Natasza Goerke



Pobieranie 107.91 Kb.
Data05.05.2016
Rozmiar107.91 Kb.

Natasza Goerke


/FRACTALE/
Inspiracja
Najważniejsze, że się inspirowaliśmy. Nigel, zimna brytyska ryba, i ja, gorąca rybka polska.

Początek był klasyczny.

Wymiana zainteresowanych spojrzeń i seria przypadków, które rzucały nas w tym samym czasie w te same miejsca. Ulica, knajpa, hotel.

W końcu stało się.

Czekając w tej samej kolejce do jedynego czynnego kibla, podszedł do mnie i wyciągnął rękę. Jestem Nigel, oznajmił uroczyście i krokiem flaminga ruszył w stronę wolnej toalety.

Choć nas sobie nie przedstawiono, znajomość uznałam za zawartą.

Hi Nigel, pomachałam mu rano ręcznikiem. Hi Natasia, odmachał ucieszony i szybciutko schował się w pokoju. Miał brodę, szorty i przeraźliwie długie nogi. Pachniał farbami, ale o tym przekonałam się później.

To była pierwsza faza.

Odtąd pozdrawialiśmy się wszędzie. Na ulicy, w knajpie, w hotelu. Przez cały tydzień.

Potem nastąpiła faza druga.

Znowu w kolejce, tym razem w chińskiej ambasadzie.

Hi, powiedziałam. Hi, powiedział. I przytupywaliśmy niecierpliwie.

Kolejka najpierw wrzała, potem zaczęła przysypiać.

Chinese people not good people, przekonywał okrągły Tybetańczyk zebranych pod zamkniętym okienkiem westmenów. Not good people, godzili się westmeni, spoglądając na zegarki. Hej, otwierać, pukali w okienko, kręcili głowami i oburzeni zabierali się za pisanie pocztówek.

Nigel bez zegarka, ale też rozgoryczony. Shit, oznajmił głośno, to jest gwałcenie naszego prawa, prawa do wizy. Shit, zgodziła się wyrwana z drzemki Australijka. Chińczycy gwałcą nasze prawa. I nasze kobiety, wtrącił Tybetańczyk. Oh yes, poparł ich młody człowiek z wytatuowanym na piersi kaktusem, jak wrócę do Nowej Zelandii, to od razu zawiadomię Amnesty International. Komunistyczne obyczaje, uznali zgodnie, a Niemiec przerwał na moment czyszczenie okularów i ryknął z przekonaniem: Jawohl, richtig. Żyd obserwował swoje sandały i nic nie powiedział.

Speszona wsunęłam do kieszeni mój czerwony jeszcze wtedy paszport. Piękny kaktus, zagadnęłam pojednawczo Nowozelandczyka. To nie kaktus, shit, to kiwi, obraził się Nowozelandczyk. Ale wygląda jak kaktus, poparł mnie niespodziewanie Nigel.

I tak zaczęła się faza trzecia.

Lubię Azję, opowiadał Nigel, wygrzebując z ryżu fasolkę. I Nepal lubię, bo góry lubię. Cisza, w górze nie ma tych pieprzonych turystów. A ty, co robisz. Och, ciężkie pytanie, wyznałam szczerze, właściwie też lubię góry. No a czasami to piszę. Ja też piszę, przyznał się Nigel, a czasami to maluję. Akwarele maluję, dodał i przestraszony własną otwartością zamilkł. A po co jedziesz do Tybetu, spytałam, odrywając go od fasolki. Bo jeszcze tam nie byłem, spojrzał na mnie zdziwiony Nigel i zawstydziłam się. Polska to dziwny kraj, zamyślił się. Ja od dziesięciu lat mieszkam w Vancouver, tam sporo Rosjan. Słowianie to dziwni ludzie. Yes, dziwni, zgodziłam się i zaczęłam wygrzebywać ryż z fasolki. Wiesz, lubię twój akcent, przerwał ciszę Nigel. Taki miękki, słowiański. No nie wiem, wyraziłam zwątpienie, to twoje th jakoś nie chce mi przez gardło przejść. Ależ tak, to jest piękne. Jak ty wymawiasz słowo gardło, zachwycił się Nigel i spojrzał na mnie wzruszony. Chciałbym cię namalować, wypalił i zawstydzony zaczął drapać łyżką po pustym talerzu.

I tak się zaczęła faza czwarta.

Do granicy najlepiej jeepem. Dobraliśmy się w obowiązkowe osiem osób i ruszyliśmy. Monsun już minął, ale kałuże zostały, ujechawszy więc parę kilometrów jeep ugrzązł. Nie ma jazdy, spokojnie oznajmił kierowca i zapalił papierosa. To bezczelność, oburzył się Niemiec i dziarsko dał susa w błoto. Raz dwa i pchamy, wrzasnął do Nigela.

Głaszcząc moją dłoń Nigel opowiadał o swojej byłej tureckiej żonie. Oh god, co za błękit, zawołała Australijka wpatrując się w niebo. German people nervous people, stwierdził Tybetańczyk i wyjął różaniec. A może jednak pomożemy, zaproponowałam z przyzwyczajenia.

I tak mniej więcej minęła droga do granicy.

Na granicy flaga w większości czerwona i mali ludzie w wojskowych mundurach. Paszport, zażądał mały człowiek w wojskowym mundurze. Zdjęcia Dalaj Lamy są, spytał i wprawnie obmacał moje kieszenie. Jakie zdjęcia, powiedziałam zdziwiona i modliłam się, żeby nie zajrzał mi do skarpet. Nie zajrzał. Fotografować nie wolno, powiedział i opróżnił mojego pentaxa. Film oddać, zwrócił się w kierunku Nigela. What, I’m British, oburzył się Nigel, po czym dostał własną kamerą w mordę i upadł. I’m British, powtarzał zbierając się z ziemi. Spodenki miał w błocie, ze skroni leciała mu krew, ale wyglądał na zadowolonego. Teraz lepiej mogę cię zrozumieć, wyznał potem, rozłożywszy się w jadącym do Lhasy autobusie. I’m British, u nas komunizm inaczej wygląda, westchnął. And I’m Israeli, uśmiechnął się chłopak w sandałach i poklepał ukrytą w plecaku kamerę.

To była czwarta faza.

Piąta faza, to już osobna bajka. I szósta też. A fazę siódmą pt. „Czerwona góra“ sprzedał Nigel kanadyjskiej gazecie. Wraz z ilustracjami.

Wycieczka
Na początku kroczył przewodnik.

Ladies and gentelmen, oto Kanchendzonga, powiedział przewodnik. Proszę szybko patrzeć, bo za chwilę zniknie. Jak to zniknie, zaniepokoiła się Pani. Tak to, wzruszył ramionami przewodnik, strzelił palcami i Kanchendzonga zniknęła.

Zapanowało poruszenie.

Ladies and gentelmen, proszę o spokój, powiedział przewodnik. To jest chmura. Proszę patrzeć, bo za chwilę też jej nie będzie. Jak to nie będzie, oburzył się Pan. Tak to, westchnął przewodnik, pstryknął i chmura zniknęła.

Wycieczka osłupiała.

Ladies and gentelmen, proszę nie tarasować ścieżki, zniecierpliwił się przewodnik. Trzeba zwolnić punkt obserwacyjny następnej grupie. Jeśli się państwo nie pospieszycie, to z czwartego wzgórka po prawej stronie łąki nie zdążymy zobaczyć pretów. Jakich pretów, zdziwiła się zgodnie wycieczka. Dużych, zapewnił przewodnik i ruszył w stronę wzgórka.

Ladies and gentelmen, oto prety, powiedział przewodnik, wskazując dłonią jezioro. Nic nie widzimy, powiedziała wpatrzona w gładką taflę wody wycieczka. Tak przypuszczałem, pokiwał głową przewodnik, spojrzał na zegarek, pstryknął i zniknął w lesie.

Zdegustowana wycieczka bezładnie rozbiegła się po polanie, a z lasu rozległ się głos.

Ladies and gentelmen, mówił głos, przygotowaliśmy dziś dla państwa specjalną atrakcję. Za chwilę znajdziemy się na polance pełnej pretów.

Głos zbliżał się coraz bardziej. A wraz z nim, z wlepionymi w polankę lornetkami, następna wycieczka.

Na początku kroczył przewodnik.

Przed burzą
Było duszno.

Tak milczysz, tak cię nie ma, westchnęła madame Pompadour, wsłuchuję się w twoje milczenie, patrzę na twoją nieobecność i czuję, że jutro spadnie śnieg. Albo deszcz.

Marian wzruszył ramionami.

Albo słońce, dodała madame Pompadour i ożywiła się. Spadnie na nas nagle słońce i spalimy się w ułamku sekundy: taka promienna, gorąca śmierć, jedyny dowód na to, że żyliśmy.

Powinnaś się czymś zająć, powiedział Marian i zajął się zdrapywaniem wosku z talerzyka.

Dlaczego, pomyślał, dlaczego tak się wszystko komplikuje? Przecież jeszcze rano ten jej śmieszny kapelusz wydawał mi się najwspanialszym kapeluszem pod słońcem, a teraz, nagle, zupełnie jakby nie o ten sam kapelusz chodziło i moje oczy nie mogą znieść jego widoku. Wczoraj byłą damą, dziś jest polnym patykiem w słomianej koronie. (Kim zatem jest naprawdę, spytała wróżka).

O czym myślisz, zaniepokoiła się madame Pompadour. Myślę, czy jest sens malować korytarz, odparł Marian i, usprawiedliwiwszy swe zamyślenie, zamyślił się ponownie.

Dlaczego, pomyślał Marian, wciąż stawiam pytanie dlaczego? Wszak przyczyny wybiegają daleko poza zasięg mojego widzenia, a pozorny splot uwarunkowań jest tylko pozornym splotem uwarunkowań. (Nie pytaj: dlaczego, pytaj: jak, szepnęła wróżka).

Jak, westchnął Marian, jak odkomplikować życie? Jak się nie dać ponieść wiatrowi, jak postrzegać słomę na najwyższym poziomie kapelusza?

Tak marszczysz nos, zauważyła madame Pompadour; czyżby gryzł cię jakiś metafizyczny niepokój?

Nie wiem, jak pomalować korytarz, mruknął Marian. Jeśli pomalujesz na biało, zżółknie, jeśli pomalujemy na żółto, będzie jak w ulu.

Madame Pompadour posmutniała.

Kochasz mnie, spytała. A co to znaczy, odparł Marian. (Miłość, westchnęła wróżka, jest wielkim słońcem, które świeci poza pojęciem wzajemności).

Taki jakiś jesteś, zgaszony, szepnęła madame Pompadour i zapaliła papierosa. Trzęsą ci się ręce, zauważył Marian. To od kawy, wyjaśniła madame Pompadour i zamyśliła się.

Sto papug, przepiórka, tybetański gołąb oraz wrona: kolorowe ptaki jak stado myśli, jak niebo impresjonisty, jak dziurki po zastrzyku – cóż za bogactwo form!

A to wszystko pod moją biedną, umęczoną czaszką, zapłakała znienacka madame Pompadour i do reszty rozczulając się nad samą sobą, zapominając o kapeluszu, zapominając francuskiego, zawołała: Dupa!

Fuj, skrzywił się Marian i z niesmakiem przyglądając się madame Pompadour, powiedział: Myślę, że powinnaś na jakiś czas wyjechać.

Wyjadę, postanowiła madame Pompadour i rozłożyła mapę: Wyjadę, oddalę się i jak słońce będę ci świecić bez wzajemności. Zaczniesz mnie wielbić i czcić, podziwiać, cytować i kochać tak, jak cytujesz i kochasz tych, którzy – oddaleni bezpiecznie – nie dzielą z tobą odrapanego korytarza. Uniosę się aż na sam skraj świętości, odległość usankcjonuje mą wielkość i nieskażona szarą codziennością, na zawsze pozostanę w twych oczach wspaniała!

Ach Boże Boże, westchnęła żałośnie madame i oddała się studiowaniu mapy. Nawet nie przypuszczałam, że tyle krajów istnieje na Ziemi. Księstwa, królestwa, republiki – a cóż za nazwy, cóż za pomysły!

Mnumbwa, powiedziała madame i delektując się brzmieniem powtórzyła: Mnumbwa. Pojadę do Mnumbwy. Ludzie, którzy swojemu krajowi takie nadali imię, muszą być doprawdy narodem poetów.

Marian pokiwał głową. (Myślenie, myślenie, myślenie, roześmiała się wróżka; zrób to, po prostu zrób to).

Jasne, powiedział, jeśli czujesz związek z samym już brzmieniem, niechybnie powinnaś udać się do Mnumbwy. Najważniejsza jest determinacja.

Udam się, postanowiła, zaskakując samą siebie, madame Pompadour i nacisnąwszy kapelusz na czoło, zapaliwszy papierosa, napiwszy się wina, zaczęła umacniać się w determinacji.

Przecież, westchnęła, nie mam nic do stracenia prócz życia. Czyż nie lepiej stracić je z rozmachem? Nie w Monachium, nie w Lipsku na lata rozkładać sobie samobójstwo, ale odbić się od banału, wyjechać do Mnumbwy i, dajmy na to, godnie polec w obronie praw miejscowych ciemiężonych.

Jesteś pewna, że w Mnumbwie są ciemiężeni, spytał Marian. Ciemiężeni są wszędzie, zawołała bojowo madame Pompadour i zrywając z głowy kapelusz, zaniosła się histerycznym, o determinacji świadczącym śmiechem.

Marian nerwowo przemierzać jął pokój.

Madame Pompadour promieniała. Nie rozumiem, zdenerwował się Marian, dlaczego nagle zaczęłaś się świecić. Świeciłam się od zawsze, wyjaśniła madame, teraz zmienił się tylko splot uwarunkowań.

Rzeczywiście: zbliżała się burza.

Pamiętasz, westchnął Marian, jak wręczyłem ci kwiatki? Było wczesne lato, zanosiło się na burzę. W ostatniej chwili wybiegłem na podwórko, wyrwałem z ziemi krzew róży i umknąwszy ulewie, w progu cię poprosiłem cię o rękę.

Tak, coś mi się kojarzy, uśmiechnęła się madame i zakreśliwszy na mapie kółeczko oznajmiła: Polecę bezpośrednio do stolicy, mam nadzieję, że mają tam lotnisko.

Marian zapalił papierosa.

Wyszły ci na dłoniach żyłki, zauważyła mimochodem madame. To przed burzą, wyjaśnił niedbale Marian i zamyślił się. (Trzymaj się swojego prawdziwego ja, poradziła wróżka i wzruszyła ramionami).

Pomaluję korytarz na niebiesko, postanowił Marian i nie wypuszczając swego prawdziwego ja z dłoni, broniąc się przed falą zabójczych resentymentów, wyszedł kupić pędzel.

Madame Pompadour tępo wpatrywała się w mapę świata.

Wyjadę, polegnę i nie zostawię po sobie śladu, postanowiła i przystąpiła do palenia listów.

Spaliwszy listy, podeszła do szuflady z kapeluszami.

Sto papug, przepiórka, tybetański gołąb oraz wrona: ptaki kolorowe jak stado myśli, jak niebo impresjonisty...

A w tym pojadę, postanowiła madame Pompadour. W Mnumbwie na pewno świeci słońce.

Założywszy biały kapelusz, zasiadła w fotelu, z braku lufki papieros wsunęła w słomkę i wypuszczając tęskne kółeczka dymu, zastygła w oczekiwaniu.

Marian nie wracał.

Czyżby nie było pędzli, zaniepokoiła się madame i podeszła do okna. Za chwilę spadnie deszcz, zacznie grzmieć. Boże, to straszne: gdyby on zginął od pioruna, zanim ja polegnę w Mnumbwie!

Odłożywszy słomkę, zdjąwszy kapelusz, madame Pompadour przemierzać jęła pokój. Boże, Boże, jęknęła ponownie, dlaczego to życie tak mnie okropnie doświadcza, dlaczego ciemiężeni są nie tylko w Mnumbwie, dlaczego jedyny świadek mojego cierpienia od pięciu godzin kupuje pędzel i dlaczego ta potworna cisza za oknem wciąż nie zamienia się w burzę?

Jak zwykle nie wiedząc kiedy, przygnębiona madame z radosnego stanu determinacji stoczyła się stan depresji. Tępo wpatrując się w swe własne łydki, bez ruchu zastygła w fotelu. Ciekawe, jakie łydki ma wróżka, zastanawiała się i transformując zazdrość w przekorę, zawołała:

Dlaczego, dlaczego, dlaczego?

Dlatego, powiedziała wróżka, uniosła wskazujący palec i zniknęła.

Rozumiejąc wszystko i nic, madame Pompadour w zamyśleniu zaczęła golić łydki.

Bezszelestnie wślizgnąwszy się do mieszkania, Marian wręczył madame naręcze pędzli i powiedział: Kochana, Mnumbwa Mnumbwą, ale zanim oboje odlecimy, pomalujmy na niebiesko korytarz.

Ofiarowując wróżce sto papug, przepiórkę, tybetańskiego gołębia oraz wronę, madame Pompadour złapała za pędzel. Zobacz, jakie mam gładziutkie łydki, pochwaliła się. Piękne, przyznał Marian i zamknął okno.

Zagrzmiało.

Polowanie u Rezy Pahlawi
Joanno, linia twojego życia urywa się w nieskończoność, powiedział głos i zrozumiałam, że będą kłopoty. Zażywając kąpieli, powoli sączyłam coca-colę i zamyślona gładziłam swoje gładkie ramię.

Znowu coca-cola, skrzywił się Reza Pahlawi. A może by tak raz wilka, westchnął i mrugnął znacząco do Saida, brata otrutego Abdula. Nareszcie, ucieszył się nieszczerze Said i mrugnął do Hassana, syna zaginionego Hamida. O panie, zawołał Hassan, znów jako pierwszy zwerbalizowałeś pragnienie, które od tygodni żywi każdy z nas. Tak, prześwietlasz nas jak słońce, dodał pospiesznie Said. No to ja się cieszę, powiedział Reza Pahlawi i strzelając podwójne oko, lewe do Saida, brata otrutego Abdula, prawe do Hassana, syna zaginionego Hamida, krzyknął zadowolony: Na osły!

Niezwłocznie rozpoczęto przygotowania do nagonki.

Wpuścimy wilka w labirynt, powiedział Said. Tak, to będzie interesujące, zgodził się Hassan. Mur powinien być żywy, stwierdził Said. Ale jak ożywić kamień, zmartwił się Hassan. Z żywej cegły żywy mur, uśmiechnął się Said. Ty to Saidzie masz łeb, pochwalił Hassan. A co, zawołał Said, brat otrutego Abdula, i przystąpił do werbowania chętnych.

Chętni stawili się gromadnie. Szacha-Mata-W-Imię, skandowali chętni i w ciągu jednej nocy uformowali monstrualną kolejkę łączącą przedmieścia z bramą pałacu. Dzięki ci, wierny ludu, powiedział Said, a Hassan wyjął kartkę i odczytał: Być cegłą w ścianie labiryntu – o kocie łby, jakaż to łaska tak was wyniosła! Auu, zawył wyniesiony lud. Cicho, skrzywił się Hassan, uniósł dłoń i marszcząc gniewnie czoło doczytał do końca: Ogłaszam was świętymi cegłami. Szacha-Mata-W-Imię, Szacha-Mata-W-Imię, rozszlochał się dziękczynnie lud i padł na kolana. Ok, wystarczy, zdecydował Hassan, syn zaginionego Hamida, a lud niezwłocznie zerwał się z kolan. I zaczęto wznosić labirynt.

No no, pochwalił Reza Pahlawi i zadowolony odłożył lornetkę. To dla fundamentalistów, żeby mocno trzymali konstrukcję, dodał i wyjął z sejfu sześć batonów Bounty. O panie, twoja szczodrość, zakrztusił się Hassan. Jest bezgraniczna, dokończył Said. No już dobrze, dobrze, uśmiechnął się Reza Pahlawi i zniżywszy głos do szeptu, powiedział: A teraz przyprowadźcie mi Joannę.

Joanno, zostałaś królową polowania, powiedział głos i zrozumiałam, że nie mam wyjścia. Po raz ostatni zażyłam kąpieli i raz jeszcze pogładziwszy swoje gładkie ramię, energicznie wyskoczyłam z białej skóry. Jeżąc naprędce sierść, wyszczerzyłam kły i wybiegłam w stronę pałacu.

Labirynt był gotów.

Obijając się o żywe cegły biegłam przed siebie i pamiętałam, żeby uśmiech nie schodził z mej zaszczutej twarzy. W lewo, w lewo, dopingował mnie wyćwiczony w dezinformacji mur, a ja, nieprzytomna, co rusz zderzałam się z szyderczym gwizdem rozbawionej ściany.

Aż wyłonił się tuż przede mną. Na twarzy miał promienny uśmiech, a w wyciągniętej ręce trzymał pistolet wymierzony w moją pierś.

Mat-I-Szach, powiedział Reza Pahlawi i oddał strzał.

Huk był ogromny. To niemożliwe, przecież żyję, pomyślałam, ale huk rozległ się znowu. Joanno, Joanno, usłyszałam, Joanno, otwieraj.

Otworzyłam oczy.

Słońce południa oślepiło mnie i zdumiona rozejrzałam się po pokoju. Klamka w drzwiach poruszyła się niespokojnie, Joanno, otwieraj. Głos był znajomy i słysząc pukanie do drzwi, ze smutkiem spojrzałam na swe gładkie ramię.



Siddhartha
Miał strasznie ciężki charakter. Jak się rodził, to padał deszcz.

Może to przez to.

Wciąż zasypiał. Chyba nigdy nie budził się naprawdę.

Geniusz albo chory, zastanawiała się doktorowa. To dojrzewanie, uspokajał ją doktor, i minie jak mutacja.

Nie mijało. Zasypiał coraz głębiej. I taki spokojny. Aspołeczny, wstydliwie szepnęła pani w szkole, nie bije dzieci, w piłkę nie gra. Tylko z jednym chłopcem rozmawia.

Co ty tak wciąż z tym Govindą, denerwowała się doktorowa. Nieładnie, przecież tyle dziewczynek.

A on nic, popłakał się i zasnął.

To depresja, stwierdził doktor i sprowadził specjalistę. Już ja go obudzę, obiecał specjalista. He, he, uśmiechnął się podstępnie i znienacka ukłuł go w palec. Krew poleciała, ale on spał dalej.

I krwawił, śpiąc, łagodnie uśmiechnięty.

Nie pomogły plastry.

Proszę państwa, to po prostu hemofilia, rozłożył ręce specjalista, pośpiesznie się ukłonił i wyszedł. A więc nie homoseksualizm, podskoczyła doktorowa i przestała się przejmować. Nie mów hop, napominał ją doktor, rozmyślając nad dziedzicznością.

Ale też dał mu spokój.

I tak mniej więcej minęła młodość. I wiek średni.

Spał i spał, i śmierć doktora przespał, i chorobę doktorowej, i własną starość.

Dopiero tuż przed śmiercią na moment otworzył oczy. Oj, Govindo, westchnął, wciąż ten deszcz pada, wciąż ten sam sen, chyba coś spieprzyliśmy. I umarł.

Opowiadania
Opowiadanie I pt. „Rozpad“: Rozpadłem się.

Opowiadanie II pt. „Pamięć“: Przypomniałem sobie.

Opowiadanie III pt. „Powrót“: Wróciłem.

I tak dalej.

Opowiadania są krótkie, ale treściwe. Nie trzeba wertować. Zdanie ostatnie zawarte jest w zdaniu pierwszym. Duża oszczędność czasu. Kogo obchodzi reszta. Te wszystkie kartki pomiędzy. Każdy ma swoje. Opisy, spisy, zapiski. Dawno przeczytane.

A że rozpadałem się? przypomniałem sobie? wracałem? – któż tego nie zna! Wystarczy hasło: skrót, tytuł, bzdura. I od razu wszystko wraca.

Przypomina się. Rozpada.

Komu nic to nie mówi, ten i tak nie pojmie. Choćby nie wiem jak wertował. Te wszystkie kartki pomiędzy. Nie pojmie, co to znaczy. Rozpadać się, przypominać sobie, wracać. I tak dalej.



Sklepy prześcieradłowe
I

Twarz miałem pogniecioną, szarą, a w dodatku nieforemną. Boże, co to jest, zastanawiała się matka i na wszelki wypadek nie zabierała mnie nigdzie, nawet do ciotki. Raz jednak musiała mnie zabrać: ciotka umarła.

Matka długo doprowadzała moją twarz do porządku: wygładzała fałdy, naciągała kontury, spoliczkowała mnie nawet, żebym dostał kolorków. Twarz miałem jednak niezwykle oporną i rozlazłą. Ni pies, ni wydra, załamała się matka i strzepując papierosa niechcący wypaliła mi w czole dziurkę. No proszę, i do tego jeszcze dziobaty, zawołała i zdjęła z kanapy narzutę. Narzuć to na siebie, rozkazała i pobiegła po grzebień.

Narzuciłem narzutę na twarz, matka starannie wyczesała mi frędzelki i poszliśmy na pogrzeb. Udanego masz syna, Mario, pochwalił matkę wujek i ocierając łzy dodał: wykapana nieboszczka ciocia.


II

Tożsamość moja stanowiła syntezę wszystkich kolorów tęczy: była biała. Także kontury mojej istoty coraz bardziej traciły ostrość i stopniowo zlewały się z konturami otaczających mnie zewsząd form. W końcu stało się.

Zlałem się, szepnąłem i przestałem istnieć.

Ty świnio, nowiutkie prześcieradło, zawołała moja żona i spojrzała na zegarek. Rozłóż koc, zażądała, po serialu dam ci świeże. I włączyła telewizor.

Na ekranie telewizora zamigotało lustro.
III

Sobota była dniem zmiany prześcieradeł i wyczekiwaliśmy jej już od niedzieli. Już niedługo sobota, cieszyliśmy się w poniedziałek i w ten sposób mijał nam tydzień.

Wiedząc, że czym tydzień nasiąknie, tym sobota zatrąci, nie zaniedbywaliśmy też oczywiście snu. Jak się wyśpisz, tak sobie będziesz ścielił, powtarzaliśmy i żeby nie tracić czasu, zasypialiśmy zaraz po przebudzeniu.

W sobotę, wyspani, całymi rodzinami wyruszaliśmy do sklepu. Sklep był biały, pachniał krochmalem i napawał mnie lękiem. Był to sklep prześcieradłowy i wstęp z lodami był surowo wzbroniony.



Robak
Manfred przemierzał pokój. Włączył i wyłączył radio, włączył i wyłączył telewizor, usiadł, założył nogę na nogę, zdjął nogę z nogi, wstał. Chyba powinienem pójść na spacer, pomyślał, włączył radio, włączył telewizor, usiadł i zaczął słuchać.

Nic nie rozumiem, wzruszył ramionami i zaczął przemierzać pokój. Chyba gryzie mnie jakiś robak, pomyślał, usiadł, założył nogę na nogę. Robaku, nie dręcz mnie. Dręczyć to ja cię dopiero mogę zacząć, warknął robak, zwinnie wysunął się przez rozszerzoną porę w skórze policzka Manfreda i przysiadł na telewizorze. Manfred zdjął nogę z nogi i osłupiał.

No, co się gapisz, zaatakował robaka osłupiały Manfred. Nie gapię się, lecz przyglądam, i nie tobie, ale jemu, odciął się wyniośle robak, podwinął ogonek i spojrzał na telewizor. Manfred wstał, wyłączył telewizor.

Glob ociepla się z każdą sekundą, nie rozumiem, po co nosisz skarpetki, zauważył robak.

Manfred usiadł. Słuszna uwaga, przyznał i pochwalił robaka: mądry robaczek, mądry.

Chyba powinieneś pójść na spacer, westchnął robak, pokiwał głową i ułożył się do snu. A ponadto nie wyłączyłeś radia, dodał i zachrapał.

Manfred zdjął skarpetki, wstał, wyłączył radio i zaczął przemierzać pokój. Nawet nie podejrzewałem, że kryję w sobie takie skarby, zdumiał się i w jego głosie po raz pierwszy pojawiła się nutka optymizmu. Zamierzał właśnie zajodłować z radości, ale przerwała mu Regina.

Nareszcie rozumiem, dlaczego z podciętymi żyłami wyskoczyłam przez okno pod pędzącą ciężarówkę, powiedziała Regina. Manfred przystanął.

Zaraz, zaraz, zastanowił się, usiadł i założył nogę na nogę. A skąd się tu wzięła Regina? I rozejrzał się po pokoju. Pokój był pusty, robak zniknął.

Ha ha, zawołał złowieszczo Manfred i roześmiał się: znowu chcesz ze mnie zrobić durnia! Czym prędzej zdjął radio z telewizora, włączył nogę i w robaku rozległ się hymn. Manfred założył skarpetki i zaczął przemierzać pokój. Późno już, a w dodatku zimno, westchnął i założył sweter.



Zmowa
Spotkałem we wsi czworonożną babę. Głowy miała trzy, a rąk pięć. Powiadali, że na odległość potrafi rozpoznać przyczynę, że to Baba Jaga.

Pozdrowiłem ją nadzwyczaj uprzejmie. Witajcie, Babo, zawołałem, coś dziś musi być w powietrzu, bo od rana łzawią mi oczy!

W powietrzu nie ma dziś nic, coś musi być z twoimi oczami, odparła Baba Jaga i ustaliwszy przyczynę, kłusem oddaliła się w stronę lasu.

To nie Baba, sam widziałem: to kobyła, szepnąłem sąsiadowi. A co ci powiedziała, zainteresował się Maciej.

Zmroziło mnie. Maciej głów miał osiem, a rąk siedemdziesiąt.

Powiadali we wsi, że współpracuje z Babą, że to Dziad.

Dopiero teraz zrozumiałem.

Patyczkowata ręka
Poszło jej w prawą rękę.

Ręka opuchła od ramienia aż po nadgarstek. Wygląda to na demona, poszeptywano, musiał ją opanować.

Jakkolwiek było, ręka puchła (wraz z demonem) coraz bardziej. Przypominała balon. Potwierdza to zdjęcie: siedzi skulona baletnica, prawe kolano obejmuje ręką, lewe – balonem.

Ze względu na paranormalny charakter sytuacji postanowiono udać się do magów. Niestety, magowie biali umyli ręce (uciekli w popłochu), magowie czarni rąk nie chcieli brudzić (zaczęli klękać).

Zachowania magów jednoznacznie świadczyły o niezwykłej potędze demona. Nikt nie wiedział, jak się zachować.

Sprawa rozwiązała się sama: pewnego dnia ręka eksplodowała wraz z resztą ciała. Była to najbezgłośniejsza z eksplozji: bez huku, bez odgłosów paniki; po prostu – przez moment pokój wypełniła wielowymiarowa twarz bez wyrazu, z rozwianymi niczym promienie słońca włosami.

Sir James Frazer, antropolog z Cambridge, dokonał ostatecznego rozpoznania. Powiedział: To multidymensjonalny żółtak, baloniasty demon melancholii, gnieżdżący się na ogół w patyczkach. Dzicy wierzą, że istnieje naprawdę.

Syberyjska palma
Rzeczywistość Jana Prążka juniora była pasmem przykrości: w wieku lat dwóch wypadł z wózka, w wieku lat pięciu połknął zegarek, był albinosem, ząbki wybiły mu się nierówno; w dzieciństwie kradł, kłamał oraz dręczył potajemnie zwierzątka, a jego ulubioną zabawą było plucie: pluł na ścianę, czekał, aż rozmięknie i gwoździem wydłubywał dziurki. Jakby tego mało, ojciec jego, Jan Prążek senior, był głównym księgowym.

O matce wiadomo tyle, że Janina i że przed otwarciem drzwi zawsze zerka w judasza.

Stosunki Jana z obojgiem rodziców charakteryzował przykry chłód: senior był oziębły z racji zawodu, matka z natury, junior uległ wpływowi domu.

Majętni także nie byli; zajęta wiązaniem końca z końcem matka otulała się łatką z barana i łkała: jak ja mam wiązać, kiedy mi palce kostnieją?

Cóż, życie nie należało do lekkich.

Nie ma lekko, ogłosił Jan Prążek senior i zamilkł. Więcej, jak się z czasem okazało, senior nie miał do powiedzenia; czasami, owszem, zdarzało mu się urozmaicać wypowiedź, czasami dorzucał jakieś nie zobowiązujące słowo otuchy, coś w stylu: nasi wbili dwa do zera, w Indiach powódź, w Afryce cholera.

Nieliczne dłuższe rozmowy Jana seniora z Janiną Prążek wyglądały zaś następująco:

Nie rozumiem, mówiła Janina, dlaczego truskawki sprowadzamy z Ghany; żeby mieć rynek zbytu na banany, odpowiadał Jan senior; przecież u nas nie ma bananów, irytowała się Janina; jak to nie ma, przecież widziałem, wzruszał ramionami Jan Prążek senior, otwierał gazetę i wzdychał: w Mozambiku susza.

Na widok juniora senior niezmiennie marszczył czoło i groził: jak się będziesz garbić, nie dostaniesz obiadu.

Nic dziwnego, że Jan Prążek junior wyrósł na mężczyznę zamkniętego w sobie, lękliwego; przyjaciół nie posiadał, w przeciwieństwie do tęsknot, a zwłaszcza tęsknoty za fruwaniem.

Jesteś strasznie obciążony dziedzicznie, westchnęła Billy.

Jestem obciążony dziedzicznie, powtórzył Jan Prążek i ciężkim wzrokiem powiódł po najbliższym otoczeniu.

Najbliższe otoczenie Jana stanowiła półka z książkami, okno, fikus Benjamina oraz wanna. To właśnie w wannie Jan zaczął pisać wiersze do Billy K.

Wiersz Jana Prążka do Billy K.:



Jednostką lasu jest drzewo

Jednostką mowy jest słowo

Jednostką czego jest Billy?

Wiadomo oczywiście, jednostką czego była Billy K., ale słowa przestrzeń Jan wolał nie wypowiadać; czy dosłowność coś zmieni, zapytywał sam siebie, czy klucz do przestrzeni tkwi w słowie?

Tkwi, szepnęła nieoczekiwanie Billy, zatrzepotała skrzydełkami i odbiwszy się od parapetu, zawołała: pod warunkiem, że wypuścisz słowo na wolność. Billy K. była gołębicą.

Pod wpływem powyższego zdarzenia Jan junior napuścił wodę do wanny i napisał jedną ze swych bardziej dramatycznych strof:



W obrazach zasypiam

We śnie odlatuję

Dlaczego budzę się w butach?

Droga do odpowiedzi na powyższe zapytanie miała być, jak się okazało, długa, ciernista i pełna upokorzeń.

Generalnie rzecz biorąc, rzeczywistość Jana Prążka juniora zyskiwała jednak na przestrzeni; czuć, oj, czuć w tym było skrzydełko Billy K.

Billy postanowiła bowiem Jana uskrzydlić. Geny genami, mruknęła, ale najbardziej ciążą ci własne buty. Któż bowiem powiedział, że niebo jest niebieskie, że trawa zielona, że na Syberii nie może wyrosnąć palma?

Jan Prążek junior ze zdumienia omal nie umarł: zachłysnął się, poczerwieniał, następnie jął bieleć; nie zbielał jednak nieodwracalnie – w ostatniej sekundzie stanął na głowie, skrzyżował nogi i percypując świat z niespodziewanie nowej perspektywy, na spokojnie analizować zaczął własne wiersze.

Zaczął od podstawowej definicji poezji. Poezja, stwierdził, to zbiór ornamentów określających kształt drogi, która wyprowadza poetę z obłędu. Jak się do tego mają moje strofy?

Moje strofy mają się do tego nijak, zauważył; nie wyprowadzają mnie znikąd, potęgują mój obłęd, pełne są ornamentów, które – zamiast rosnąć wzdłuż drogi – drogę zarastają.

To okropne, stwierdził Jan Prążek junior i odruchowo na serwetce skreślił trójwiersz:



ojciec księgowy

matka Janina

skąd się wziął syn?

Był to początek wielkiej metamorfozy, szukanie własnych korzeni ponad ziemią, dramatyczne pytanie o tożsamość.

Jestem Ikarem, wypalił niezbyt może fortunnie Jan junior i porażony śmiechem Billy, złapał się za usta. (A któż Ikarem nie jest, spytała Billy).

Choć była to typowa przechwałka neofity, paradoks początkującego pilota, to jednak, jeśli się bliżej przyjrzeć, Jan rzeczywiście miał coś z Ikara: wzlatywał, spadał, wzlatywał, spadał, wzlatywał, spadał. Przyjdzie dzień, że nie spadnę, obiecał.

Dzień nie przychodził, zajęty zaś poszukiwaniem własnej tożsamości Jan junior Prążek ewidentnie oddalał się od świata zjawisk przyziemnych; rzec można: w świecie zjawisk przyziemnych obecny był tylko duchem, co – w przeciwieństwie do obecnych ciałem – czyniło go niewidzialnym.

Czyż jednak niewidzialne jest nieobecnym?

Niak, odrzekł Jan i skrzyżowawszy przeczenie z twierdzeniem, uchylił się od zajęcia konkretnego stanowiska. No, bo weźmy za przykład takie geny, westchnął; ojciec główny księgowy, matka Janina, wszystko niby jasne – było minęło – a tu nagle syn trzęsie się z zimna, ciąży ku ziemi, słysząc dzwonek do drzwi, rzuca się do judasza. To jest właśnie potęga genotypu, siła, która będąc niewidzialną, aż nadto obecna jest w życiu; ilu się oprze, ilu zaprzeczy?

Jan Prążek junior był jednak człowiekiem upartym; przyjdzie dzień, powtarzał, w którym rozłożę skrzydła i samorozpoznam się autonomicznie.

I rzeczywiście: choć zakrawa to na opowieść wraz z przynależnym jej następstwem zdarzeń, dzień taki pewnego dnia przyszedł.

To wszystko opozycja, odkrył o świcie Jan junior Prążek; pełen jestem genów moich oziębłych rodziców i czym prędzej powinienem powołać do życia przeciwgeny: zalepić judasza, oderwać się od ziemi i polecieć za Billy, zostawiając w dole wszystkie lęki: lęk przed seniorem, lęk przed tradycją, lęk przed pozornym istnieniem.

Ha, uśmiechnęła się Billy K., oto samorozpoznanie autonomiczne, będące pierwszym krokiem ku samoświadomości, będącej wstępem do samoakceptacji; Janie – wkroczyłeś na ścieżkę postępującego samorozwoju.

Owszem, samorozwijam się, przyznał skromnie Jan junior Prążek, wszedł do wanny i odliczając na palcach sylaby, przełożył istotę samorozwoju na wiersz.

Istota samorozwoju w postaci wiersza wygląda następująco:

nieświadoma bzdury

syberyjska palma

wydała na świat bałwana.

Samorozwój, wyjaśnił Jan Junior w suplemencie do wiersza, to sprowadzenie do poziomu bzdury wszelkich myślowych nawyków, studium zapominania: trzeba sobie wybić z głowy, że jesteś do kogoś podobny, że ktoś cię genetycznie uwarunkował; następnie należy przystąpić do zapominania – najpierw zapomnieć, czego cię uczono o palmach i bananach, potem zaś zapomnieć, kogo chciano nauczać. Osiągniesz wtedy stan umysłu syberyjskiej palmy: w J.J. Prążkach seniorach dostrzeżesz niegroźny ci (a zatem całkiem sympatyczny) genotyp, siebie rozpoznasz jako wolny od schematów absurd i poza wszelką obligacją zaczniesz wydawać owoce sprzeczne ze zdrową logiką – rozpłaczesz się śmiechem, ogrzejesz się w śniegu, nie ruszając się z wanny, powędrujesz poza orbitę sensu.

A co ze mną, zaniepokoiła się Billy K.; co z wierszami?

Wiersze pisać będę, obiecał Jan; jesteś wszak cieniem w tej przestrzeni: raz cię wydłużam, raz skracam – badam wytrzymałość swojej projekcji. Brawo, pochwaliła Billy, brawo: odpowiedziałeś, Janie, na pytanie o przyczynę. Ale co ze skutkiem?



Jednostką przestrzeni jest gołąb

jednostką wiersza jest słowo

jednostką czego jest Jan Prążek junior?

Wiadomo oczywiście jednostką czego był Jan, ale słowa ewolucja nie należy nadużywać.

W tym momencie opowieść się urywa: Jan Prążek junior stanął na parapecie, uśmiechnął się i wypuścił pączki.

I co ja mam teraz wiązać, jak nie ma końca, załkała Janina Prążek; w Ghanie wybuchła dżuma, odparł Jan Prążek senior.

Innej puenty nie będzie.

Przebudzenie
Popluwszy się z zachwytu nad profilem szczytu góry Fuji, Masahito Takahashi spojrzał w niebo, podziękował bogom za stworzenie takich pięknych gór, przysiadł na chusteczce i zasnął.

I przyśnił się Masahito Takahashiemu szczyt jeszcze piękniejszy niż szczyt góry Fuji. Masahito Takahashi spojrzał w niebo, podziękował bogom za stworzenie takich pięknych snów, wstał z chusteczki i obudził się.

Otworzywszy oczy, Masahito Takahashi krytycznie przyglądać jął się profilowi szczytu góry Fuji. Popluł się z wysiłku, spocił, ale zachwycić się nie zdołał. A coście wy tu, bogowie, stworzyli, jęknął Masahito Takahashi i czym prędzej zamknął oczy.

I przyśnił mu się wielki jak Budda z Kamakury Nissan.

Nie wiedząc komu dziękować, zdenerwowany Mahahito Takahashi zwinął chusteczkę, padł sam sobie do stóp i czym prędzej ruszył w drogę. Do domu wrócił, kiosaku złapał i złoiwszy się za tworzenie bogów na własne podobieństwo, wypił herbatę i zasnął.

I przyśnił się Masahito Takahashiemu jego własny profil. Profil otworzył usta i powiedział: Gratuluję Masahito, to było małe kenśo.



Parasol
Narracja i tak będzie ciągnąć się w nieskończoność, ale człowiekiem, któremu zawdzięczam najważniejszą chwilę mojego życia, był P. Hammer-Hammer. Permanentny stan niezrealizowania, który ujrzałem na bladej twarzy P. Hammera-Hammera w sklepie z parasolami, odsłonił przede mną to, czego odsłonić nie były w stanie godziny introspekcji spędzane w towarzystwie najbardziej wyszukanych luster świata. I choć od tej chwili minęło już wiele, wiele dni, nigdy (nigdy! nigdy!) nie zapomnę tamtego wyrazu twarzy P. Hammera-Hammera.

Ujrzałem P. Hammera-Hammera w lipcu, w południe, w sklepie np. z parasolami na rogu ulicy Cesara Hoop. Parasole to tylko dekoracja, rekwizyty, dzięki którym mogę rozłożyć ciężar znaczeń i przejść do sedna chwili, w której P. Hammer-Hammer pokazał mi swoją twarz.

P. Hammer-Hammer nawet nie zauważył mojego wejścia; zamyślony wybierał parasol. Sprzedawca uśmiechał się tak, jak uśmiecha się każdy sprzedawca parasoli w słoneczne południe lipca, ale P. Hammer-Hammer nie zwracał na ten uśmiech najmniejszej uwagi; zamyślony wybierał parasol.

Lipiec, południe, pusty sklep np. z parasolami i nas trzech: jakiś sprzedawca, P. Hammer-Hammer i ja. Nie pamiętam, który z nas bardziej był nieobecny.

Jak skamieniały stałem przy witrynie i bez słowa (oczywiście) wpatrywałem się w bladą twarz P. Hammera-Hammera. Obserwowałem, jak wybrał w końcu parasol (który był tylko rekwizytem, dekoracją, w której zaistniała chwila), grzecznie przyzwolił, by sprzedawca zapakował parasol w finezyjnie zdobiony papier i – z przejmującym wyrazem permanentnego niezrealizowania na bladej twarzy – starannie wypisał na czeku swe dwuczłonowe (dlaczego?) nazwisko.

Obrzuciwszy mnie niewidzącym spojrzeniem, P. Hammer-Hammer niedbale wsunął do kieszeni książeczkę czekową i zabierając parasol, bez słowa (oczywiście) opuścił sklep.

Czasami w lustrze pojawia się diabeł, będący potwierdzeniem najgorszych na temat piekła podejrzeń. Znienacka, zanim kontrolowany grymas zdąży przystroić dobrze znaną twarz. Niespodziewanie, przez zaskoczenie, niczym cios w trzecie oko. Tak pojawia się w lustrze diabeł.

Ujrzałem diabła w lipcu, w południe, w sklepie np. z parasolami. Uciekaj! uciekaj! myślałem i czując na sobie jego bladą twarz, obojętnie wybierałem parasol.

Z uśmiechem (co to za uśmiech, mój Boże!) wyszedłem ze sklepu, zabierając finezyjnie opakowany parasol i, zgniótłszy w dłoni książeczkę czekową, bez słowa (oczywiście) ruszyłem w górę lipcowej ulicy Cesara Hoop.

A narracja? – Narracja i tak pociągnie się w nieskończoność. Będą mijały dni. Będą mijały setki dni, które równie dobrze mogłyby nie mijać w ogóle lub mijać w przeciwnym kierunku, lub omijać mnie i trafiać się zupełnie komuś innemu.

Wiem to na pewno, od chwili, w której zobaczyłem twarz P. Hammera-Hammera.

Odcinek
Mężczyzna siedział w fotelu i pił herbatę. Jego twarz schowana była w kubku, zapalona na stole świeca wskazywała na jesień.

Tak, była jesień.

Liście przylepiały się do szyby, krople deszczu cięły noc i miarowo uderzały w parapet, kwiat w doniczce usechł.

Mężczyzna rozciągał się pomiędzy głową i stopami i jego długość wynosiła sto osiemdziesiąt dwa centymetry. Czas mijał.

Dzień dobry, powiedziałem i mężczyzna wyjął z kubka zmęczoną twarz.

Twarz wydała mi się znajoma. Liście spływały po szybie, na parapecie szalała jesień. Spróbowałem zażartować, ale zabolało.

Nabity na prostą mojego życia, mężczyzna siedział bez ruchu i

A – mruknął: można dyskutować, kto tu na czyjej prostej się wyodrębnił.

B – zawołał: spadaj, nie jesteś prostą, lecz okręgiem i męczy mnie ta okresowość twych problemów.

C – milczał.

Jakkolwiek było, kwiat w doniczce usechł.

Banał
Musimy się spotkać, koniecznie. Najlepiej w deszczu: ty będziesz drżała, a ja będę mógł rozłożyć parasol. Przytulisz się do mojego ramienia, ja cię osłonię od wiatru, pójdziemy przed siebie aleją.

Aleja będzie aleją parkową. Liście pod nogami ułożą nam się w dywan, opowiesz mi swój ostatni sen, no co też pani za dziwne sny miewa, roześmieję się, mój Boże, to mój sen przecież, pomyślę. Wdepnę w kałużę, woda wleje ci się do buta, uważaj, zawołasz i ominiemy gąsienicę.

Potem wiatr twoje włosy wwieje na moją twarz, zrobi ci się bardzo zimno, zrobi mi się bardzo gorąco. Jesień, powiesz, jesień, powiem, głośno uderzy w parasol liść, mogłaby być pani moją córką, westchnę i wdepniemy w gąsienicę.

Zobacz, zabiliśmy, rozpłaczesz się, zacznę szukać papierosów, zamilkniesz, poderwie się wróbel, ustanie deszcz.

Zza drzewa wyłoni się księżyc.

Koniec, powiesz, schodzimy w banał, trzeba spotkać się od początku.



Klasówka z metafory
Nie wiem, czy chciałem, czy musiałem. Po prostu: patrzyłem na ciebie, wypatrzyłem ścianę na wylot, a tam już czekały złote sanki. Wsiadłem, pojechałem.

Jest taka granica zmyślenia, za którą można jedynie uciec. I uciekasz; od tego wszystkiego, czego wcale nie ma, póki nie uciekniesz.

Pojechałem za tobą.

Dwa mokre talerze na twojej twarzy dodały mi odwagi: kto płacze, ten kocha.

Płacz, płacz, to przecież takie piękne. Te ciche dzwoneczki u moich sanek.

Rękę możesz mi wykręcić jeszcze mocniej i nie puszczaj mojej nogi, bo będę za lekki.

Masz cierpieć, zrozumiałaś! Bo inaczej nie odejdę.

Zwariowałaś, ja wcale nie zwariowałem. Naprawdę wierzysz, że kubkiem wody można ugasić wrzask?

Wielką rurą w moim brzuchu płynie teraz rzeka. Nie zasłaniaj uszu, ziemia nie pękła: to fala wyrzuciła kubek na brzeg.

Zimno mi. Tylko stopy mam gorące, podaj koc.

Już dobrze, już jestem z powrotem.

Tych sanek wcale nie było ani rury w brzuchu, ani tej rzeki; jedynie dzwoneczki trzeba zapamiętać.

Kubka trochę szkoda, ale musiałem sprawdzić, jak daleko można. Taki test na moją wyobraźnię, klasówka z metafory, zwiększenie zasięgu autopsji.

Teraz moje słowa zyskają na wiarygodności. Napiszę piękny wiersz o tobie: milcząco wpatrzonej w ścianę, zgniatającej w dłoni filiżankę.



Archetypy
Skały nie można pokochać

Ale można pokochać

niemożność jej pokochania.

Weź oset do łóżka

I kochaj się z nim.

Chogyam Trungpa


Spotkałam go w lokalu gastronomicznym. Wyglądał dokładnie tak, jak przypuszczałam: wspaniale. Spod grubych szkieł spoglądały na mnie rozbiegane oczy, do marynarki przypiętą miał biedronkę, pachniał prochem i czytał Prousta.

Był to wyrafinowany intelektualista z moich snów i rozpoznawszy w nim archetypiczne ucieleśnienie doskonałej męskości, natychmiast postanowiłam go poślubić.

Panie L., powiedziałam, jesteśmy dla siebie stworzeni; drogi do człowieka nie należy ciągnąć w nieskończoność: czy chce pan zostać moim mężem? Że co, zakrztusił się L., wypuścił z rąk Prousta, a biedronka wraz z marynarką zaczęła drżeć.

Drżenie to uznałam za dobry znak.

Drżyj, drżyj, ucieszyłam się w myślach i żeby rozedrgał się jeszcze bardziej, zapewniłam: Jestem doskonałym ucieleśnieniem archetypicznej kobiecości: pokorna, wyrozumiała; do śmierci gotowam pana inspirować i wcale nie musi się pan obawiać konkurencji na polu ducha, ma siła bowiem nie w walce, a w rodzeniu światła w pańskiej duszy.

L. schwycił się drżącymi dłońmi stołu i stół drżeć zaczął, i na stole stojąca szklanka z herbatą, i w tej szklance łyżeczka. Po chwili drżeć zaczęła także podłoga, wprawiając w stan drżenia stojące na niej sąsiednie stoliki.

Zadowolona, czując bliskie zwycięstwo, skromnie spuściłam oczy i szepnęłam: Nie jestem może urodziwym wampem z pana młodzieńczych snów, panie L., ale jakież za to wspaniałe wypiekam szarlotki. I serniki, i pączki, i powidła, wszystko potrafię: wypiec, wygotować, wyszorować. A jak wypiorę, to aż razi, a jak wykręcę, to sam pan nie pozna!

Dalsze me słowa zagłuszył odgłos tłukącego się szkła: to kieliszki, wraz z rozedrganą na ścianie półką, z hukiem spadły na plecy bufetowej. Bufetowa, nierozumnym poczuciem krzywdy kierowana, podbiegła do naszego stolika i z okrutną agresją wynaturzonej kobiety, na oślep okładać jęła L. spisem potraw.

A toś sobie, wrzeszczała bufetowa, znalazł, durniu, miejsce do drżenia!

Z niesmakiem zasłoniłam uszy, spuściłam powieki.

Dyskretnie lawirując butem w stronę nogi L., chciałam dać hasło do odwrotu, jednak nogi znaleźć nie mogłam. Zaniepokojona, otworzyłam oczy.

Schylony u stóp bufetowej L. zbierał z ziemi szkło. Pozbierawszy, delikatnie wyjął z jej rąk spis potraw i przykładając usta do jej dłoni, powiedział: jest pani kobietą mojego życia.



Figlarność losu
Ruderik, aczkolwiek gruby, już jako dziecko wiedział, czego chce. Co chcesz, maleństwo, robić w życiu, pytano, a na pucatej gębie Ruderika pojawiał się uśmieszek. Chcę nosić krawat, chcę zostać prokuratorem generalnym, mówił Ruderik i nikt się właściwie nie dziwił.

Taka, mawiano, godna podziwu świadomość celu była w tym grubasku. Z wiekiem co prawda schudł, jednak świadomość celu pozostała: co rano konsekwentnie zadawał sobie kilka rutynowych cięć brzytwą, polewał rany spirytusem, szczotkował czuprynę i zaciskając na krtani pętlę, wybiegał do college’u.

Po prostu: tak widać lubił. I wybiegał, co lubił – inni nie mieli tyle szczęścia.

Inni gustowali w jałowych ekstrawagancjach, kręcili się bez sensu: przyjemne rzadko bywało pożytecznym. Na przykład taka Bibi, koleżanka z klasy. Największą radość sprawiało jej podcinanie grzywki. Niepojęte, ale ona naprawdę to lubiła. Zapytywana o cel życia, niegrzecznie odpowiadała pytaniem: a czy podcinanie grzywki nie może być celem?

Może, może. Problem polega jedynie na tym, że Bibi bynajmniej nie została fryzjerką.

Bibi została sekretarką. Przycinała papierki, zdeptywała palce na klawiszach, pytała: co ja tu robię? Był to tragiczny przykład rozminięcie się z własnymi marzeniami, klasyczna losowa figlarność.

Kiedyś Bibi spotkała na ulicy Ruderika. Jak idzie, spytał Ruderik i spojrzał na zegarek. Idzie, odpowiedziała Bibi, spojrzała na Ruderika i nie spytała o nic.

Kilka lat później spotkali się znowu, tym razem na sali sądowej. Bibi poszła z ciekawości – blady Ruderik siedział na ławie oskarżonych, wyglądał na nie kąpanego.



Nie do wiary, opowiadała potem Bibi, jak bardzo przerzedziła mu się grzywka.


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna