angel zaczyna śpiewać znane nam pieśni, którymi rozpoczynamy nasze modlitwy poranne czy wieczorne.
Z powodu upału, nie wchodzę do śpiwora. Widzę, że Angel również odczuwa ten straszny upał, dlatego też ściągnął podkoszulkę. To wykorzystał jeden z młodzieńców, który niejako przywłaszczył sobie tę podkoszulkę nakładając na siebie. Angel jednak powiedział: „BUTO QUI”, (czyli: to jest moje) – „buto qui” ma charakter święty, zarówno dla dorosłych jak i młodszych czy dzieci. Chłopiec natychmiast oddał koszulkę.

Około pierwszej nad ranem, obudziła mnie potrzeba fizjologiczna. Kiedy otworzyłem oczy, nie miałem żadnej trudności rozeznania się, gdyż całe pomieszczenie było dość dobrze oświetlone nisko palącym się ogniem. Wyszedłem tylko na zewnątrz bez większego oddalania się od szałasu. Kiedy już powtórnie położyłem się wygodnie do spania, nagle usłyszałem śpiew w rytmie litanii. Zacząłem się rozglądać, kierując wzrok w stronę skąd dochodziła melodia. Zauważyłem, że to Nenene, leżąc w hamaku i podkładając kawałki drewna do ognia, śpiewała coś w rodzaju litanii. Poczułem głęboki podziw...


Nastąpiła cisza, która trwała jakieś 2 godziny. Staruszka ponownie dołożyła drzewa do ognia a przy okazji zaczęła jeść upieczoną rybę. Podczas tych czynności zaczęła cichutko śpiewać modlitwę-litanię. Sądzę, że jej mąż, towarzyszył w śpiewie, a już po chwili nawiązała się cicha rozmowa pomiędzy trzema starszymi osobami. Nie mogę stwierdzić, czy oni również coś jedli.

Zastanawiam się nad ich rytmem biologicznego odpoczywania. Sprawiają wrażenie, że tylko przysypiają. Co się przebudzę to oni się krzątają po szałasie.

Tuż przed świtem ponownie usłyszałem ten sam śpiew. Angel zapewne też to słyszał, dlatego jako bardziej utalentowany muzycznie podchwycił melodię oraz słowa i nieśmiało pragnął przyłączyć się do chóru towarzysząc w śpiewie. Za każdym razem wywoływało to śmiech wśród mieszkańców. Pahua, chciała mu pomóc, ale to wywoływało jeszcze więcej śmiechu. Po tym wszystkim nastała cisza a na dworze już robiło się coraz jaśniej.
Powitanie

Nastał poranek, a dżungla jest spowita dość gęstą mgłą. Czas na poranną toaletę. Zabieram ze sobą mydło i pastę do zębów, ale oprócz tego dobry kij, aby nim zmącić a raczej wybadać, czy czasami przy piaszczystym brzegu nie znajduję się tam żadna niebezpieczna ryba zwana „la raya”, która gdy ktoś niepostrzeżenie nadepnie, zostanie ukłuty straszliwym kolcem-ogonem. Rana po takim ukłuci jest bardzo bolesna i trudna do wyleczenia. Dana osoba gorączkuje, a skaleczone miejsce ropieje, babrze się przez bardzo długi okres czasu. Niektórzy mówią, że nawet do trzech miesięcy.


Podczas nakładania bielizny, trzeba bacznie zwracać uwagę, czy nie zakradła się do niej żadna olbrzymia mrówka zwana „la conga”. Ukąszenie takiej mrówki również jest bardzo bolesne, wywołujące silne temperatury ciała, które również puchnie do niewyobrażalnych rozmiarów. Takie ukąszenie potrafi nawet obezwładnić dorosłego człowieka przynajmniej na okres trzech dni.
Na zewnątrz szałasów panuje straszny upał. Popularnie mówimy, „żar leje się z nieba”. Brak jakiegokolwiek podmuchu wiatru. Leżymy sobie w hamakach i odpoczywamy. Nikt z nas nie ma ochoty na nic. W pewnym momencie Huane bacznie nasłuchuje, podnosząc się z hamaka, kieruje się w stronę wejścia do szałasu. Po pewnej chwili daje nam znak ręką abyśmy podeszli. Daje nam do zrozumienia, że przychodzi jeszcze jedna rodzina i zaprasza abyśmy wyszli z domu. Wszyscy wychodzimy. Huane wydaje charakterystyczne odgłosy odpowiadając na inne umowne nawoływania, które ja osobiście z wielkim trudem odróżniłem.
Po przywitaniu, Huane powiadamia ich o tym, co zaszło oraz o wszystkich innych wiadomościach.

Takie powitanie powtarza się jeszcze dwa razy. Każda rodzina przynosi w siatkach sporą ilość jedzenia: ryby, małpy, ptaki czy też yukę, czyli maniok. Zdaję sobie sprawę, że takie odwiedziny to nie żadna wizyta na kilka godzin, tylko na parę dni.

To samo powtórzyło się w taki sam sposób dnia następnego, kiedy przyszli inni krewni.
Wszystkim przybyłym rozdajemy prezenty, w postaci narzędzi do pracy, oraz garnków aluminiowych i blaszanych talerzy emaliowanych czy kubków, które przynieśliśmy ze sobą.
Tak jak każdego dnia, z chwilą jak zachodzi słońce, każdy znajduje się już w pobliżu swojego łóżka. Kładziemy się spać bardzo wcześnie. Ogień się żarzy dość dobrze.
W szałasach Huaoranis
Kiedy dzień już się kończy, kiedy słońce zachodzi za konarami wielkich drzew, zaczynamy gromadzić się przy domowym ognisku.

Siadamy sobie wygodnie na klockach, które służą za taborety, lub kładziemy się na hamakach i słuchamy opowiadań starszych jak i tych trochę młodszych huaoranis.


Od czasu do czasu ktoś podchodzi do ogniska i dokłada trochę drzewa. Płomienie ognia natychmiast się unoszą oświetlając jeszcze bardziej cały szałas. W powietrzu unosi się zapach pieczonej ryby, która znajduje się ponadziewana na patyczki przy ognisku.
Starsi zaczynają wspominać i dzielić się ta temat ich codziennego życia. Ubolewają nad zachodzącymi zmianami: W obecnym czasie, niektóre rodziny chcą mieszkać w miastach.

Najmłodsi, zwłaszcza mężczyźni używają już obuwia, kobiety i osoby w podeszłym wieku nie chcą chodzić w obuwiu i mówią, że bolą ich nogi jak i stopy.


Mężczyźni huao po zawarciu małżeństwa przedziurawiają sobie uszy, ale młodzież już nie chce tego robić, powiadają, że ich bolą uszy i że wychodzą im robaki.
„Misjonarze dali nam odzież, ale jak jesteśmy sami, w naszych boios (szałasach), na naszym terenie, chodzimy bez żadnych ubrań a tradycyjną ozdobą są wielkie okrągłe kołki z drzewa, jakby kolczyki, a kobiety dodatkowo ozdabiają się koralami zrobionymi z nasion pochodzących z różnych gatunków drzew. Jesteśmy zorganizowani w małe grupy rodzinne.
Tworzymy wspólnoty składające się z ośmiu czy dziesięciu rodzin.
Nasze domy zrobione są z desek z palmy chonta. Mamy również szkoły w naszych wspólnotach. W każdym domu mieszka jedna rodzina.

W każdej wspólnocie mamy swego przywódcę (el bay).


Podstawą naszego utrzymania jest zbieractwo dzikich owoców, polowanie, łowienie ryb.

Utrzymujemy się również z uprawy. Każda rodzina posiada kilka małych działek, które uprawia w sposób cykliczny. Są zorganizowani w małe grupy rodzinne.


Jeśli chodzi o podział pracy to jest on wyraźnie zaznaczony; Codzienne zajęcia, którymi zajmują się Huao:

Mężczyźni polują między innymi, na różne gatunki małp np. chorongos i inne zwierzęta. M.in. guayusa, tapir, danta, sajino, na wiele gatunków ptaków.

W odpowiednich okresach roku organizują wspólne połowy ryb.

Obowiązkiem każdego mężczyzny jest również wycinka dżungli przygotowując teren pod działkę uprawną. Nie zaniedbuje się w produkcji broni takiej jak dzidy czy dmuchawy.


Kobiety gotują (przygotowują posiłki) uprawiają ogródek, opiekują się dziećmi i wyrabiają naczynia gliniane.

Ponadto kobiety wyplatają siatki z chambira (liści palmowych) jak i hamaki. Również robią dzidy i korale, aby je sprzedać.


Jedna z grup Huaoranis jest bardzo groźna i żyją zupełnie osobno - są nieosiągalni. To tagaeri. Mówią o nich, czerwone stopy, a to dlatego, że malują sobie stopy, aż do łydek na czerwono, używając achiote. Oni na swoim terenie nie akceptują żadnych „obcych”, czyli tych, którzy nie są z ich rasy, zabijają każdego dzidami, ponieważ bronią swojej ziemi, nie pozwalają, aby została im zabrana. Jest ich trochę ponad pięćdziesięciu. Pozostali z nas są bardzo ugodowi, dlatego tagaeri uważają również i nas za swoich nieprzyjaciół, i czasami chcą nas zabić.

W dzisiejszych czasach Huaoranis zostali zmuszeni żyć w rezerwacie, których teren został określony przez instytucje rządowe.

Ale również ten teren został przekazany przedsiębiorstwom naftowym, które spowodowały wejście na ten obszar metysom, spółkom drzewnym, które to przedsiębiorstwa drzewne zaczęły wycinać i wywozić wszystkie potężne drzewa. Ziemia Indian jest coraz bardziej niszczona i obnażana ze swego bogactwa.
Grabieżna gospodarka, niszczenie i wtargnięcie metysów i człowieka białego jest wielkim zagrożeniem dla przeżycia tej grupy Indian. Dlatego tak się bronią nawet zabijając w desperackim akcie każdego obcego.

Ta sytuacja spowodowała, że rodzina Tagaeri odłączyła się nawet od swoich braci i zagrozili zabiciem każdego, kto wejdzie na ich teren.




Foto z archiwum oo. Kapucynów: Kobieta i mężczyzna zabita przez Huaoranis.



Narodowość Huao lub Huaoranis, z których wywodzą się Tagaeri i Taromenani, są zaliczani do grup najbardziej wojowniczych, ponieważ pozbawili życia osoby, które zamierzały wejść na tereny przez nich zajmowane.

Oni nienawidzą człowieka białego. Zabijają każdego, białego czy metysa, każdego, kto nie jest z ich plemienia, ponieważ bronią swojej ziemi, nie pozwalają, aby została im zabrana.
Mamy nasze pieśni i tańce. Wierzymy w Boga i Pana Jezusa, ale nie chodzimy do kościoła.
Nie lubimy jak wołają na nas Auca. Nie jesteśmy Auca tylko Huao, czyli osoby, ludzie. Jest nas około 1.000 Osób i zamieszkujemy obszar rozciągający się na północno zachodnim terenie Amazonii pomiędzy rzekami Napo i Curaray.
Mamy swój język, huao tiriro. Młodzież mówi trochę i rozumie język hiszpański (castellano). Księża misjonarze nas nauczyli.
Sięgając pamięcią do lat 50-tych, część Huao zostało objętych opieką ewangelistów pochodzących ze Stanów Zjednoczonych. Ten kontakt spowodował, że bardzo mocno przesiąknęli kulturą zachodnią. Niektórzy opanowali dodatkowo język castellano i angielski. Bardziej zdolnych i podatnych, wywożono do Stanów Zjednoczonych. Tam robiono z nich liderów misyjnych.
Była to działalność celowa i zamierzona. Chodziło wyłącznie o spacyfikowanie wszelkimi sposobami naszej rasy, aby móc eksploatować wszystkie zasoby naturalne znajdujące się na naszym terytorium.
Niektórzy mają imiona z angielskiego, ponieważ Ewangeliści nam je nadali.
Ewangeliści utworzyli centrum ewangelizacyjne, w Tigueno, w którym wszyscy tam przebywający jeszcze bardziej stawali się uzależnieni od Instytutu Lingvistico de Verano.
Rodziny mieszkające bardziej na wschodzie, poza zasięgiem ewangelizatorów, zachowali swą tradycyjną kulturę.
Huaoranis, którzy uwolnili się a raczej odcięli od uzależnienia ewangelistów, już im było trudno wrócić do „swoich" wspólnot, dlatego zaczęli szukać pracy w spółkach naftowych i rolniczych. Również zajmują się sprzedażą swoich wyrobów: kosze, siatki, hamaki, korale, dmuchawy, jako cepelia na pobliskich targach miejskich. Prowadzą osiadły tryb życia. Swoje domy budują na styl domów „obcych”.
Huaorani wykazują bardzo głęboką znajomość dżungli. Przeciętnie znają cztery recepty na użycie jednej rośliny. Huaorani zostali przymuszeni do opuszczania swego terytorium i uciekania bardziej w głąb puszczy w poszukiwaniu zwierzyny. Przyczyną jest zajmowanie tych terenów przez spółki naftowe oraz nowych osadników, którzy przyszli wraz z nafciarzami.

W zamierzchłych czasach, Huaorani adorowali słońce oraz wodę.

Rzeka spełnia jedną z podstawowych i życiowych ról w życiu Huao. Wierzą, że rzeka wynagradza, ale i karci.
M i t

Z tym miejscem wiąże się pewne opowiadanie. Otóż: u ujścia Tiputini, mieszkał Indianin o nazwisku TAPUY. Prawie nikt nie pamięta jego imienia. Wszyscy znali go jako Sacharuna (dosł. Człowiek dżungli). Miał wzrok człowieka obłąkanego, poruszał się wolno, spokojny, tak jakby jakieś wydarzenie pomieszałoby mu zmysły.

Ale on nie urodził się taki. Był dzieckiem wesołym i żywotnym, które bawiło się razem ze swoimi braćmi, kuzynami i krewnymi, którzy mieszkali w wielkim tambo, które było ich wspólnym domem.

Jego rodzice wychodzili bardzo wcześnie zagłębiając się w dżunglę w poszukiwaniu i zbieraniu tak zwanego lecheguayo.


Pewnego dnia podszedł do chłopca pewien mężczyzna bardzo podobny do jego ojca i zabrał chłopca w głąb dżungli. Rodzina zmęczona poszukiwaniem zwróciła się do czarownika, który im powiedział, że dziecko zostało porwane przez sacha runa lub ducha (el espiritu del monte). Powiedział im, aby poszli i nacieli bardzo dużo cienkich lian i pozostawili je pozwijane w trudno dostępnych miejscach, którymi właśnie chodzi ten duch i kiedy się zaplącze w te liany nie ujdzie zbyt daleko.

Kiedy rodzina wypełniła dokładnie polecenie, czarownik przygotował sobie i wypił wielką ilość napoju z ayahuasca i guanto.


Kiedy ponownie spotkali się, szaman wskazał im, że dziecko znajduje się nad brzegiem rzeki Tiputini, na drzewach guabilla, skacząc po ich gałęziach jak małpa.

Czarownik wyraźnie wyjaśnił (dokładnie powiedział im) jak mogą go złapać.

W miejscu wskazanym przez szamana znajdowała się krzycząca i skacząca małpa.

Kiedy ją chwycili, ona chciała ich ugryźć. Wtedy ojciec uderzył się bardzo mocno w nos, tak że zaczął krwawić i dał małpie, aby lizała tę krew. Małpa odzyskała formę ludzką, ale już nie całkowicie sprawność umysłową.



Przygotowanie na polowanie.
Do południa wszyscy dorośli i młodzież rozpoczęli przygotowania na polowanie. Dwaj mężczyźni chwycili swe pięknie zrobione dmuchawy, które miały około 2,5 metra długości i zostawili je w strategicznych miejscach w ogrodzie. Pozostali domownicy usadowili się wygodnie w dowolnie wybranych miejscach, aby móc obserwować rozpoczynające się polowanie na duże białe ptaki, znacznie większe od gołębi, które nazywają „Yubuij”.

Przez długi czas latały w okolicy szałasów siadając na wierzchołkach wysokich drzew, będąc poza zasięgiem dmuchaw. Teraz, kiedy zaczęły siadać wśród zarośli, nadarzyła się okazja, aby je upolować.



Dmuchawy (cerbatanas): stanowią jedną z broni, których używają m.in. do polowania. Ale też muszę stwierdzić, że po mału zostaje wypierana przez strzelby, które zdobywają od pracowników ze Spółek Naftowych.
O. Kajetan Sahlke SVD




1   2   3


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna