Najlepiej czekoladowe



Pobieranie 81.04 Kb.
Data09.05.2016
Rozmiar81.04 Kb.
"Najlepiej czekoladowe"
Z brudnoszarego nieba spadały płatki śniegu, sprawiając, że miasto wyglądało jak wnętrze szklanej, pamiątkowej kuli. Biała puchowa warstwa z wolna pokrywała ulice, samochody, budynki i spieszących w tylko sobie znanych kierunkach ludzi. Mało który przechodzień zwracał uwagę na brudnego żebraka skulonego pomiędzy wejściem do sklepu mięsnego a drogerią. Jedynie czasami ktoś litował się nad nim, wrzucając złotówkę lub dwie do papierowego kubka po kawie. Żebrak, z twarzą ukrytą za długimi, skołtunionymi włosami, nie ruszał się. Tylko niewielkie obłoczki parującego oddechu świadczyły o tym, że jeszcze w ogóle żyje.

Z brudnoszarego nieba spadały płatki śniegu i osiadały miękko na jasnych włosach mężczyzny, idącego środkiem chodnika i uśmiechającego się przyjaźnie do mijanych ludzi. Śledziły go zaskoczone spojrzenia poważnych mężczyzn, chichot szepczących do siebie nastolatek i mamrotanie staruszek "że przecież tak zimno, a ten bez czapki, szalika ani nawet rękawiczek...". Mężczyzna podszedł do żebraka i przykucnął przy nim.

- Co, stary, nie wiedzie się, hm? - zapytał, opierając idealnie wyprofilowany podbródek na umięśnionych rękach, a te na kolanach ukrytych w markowych, jasnych dżinsach.

Żebrak podniósł na niego jasnobłękitne oczy.

- Bywało lepiej.

- To idź kup sobie jakąś herbatę czy coś. I ciastko. - Mężczyzna sięgnął do kieszeni białej kurtki, wyciągając stamtąd banknot stuzłotowy. - Koniecznie musisz zjeść jakieś ciastko. Najlepiej czekoladowe. - Wręczył żebrakowi pieniądze i poklepał go po policzku pokrytym kilkudniowym zarostem.

- Dziękuję...

- Nie dziękuj. To na koszt firmy. - Wyprostował się i niedbałym ruchem strącił płatek śniegu, który osiadł mu nosie. - Tylko pamiętaj o ciastku!

Z brudnoszarego nieba spadały płatki śniegu niczym zgubione anielskie pióra.
Otworzone powoli drzwi delikatnie poruszyły niewielki srebrny dzwonek. Pogrążona w lekturze sporej książki kelnerka niechętnie uniosła wzrok, notując wejście kolejnego gościa. Z lekkim westchnieniem zamknęła tom i sięgnęła po listę zamówień.

Tymczasem jasnowłosy mężczyzna od razu skierował się w stronę stolika w najdalszym kącie lokalu, gdzie czekał na niego rachityczny osobnik w czarnym garniturze.

- Już myślałem, że nigdy nie raczysz się zjawić - powitał go, uśmiechając się wymuszenie.

- Przecież wiesz jak to jest... - Jasnowłosy przysiadł się do stolika. - Praca, praca, praca...

- Podać coś? - Kelnerka starała się wyglądać tak sympatycznie i przyjaźnie jak tylko mogła.

- Herbatę z cytryną jeśli nie byłoby to problemem. - Mężczyzna obdarzył ją promiennym uśmiechem. Dziewczyna odwzajemniła go, a w jej oczach pojawiły się figlarne iskierki.

- A dla pana?

- Jeszcze jeden koniak... Nie pijesz? - Chudzielec spojrzał na jasnowłosego spod lekko uniesionych brwi.

- Miałbym jeszcze dokładać do takiego interesu? - Zapytany zaśmiał się dźwięcznie. - Sam pomyśl, jakby to wyglądało?

- Przemyślałeś to, o czym rozmawialiśmy ostatnio?

- Mój drogi, z tego co pamiętam to ty poprosiłeś o czas do namysłu. - Jasnowłosy pogroził mu żartobliwie palcem. - Ja byłem zdecydowany od samego początku.

- I nadal żądasz tego samego?

- To i tak niska cena. Mógłbym chcieć o wiele więcej.

- Proszę bardzo, panów zamówienie. - Uśmiechnięta kelnerka postawiła przed jasnowłosym filiżankę z parującą herbatą. - Coś jeszcze?

- Może jeszcze porcyjkę pani uśmiechu? - Mężczyzna mrugnął do dziewczyny zalotnie, na co ta zaśmiała się nieco nerwowo i szybko uciekła za ladę, ukrywając rumieniec za stronami książki.

- Wobec tego możesz brać się do pracy - Chudzielec rzucił rozmówcy niechętne spojrzenie znad pękatego kieliszka.

- Wiedziałem, że nie będziesz w stanie się oprzeć. - Mężczyzna zatarł ochoczo dłonie i, zabrawszy filiżankę, wstał od stolika. Podszedł do lady, stawiając przed udającą zaczytanie kelnerką herbatę i banknot pięćdziesięciozłotowy. - Wypij ją, proszę, za mnie i dla mnie. I zjedz jakieś ciastko. Najlepiej czekoladowe.
Po całodziennych opadach śniegu ulice skrzyły się w świetle latarń niczym obsypane sporą ilością brokatu. Nagły wieczorny mróz wywoływał skrzypienie białego puchu pod podeszwami energicznie idącego jasnowłosego mężczyzny. Wesoła, nieco fałszywa melodia gwizdana przez mężczyznę sprawiała, że otaczający go nocny mrok wydawał się odrobinę mniej ponury.

- Ej, ty, wyskakuj z kasy! - Z mijanej bramy wyłoniło się dwóch dresów.

- Proszę? - Mężczyzna zatrzymał się i z uprzejmym uśmiechem spojrzał na napastników.

- Wyskakuj, kurwa, z kasy albo rozjebiemy ci mordę! - Jeden z łysych przyskoczył do niego, przystawiając imponujących rozmiarów nóż do jego policzka.

- Wam chodzi o pieniądze, tak? - Mężczyzna włożył ręce do kieszeni kurtki. - Obawiam się, że nie macie interesującej mnie sumy...

- Nie pierdol, kurwa... - Drugi z dresów sięgnął do wewnętrznej kieszeni dresowej kurtki.

Spokojną ciszę zimowej nocy wypełniły odgłosy strzałów.
- ...otrzymał strzał w pierś i głowę. Więcej nie mogę państwu powiedzieć. Żegnam! - Młody policjant wskoczył do radiowozu, gdzie jego dwaj starsi koledzy grzali się przy kawie. - Cholerni dziennikarze. Już wyczaili, że wczoraj się coś działo.

- Dwa dni przed moim urlopem. - Najstarszy policjant rzucił wrogie spojrzenie na leżące mu na kolanach papiery.

- Nie opierdalać się! - Gwałtownie otworzone drzwi radiowozu ukazały rozeźlonego komendanta. - Nie ma siedzenia w samochodzie przy kawusi! Robota czeka!

Przy akompaniamencie złorzeczenia i przeklinania cała trójka wygramoliła się z radiowozu.

- Nienawidzę dresów - mruknął najmłodszy policjant. - Zawsze muszą się zarzynać w najmniej odpowiednim momencie.
Pięciu chłopa na umrzyka skrzyni...
Siarczysty mróz zamienił powietrze w miliony ostrych szpileczek wbijających się boleśnie w płuca przy każdym oddechu. Światło odbite od śniegu oślepiało. Miejsce żebraka zajął wychudzony kundel zwinięty w kłębek.

Jasnowłosy mężczyzna energicznie wkroczył do sklepu ogrodniczego. Uśmiechając się przyjaźnie podszedł do zasuszonego staruszka przysypiającego za ladą.

- Piękny mamy dzień, nieprawdaż?

- Zimny, a moje stare kości już niezbyt lubią takie temperatury. - Sprzedawca przeciągnął się nieznacznie i odwzajemnił uśmiech. - W czym mogę panu pomóc?

- Potrzebuję dobrej liny. I może jakiejś łopaty.

- Kopanie tak zamarzniętej ziemi będzie ciężkie, jeśli nie niemożliwe...

- Nikt nie wspominał o kopaniu. - Jasnowłosy mrugnął do staruszka porozumiewawczo.

Ten zaśmiał się sucho, a śmiech przeszedł w krótki, spazmatyczny kaszel.

- Chyba wolę nie wiedzieć po co panu ta łopata - stwierdził w końcu, odwracając się w stronę półek z asortymentem. - Człowiek w moim wieku może sobie wybrać kiedy chce być ignorantem a kiedy musi wszystko wiedzieć.

- Zazdroszczę.

- Nie ma czego. - Sprzedawca westchnął ciężko. - Naprawdę wolałbym być młodszy... A może wyjawi mi pan tajemnicę liny?

- Słyszał pan mit o Odynie? - Jasnowłosy oparł się o ladę w swobodnej pozie.

- Ja o Odynie wiem niewiele... To jakiś bóg, prawda? - Staruszek położył przed sobą trzy rodzaje łopat. - Czy któraś z tych się panu szczególnie podoba?

- Liczyłem na to, że pan mi pomoże wybrać. Nie jestem w takich sprawach ekspertem. A Odyn to jeden z głównych bogów z panteonu skandynawskiego.

- Zapamiętam. - Sprzedawca przyjrzał się krytycznie leżącym przed nim łopatom. - Wie pan co? Te się do niczego nie nadają. Na zapleczu mam jeszcze ze dwie lepsze. Chciałby pan je obejrzeć?
Obudziła się razem z pierwszym dźwiękiem budzika. Przecierając zaspane oczy poczłapała do kuchni, marząc o kubku gorącej, słodkiej kawy. Wszystkie resztki snu zmył dopiero gorący prysznic, na który poświęciła pięć minut dłużej niż zazwyczaj. Uznała, że od czasu do czasu może sobie pozwolić na taki luksus. Związując lekko wilgotne jeszcze włosy w luźny koński ogon wróciła do kuchni, gdzie w ekspresie już czekała na nią gotowa kawa. Zerknęła na zegarek i nagle jej wzrok padł na parę czerwonych kropek na podłodze. Zaintrygowana podeszła do nich i zorientowała się, że czerwone plamki układają się w nieco chwiejną linię prowadzącą do salonu. Zaniepokojona ruszyła za nimi, na wszelki wypadek trzymając w garści telefon komórkowy z wybranym numerem policji. Gdy stanęła na progu salonu telefon wypadł jej z ręki, a ona sama zaczęła histerycznie krzyczeć.

Na środku podłogi przy stercie starych, pokrytych rudymi plamami ludzkich kości, blady jak kreda leżał jej mąż. Jego cała krew znajdowała się na kościach i znacznym kawałku podłogi wokół nich.


Słońce ukryte za sinymi chmurami nie dawało ani krzty ciepła i ledwo było w stanie przegonić zalegający na ulicach półmrok. Jasnowłosy, nucąc skoczną melodię, szedł, ciągnąc za sobą sanki wypełnione deskami różnej długości.

- Przepraszam, ma pan ogień?

Mężczyzna zatrzymał się i uśmiechnął łagodnie do opartego o ścianę chłopaka w białej kurtce.

- Mój drogi, czy ja wyglądam na palacza?

- Szczerze mówiąc, wygląda pan trochę głupio z tymi sankami. - Nastolatek wzruszył ramionami.

Jego słowa wywołały niepohamowany wybuch śmiechu u jasnowłosego.

- Jeszcze głupiej wyglądałbym, gdybym niósł te deski w rękach, nie uważasz?

- Nie wiem... - Chłopak spojrzał na niego nieco krzywo. - To ma pan ogień czy nie?

- A wiesz kim był Quetzalcoatl? - Jasnowłosy zupełnie nie przejął się jego słowami, jedynie ponownie obdarzył go pogodnym uśmiechem.

- Ke... Kto?

- Quetzalcoatl. Ale to już nieważne. - Wyciągnął z kieszeni banknot pięćdziesięciozłotowy i wręczył go nastolatkowi. - Masz, kup sobie zapalniczkę, zapałki czy czymkolwiek tam palisz. I może jakieś ciastko. Najlepiej czekoladowe
Czterech chłopa na umrzyka skrzyni...
Mróz nieco zelżał, dzięki czemu podróże ulicami miasta stały się odrobinę mniej uciążliwe, a na skwerkach i placach pojawiły się gromadki dzieci, w końcu uwolnionych z okowów domowej nudy. Śnieg, zwłaszcza przy ulicach i większych osiedlach stał się brudnoszary. Żebrak wrócił na swoje zwykłe miejsce, płosząc nieufnego psa, który uciekł gdzieś, podkulając pod siebie postrzępiony ogon.

- Zastanawiam się czy nie zechciałbyś pomóc mi w wykonaniu mojej roboty. - Jasnowłosy oparł się o ścianę przy żebraku i uśmiechnął się do niego przyjaźnie.

Jasnobłękitne oczy spojrzały na niego długo i poważnie.

- Jestem naprawdę wdzięczny za te pieniądze, które mi pan dał, ale nie będę dla pana pracował - powiedział w końcu żebrak, nie spuszczając wzroku z jasnowłosego.

Na twarzy mężczyzny nie zaszła nawet najmniejsza zmiana.

- A powiesz mi dlaczego?

Tym razem na twarzy żebraka wykwitł łagodny uśmiech.

- No, proszę się zastanowić. Jakby to wyglądało? A ciastko było owocowe.


Grabarz, złorzecząc cicho, wyszedł z niewielkiego budyneczku przy cmentarzu. Po nocnej popijawie z kolegami męczył go kac, powietrze było nieprzyjemnie zimne, a promienie słoneczne odbite od śniegu podwójnie drażniły oczy. Jednak proboszcz był nieugięty. Już trzeci raz dzwonił, wzywając grabarza do siebie. Oby sczezł, kurwa jego mać...

Powłócząc nogami i trzymając ramiona blisko tułowia, żeby tracić jak najmniej ciepła, grabarz powoli sunął w stronę plebanii znajdującej się po drugiej stronie cmentarza. Na środku rósł stary, ogromny dąb, obecnie śpiący pod śnieżną kołdrą. Grabarz, swoim zwyczajem, zasalutował mu niedbale. Dopiero po chwili do jego świadomości dotarło, że coś się nie zgadza. Dąb wyglądał zazwyczaj nieco inaczej. Grabarz zmrużył krótkowzroczne oczy i nagle cała krew odpłynęła mu z twarzy, a skutki nocnego picia stały się zupełnie nieistotne.

Na jednej z gałęzi, kołysząc się na długim sznurze, wisiał człowiek z dziewięcioma włóczniami wbitymi w korpus. Krople zaschniętej i zamarzniętej krwi tworzyły surrealistyczny wzór na ziemi pod jego bosymi stopami.
Znów zaczął padać puszysty śnieg, pokrywając brudnobrązowe już ulice świeżą warstwą bieli. Dzieci z jeszcze większym entuzjazmem zabrały się za obrzucanie się śnieżkami i lepienie bałwanów w każdym możliwym miejscu.

Automatyczne drzwi apteki rozsunęły się, wpuszczając do środka falę chłodu, kilka płatków śniegu i jasnowłosego mężczyznę. Młody aptekarz obrzucił go długim spojrzeniem, niechętnie zamykając leżącego na kolanach laptopa.

- W czym mogę pomóc?

- Potrzebuję bandaży. - Jasnowłosy uśmiechnął się do sprzedawcy przyjaźnie i oparł dłonie na ladzie.

- Bandaży? - Do spojrzenia aptekarza wkradło się powątpiewanie.

- Dokładnie. Co najmniej siedmiu rolek.

- Chce pan kogoś zmumifikować? - Zaśmiał się nieco wymuszenie.

- A co pan wie o Ozyrysie? - Jasnowłosy przymrużył lekko oczy, przekrzywiając nieznacznie głowę.

- To jeden z bogów egipskich, prawda? Zabił go... chyba Seth, a potem Izyda poskładała go do kupy, mam rację? - Sprzedawca uśmiechnął się nerwowo.

- Jak najbardziej. Czyż to nie jest fascynujące? - Mężczyzna wyszczerzył się radośnie.

- Ee... To może ja pójdę po te bandaże, co? - Aptekarz, starając się za wszelką cenę ukryć zdenerwowanie, odszedł szybko wgłąb sklepu.
Trzech chłopa na umrzyka skrzyni...
Delikatne kłęby wijącej się subtelnie pary tworzyły w nagrzanym powietrzu zawiłe wzory. Cicha melodia drażniła lekko słuch płaczliwymi dźwiękami skrzypiec. Piskliwy sygnał telefonu komórkowego zmącił spokój panujący w pomieszczeniu.

- Słucham. - Wyciągnięty w sporej wannie z gorącą wodą mężczyzna przeczesał dłonią mokre, jasne włosy. - Właśnie odprężam się w kąpieli... - Słuchając nieco zachrypniętego głosu z słuchawki, zmarszczył brwi. - Przecież wykonuję swoje zadanie. Nawet mi należy się odrobina relaksu... - Uśmiechnął się nieznacznie. - To takie ludzkie, nieprawdaż? A nie myślałeś nigdy nad tym, żeby się trochę wyluzować? - Nabrał na dłoń nieco piany i rozsmarował ją na bladozielonych płytkach pokrywających ścianę. - Ranisz mnie, mówiąc w ten sposób. Poza tym nie jestem w stanie załatwić wszystkiego w jeden dzień... Nie, w tydzień też nie. - Westchnął teatralnie. - Twój brak zaufania mnie boli. Możesz być przecież pewien, że to załatwię... - Ponownie zmarszczył brwi. - Woda mi stygnie i właśnie ucieka mi najlepszy kawałek, dlatego będę się żegnał... Tak, tak... - Na jego kształtne usta wypłynął słodki uśmiech. - I pamiętaj, że jak tylko skończę, zgłoszę się do ciebie po zapłatę. Całą. Do zobaczenia!

Odłożył telefon na podłogę przy wannie i z błogim uśmiechem zanurzył się głębiej w wodzie.
Szybkie, energiczne kroki niosły się echem po korytarzu starego, murowanego domu.

- Dziadku, już jestem!

Rzucony niedbale plecak najpierw odbił się od ściany, a następnie z grzechotem książek obijających się o siebie wylądował na kuchennej podłodze. Rozczochrany chłopak rozejrzał się po kuchni, dłuższe spojrzenie poświęcając pustej kuchence i nienakrytemu stołowi.

- Dziadku?

Czyżby znowu pomieszały mu się dni? Przecież został uprzedzony, że wnuk przyjdzie do niego w czwartek po szkole. Chłopak podrapał się w zamyśleniu w grzbiet nosa. Gdzie on mógł...

No tak! Pewnie siedzi teraz w gołębniku z tymi swoimi ptaszyskami i stracił poczucie czasu. Ostatnio coraz częściej mu się to zdarza. Chłopak uśmiechnął się do siebie, dumny z własnej przenikliwości i zdolności do dedukcji i raźnym krokiem ruszył na dach, gdzie znajdowała się spora buda służąca gołębiom za mieszkanie. Gdy dotarł na górę, gwałtowny podmuch wiatru niemal wepchnął go z powrotem do wnętrza domu.

Chłopak opatulił się mocniej szalikiem i, pokonując szarpiący go wiatr, podszedł do gołębnika. Wskoczył do środka, zamykając z trudem skrzypiące drzwi.

- Dziadku, jesteś tu? - Jeszcze raz szarpnął za klamkę, upewniając się, że drzwi się nie otworzą. Nagle zorientował się, że w gołębniku jest dziwnie cicho i pusto. Powoli odwrócił się, lustrując wzrokiem puste grzędy. Dopiero po chwili zauważył, że na stoliku znajdującym się na środku pomieszczenia siedzi jastrząb i przygląda się mu, przekrzywiając lekko głowę. Przez pewien czas ptak i chłopak obserwowali się nie wykonując żadnego ruchu. Jednak wściekłe uderzenie wiatru strąciło z desek tworzących dach gołębnika kilka szarych piór, które delikatnie opadły na podłogę. Chłopak podążył za nimi wzrokiem i nagle mocno zbladł.

Pod stołem, w wielkiej kałuży krwi i z poszarpaną dziurą zamiast brzucha, leżał jego dziadek.
Odgłos walenia w drzwi przebił się przez falę muzyki organów, wydobywającej się z potężnych głośników wieży stereo. Jasnowłosy westchnął ciężko i niechętnie podniósł się z obitej ciemną skórą sofy. Wygładzając nierówności na ciemnozielonej koszuli, podszedł do drzwi i z uprzejmym uśmiechem otworzył je, stając twarzą w twarz z dwojgiem ludzi w policyjnych mundurach.

- Dzień dobry panu. - Obydwaj policjanci zasalutowali niedbale.

- Dzień dobry. W czym mogę panom pomóc?

- Organizujemy zbiórkę pieniędzy na leczenie białaczki syna naszego kolegi. - Jeden z mundurowych potrząsnął trzymaną przez siebie metalową puszką.

- Zapraszamy również na koncert charytatywny, który odbędzie się za tydzień w pobliskim kościele - dodał drugi, wręczając mężczyźnie czarno-białą ulotkę.

- Co za ulga! Już się bałem, że przyszliście mnie aresztować, panowie - roześmiał się jasnowłosy, sięgając po leżący na szafce portfel.

- A dlaczego? - Policjant rzucił mężczyźnie podejrzliwe spojrzenie.

- Chyba po prostu naoglądałem się za dużo amerykańskich filmów - stwierdził jasnowłosy, wzruszając z beztroskim uśmiechem ramionami i wrzucając do puszki banknot stuzłotowy.

- Chyba tak. Bo przecież my nie zamykamy niewinnych ludzi - powiedział policjant poważnie.

- Będę o tym pamiętał i w przyszłości nie palnę już takiego głupstwa.

- Cieszę się. - Mundurowy uśmiechnął się nieco wymuszenie. - Dziękujemy w imieniu kolegi i jego rodziny za okazane wsparcie.

- Ależ to żaden problem! Mam nadzieję, że chłopak szybko wróci do zdrowia. - Jasnowłosy zasalutował żartobliwie i zamknął drzwi.

Policjanci spojrzeli po sobie, a jeden z nich westchnął.

- Denerwują mnie tacy ludzie - oznajmił, wywołując tym samym zaskoczenie kolegi.

- Dlaczego?

- Są za szczęśliwi. - Mundurowy wykrzywił się tak, jakby miał ochotę splunąć. - Nieważne. Chodźmy żebrać... to znaczy zbierać dalej.


Dwóch chłopa na umrzyka skrzyni...
W nocy znowu padał śnieg, przyprawiając budynkom jeszcze większe śnieżne czapy. Na nieodśnieżonych jeszcze chodnikach ludzie zdążyli wydeptać już niewielkie ścieżki.

Jasnowłosy mężczyzna szedł po zasypanej części chodnika, energicznymi krokami rozkopując śnieg na prawo i lewo. Tuż za nim biegła trójka dzieci, śmiejąc się i uparcie powtarzając wszystkie jego ruchy. W końcu jednak skręciły na skrzyżowaniu, kierując się w stronę budynku szkoły. Jasnowłosy odprowadził je wzrokiem z lekkim uśmiechem. Przeszedł jeszcze kilkanaście metrów i wszedł do sklepu z kostiumami.

- Dzień dobry, miłej pani! - krzyknął już na progu.

Rudowłosa sprzedawczyni rzuciła mu lustrujące spojrzenie.

- Tak? W czym mogę pomóc?

Jasnowłosy niemal tanecznym krokiem pokonał niewielką odległość dzielącą go od lady i machnął ręką w stronę wieszaków z przebraniami.

- Potrzebuję stroju balowego z XIX w. Najlepiej jak najbarwniejszego.

Ekspedientka zmarszczyła lekko rude brwi.

- Wie pan... Nigdy nie byłam dobra z historii, więc chyba nie wiem o co dokładnie panu chodzi, przykro mi... - powiedziała w końcu, uśmiechając się przepraszająco.

- Proszę się nie martwić, taką ewentualność też przewidziałem. - Jasnowłosy mrugnął do kobiety zalotnie, sięgając do wewnętrznej kieszeni kurtki. Nachylił się nieznacznie nad ladą, podsuwając sprzedawczyni niewielkie zdjęcie mężczyzny w stroju z epoki. - Potrzebuję czegoś takiego.

Ekspedientka potarła w zamyśleniu grzbiet nosa.

- Chyba mamy ze dwa kostiumy w podobnym stylu. Chciałby pan je zobaczyć?

- Z przyjemnością! - Jasnowłosy obdarzył ją promiennym uśmiechem, a gdy poszła po stroje, śledził ją wzrokiem z błogim wyrazem twarzy.

- Już jestem. Czy któryś z tych się panu podoba? - sprzedawczyni położyła na ladzie dwa kostiumy. Jasnowłosy poświęcił im długie spojrzenie.

- Wezmę ten - stwierdził, wskazując na bardziej kolorowy. Jednocześnie wyciągnął z kieszeni portfel, wyjmując z niego dwa banknoty stuzłotowe. - Proszę go jakoś zapakować, policzyć ile się należy, a za resztę kupić sobie jakieś ciastko. Najlepiej czekoladowe.

- Szczęściarz z pana skoro może sobie pan pozwolić na taką rozrzutność. - Ekspedientka zerknęła na niego lekko ironicznie znad pakowanego stroju.

- Szczęście jest pojęciem względnym. - Jasnowłosy wzruszył ramionami. - A tak przy okazji... - Uśmiechnął się do niej ponownie. - Nie wie pani może przypadkiem gdzie mogę kupić kilka dobrych gwoździ?
Lekko siwiejący już patolog zatrzymał się przed metalowymi drzwiami prosektorium i ziewnął przeciągle. To zdecydowanie nie był jego dzień. Z trudem stłumił kolejne ziewnięcie i odwrócił się od wejścia, kierując się w stronę stojącego na przeciwległym końcu korytarza automatu z kawą. Potrzebował kofeiny.

Po chwili, trzymając w dłoni papierowy kubeczek z kawą, wszedł do prosektorium. Niedbałym ruchem zapalił światło i powoli rozejrzał się po swoim miejscu pracy. Zmarszczył brwi i wyciągnął z kieszeni telefon komórkowy.

- Dzień dobry, mój drogi. - Odstawił kubeczek z kawą na najbliższy stół, nieustannie marszcząc brwi. - Czy mógłbyś mi powiedzieć co się wczoraj u mnie działo? Jesteś pewien, że nic? - Ponownie spojrzał na główny stół sekcyjny. - Nie lubię znajdować podobnych niespodzianek w moim prosektorium... O co mi chodzi? Odwiedź mnie to zrozumiesz o co mi chodzi...

Odłożył telefon na blat i w zamyśleniu upił łyk kawy. Na stole sekcyjnym leżał rozczłonkowany mężczyzna, którego poszczególne części zostały luźno ze sobą powiązane bandażami. Wszystkie organy leżały wokół, zapakowane w foliowe worki. A podłogę pod stołem pokrywała gruba warstwa krwi.


Promienie wiszącego nieruchomo na bezchmurnym, bladym niebie, odbijały się od świeżego śniegu i oślepiały niespodziewających się niczego ludzi. Jasnowłosy mężczyzna, pogwizdując fałszywie skoczną melodię, szedł sprężystym krokiem, kiwając lekko głową w rytm gwizdanego utworu. Od czasu do czasu przerzucał z ręki do ręki foliową reklamówkę, w której niósł złożony w kostkę, stary koc. W końcu dotarł do siedzącego pomiędzy wejściem do sklepu mięsnego a drogerią żebraka i stanął przed nim, uśmiechając się do niego przyjaźnie.

- Się masz, przyjacielu - powiedział, nachylając się nad nim nieco. - Jak leci?

- Dzięki Bogu, jeszcze żyję. - Żebrak podrapał się w pokryty kilkudniowym zarostem policzek.

- Fantastycznie. - Jasnowłosy uśmiechnął się do niego jeszcze szerzej. - Czy w związku z tym, że tak ci się świetnie układa mogę mieć do ciebie prośbę?

Żebrak spojrzał na niego podejrzliwie jasnobłękitnymi oczami.

- Przecież, już mówiłem, że nie będę dla pana pracował...

- Ale mi wcale nie chodzi teraz o to! - Mężczyzna roześmiał się. - Ja nigdy nie ponawiam moich ofert, więc tę sprawę możemy uznać za definitywnie zamkniętą.

- Więc jaka jest pańska prośba?

Jasnowłosy zamachał mu przed twarzą reklamówką z kocem.

- Chciałbym posiedzieć chwilę obok ciebie i poobserwować ludzi. Mogę?

- Jest wiele lepszych miejsc do obserwacji niż ziemia obok starego żebraka...

- Wiem! I właśnie dlatego chcę siedzieć dokładnie na ziemi tuż przy starym żebraku! - Mężczyzna jeszcze raz obdarzył swojego rozmówcę szerokim uśmiechem. - To jak będzie? Mogę się przysiąść?

Żebrak wzruszył ramionami.

- Skoro tak panu na tym zależy...

- Wspaniale! - Jasnowłosy entuzjastycznie wyciągnął z reklamówki koc i, położywszy go na ziemi, usadowił się z radosnym uśmiechem obok żebraka.

Ten zerknął na niego z ukosa.

- Popilnuje mi pan przez chwilę miejsca? - zapytał, biorąc do ręki swój papierowy kubek po kawie, w której zabrzęczały uzbierane drobniaki.

- Nie ma problemu. - Mężczyzna pokazał mu wyciągnięty do góry kciuk.

- Dziękuję. Zaraz wrócę. - Żebrak wstał, przeciągnął zastane kości i posuwistym krokiem udał się w głąb ulicy.

Jasnowłosy przez chwilę odprowadzał go wzrokiem, lecz szybko wrócił do obserwowania mijających go ludzi.

Po jakimś czasie żebrak wrócił. Usiadł z powrotem na swoim miejscu, ustawił na ziemi kubek po kawie i wręczył jasnowłosemu niewielką papierową torebkę.

- Och, dziękuję. Co to? - Mężczyzna zaczął delikatnie otwierać brązowe opakowanie.

- Ciastko owocowe - odparł spokojnie żebrak, opierając się plecami o ścianę.

Jasnowłosy, usłyszawszy to, roześmiał się głośno, a jego śmiech niósł się wzdłuż ulicy.


Jeden chłop na umrzyka skrzyni...
Organizatorzy imprezy zadbali o wszystkie szczegóły. Sala zdawała się być żywcem wyjęta z XIX wieku, razem ze stojącą dyskretnie w drzwiach służbą i pyszniącymi się na srebrnej zastawie potrawami. Roześmiane i różnobarwne towarzystwo w strojach z epoki tańczyło na parkiecie w takt granej przez ukrytą w kącie orkiestrę muzyki, próbowało zapomnianych już niekiedy smakołyków i rozmawiało pod ścianami, zerkając ukradkiem na tańczących.

Stojący naprzeciwko drzwi mężczyzna z przewiązanymi gustownie wstążką jasnymi włosami z nieznacznym uśmiechem obserwował spacerujących po sali ludzi. Nagle jego wzrok padł na młodą kobietę, znajdującą się przy stole z poczęstunkiem, która najwyraźniej nie bawiła się najlepiej. Jasnowłosy wyprostował ramiona, strzepnął z rękawa niewidoczny pyłek i, uśmiechając się promiennie, ruszył swobodnym krokiem w jej stronę.

- Dobry wieczór, pani. - Skłonił się szarmancko. - Mam nieodparte wrażenie, że nie znajduje pani przyjemności w tym balu.

Kobieta zmierzyła go nieufnym spojrzeniem.

- Niestety, XIX wiek nie jest moją ulubioną epoką - odparła w końcu.

- A mogę zapytać, która jest pani ulubioną?

- Współczesność. - Kobieta uśmiechnęła się do mężczyzny nieco bezczelnie, co wywołało u niego wybuch serdecznego śmiechu.

- Każdy wiek ma w sobie coś ciekawego - stwierdził, biorąc ze srebrnej misy kilka winogron. - XV miał Krzyżaków, XIX Kubę Rozpruwacza, X Ottona Wielkiego, a I Jezusa.

- Jeśli usiłuje mnie pan wciągnąć w rozmowę na temat mojej duszy i innych bzdetów to od razu uprzedzam, że jestem niewierząca i bardzo mi z tym dobrze. - Kobieta skrzyżowała ręce na piersiach.

- A co mi, za przeproszeniem, do pani duszy? - Jasnowłosy ponownie uśmiechnął się do niej szeroko. - To były tylko przykłady... Ale, skoro już zahaczyliśmy o ten temat, pozwolę sobie tylko zauważyć, że ostatnio zaobserwowałem ciekawe zjawisko. Wie pani jakie?

- Nie mam pojęcia.

- Zauważyłem, że zdeklarowani ateiści są bardziej obeznani w sprawach wiary niż niejeden zdeklarowany wierzący. - Mężczyzna ponownie sięgnął po winogrona. - Czy to nie ciekawe?

- To tylko świadczy o tym co religia robi z człowiekiem - prychnęła kobieta, marszcząc brwi.

- Widzę, że jest pani cięta na ten temat. - Jasnowłosy spojrzał jej głęboko w oczy.

- Czy to źle? - Kobieta odwzajemniła spojrzenie, zaciskając lekko usta.

- Skądże! - Na usta mężczyzny powrócił promienny uśmiech. - A może, zamiast gadać tak o głupotach, da się pani zaprosić do tańca? Orkiestra za chwilę zacznie kolejnego walca.

- Czemu nie? - Kobieta ujęła oferowaną jej dłoń.

- Cudownie! - Uśmiech jasnowłosego stał się jeszcze szerszy. - A po tańcu proszę spróbować serwowanych tu ciast. Są wyborne. A najlepsze jest czekoladowe.


Wróciła z imprezy około trzeciej nad ranem, mocno wstawiona. Chichocząc pod nosem zrzuciła szpilki z nóg i, potykając się o stojące w korytarzu rzeczy, zaczęła gramolić się po schodach na górę. Po drodze zostawiła na poręczy płaszcz i, stojąc na półpiętrze, śmiejąc się z własnego pomysłu, rzuciła kolczykami w stojący przy drzwiach wejściowych kosz na parasole.

Przechodząc obok pokoju brata wpadła na kolejny genialny pomysł. Najciszej jak tylko mogła podkradła się do drzwi i wpadła do środka z hukiem.

- Cześ, brat! Wróciłam! - krzyknęła, śmiejąc się.

Gdy jej wzrok padł na stojący w miejscu łóżka ogromny krzyż z wiszącymi na nim zmasakrowanymi, zakrwawionym zwłokami, zaczęła histerycznie krzyczeć.


Jasnowłosy mężczyzna cicho wszedł do mieszkania, delikatnie zamykając za sobą drzwi. Nie zdejmując kurtki ani butów skierował się prosto do łazienki. Pogwizdując cicho puścił gorącą wodę i zaczął myć ręce. Zabarwiona na czerwono woda znikała w odpływie, zostawiając za sobą rozmyte smugi.

- Spodziewałem się po tobie większego profesjonalizmu - stwierdziła stojąca za nim postać.

Jasnowłosy uśmiechnął się lekko pod nosem, nie przerywając mycia rąk.

- Wiem, że cię tu nie ma, więc nie muszę ci odpowiadać na twoje głupie zaczepki.

- Rzeczywiście - przytaknęła postać. - Nie musisz...

W tym momencie z piersi jasnowłosego wysunął się zakrwawiony czubek miecza, a biała kurtka zaczęła barwić się na czerwono.

- Apage, Satanas - wyszeptała postać, szarpiąc mieczem do góry, powodując tym samym powiększenie rany i nasilenie krwotoku.

- Jakie to przewidywalne... - westchnął jasnowłosy, plując krwią i osuwając się na ziemię.


W okazałym domu na przedmieściach rozległo się pukanie do drzwi. Dopinający ostatnie guziki czarnego garnituru, złorzeczący pod nosem rachityczny osobnik podszedł do wejścia i niemal szarpnięciem otworzył drzwi.

- Słucham? - zapytał, z trudem powstrzymując się od warknięcia.

Uśmiechnięty nieznacznie jasnooki mężczyzna ukłonił mu się lekko.

- Przychodzę w imieniu naszego wspólnego jasnowłosego znajomego. Mogę wejść?

Rachityczny osobnik zmierzył go podejrzliwym wzrokiem.

- Zapraszam - powiedział, wpuszczając mężczyznę do środka. - Proszę wybaczyć pytanie, ale dlaczego tamten nie mógł przyjść osobiście?

Jasnooki rozejrzał się po wnętrzu domu.

- Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. - Wzruszył ramionami. - Może coś mu wypadło? Nie wiem... W każdym razie mam coś dla pana - powiedział, sięgając do kieszeni lekko spranych spodni.

Rachityczny osobnik wlepił w niego wyczekujące spojrzenie.

- Tak?


Jasnooki ponownie uśmiechnął się do niego nieznacznie, wyciągając z kieszeni zapisaną czerwonymi, skomplikowanymi symbolami kartkę.

- To jest przedmiot waszej umowy. Pięciu bogów, którzy oddali życie za ludzi - poinformował, wręczając ją rozmówcy.

Rachityczny osobnik wlepił w niego nierozumiejące spojrzenie.

- Po co mi pięciu jakichś bogów?

- Chciał pan nieśmiertelność, prawda? - Jasnooki zerknął obojętnie na swoje paznokcie.

- No tak, ale...

- Więc proszę bardzo. Wystarczy tylko postępować według instrukcji napisanej na odwrocie - Mężczyzna kolejny raz obdarzył go pogodnym uśmiechem. - A teraz przejdźmy do kwestii zapłaty.

- Nic panu nie zapłacę, dopóki nie przekonam się o skuteczności tego... czegoś! - Rachityczny osobnik zamachał jasnookiemu świstkiem przed twarzą.

- To bardzo przykre, wie pan... - westchnął mężczyzna, nieustannie patrząc na swojego rozmówcę z uśmiechem. - Bo ja i tak zamierzam wziąć co moje.

Rachityczny osobnik otworzył usta, lecz w tym samym momencie jasnooki wbił mu palce środkowy i wskazujący obu rąk w oczy, więc krzyk oburzenia zamienił się w skowyt bólu. Mężczyzna pogrzebał rachitycznemu chwilę w oczodołach, do momentu, gdy ciało zwiotczało i bezwładnie runęło na podłogę. Jasnowłosy z zamyśleniem spojrzał na swoje zakrwawione palce i trzymany w jednej dłoni mały, srebrny pierścionek z czarnym oczkiem.

- Widzi pan... - zwrócił się do leżących u jego stóp zwłok. - Mało kto pojmuje w pełni znaczenie pojęcia "największy skarb". A oczy są nie tylko zwierciadłem duszy - stwierdził, wsuwając pierścionek na serdeczny palec.

Następnie wytarł dłonie w ubranie trupa i spacerowym krokiem udał się do wyjścia. Na progu zatrzymał się i roześmiał cicho.



- Nieśmiertelność... - mruknął rozbawiony i odszedł, nucąc pod nosem nieco fałszywą melodię.
Pij na zdrowie, resztę czart uczyni...


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna