Nie kochamy tego wieku



Pobieranie 214.9 Kb.
Strona1/5
Data07.05.2016
Rozmiar214.9 Kb.
  1   2   3   4   5
NIE KOCHAMY TEGO WIEKU
O Leonardzie Eulerze
BAZYLEA
Wziąwszy ostatnie alpejskie dopływy, Ren mija Bazyleę i skierowuje się na północ w ziemie niemieckie, zostawiając na południu szeroką bramę wiodąca ku Burgundii. Otwarta ku obcym ziemiom, Bazylea leży u wylotu ziem Konfederacji Szwajcarskiej. Ren łączy ją bezpośrednio z Holandią, dokąd jest przez to bliżej niż do niemieckich krajów Badenii i Wittenbergii. Europa jest w zasięgu wzroku, ale w Szwajcarii jest się obywatelem, a tam poddanym. Nie od bogactwa i nie od przywileju władcy zależy los obywatela, lecz od tego kim jest wśród sobie równych. Wiara luterańska zakorzeniła się tu nie z nadania książąt. Po latach zrosła się z obyczajem Szwajcarów, którzy nawet rozproszeni po świecie rozpoznają się jako członkowie wspólnoty.
Leonard Euler pozostał do końca życia obywatelem Szwajcarii. Miał dwadzieścia lat kiedy wyjechał, ale zagadką pozostaje jego pożegnanie Szwajcarii na zawsze. W czasie swego długiego życia nigdy potem nawet na krótko nie odwiedził Bazylei. A wyjeżdżał stamtąd niechętnie. Mimo że miał już dawno zaproszenie do Petersburga, . zwlekał z wyjazdem, czekając na decyzję jury, w którego gestii było powołanie go na katedrę fizyki na Uniwersytecie w Bazylei. Bardzo przeżył odmowę, którą powzięto jeszcze przed rozpatrzeniem jego starań na właściwym posiedzeniu. Czy powodem był młody wiek? Miał wtedy 20 lat. Zachował się, pisany kilka lat później, jego list pisany do ojca z Petersburga, w którym zapewnia o swoim przywiązaniu do Rzeszy Szwajcarskiej, ale - zapewne wcześniej o to pytany - tłumaczy w sposób uwikłany swoją pewną już obcość, która nie pozwala mu się w przyszłości widzieć w Bazylei . Będąc w Berlinie, potraktuje zaproszenie go do Bazylei na katedrę po zmarłym Janie Bemoullim jako kurtuazyjne i odmawia. Wcześniej sam mistrz Jan zapraszał go w odwiedziny. Po śmierci ojca, wybiera się po matkę, by zabrać ją do Berlina. Matka wyjeżdża mu naprzeciw do Frankfurtu, i nawet ta bliskość nie staje się dla Eulera okazją, by choć na krótko wpaść do Bazylei [1].
Nie rozwiążemy tej zagadki, nawet jeśli wejdziemy w jego dzieciństwo. Biografowie są skąpi, a powód wydaje się prosty. Euler nie był cudownym dzieckiem, o którym w rodzinie ciągle by się mówiło. Nawet kiedy był już sławny, nie powstawały apokryfy. Ojciec Eulera był pastorem w małej miejscowości na prawym brzegu Renu, od której do Bazylei było godzinę drogi pieszo. Tam też w roku 1707 przyszedł na świat Leonard. W domu pastora rodzina żyła skromnie, ale nie biednie. Euler był najstarszy z rodzeństwa. Miał brata, który nie dożył późnego wieku, i dwie siostry. Był chłopcem lubianym, łagodnego usposobienia, "słonecznym chłopcem", jak go nazywano. Takim był i później. Biografowie jednak są i co do późniejszych jego lat oszczędni.
Przygotowanie szkolne odebrał w domu, Mimo że ojciec, miłośnik matematyki, poznał się na jego talencie matematycznym, to widział go zgodnie z tradycją rodzinną na studiach teologicznych, na które Euler wstąpił mając 13 lat, a skończył mając 17. Był to wiek zwyczajowo przyjęty dla studiów. Jego talent matematyczny zauważył Jan Bemoulli, który po starszym bracie Jakubie objął w Bazylei katedrę po czasowym pobycie w Holandii. Odtąd życie Eulera będzie na stałe związane z rodziną Bernoullich, przede wszystkim z Mistrzem Janem- uważanym wtedy za pierwszego wśród matematyków - i jego synami Mikołajem i Danielem, również matematykami. Byli najlepsi, ale miejsca dla siebie musieli szukać poza swoim krajem. Przyszły zaproszenia z Petersburga, na które patrzono tyleż z nadzieją co z obawą. Euler wyjechał do Petersburga w roku 1727, w dwa lata po Mikołaju i Danielu.
Wiek osiemnasty, mimo że wchodził w trzeci dziesiątek, jeszcze się prawdziwie nie zaczął. W naukach były to jeszcze lata Newtona i Leibniza. Na Voltaire'a przyjdzie dopiero czas. Akademia na Wyspie Wasiljewskiej w Petersburgu dopiero się tworzy. Jeszcze nie zapytuje się, czy Bóg istnieje, chociaż zaczyna już istnieć na wiele sposobów. O niewolnictwie się słyszy. Jest gdzieś daleko. Ale są już wolnomyślni, do których w końcu będzie należał ten wiek.
I. AKADEMIA NA WYSPIE [2]

DWUGŁ0S
Morza zapełniliśmy okrętami

Przystań im budując wspaniałą.

Będziemy z niej wypływali

W dalekie oceany - Radiszczew [3].


EULER. Już dziesięć lat, a nie znam tutejszego świata, chyba że Wyspę Wasiljewską, na której mieszkam i na której Akademia. Wychodzą stąd dwa mosty, które jednak rzadko przechodzę. Groźną rzeką spływają wody wielkich jezior Północy. Jej płaskie brzegi nie przypominają niczym pagórków Jurajskich i łagodnych łuków Renu, z których jeden wdziera się w samo serce Bazylei. Woda w niej czysta i niczym niezmącona. Widać piaszczyste dno i pływające wolno pod prąd ryby. Po przejściu mostu nie napotykam miasta, lecz carską rezydencję, kilka gmachów i wiejski targ, na który mieszkańcy skarżą się, że drogi. Miasto stoi na palach i w pobliżu nie ma wiejskich osiedli.
W Akademii tygodniowy rytm zajęć, którymi można regulować zegar. Mistrz Jan Bemoulli nie wyobrażałby siebie jako matematyka uczestniczącego regularnie dwa razy w tygodniu w posiedzeniach Konferencji, na których jednym razem recytuje się poezje (oni wszyscy tu piszą), a innym razem przedstawia się sposób podnoszenia na wieżę wielopudowego, "kołokoła" . Na tych posiedzeniach przedstawiam co miesiąc traktat z matematyki "sublimioris", A taki rytm właśnie tu osiągnąłem, sam go zresztą sobie narzucając. Mistrz Jan - "princeps mathematicorum" od czasu kiedy nie ma wielkiego Newtona - spaceruje jak dawniej po nabrzeżu Renu, jego traktatami są listy do przyjaciół, a pasją spory o priorytety, wymiana opinii, przede wszystkim - i najchętniej ostrych - o przyjaciołach. Tu mogę przejść się po 10 Linii, bo tak nazywa się ulica, na której mieszkam. Kartezjusz marzył o miastach z kratownicą ulic. Szkoda, że tego nie zobaczył. O wielkim Londynie mówią, że jest przytulną prowincją, w której Newton prowadził życie zacnego dżentelmena. Wyobrażałem podobnie siebie kiedyś w małej Bazylei.
Tu również mają starą stolicę, w której - jak słyszę - życie płynie wiejskim rytmem, gdzie kolorowych cerkwi "sorok sorokow", otoczoną lasami i wieńcem miast i monastyrów starej Rusi. Kaprys Wielkiego Piotra sprawił, że mają stolicę na osuszonych bagnach. Przy zmianie panowania dwór wybiera się na koronację do Moskwy i przebywa tam tak długo jak może. Któregoś razu nie wróci. Mogło to się zdarzyć już teraz, bo obecny pobyt w starej stolicy trwał trzy lata. Nie wytrzymał tamtejszego pobytu młody car, biedny kilkunastoletni chłopiec, który sprawiał swoim zachowaniem i zdrowiem kłopoty [4]. Opowiadał mi coś o tym Goldbach, który miał pieczę nad jego kształceniem. Rok 1734 zaczął się tu uroczystym wjazdem carycy Anny. Byliśmy zaproszeni do dworu z pełnym ceremoniałem, co jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że to nie dla nmie, że Petersburg jest dla mnie miejscem tylko po to, by żyć i obliczać. Na ceremonii zjawia się mnóstwo osób, dla których Akademia istnieje dla synekur przy Dworze. Korzystają z nich także i niektórzy z obcych. Ale nie Mikołaj, który umarł tu niedługo po przyjeździe. I nie Daniel, który wyjechał dwa lata temu. Jestem profesorem, mam już tu dom, żonę i dzieci, ale nie widzę tu siebie dłużej. Dlaczego wyjechałem aż tak daleko? Nie chciano nmie w mojej ojczyźnie, więc czy mogłem odrzucić wspaniałą możliwość zobaczenia czegoś, czego w mojej Szwajcarii mi tak mi zazdroszczono? Ojciec popierał ten wyjazd w nieznane, bo uważał, że nie można uchylać się od życia. Ale przede mną tylu innych w ostatniej chwili rezygnowało.
Gdybym urodził się Anglikiem, nie musiałbym wyjeżdżać, by brać udział w nauce. W Anglii nie ma imperialnych Akademii, w których w naszym oświeconym wieku, na wzór Aleksandrii, implantuje się naukę. Ma Akademię Paryż, ale tam nie chcą obcych. Król Pruski będzie miał niezadługo Akademię w Berlinie. Zaprosi tam starego Bemoulliego i uwielbianych przez siebie Francuzów. Pewnie ufundują sobie Akademię królowie Sascy jak tylko zakończą pomyślnie wojny domowe. Dom Sabaudzki ma Akademię w Turynie.
Jesteśmy tu zorganizowani w grupę dziesięciu profesorów i tyluż adiunktów. Jakie to niepodobne do Kartezjusza, który pisał swoje traktaty siedząc w małym holenderskim miasteczku. Ale i przestroga. Już w jego czasach królowie odkryli, że nauki dają państwu potęgę. Wtedy potęgę dawała artyleria, teraz potęgę i bogactwo daje nawigacja. Królowa Krystyna zaprosiła Kartezjusza do Sztokholmu, ale miała kaprys brania nauk w mroźne ranki. Kartezjusz nie wytrzymał pierwszego. Ale traktowano go jako kawalera-szlachcica. Mnie płacą, W Europie nie ma zwyczaju płacić za rozprawy naukowe pisane dla własnej potrzeby. Przyjmuję więc ze zrozumieniem zlecane mi prace praktyczne. Przez pierwsze lata byłem "lejtnantem marynarki", co mi nawet imponowało.
Zajmuję się głównie dla potrzeb nawigacji soczewkami, recenzuję projekty statków i mostów. Jesteśmy zorganizowani na wzór manufaktury. Być może tylko we Francji byłoby to możliwe. Według tradycji europejskiej, do zamkniętego klanu uczonych wchodzi się drogami znanymi z dawnych tradycji cechowych. U nas Bemoulliowie sami dla siebie tworzą cech. Na uniwersytetach ludzie dobierają się według zainteresowań i charakterów. Wolny zawód i pozycja społeczna - przykładem de l'Hospital - zbliżają pewnych ludzi do kręgów naukowych. W listach do Mistrza Jana nie piszę, że awansowałem do rangi urzędnika państwowego.
Nie mam zbyt wielu przyjaźni. Każdy z nas skądś przybył. Wśród profesorów nie ma naturalnej hierarchii wynikającej ze starszeństwa czy dostojeństwa. Prezydent, kanclerz, sekretarz tworzą administrację Akademii. Przyglądam się tutejszym elewom. Nie przypominają naszych studentów, którzy przychodziliby z własnymi oczekiwaniami. Zadania, których na szczęście nie brak, dostają od nas i wykonują pilnie. Zmieni się to z latami, kiedy Akademia się rozwinie, obecni rodzimi adiunkci staną się akademikami i wejdą do Dworu. My - "niemcy" - jesteśmy dla Dworu użytecznymi anonimami. Przybyszom car Piotr przeznaczył inną rolę. Macie się od nich uczyć - powiedział do swoich - dostojeństwa przeznaczam dla Rosjan. Nie dla mnie więc ranga tajnego radcy.
Car Piotr postanowił zmienić naturę swego ludu. Nie wystarczał mu sąsiedzki katolicyzm, którego też i obawiał się. Na słowiańskiej glebie zaszczepił obcy swemu ludowi luteranizm, który nie miesza się z ludem i dlatego nie jest niebezpieczny. Miejsce "lutrów" jest obok Dworu. Wraz z nim mają tworzyć mieszankę o wyjątkowej skuteczności w rządzeniu ludem. Do samego Dworu mają jednak nie wchodzić. Ale czy Car Piotr mógł wszystko przewidzieć? W końcu wchodzą i do Dworu. A czy znane mu były ich sekretne rachuby, z których zwierzali się między sobą - nie wyłączając poczciwca Leibniza? Są to nadal rachuby ogólne i nieostre, w których Rosja pojawia się jako pomost hen ku dalekiej Kamczatce, na którą dzięki Akademii będzie można urządzać ekspedycje. Czy to nie tędy najprostsza droga ku Ameryce? Znał tylko swoje "chitrosti".
Zanim tu przyjechałem, umarła carowa Katarzyna - żona Wielkiego Piotra - przez którą zostałem zaproszony. Na dworze obecnej carycy Anny panują faworyci. Stan kraju określa się słowem "smuta" . Nie ma to wpływu na prace samej Akademii, zaplanowanej w swoim czasie przez Piotra, o którą caryca Anna zadbała, po kilku latach zastoju w czasach panowania młodego cara. Urzędnicy Akademii są dobrymi administratorami. Skuteczność wyćwiczyli w podróżach zagranicznych. Szczep zachodni, wręcz luterski, zaszczepiony na słowiańskiej glebie, przybiera tu osobliwe kształty. To, co w Europie jest rozumiane jako ład, tu regulowane jest administracyjnym przepisem
To, co w Europie jest towarzyską ekstrawagancją, pobłażaną lecz nie dopuszczaną do zaistnienia publicznie, pokrytą warstwą ogłady i hipokryzji, tu przeobraża się w pospolity cynizm, tym bardziej odrażający, że dzieje się to w samym sercu bogobojnego prawosławia. Rządzi faworyt carowej Anny, człowiek, jak mówią, niczym się nie wyróżniający. Stworzony przez Piotra i przez jego poprzedników system jest jednak mocny i najbardziej nawet zdeprawowany dwór nie ma wpływu na jego funkcjonowanie. Jest poza tym coś, co się tu określa jako "russkaja idieja" [5]. Ta idea ma swoje ujścia i źródła w morzach Północy i Południa, zespalających w jedno tradycje Waregów i Bizancjum, tradycje kupieckiego Nowogrodu i Moskiewskiej "opriczniny". Nauczyłem się rosyjskiego i wyławiam sekrety ich wielowątkowej historii i mitologii.
RADISZCZEW. Do kogo kierował te słowa Wielki Euler, sława naszej Akademii i naszego narodu, z którego się nie wywodził, ale przecież przylgnął do niego wraz ze swoim potomstwem, którego nie chciał pozostawić w Berlinie? Chciał być tu pochowany, ale pilnował swego szwajcarskiego obywatelstwa, które dawało mu niezależność od kaprysów władców, i o które zabiegał o nie i dla swego potomstwa. Ale, dlaczego nie chciał wracać do swojej ojczyzny? Związał swój los z nami w sprawach nauki. Nie widać jednak, by zwyczajnie po ludzku do nas się przyzwyczaił, a już tym bardziej przywiązał. W czasie pobytu w Berlinie nie ustawał w korespondencji z nami, ale można to tłumaczyć tym, że zgodził się brać naszą pensję. Jego powrót mógł być skutkiem chłodnej berlińskiej oceny. Ale wśród powodów mógł znaleźć się i ten, że przecież dokonaliśmy wielkich rzeczy i z nimi chce złączyć swoje imię, bo są one i jego udziałem. Nigdy nie okazywał swoich przekonań, bo nie było to w jego charakterze, a my nie byliśmy tym zbyt zainteresowani, oceniając przybyszów według ich profesjonalizmu, nie wnikając w ich życie wewnętrzne. Odpłacał się nam więc tym samym, ale zapewne uznał w końcu, że ten nasz świat jest najlepszy spośród tych, którym się w ciągu życia przyjrzał, a z których żaden zresztą nie musi być dobry. Uczeni wydają się nie mieć przekonań, polegają na chłodno wypracowanej ocenie opartej na zasadzie minimum. Bardzo trudno jest nam rozumieć tę praktyczność "niemców". My mamy duszę niemal na wierzchu. Czy kiedy staniemy się uczonymi, też będziemy tacy jak oni?
Przyznaję Eulerowi rację w jego surowej ocenie sprzed czterdziestu lat, choć jest mi przykro, kiedy ją czytam. Prawda jest zależna od pozycji z jakiej jest wypowiadana. Czym innym jest bowiem surowa prawda wypowiadana przez człowieka przywiązanego do swego kraju, którego boli zło, które widzi i które chce naprawić, a czym innym ta sama chłodna ocena obcego. To, co pisze Euler, nie różni się niczym od tego, co ja sam napisałem w "Podróży z Petersburga do Moskwy". Może tylko tym, że ja pisałem o naszej strasznej wiejskiej prowincji, a zapatrzony w jaśniejące światło nauki, nie mógłbym sobie wtedy wyobrazić nawet małej rysy na wspaniałym gmachu Akademii. Pisałem o naszej Rosji z troską, której u Eulera nie widzę. Rozumiem, że Euler nie miał obowiązku nas kochać. Ale dlaczego nie odczuwał wtedy żadnej z nami wspólnoty? Może dlatego, że cudzoziemcy, mieszkając w swoich "słobodach", z prawdziwą Rosją styczności nie mieli. Tak zresztą widział ich miejsce Car Piotr, który im nie wierzył.
Zabolało mnie najbardziej przyrównanie naszej Akademii do manufaktury. Czy po swoim powrocie z Berlina dalej był tego zdania? Przecież Fryderyk też zaprzągł naukę do zadań państwowych, szczególnie po Wojnie Śląskiej, kiedy kazał rozbudowywać na zdobytych terenach kopalnie rozmaitych kruszców, a wobec wielkiego uczonego potrafił zachowywać się niestosownie, przeznaczając mu w Sanssouci projekty właściwe ogrodnikowi. Bo nie będziemy porównywać z Akademiami, niedostosowanych do naszych czasów, fantazji Jonatana Swifta, który opisał Akademię na wyspie Laputy, mając na myśli raczej czcigodne Royal Society. Chociaż może różnica nie jest aż taka duża? Wprawdzie Anglikom obca jest nasza "żestokost", ale coś z tego mają. Newtonowi dano posadę w mennicy. Ich wiedza astronomiczna była aplikowana bezpośrednio w nawigacji. Oczywiście, będzie się opowiadać historie o tym jak panowie Wren i Halley przedyskutowali w londyńskiej kawiarni problem planet. Również Fryderyk na czas pobytów w Sanssouci nadawał dyskusjom w Akademii charakter salonu na wzór salonu markizy du Chatelet. Ale zasadnicze cele ich Akademii nie różnią się od naszych.
Po powrocie do Petersburga, Eulerowi wiele się tu nadal nie podobało, ale widzieliśmy w tym troskę gospodarza, którym już faktycznie był. W czasie pierwszego swojego pobytu widział tylko Wyspę Wasiljewską, a zajęty teoriami mechaniki mógł nie widzieć Rosji. Gdzieś zasłyszał o "russkiej idiei", ale my sami wiemy jak trudno ją zrozumieć. Mógłby jednak zrozumieć, jeśli nie ideę, to naszą sytuację.
Musiał przecież wiedzieć, że na samym początku wieku Szwedzi podeszli nam pod gardło. Ale i wcześniej było już widocznym, że Europa weszła w nową fazę. Zachłysnęła się ekspansją zamorską nie mającą nic wspólnego z dawnymi wojnami, takimi jak kiedyś prowadziliśmy z Rzeczpospolitą. Teraz zaczęły one polegać na zwykłej grabieży i wyniszczeniu. Europa jest nienasycona i upatruje tylko kogoś, kto miałby być następną zdobyczą. Na Rzeczpospolitą – nasze naturalne słowiańskie przedmurze - został wydany wyrok. Jeśli - podobnie jak Rzeczpospolita - będziemy oczekiwać biernie zdarzeń, wkrótce podejdą pod nasze stolice. W tym samym roku, kiedy Euler zjawił się w Petersburgu, flota angielska podeszła po Rewel, 'WY wąskie gardło Zatoki. To tak, jakby nasza [S- / J podeszła pod ujście Tamizy. Działo się to już w latach po Piotrze, kiedy nie byliśmy już bezbronni, ale Europa jednoczy się przeciwko nam wszędzie. Kiedy Anglicy byli pod Rewlem, Francuzi pchali się ku Persji, chcąc ją rozdzielić między nas i Turcję. Niedługo, zechcą podzielić się z nami Rzeczpospolitą. Dlatego musieliśmy zacząć niechby od manufaktury. Wielki Euler po latach w Berlinie już wie i rozumie.
WITKACY [6]. Dlaczego, Autorze, unikasz mówienia wprost? Przecież w twoich dwudziestowiecznych czasach już wiadomo, co znaczy bolszewizm! Może tylko nie wiadomo wam, skąd się wziął naprawdę? Uprzedzając moją odpowiedź, zechcecie powiedzieć, że to car Piotr go wymyślił, bo nie lubicie tej Rosji! Otóż nie! On go tylko w Rosji zainstalował. Unikając waszym zwyczajem prostych stwierdzeń, powiecie, że przywiózł go z bliżej nieokreślonej Holandii. Piotr nie wahał się uczyć od bezbożników, bo nieraz mawiał, że "uczyć się choćby od samego diabła!". Nie wińcie jednak biednego Eulera, tego "Sonnenknabe", który skarżąc się na trudy swoich pierwszych lat w Akademii, nie wypominał, że w tej manufakturze stracił oko przy najczarniejszej technicznej robocie, robiąc eksperymenty z soczewkami i ślepiąc przy kartografii. Może znalazłby się przykład jeszcze niejednego "dobrego lutra", ale nie zapominajmy o istocie, o nie pamiętanej już wtedy w szczegółach, wielkiej rewolucji o dwa wieki wcześniejszej.
"Lutrowie" w naszym Złotym szesnastym wieku, nazwanym wiekiem Odrodzenia, chcieli odebrać nam Matkę Boską i Świętych i omal się im to ,\dało. W ich dudkę piał, wykształcony w luterskim już Królewcu, Jan z Czarnolasu, obcy naszemu ludowi, któremu lud nie dał się uwieść i nie nazwał go wieszczem. Musiał nadejść "potop", byśmy zrozumieli ,na czym polegała luterska skuteczność, którą nazwij tu wreszcie, Autorze, choć się nieco jeszcze wahasz, bolszewicką. Przy wszystkich naszych przywarach, ta cecha była nam obca, i mimo tylu prób "wstawiania nam mózgów", myślimy jeszcze nadal po ludzku.
Bolszewizm to obca szczepionka skuteczności implantowana dla doraźnego celu na upatrzonej do tego celu społeczności, które nie jest jego własną. W chodzi w tę społeczność podobnie jak do matematyki rachunek, tam, gdzie powinno rządzić mądre przewidywanie. Potem ta doraźność staje się nieodróżnia1na od idei głównej, której bolszewizm bynajmniej nie niszczy, lecz stawia obok jako atrapę. Bolszewizm jest na mocy samej definicji dwugłowy. Znowu daję łatwy żer komentatorom. Wcale nie chodzi tu o dwugłowego orła, tego czy innego, chodzi nawet nie o dwie głowy, ale o dwa ciała, a wystarczy, że mamy na myśli dwie ręce, a wtedy wiadomo o co chodzi! W Europie nazywają to hipokryzją, która nią rządzi od początku jej dziejów, Izraelici nazywali to faryzejstwem, ale jeśli okoliczności są srogie i prymitywne? Wtedy przychodzi właśnie bolszewizm. Nie mieszajmy jednak gatunków, bo Iwan Groźny nie był bolszewikiem, i podobnie nie był nim Neron. To był tylko terror. Istotą bolszewizmu jest praktyczność, skuteczność i zastąpienie idei, na której zaszczepiona została skuteczność, w jej barwną atrapę. Tę właśnie atrapę "russkiej idei" musiał widzieć Euler na inauguracji Akademii po powrocie carycy Anny do północnej stolicy.
Euler widział nie tylko atrapy ale i relikty, widząc jak lud żegna się trzema palcami. Widział raskoł , niechciany skutek podarunku jaki Piotr sprawił Rosji. Nam też Oświecenie dało w podarunku obcego wzoru Konstytucję, której naturalnym skutkiem był bunt Konfederacji. Moje życie - i twoje Autorze - wypadło na czas, kiedy także i u nas idee traktowane były już tylko jako hasła, ważne były już tylko relikty i atrapy, a dla mnie to było już wtedy, kiedy prawdziwy, ten nam znany, bolszewizm był jeszcze przez ścianę. AUTOR. Wielce pociągająca dla nas Słowian jest myśl, że całe zło pochodzi od Lutra. I chociaż znakomity Pisarz dopuszcza od razu widoczne wyjątki, dopuśćmy mimo wszystko tę myśl jako założenie w naszym zaczynającym się dowodzie nie wprost. Za Wittgensteinem przyjmijmy, że dojście do sprzeczności nie będzie katastrofą ani dla naszej teorii ani dla znakomitego Pisarza. Katastrofą byłoby ugrzęźnięcie w tautologiach. W śród dobrych "lutrów", oprócz Eulera, przypomnieć trzeba byłoby jeszcze paru. To wcale nie łatwe, ale pomyślimy o Goldbachu.
RADISZCZEW. To przykre, że Wielki Euler przyłączył się do patrzących na Rosję jako na kraj wszelkiego zła, nieznanego jakoby w cywilizowanym świecie. Nasz Niemiec Mueller. w opisie ekspedycji na Kamczatkę zebrał skrzętnie wszelkie wiadomości o naszych przewinieniach przy podboju Syberii. Nasz prostomyślny Łomonosow, późniejszy sekretarz Akademii, nie zdobył się na nic więcej niż na proste zaprzeczenia, a w końcu posłużył się cenzurą. Wyprawom Jermaka i Deżniewa towarzyszyły grabieże, ale przyznajmy rację Łomonosowowi przynajmniej w tym, że tych wypraw nie da się porównać z planowym wyniszczaniem tubylczych ludów Ameryki, w których pobożny luteranin nie dostrzegał człowieka i nie zaszczepiał im swojej - wysokiej w swoim mniemaniu - etyki. Nie można ich też porównać z pogardą z jaką odnosili się Teutoni do wyniszczanych ogniem i mieczem ludów nadbałtyckich, których nie starali się nawracać. Zło ma różne oblicza. W naszej słowiańskiej naturze nie było miejsca na zło przez rozum. Dopiero teraz poznajemy ten rodzaj podboju, który polega na wcześniejszym chłodnym oczyszczeniu kolonizowanego terenu dla własnych potrzeb. Poczciwi kwakrowie, którzy przychodzą na tak przygotowany teren, nie muszą wiedzieć o tym, co się tu przed ich przybyciem wydarzyło. Zapewne wiedzą, ale od czego zdolność do hipokryzji, okupiona litością do indiańskich resztek. Przy całej naszej surowości, u nas tego się nie napotka. W swojej "Podróży" porównywałem nasz rosyjski rodzaj niewolnictwa, w którym jakże sprawiedliwie uwikłane są losy prześladujących i prześladowanych. To nie ma nic wspólnego z tą manufakturą kolonizacyjną, do jakiej zdolna okazała się Europa. W ciągu dwustu lat od pierwszej wyprawy Kolumba kraje Europy, tak podobne kiedyś do nas, ukazały nagle inne oblicze. Poraża skuteczność tego co robią.
Jest rok 1776. Odwiedził nas niedawno Jan Bemoulli - wnuk wielkiego Jana. Z wielką sympatią patrzył na naszą budzącą się naukę. Kiedy rozmawia się z takim "niemcem" jak on, znikają uprzedzenia. Wraca do Berlina przez Polskę [7].
KRÓLEWIEC
Rzadko kto odpowiada poprawnie, gdy go zapytać, na cześć jakiego króla nazwano to miasto. Był nim Ottokar, król Czech. Ale mógłby nim być każdy król zjednoczonej wtedy Europy. Do obyczaju jej książąt i królewiąt należało dla zdobycia pasowania rycerskiego odwiedzić urządzających tu swoje państwo niedawnych jeszcze Krzyżowców, a teraz Krzyżaków, którzy wzdłuż wybrzeży zalewów Wisły i Niemna połączyli się z Zakonem Mieczowym u ujścia Dźwiny. Polska, Litwa i Ruś zostały odcięte od mórz. Prusowie zostali zamknięci w potrzasku. Był wśród nich przodek sławnego później Kanta. Jeśli temu wierzyć, to nie wszystkich Prusów spotkał los Indian północnoamerykańskich. Historia Europy to fala za falą inwazji na wszystko co wokół. Fala przeorująca południowe wybrzeże Bałtyku pozostaje w cieniu innych wielkich wypraw, z których tylko wyprawę do Ziemi Świętej można uznać za niezbójecką
Zjednoczona Europa pomogła na miejscu spalonych siedzib Prusów zbudować sieć zamków, z których za niewiele więcej niż sto lat Zakon był gotowy do następnego skoku. Jan Luksemburski, następca Ottokara był najważniejszym sojusznikiem Zakonu, kiedy ten w końcu XIV wieku okazywał oznaki zmęczenia. Zeświecczonej już Europy nie można było przekonać do krucjat. Można było jednak zachęcać do podboju. Wyrok na świetną później Rzeczpospolitą był pisany już wtedy. Wąski pas ziemi dzielił Zakon od posiadłości Jana Luksemburskiego, któremu nie trzeba było podpowiadać tej zdawało się łatwej zdobyczy. Królestwo Polskie wydobywało się za sprawą króla Łokietka z kilkusetletniego niebytu, a teraz wydobywało się spod kurateli Andegawenów, którzy wdzierali się do Królestwa skutecznie od południa wschodnią jego rubieżą, penetrując Litwę i osadzając swoją Królową w Krakowie. Król Czech był już od dawna suwerenem Mazowsza i pętla wokół królestwa Łokietka się zaciskała. Mimo to pod Grunwaldem Polacy pokonali zjednoczona przeciwko sobie Europę. Prusy Królewieckie zostawili jednak swojemu losowi, poprzestając na zależności lennej. W sto lat później Krzyżacy porzucili ostatnie pozory swojej misji, przechodząc na wiarę Lutra. Polacy, wolnomyślni i zawsze tolerancyjni wobec obcych wiar, nie widzieli w tym nic złego. W roku 1540 w Królewcu powstał Uniwersytet. Musiał być niezły, skoro w sto lat później sięgnął na Litwę odradzając jej separatyzm, a w następnym stuleciu wydał Kanta. Nie doszłoby do tego, gdyby Rzeczpospolita nie zaniedbała prostych spraw.
EULER. W Królewcu w Prusach jest wyspa A zwana Kneiphof. Przez rzekę, która ją opływa przerzucone są mosty, których jest siedem - jak na załączonym szkicu. Czy można przejść wszystkie mosty przechodząc po każdym raz jeden? - zapytuje mnie zaprzyjaźniony ze mną Herr Kuhn, profesor Gimnazjum Uniwersyteckiego w Gdańsku [8].
Wśród czterech wysp, które tworzy rzeka, są trzy, z których wychodzi po 3 mosty, przez co będziemy mieli na nich po 2 pobyty, jedna wyspa (A) z której wychodzi 5 mostów, i dlatego musimy być na niej co na niej 3 razy. Mamy więc w ciągu spaceru 3 x 2 + 3 = 6 + 3 = 9 pobytów na wyspach. Przechodząc most zmieniamy pobyt. A mostów jest 7, więc mogą one obsłużyć co najwyżej 8 pobytów, nawet jeśli nie wracamy na wyspę, z której zaczęliśmy spacer - załączam szkic. Nie można więc odbyć spaceru, o który zapytuje Profesor Kuhn. Dodam jeszcze, że wyspy o nieparzystej liczbie mostów dają wspomniany nadmiar pobytów.
Dziwię się ludziom, że zwracają się z takimi pytaniami do matematyka. Żeby odpowiedzieć na takie pytanie, wystarczy zdrowy rozsądek. Chociaż, zanim doprowadziłem zadanie do zliczania pobytów, zastanawiałem się właśnie nad pewną oczywistością. Dlaczego przyjąłem, że jeśli z wyspy wychodzą 3 mosty, to muszę mieć na niej 2 pobyty (a jeśli 5, to 3}. Wyobraziłem sobie rzekę nieskończenie długą i na niej 3 mosty i wydało mi się to wszystko w jednej chwili jasne, ale dowód mi się wymykał Rys. 2. Wtedy przypomniałem sobie list Leibniza do Jana Bemoulliego, w którym była mowa o takim rodzaju geometrii, w którym nieważne będą odległości a nawet nieistotne zmiany kształtu, lecz tylko ogólny rys położenia linii i punktów. Ta geometria podlega jakimś tylko najbardziej ogólnym aksjomatom. Z jednego z nich musiałem nieświadomie korzystać. Tę ogólną dyscyplinę Leibniz miał nazwać "Geometria Situs".
AUTOR. Euler przygotował starannie dowód - ale nie ten, lecz ten mądrzejszy, który wszyscy znamy. Nie chodzi o bliżej nieokreślony nadmiar wysp o nieparzystej liczbie mostów. Aby spacer się udał, wysp o nieparzystej liczbie mostów ma nie być, lub ma ich być dokładnie dwie, na których wtedy spacer ma się zaczynać i kończyć. Poprzestał na dowodzie niemożliwości. To, że warunki podane przez Eulera są wystarczające dla przeprowadzenia spaceru, pokazał w sto lat później Carl Zierholzer, odnawiając zainteresowanie tą pracą i dając impuls dla rozwoju szerszej teorii, która już zaczynała formować się wokół tego zadania. Wśród kilkuset prac Eulera, tę jedną rozumie początkujący uczeń. Przeszła do licznych anegdot, zapoczątkowała topologię, jak później nazwano tę nową geometrię.
EULER. To dziwne, jak bardzo może cieszyć małe twierdzenie! W tym samym czasie musiałem przebrnąć przez podstawowe zasady mechaniki. Musiałem wyjaśniać - przede wszystkim sobie samemu - czym jest przestrzeń i czas. Ale czytałem filozofów i to mnie zmuszało, by im dorównać. Dlaczego nie Ju poprzestałem na tym co Newton, który powiedział, że nie wie. Kartezjusz i znakomity Leibniz nie rozumieli, że każda rzecz trzeba widzieć w odpowiedniej dla niej konwencji.Eter jest ważny dla biegu światła, ale nie ma wpływu ani na ruch pocisku ani na ruch bączka.
Ważne są one jedynie dla ogólniejszego rozumienia, bo przecież każdego musi zastanawiać, czy możliwym jest, by substancja była zanurzona w coś, co jest tylko naszym wyobrażeniem. Dlatego lepiej wyobrażać sobie, że jest zanurzona w eterze, chociaż Leibniz chciałby, by była z eterem zespolona w systemie monad nadającym przestrzeni żywotność. Wtedy dopiero rozumiemy, że ruch jest stanem naturalnym także samej przestrzeni. To wszystko pracowicie tłumaczyłem sobie i czytelnikowi we wstępie do "Mechaniki" po to, by w konkluzji powiedzieć, że eter i ezoteryczne monady nie mają wpływu na moje dalsze wywody. żeby ten ruch opisać trzeba przyjąć za Newtonem, że istnieje absolutna przestrzeń i istnieje absolutny czas, o których nie musimy wiedzieć czym są, a powinniśmy podziękować Panu Bogu, że obdarzył nas możliwością pomyślenia ich sobie tak jak przewiduje Zamysł. Przemyślałem zasady mechaniki tak dokładnie, że nie widzę powodu, by sprawdzać konsekwencji obliczeń eksperymentem.
Zatoczenie tego koła w obrębie samej metafizyki kosztowało mnie miesiące rozmyślań. Słyszałem, że jacyś Anglicy, którzy znają z innych moich prac moją słabość do filozoficznych dociekań, żałują, że nie są tak głębokie jak Leibniza. Rozumiem to oczywiście jako przytyk do Leibniza. Materia filozoficzna jest grząska, nie ma tego sprężystego podłoża jaką ma materia matematyczna, która poruszona myślą, sama odsłania przed nami żywe zagadki. Liczby mają swój żywot niezależny od nas. One z góry wiedzą, ze na hipotezę Goldbacha jest ta czy inna odpowiedź. Nam pozostaje ją tylko odkryć, tak jak się odkrywa drogi kamień. Może się to zdarzyć nawet komuś przypadkowemu, jeśli dobrze trafi. Christian Goldbach sądzi, że każda liczba parzysta jest sumą dwu liczb pierwszych.. Jeśli ktoś potwierdzi tę prawidłowość, to nikt nie zapyta o jej przyczynę. Taka jest natura liczb.
Na przykładzie mostów królewieckich musiałem odkryć. jakąś prostą prawidłowość płaszczyzny. Jeśli nie jest ona tylko naszym wyobrażeniem, a tak chce Leibniz, to ta prawidłowość ma jakąś przyczynę. A płaszczyzna nie jest naszym wyobrażeniem, bo nie Newton swoim prawem, ale same planety wybrały tory w płaszczyznach. Dlaczego jednak ciągle dociekam pierwszej przyczyny, zamiast cieszyć się prostym rozwiązaniem zadania Herr Kuhna, które coraz bardziej mi się podoba, tym więcej, że było mi podarowane przez los, kiedy o inne rzeczy musiałem z takim trudem musiałem walczyć.
Ale to wydarzenia innej natury sprawiły, ze pan Ehler, burmistrz Gdańska, trafił do Sankt Petersburga. Wojska naszej imperatrycy opanowały Gdańsk, nie dopuszczając do zajęcia go przez króla Leszczyńskiego. Na życzenie mieszkańców swego miasta pan Ehler wybrał się tu, by zobaczyć nieznany im jeszcze nowy port na Bałtyku i przynieść im nowości z naszej Akademii. To on przekazał mi pytanie Herr Kuhna. Przy każdym bezkrólewiu Rzeczpospolita przeżywa prawdziwą wojnę domową. W Rosji od czasów Piotra "smuty" ograniczają się do dworu, a jak mówią, do kilku sekretnych w nim komnat. Nie jest to jedyna różnica między tymi dwoma słowiańskimi narodami.
  1   2   3   4   5


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna