„Niechaj śnię że mię tam anioł przenosi


Wiesz co myślę – powiedziała szeptem Natasza – że kiedy wspominasz, bez końca wspominasz, dowspominasz się wreszcie do tego, co było zanim przyszedłeś na świat.”



Pobieranie 0.51 Mb.
Strona3/6
Data04.05.2016
Rozmiar0.51 Mb.
1   2   3   4   5   6
Wiesz co myślę – powiedziała szeptem Natasza – że kiedy wspominasz, bez końca wspominasz, dowspominasz się wreszcie do tego, co było zanim przyszedłeś na świat.”

To mówi Natasza w powieści „Wojna i pokój”. I Natasza ma rację. Czyta ona naszą książkę, bo przecież czyta mimo iż Nataszę wymyślił Tołstoj ale jak już wymyślił to ona jest. I przyszła zaproszona do dworku w Radziwiliszkach.

A więc tak. W saloniku siedzi Juliusz i inni, i Natasza z „Wojny i pokoju” wypowiada te swoje słowa. Bo gdzie jest przeszłość? Nie ma jej. Jest tylko na kartach książek i na taśmie filmowej na obrazach i w pamięci. Mojej i Twojej. A teraz zbliżają się czasy gdy nie będzie pamięci. Setki, tysiące kamer obserwować będzie nas i nasze życie. Już obserwuje. W miastach czystych, schludnych, gdzie trawniki równo przycięte i wszystko dobrze zorganizowane i domy szklane. A w nich ludzie otoczeni zewsząd światem obrazów migających, obrazów z całego świata i światem dźwięków. I żyją oni i żyć będą życiem nie swoim, bo na swoje życie czasu braknie. Uwikłani w zadania jakie postawi im telewizor czy komputer. Czy oni się zbuntują? Czy uciekną w góry, czy zbuduję w swojej wyobraźni dworek kresowy, zaproszą gości i zajadając szynkę powspominają tamten świat? Świat pustki.
* * *
Kiedyś gdy wyczerpiemy już morze słów

i na samym dnie

nad nierozwiązaną zagadką świata

wywiesimy białą flagę milczenia…”

Nie uda im się, bo udać się nie może rozwiązanie tajemnicy świata. Będą instalować kamery, czujniki, sensory, i co tam jeszcze. I może dowiedzą się jak. Jak to działa, ale nie dowiedzą się nigdy dlaczego i po co? Odkopią miasto sprzed tysięcy lat, a tam same pytania.

Po co istniało to miasto, a teraz śladu po nim nie ma. Nie, ślad jest. I po to jest by coś nam powiedzieć. Powiedzieć, że celem istnienia tego miasta odkopanego po latach, był brak celu. Życie nie ma celu. Życie ma za to sens. Oni w tym mieście na pewno mieli nie jeden cel, ale teraz te cele nie mają żadnego znaczenia. I już, już jakbyśmy chwytali tajemnicę, jakbyśmy spoglądali za zasłonę. Wymyka się ona, wyrazić ją trudno, niemożliwe to prawie. Chcemy tylko powiedzieć, chcemy tylko napisać, że nie ma znaczenia nasz cel jakikolwiek by on był. Mam cel napisać tę książkę. No i napiszę. Cel osiągnięty, ale przecież nie o to chodzi. Istota jest inna, tkwi gdzie indziej. Istotą jest sama droga, samo tworzenie, pisanie i dialog z tobą, który teraz to czytasz. Ty czujesz istotę i sens. Ten sens ukryty za zasłoną słów. I ja to wiem, że tak jest. Bo gdy uchwycisz sens, to wtedy widzisz więcej. Troszkę więcej. Nie powiem, że wszystko, bo wszystko na pewno nie. Może kiedyś. Na pewno kiedyś.

Jak trudno napisać coś, co jest ważne, tak napisać, by nie powstał banał.


* * *
A co tam w naszym dworku? Czy oni tam tworzą swoje dzieła, czy może jedzą szynkę Marcina albo piją wino rocznik 1809? Juliusz opowiada o wizycie u Niemcewicza.

Jest rok 1830, koniec sierpnia. Juliusz jednego poranka, a poranek był śliczny, lecz trochę zimny, pojechał do wioski Niemcewicza położonej „maleńką milę” od Warszawy. Tam przyjęty gościnnie czytał swoje „roboty”. I Niemcewicz wyczuł, że ten oto młody człowiek ma talent. Juliusz opisał to w liście do Matki. A my odchylamy zasłonę coraz bardziej ale mgła jeszcze i niepewny widok. Tyle wydarzeń że pogubić się można. Dlatego pytania zadajemy tym co wiedzą. Tym co zbliżyli się o milimetr, o krok do Prawdy. Uchylili zasłonę już tu i teraz. Teraz nam trochę trudno. Oni tam sobie w ciszy i spokoju siedzą. Marcin poszedł dopilnować młyna. Przywieziono właśnie ziarno. Dziesiątki furmanek ze zbożem. I jeszcze dzisiaj wieczorem upiecze Marcin chleb.

A dlaczego nam trudno? Trudno, bo tyle wydarzeń, że pogubić się można.

Jest godzina czternasta. Godzina 14 roku 1830 miesiąca sierpnia. Radziwiliszki. Dworek Marcina. Podano obiad.

Godzina 14.02 roku 1900 w Krakowie w zimie. Stanisław Wyspiański odespał tę męczącą noc. Obudził się właśnie i zaczął pisać. Całą noc spędził w Bronowicach na weselu kolegi, Lucjana Rydla. Teraz musi tylko te kłębiące się wizje przenieść na papier. Musi zobaczyć to „Wesele” jeszcze raz.

Godzina 14.03 roku 2004 miesiąc czerwiec dzień 30. w Będzinie. Darek wkłąda kasetę do magnetofonu. Chce „przeczytać” książkę. Nie widzi, ale to nie przeszkadza. Jest to książka mówiona. Siada wygodnie i słucha i przenosi się w rok 1002 do puszczy na terenie Wielkopolski.

Drwale zbliżyli się, stuknęli… nagle dąb zadrżał… zaszumiał gałęziami, huknął o ziemię. Drwale nieśli wielgi – wielgachny krzyż, by dąb, uginali się pod ciężarem. Ułożyli przed kikutem dębowym, wcisnęli stępkę w szparę pnia, ramionami, drągami dźwignęli go – zachybotał się, nie upadł. Wbili w szczelinę, wytrącali kliny, pień chwycił podstawę krzyża mocno by zębami… Polana była mała krągła, by ok. puszczy. W środku polany stał krzyż wielki by dąb. Szło nowe.”

Godzina 14.05 Kraków rok 2004 czerwiec. Adam skończył książkę. Postawił kropkę. Przyjdzie chwila kiedy wyda ją, a wtedy zacznie ona własnym życiem żyć jak każda książka. A teraz idzie w stronę rynku. W kościele Mariackim popatrzy na ołtarz, który mistrz Wit wyrzeźbił z ogromnych kloców. Drzewo do jednej z figur zasiał wiatr w roku tym, w którym piłowano w puszczach święte dęby, a na ich miejsce wbijano znak Mistrza z Nazaretu.

Godzina 14.06 Genewa rok 1834 lipiec. Juliusz w Szwajcarii mieszka u pani Pattey. Właśnie pisze list do Matki.

Jedyna myśl mnie pociesza w życiu – oto zdaje mi się, że jestem tym, czym być powinienem – zdaje mi się, żem nie minął mojego powołania – że zapełniam sobą jedną małą kratkę na świecie.”

Godzina 14.07 rok 2001 maj. Adam przyjechał do Genewy. Obmyśla kolejny rozdział swojej książki, którą pisze w Krakowie. Pod wieczór wybierze się na spacer i będzie w tym miejscu, gdzie stał pensjonat pani Pattey i gdzie Juliusz pisał listy, patrzał na Mont Blanc, gdzie ujrzał Kordiana.
* * *
Juliusz widzi jakiś inny świat. Świat piorunów, rajskich kwiatów, świat pełen duchów ognistych. Jest twórcą i zarazem uczestnikiem jakiegoś nieziemskiego widowiska.

Nade mną wielka ćma duchów latała



I różne złote, straszne komet miotły

Pędzały mego anioła szelestem

Skrzydeł… żem wcale nie wiedział gdzie jestem”

Będą ci chcieli Juliuszu wykuć grób w Tatrach. Za te twoje strofy, które są z innego wymiaru. W końcu jesteś na Wawelu, tam gdzie Adam, ale taki pomysł mógł dotyczyć tylko ciebie.


* * *
Godzina 14.15. Ministerstwo Przychodów i Skarbu w Warszawie. Rok 1830, sierpień. Juliusz urzęduje. Siedzi przy stoliku obitym zielonym suknem i nudzi się potwornie. Interesanci nie zwracają na niego uwagi. Do głowy im nie przyjdzie że to ktoś wielki, ktoś kto trafia się raz na 100, może 200 lat. Ot, siedzi i coś pisze. Wypełnia rubryki. Wypełnia rubryki Król-Duch.
* * *
Juliusz wyjrzał przez okno. Była godzina 14.30. Ale czas był inny. To był 1944 rok. 1 sierpnia. I ujrzał młodych ludzi w swoim wieku jak gdzieś zmierzali. Wszyscy czymś zaaferowani. Jeszcze 2 i pół godziny i się zacznie. A oni, ci młodzi, to te kamienie o których on napisze. Kamienie przez Boga rzucane na szaniec. Musi. Musi być złożona kolejna danina krwi by ten naród mógł przetrwać. I Juliusz to wiedział. Usiadł przy biurku i nadal wypełniał nudne rubryki.
* * *
Alicja będąc dzieckiem marzyła o Syberii. Mieszkała blisko Krzemieńca, tam gdzie kiedyś Juliusz, i Syberia wydawała jej się taka romantyczna. Potem widziała jak bolszewicy wywozili Polaków na Syberię, a jej losy potoczyły się inaczej. Po wojnie przyjechała do Będzina i tutaj mogła bez obaw pójść na Syberię. Tylko tutaj Syberia była Syberką, wzgórzem, gdzie kiedyś w XIX wieku rozpoczynał się etap. Etap na Syberię. Tutaj był jakiś barak, gdzie przetrzymywano powstańców czy innych buntowników, a potem gnano ich stąd na koniec świata. Na drugi koniec wielkiego Imperium. Bo tutaj były zachodnie granice Rosji. Z Syberki widać zamek, Dorotkę i fragmenty miasta. I tutaj bo gdzie indziej jest wielki Kościół Golgota Wschodu. I stąd rozpoczynają pielgrzymi wędrówkę do Częstochowy. Co roku, od wielu lat. To jest pierwszy etap. Tamte wędrówki były wędrówkami smutku, te są wędrówkami nadziei.
* * *
Król Stanisław wszystko popsuł. To co stworzył król Bolesław, potem umocnił Kazimierz, Władysław i Stefan, to Ciołek zepsuł. I naprawy podjął się Juliusz. Też król, tylko że Król-Duch. Ognisty anioł ujawnił mu plan i problem był tylko taki, żeby język giętki wyraził to, co pomyśli głowa.
* * *
A ja jestem jak niepotrzebne ziele”

Jak on mógł tak o sobie myśleć, a przede wszystkim jak mógł to napisać?

Niepotrzebne ziele. Wszystko jest potrzebne, konieczne, nawet ziele. Oj, Juliuszu co ty piszesz, i to do matki. Tak nie można. Przecież masz świadomość swojej wielkości. Przeczuwasz, że na Wawelu cię pochowają. Nawet projekty były, by wykuć w Tatrach grób i tam złożyć twoje doczesne szczątki. Słyszysz, w Tatrach.
* * *
W dworku Marcina było mnóstwo zwierząt. Krowy i konie, świnie, kury, kaczki, gęsi. Te szynki pyszne, które Marcin przyrządzał, to z własnych świń. Te rosoły zawiesiste z własnych kur, a sery z mleka jego krów. To był jego folwark. I kiedy przybył do dworku Władysław Reymont, wśród zwierząt wyczuć można było lekki niepokój. Reymont napisał bowiem książkę o tym, jak zwierzęta zbuntowały się przeciw swoim panom. A one nie chciały się buntować. Rozumiały odwieczne prawa natury. „Bunt” to książka o tym, że kłamstwo musi przegrać. Że ten raj, który ma być tam, za górami, za lasami, nie istnieje.

Dlaczego narody się buntują



czemu ludy knują daremne zamysły?”

to mówi Psalm 2. A ta książka Reymonta to metafora. Metafora buntu i wszelkiej rewolucji, która obiecuje ludziom raj na ziemi. Tacy agitatorzy raju przybyli i do Będzina, i zasiali ziarno. I to ziarno wydaje nadal plon. Kiedyś ten dworek Marcina w Radziwiliszkach, taki polski, taki pracowity, zniszczą, spalą, ci spod znaku sierpa i młota. Nawet ten sierp, symbol pracy, który rozpoczynano żniwa, zbezcześcili.


* * *
Reymont zaczął opowiadać o Lipcach. Tę wieś ukochał i opisał. Opisał genialnie. Każda postać jest żywa, krwista i prawdziwa. Weźmy Kubę. Patrząc na niego czujemy jego ból i jego zachwyt. A Reymont w dworku Marcina mówi, że ta wieś już odchodzi w przeszłość. Teraz ma zamiar jechać do Łodzi, bo tam rodzi się przyszłość. Tam do Łodzi zmierzają teraz chłopi niczym do ziemi obiecanej, by polepszyć swój byt. Tam fabryki ich połkną niczym czarne smoki, a potem wyplują.

I ja – powiedział Reymont – to opiszę.

* * *
To co Pan pisze to jeden bełkot – to powiedział Reymont do Juliusza,

A wie Pan panie Reymont dlaczego? Dlatego, bo tego co ja mam do powiedzenia nie da się wyrazić ot tak. Po tej wizji, która dotknęła mnie w kwietniu, po tej wizji ognistej, to co wiem to istne kłębowisko. Ja zajrzałem za zasłonę, a to co ujrzałem nie da się przedstawić tym językiem jaki znam. Więc miotam się, szukam, próbuję i wychodzi, jak Pan to określa, bełkot.


* * *
Wracamy do naszego dziwnego czasu. Jest godzina 14.35, rok 1972, Będzin. Luty. W Komitecie Partii, który rości sobie nieograniczone prawa do wszystkiego, trwa narada. Oni muszą zadecydować, czy burzyć ulicę Kołłątaja, aby mogła tędy iść szeroka droga do Huty. Wielkiej Huty. Zdecydować. Wielkie słowa. Zatwierdzić. I zatwierdzili. Nikt nie zaprotestował wiedząc, że zburzą tę część miasta gdzie wspaniałe kamienice stały, gdzie całe pokolenia będzinian się wychowały. I zburzyli. I Będzin już inny bo rozproszyli ludzi, a ducha miasta gdzieś wygnali i wrócić nie może, bo nie ma gdzie. A potem do rana pili zadowoleni, że mądrą decyzję podjęli. A ta Kołłątaja to była jakby Piotrkowska w Łodzi którą Reymont opisał. Trzeba będzie kiedyś ją odbudować aby przyciągała przyjezdnych i potomków tych, co tu mieszkali.
* * *
A na razie Juliusz gra w szachy w pensjonacie pani Pattey. Jest 1832 rok. Jesień. Późna jesień. Gra z protestanckim pastorem, gościem pensjonatu. Gra i myśli o swoich dziełach. Patrząc na króla już widzi scenę koronacji cara na króla Polski w „Kordianie”, patrząc na wieżę widzi Kordiana na szczycie Mont Blanc.
* * *
Nie chciałeś chleba tam na Górze,

wyczerpany, głodny, poraniony.

Nie myśl że ci współczuję.

Wykonujesz swoją misję, a ja swoją.

I tak jak ty jesteś skazany, zapamiętaj to słowo, na zwycięstwo,

tak ja na porażkę.

Więc nie wiem, po co to robię.”

Tak mówi Szatan do Jezusa w jakimś opowiadaniu. „Wykonujesz swoją misję, a ja swoją.” Ale kto zlecił Szatanowi misję? Misję która trwać będzie do końca świata. A on jest konsekwentny, bo tylko Szatan jest konsekwentny. Zło wcielone. I będzie on miał różne oblicza, różne kostiumy. Wszędzie będzie. Ale szczególnie wiek XX zaznaczy się jego działalnością. Lecz on sobie ten dwudziesty wiek przygotuje. Zjawi się w pracowniach pisarzy i myślicieli, natchnie rewolucjonistów ideą zbawienia świata. Podyktuje wiele książek i broszur. Przygotuje dobrze to co ma przyjść. Wytyczy teren gdzie zbudują baraki i otoczą drutem kolczastym. Musi spełnić swoją misję. Tylko dlaczego wierzą w to co on mówi. Czy nie dostrzegają fałszu w jego górnolotnych słowach?


* * *
Cierpienie Hioba. Wzór wszelkiego cierpienia niezawinionego. I ta Księga Hioba nie wyjaśnia żadnych tajemnic. Bo wszystko jest tajemnicą. A odpowiedzi żadnej nie będzie. Trzeba przyjąć to co jest, bo ten, co napisał dzieje świata, wie lepiej. Wie wszystko. I kiedy to sobie uświadomimy wszystko stanie się proste i jasne.
* * *
Mikołaj już 6 miesięcy był na świecie kiedy zjawił się Juliusz. Rocznik 1809 to dobry rocznik. Bo Mikołaj to Mikołaj Gogol, a Juliusz wiadomo.

Zimny pot oblewał mnie na myśl, że być może zostałem przeznaczony na zamienienie się w proch bez związania mego nazwiska z jakimkolwiek pięknym dziełem. Przejść przez świat bez pozostawienia śladu swego istnienia – ta idea mnie przerażała.”

To napisał Gogol, lecz podobnie myślał Juliusz. Pisał podobne słowa. Albo to. Nigdy nie opuszcza go uczucie bycia kierowanym.

„Ktoś niewidzialny napisał przede mną.” „Moje słowo jest związane z mocą, która przychodzi z wysoka.”

Juliusz też uważał, że Anioł mu dyktuje. Może kiedyś jeszcze powtórzy się rok 1809 i narodzą się, jak Gogol i Słowacki. Tylko czy można jeszcze raz napisać „Rewizora” albo „Martwe dusze”. Czy można to zrobić lepiej?
* * *
Ale oni są dowodem, że to co napisali było im nakazane. Tutaj ich wykształcenie, pochodzenie, oczytanie i co tam jeszcze, było drugorzędne. Mieli misje do spełnienia. Jeden miał napisać „Rewizora”, drugi „Króla-Ducha”. I tak Edison miał wynaleźć żarówkę, by rozświetlić XX wiek, Koch miał wynaleźć szczepionkę przeciw gruźlicy (szkoda, że po śmierci Juliusza, ale wszystkiego mieć nie można), a bracia Lumiere wynaleźć kinematograf aby zatrzymać czas. „Chwilo, jesteś piękna, trwaj wiecznie”. Tak rzecze diabeł. Ach, jeszcze Goethe miał napisać „Fausta”. I napisał. Role napisane, nic, tylko zagrać. Ale miliony nic nie zagrają. Nawet halabardy nie wniosą na scenę.
* * *
„śnieg, biurko i łajdaki…”

W tych trzech słowach ujął wrażenia z Petersburga 20 letni Gogol. Przyjechał na państwową służbę. W tym samym czasie Juliusz też siedział przy biurku. Wrażenia miał chyba podobne. Gogol pracował w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, Juliusz w Ministerstwie Skarbu. I co ciekawe obaj w jednym Imperium.


* * *
Ale cóż, Gogola znają wszyscy, a Juliusza? A przecież Gogol też chciał przerabiać zjadaczy chleba w aniołów.
* * *
Cała wielka literatura rosyjska mówi o Bogu i diable. Z tym zmaga się Gogol i Dostojewski. Całe Imperium zostało mu przekazane we władanie. A w szkole na Warpiu w Będzinie trwa lekcja rosyjskiego i nauczyciel czyta wiersz Puszkina o biesach. Te biesy zatrują też Będzin.
* * *
Tamten geniusz z książki Tomasza Manna, Adrian Leverkun podpisał kontrakt z diabłem. Podpisał w myślach. No i otrzymał, co chciał. Juliusz prawdopodobnie, tak piszą współcześni badacze, też taki kontrakt może nie podpisał, ale jakby chodził za tym.

I ciągłą walkę z szatanów gromadą”. Nie mógł jak widać się opędzić. Czy tylko szatan daje talent? I dlaczego wszyscy twórcy od razu u niego szukają pomocy?


* * *
Na starej mapie Brzozowicy jest młyn. W Jerozolimie Zagłębia można było dostrzec holenderski krajobraz. Teraz pozostaje krok po kroku zbierać okruchy wspomnień o tym młynie. Młyn był nad rzeką położony. Mełł mąkę. A młynarz był bogaty i miał ogród, w którym były egzotyczne rośliny, drzewa.
* * *
Jeszcze trochę i byt się odsłoni

Powie żeśmy byli tu po nic”

J. M. Rymkiewicz

No bo rzeczywiście. Cokolwiek stworzył człowiek, rozsypało się wszystko, w zapomnienie poszło. To po co Bóg tworzył twórców? Po co Bach, skoro muzyka niebios przewyższa go o wieczność całą. A Bach niestrudzenie gra w dworku u Marcina „Pasję wg św. Mateusza”. Zostawiliśmy go tam pamiętasz czytelniku, i nie tylko jego, i wielu innych twórców. Ale wracając do głównej myśli, to jak „byliśmy tu po nic”. Niepotrzebne Bogu nasze Pasje, nasze filmy, nawet gdy kręci je Kieślowski. Niepotrzebne dzieła Carravagia, Leonarda, czy Michała Anioła. Niepotrzebna „Zbrodnia i kara” i „Biesy” – idź precz szatanie.

Bogu nie, ale nam potrzebne, bo dają przedsmak wieczności.


* * *
Jeszcze odwiedzimy nasz dworek i wyślemy kilka, może kilkanaście zaproszeń.
* * *
Oto czynię wszystko nowe.”

Apokalipsa św. Jana

Ta księga jest zawiła, tajemnicza, nie na nasz umysł. Chcielibyśmy ją na naszą logikę wziąć. Nic z tego.

Oto czynię wszystko nowe.”

Dlaczego? Czy stare było złe? Albo inaczej. Czy nie dałoby się ocalić chociaż kilka starych rzeczy? Wedle tej księgi, nie.
* * *
A „Urszulę Kochanowską” Leśmiana znacie?

Gdy po śmierci w niebiosa przybyłam pustkowie,



Bóg długo patrzał na mnie i głaskał po głowie…

(…)

zrobię dla cię co zechcesz byś była szczęśliwa”

I Urszula poprosiła Boga by odtworzył dworek w Czarnolasie. I Bóg dworek w Czarnolasie odtworzył.

Oto czynię wszystko nowe.”
* * *
„…w każdym ziarenku piasku zawarty jest list od Pana, tak niewielu chce go odczytać”

Przeciętny człowiek patrzy na nuty i nie widzi nic poza kółeczkami i ogonkami, czasem jakiś krzyżyk czy klucz wiolinowy. A kompozytor spojrzy w partyturę i słyszy muzykę.”

Wieczność to nie jest nieskończony czas, ale istnienie poza czasem. Poza czasem istnieje też Bóg.”

Zasłonę odchylamy szukając okruchów prawdy w książkach, różnych tekstach, chodząc po naszym mieście, a tymczasem listów od Pana Boga wokół mnóstwo. Ale my przeciętni, krzyżyki widzimy, kółeczka, a muzyki nie słyszymy. Musimy więc mozolnie odczytywać ziarenko po ziarenku. Ileż błędów popełniamy, na jakie fałszywe ścieżki wchodzimy, ale intencje czyste mamy, chcemy odczytać list od Pana. Może ci tam w dworku u Marcina więcej powiedzą. Zajrzyjmy tam.


* * *
Nie wszystko widzi się od razu, od pierwszej chwili. To dotyczy każdej rzeczy. To znaczy widzi się zewnętrzny pozór, a nie dostrzega się istoty rzeczy. To jest to słynne „co autor miał na myśli”. Widzimy obraz, zdjęcie, film, ale nie docieramy do istoty obrazu, zdjęcia czy tekstu. Pisał Antoine de Saint-Exupery, że istotą świecy nie jest stearyna czy wosk, mimo iż one pozostawiają ślady, ale ogień, światło, pomimo ze nieuchwytne. Nie do wyrażenia. Co jest istotą zdjęcia? Piękne zdjęcia europejskich katedr leżały na stolikach w salonie dworku Marcina Cumfta na granicy Litwy i Łotwy. Niedaleko płynęła rzeka Niemenek. I goście Marcina tu w tym miejscu, na końcu Rzeczypospolitej, na końcu Europy, oglądali wytwory rąk średniowiecznych budowniczych i próbowali dociec istoty katedry. Wielu z nich oddawało się kiedyś kontemplacji w ich murach, i wydawało im się, że budowniczym chodziło o uchwycenie wieczności, tak jak wieczność oni sobie wyobrażali. No i udało się to średniowiecznym budowniczym. Mały skrawek nieskończoności umieścili w doczesności. Ale czy nieskończoność można gdzieś umieścić czy zawrzeć? Nie można.

A im się udało.


* * *
Osip Mandelsztam przybył.

Co mam rzec, powiem szeptem – na brudno,



Bo na czysty głos jeszcze nie czas:

Trzeba poddać się trudom i próbom

Nim beztroskie niebo przyjmie nas.”

Pięknie mówił po rosyjsku, a oni zaraz na swój język tłumaczyli jego słowa. Właściwie nic tu nie można dodać. Trzeba poddać się trudom i próbom. Ale czy niebo jest? Musi być, bo inaczej wszystko na nic. Nie da się tutaj nic udowodnić. A tak by się chciało raz na zawsze upewnić. A tu nic.


* * *
Marcin Cumft przyniósł do salonu szachy. Kiedyś kupił je w Petersburgu. Piękna, ręczna robota. Wiedział, że pod wieczór przybędzie Rubinstein.Marcinie – rzekli zgromadzeni w saloniku goście – Skoro ma przybyć Rubinstein powinieneś przygotować fortepian.

Ależ nie, moi drodzy. To nie Artur, to Akiba. Akiba Rubinstein.


* * *
Akiba to architekt budujący świątynię szachową. Tak wyraził się o nim mistrz Max Euwe. Rozpoczęła się gra. Marcin postarał się o kilka szachownic, i złoty medalista III Olimpiady Szachowej w roku 1930 w Berlinie zagrał symultanę. Zagrał z Juliuszem, który w pensjonacie pani Pattey w Szwajcarii grywał z angielskim pastorem, zagrał z Adamem, który grał z Moskalami, zagrał z Robespierrem i Puszkinem. Grając opowiadał o sobie. O biednej żydowskiej rodzinie, w której był dwunastym dzieckiem. O swojej pracy nad szachami, o roku 1912, nazwanym „rokiem rubinsteinowskim”, gdyż wtedy triumfował w czterech turniejach. Kiedyś był zamkniętym i małomównym człowiekiem, lecz tutaj, w dworku Marcina, dużo opowiadał o szachach, o sobie, o tamtych czasach. I teraz wszystkie partie wygrał, co Marcin tak skomentował:

Drewniane konie ach ruszają z kopyta



W rogu płonie wieża pociskami rozbita

Gońcy leżą, z przestrzelonym bokiem

Król siedzi pod tronem z zawiązanym okiem”

J. Harasymowicz


Nie mogło być inaczej. Nikt nie mógł pokonać Akiby Rubinsteina. Najbardziej niezadowolony ze swojej partii był Maksymilian Robespierre. Zauważywszy to Akiba powiedział:

Niechby i wszystkim królom pospadały głowy



Jeden jest wieczny monarcha szachowy.”

Wznieśli więc toast wszyscy winem, rocznik 1809. Toast za mistrza.


* * *
Jeszcze raz wyjdźmy na wieżę zamku, by ujrzeć więcej. A co chcemy tym razem zobaczyć? Chcemy zobaczyć miasto, które ukąsił diabeł. Wmówił, że trzeba zburzyć wszystko by zbudować nowy wspaniały świat. On wszędzie działał, lecz tutaj na tych zachodnich kresach osiągnął najwięcej. Dlaczego? Ujrzał razu pewnego zdążających do miasta ludzi, którzy szukali tutaj lepszego życia. W swych wioskach poczuli się zbędni. Poczuli że są tymi „gębami”, których wyżywić nie sposób. A tam słyszeli, dymią kominy, fabryki pracują, praca jest. Ale na miejscu ujrzeli nędzę jeszcze większą, a odwrotu nie było. Lecz z czasem przyzwyczaili się do wstawania o 4 nad ranem, do pracy aż po zmierzch. I kiedy elokwentni agitatorzy tłumaczyli im, jak to jest, uwierzyli im. A potem, kiedy przetoczyła się wielka armia w kolorze czerwonym, zaczęła się tworzyć nowa historia. Od nowa, od zera. I oni wtedy zaczęli być ważni. Był tylko warunek, muszą zapomnieć, wyrzec się zniszczyć tamto, co było. Bo prawdziwa słuszna historia zaczęła się teraz. Powstawały betonowe, szklane domy. I oni w tych betonowych domach zamieszkali. I to był awans. Zapomnieli o tamtym życiu pełnym odniesień do Boga.
* * *
Pisze Janusz Pasierb:

Czy to drugie życie pochłonie nas



z większą siłą niż ziemskie

czy wyda się nam prawdziwsze

i jak tam będzie”

Stamtąd skąd przyszli, o drugim tamtym życiu mówiono dużo. Nie wprost może, ale poprzez przypowieści, nawet legendy. Tam wszystko świadczyło o tajemnicy. A tutaj, 20 letni agitator potrafił wytłumaczyć wszystko. I tylko pytanie jedno, dlaczego tak szybko mu uwierzyli.


* * *
Nie mieliście szczęścia – mówił im młody agitator – bo wierzyliście w to w co wierzyć nie należy. Te „idee” nie chodziły twardo po ziemi, a wy musicie stąpać mocno.

A im bardziej stąpali po ziemi, tym bardziej się zagrzebywali. Błotem ta ziemia się stawała i nic, i nikt nie potrafił już wyrwać ich z tego kręgu. Diabelskiego kręgu.


* * *
Piotr Wierchowieński, ten z „Biesów” przewidział to. Kazał więc dać im wódki, aby zapomnieli, zatracili się w pijanym tańcu. Aż nagle z tego błota zaczęły wyrastać piękne kwiaty, które z nadzieją patrzały w niebo. I wtedy zaczął się koniec tamtego szarego świata. Z wieży zamku widać było te zapadające się ogniki nadziei. Najpierw nikłe, nieśmiałe, a potem coraz większe. Ale uczniowie i wyznawcy Piotra Wierchowieńskiego nie dają za wygraną. Mają już stuletnie doświadczenie. Wiedzą, gdzie uderzyć, jak wyśmiać wyszydzić, skompromitować.
* * *
Takie kręte schody prowadzą na wieżę zamku. A potem jasność dnia i widok rozległy. Kiedyś tu przybył legendarny diabeł, który uczynił Przemszę czarną, wrzucając do niej swój czarny guzik od żupana Ale w połowie XIX wieku przybył inny diabeł. Taki realny. Był mądry, albo przynajmniej za takiego się uważał. Pochodził po ruinach zamku, rozejrzał się wokół, i rzekł: „My będziem tu”.
* * *
Każdy z nich, z tych nowych przyjezdnych był oderwany od swych korzeni. Korzenie zostały w tamtych wioskach, zagrodach. A tutaj w żaden sposób zakorzenić się nie mogli.

I tak już zostało. Obcy ludzie w obcym mieście. Żydzi byli obcy. Mieli swój kirkut, a nadal obcy byli. I było ich najwięcej. A potem, po wielkiej wojnie, którą wywołał niedoszły student Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu, wyjechali stąd. Garstka która przeżyła, oczywiście. Tam w tej ziemi obiecanej im w zaraniu dziejów, zaczęli wspominać to miasto, ulicę Podzamcze, zamek w ruinie i rzekę.


* * *
Najwięcej zrobili dla miasta przyjezdni. Pan od teatru nie był przecież z Będzina, hrabia Raczyński był z Poznania, i patrząc na tych wielkich z Będzina, żaden się tutaj nie urodził. W Sosnowcu, Poznaniu, Krakowie, i w Toruniu. Bo na spacer po mieście bierze nas pan z Torunia.
* * *
Ale ten tekst może sugerować czytelnikowi, że ci obcy to kompani tego diabła od czarnego guzika, czy innego z XIX wieku. Nie.

Ci co tu przyjeżdżali byli podatni na jego zwodnicze słowa. Ale nie wszyscy. Bo na przykład Jan Dorman powystawiał herody, by broniły miasto przed ZŁYM. I wielu robiło, robi co może by wmówić, przekonać miejscowych że to jest ich miasto. Naprawdę ich.


* * *
Jezus musiał przetłumaczyć nieskończoność na język aramejski. A tego języka już nie ma. Zrekonstruowano go tylko w filmie Gibsona. Ale dobrze. Jak wyrazić nieskończoność. Właściwie żaden język nie nadaje się do tego by wyrażać w nim nieskończoność. Ci, którzy przez chwilę, przez moment ujrzeli wieczność, zostawali bezradni. Uświadomili sobie, że ich język nie jest w stanie przekazać obrazu. Pojawiają się wtedy takie określenia: „coś, jakby”.

Ale w gruncie rzeczy wielka bezradność przychodzi.


* * *
W dworku Marcina grają w szachy. Fascynuje ich ta gra. Czują się jak taktycy, stratedzy, wodzowie armii. Rozumieją teraz Jagiełłę, Napoleona, Aleksandra Wielkiego, którzy posyłali w bój żołnierzy, hetmanów i gońców z rozkazami. Aby wygrać. Aby grać.
* * *

Na chwilę tu jestem i tylko na chwilę



co dalsze przeoczę a resztę pomylę.”

Jak to wszystko objąć, przemyśleć, pomyśleć. Na zdjęciach krajobrazy, domy, ludzie, których już nie ma. Ale były. Były na pewno. Weźmy dom, w którym w czasie wojny ukrywał się pewien Żyd. Siedział w piwnicy. Co rano patrzył na Joasię karmiącą kury. A dzisiaj domu już prawie nie ma. Została kupa gruzu. Od wielu lat, chyba 20, dom się rozpada. Nikt od 20 lat w nim nie mieszkał, więc czas zaczął działać. I za parę lat nawet te gruzy znikną. Pokrzywy, woda, wiatr pracowicie zatrą ślady domu. Nikt już nie będzie wiedział, nawet nikt nie będzie się domyślał, że tutaj w latach wojny rozgrywał się dramat. Dramat życia i śmierci. Jednakże ślady muszą być zatarte, zdaje się mówić czas. Albo inny dom na Brzozowickiej. Bo ten, gdzie ukrywał się Żyd, jest na Brzozowickiej. Otóż ten dom, domek drewniany był miejscem, gdzie żyła jeżdżąca na wózku inwalidzkim Fredzia. Miała nogi, które były nogami dziecka, więc nie chodziła. Ręce przejęły funkcję nóg. I w tym domu żyła, a teraz ten dom, domek zniknął z powierzchni ziemi. Nic w tym dziwnego. Tak to bywa, jednakże jest w tym jakiś znak. Tylko jaki?


* * *
Zaczęli budować wielką hutę, trzeba było zburzyć pół miasta by poszerzyć drogę. I pod młot, topór poszły domy pamiętające dawny Będzin. Zrobili inne miasto. Przelotowe, nie docelowe.
* * *
Jak łatwo przenieść się w przeszłość. Przeszłość, której nie ma. Ale czym jest to przenoszenie się w przeszłość? Otwieramy pierwszy list Juliusza do Matki. Juliusz jedzie do Ursynowa, aby spotkać się z Ursynem Niemcewiczem. Ursyn już na ganku swego dworku otoczonego wielkimi drzewami, czeka. I już na zawsze będzie czekał na Juliusza. Oczywiście doczeka się. Wysłucha tragedii „Mindowe” czytanej przez Juliusza. Pochwali go. A Juliusz ma 21 lat. Zostało mu 19 lat życia. Musi jeszcze napisać „Balladynę” i „Kordiana”. I jeszcze parę innych dzieł, które dzieła mało kto będzie czytał, bo trudne, mroczne, zawiłe. Ale my przeczytamy. Z tysiąca książek wybraliśmy książki Juliusza, jego dzieła, gdyż Juliusz uznał się za człowieka wyjątkowego. Niektóre teksty dyktował mu anioł. A przecież Anioł nie każdemu dyktuje co ma pisać. A więc wracając do pierwszego listu Julka, wystarczy opisać jakieś wydarzenie i ono stanie się nieśmiertelne. Dlatego tak łatwo przenieść się z roku 2005 do roku 1830, miesiąca sierpnia. Można chwilę pożyć w tamtym czasie, dodać ten czas do swojego czasu i…
* * *
Emily Dickinson pisze takie słowa, a są one aktualne zawsze i wszędzie:

"Dowiem się w końcu, dlaczego -

u kresu czasy - gdy skończę

już pytać, dlaczego:

Chrystus wyjaśni wtedy każdą z udręk

W świetlistej klasie, którą będzie niebo -

On mi przypomni obietnicę Piotra -

Ja w zamian - widząc, cośmy Mu zrobili -

zapomnę kroplę tej Udręki, która

Parzy mnie teraz - parzy mnie w tej chwili.”
* * *
Wczesny ranek. Za chwilę kobiety z Jerozolimy będą świadkami najważniejszego wydarzenia, jakie może w ogóle się zdarzyć. Właściwie nie będą świadkami wydarzenia. Zobaczą tylko płótna. Zobaczą anioła. Powiedzą o tym innym. I teraz świat podzieli się na tych, którzy w to uwierzą, i na tych, którzy w to nie uwierzą. Ale też miliony przejdą przez swoje życie nic o tym zdarzeniu nie wiedząc. Ta nowina będzie dotyczyć głównie Europy. Dopiero po wiekach całych usłyszą o tym na innych kontynentach. Paweł skierował swe kroki w stronę Europy, w stronę centrum świata. Wiedział co robi. Tutaj grunt był przygotowany.
* * *
Żeby coś przetrwało musi umrzeć. Na przykład takie Kresy musiały odejść, zostać zniszczone przez czerwone barbarzyństwo, aby odrodzić się jako mit, nostalgia i raj utracony. Była taka ulica w Będzinie, zwana ulicą Sławkowską, teraz Kołłątaja, i niby jest, ale już inna. Ale jest zdjęcie jedno i ta ulica kipi życiem na tym zdjęciu. Zdjęcie jest z lat trzydziestych XX wieku. Na ulicy tysiące ludzi. Trwa jakiś przemarsz z okazji może 3 maja. W oknach i na balkonach mnóstwo obserwatorów. Minęło 70 lat. Może małe dzieci, których tam mnóstwo, jeszcze chodzą po tej ulicy teraz. Tylko, że tych domów już nie ma.
* * *
W 1841 roku Juliusz mieszkał przy ulicy Castellane 11 na szósty piętrze. Windy nie było. Jak on, będąc chorym na gruźlicę mógł wchodzić tak wysoko? Wyobraźmy go sobie, jak idzie do swojego mieszkania. Ile czasu mu to zajmuje. Kaszel. Krew na chustce, i mokra koszula. Musi więc odpoczywać. Na 6. piętro idzie długo, kilkanaście, może kilkadziesiąt minut. Dużo czasu. Można powspominać. Wszedł na 1. piętro. Okno z klatki schodowej zamknięte. Widok na podwórko. Cztery lata temu spędził piękne chwile w klasztorze Betcheszban. Miejsce prawdziwie bezludne, klasztor zbudowany na skale, dobrzy księża ormiańscy, rozległy widok na morze. „Wszystko to miłe mi zostawiło wspomnienia” – tak wtedy napisał w liście do matki. Był 14 czerwca 1837 roku. Juliusz płynął do Europy. Wielka podróż z Neapolu do Ziemi Świętej kończyła się. Zwiedził miejsca, po których chodził Jezus. Będąc tam na Bliskim Wschodzie napisał wiersz Pt. „List do Aleksandra Hołyńskiego”. Pisał go płynąc łódką po Nilu, i taki fragment przypomniał sobie tam, na klatce schodowej w Paryżu, kiedy odpoczął po sforsowaniu pierwszego piętra.

Nie ma go tu” – powiedział anioł Magdalenie,



Zazierającej w grobu skrwawionego cienie.

Taką odpowiedź tobie Araby wyniosą

Z pustych katakumb; nie ma ich tutaj – lecz gdzie są?

No właśnie, gdzie? Królowie egipscy w muzeum są, albo czekają na nie wiadomo co. Może ożywią ich, i będą straszyć w filmach, albo w książkach. A Juliusz odpoczął trochę, idzie na 2. piętro. Oddech coraz krótszy. Ciężko żyć, i jeszcze to niezrozumienie. Rzuca im swoje dzieci, swoje dzieła, a oni nic nie rozumieją. Nie zrozumieją go nigdy. Nawet matka go nie rozumie. I ta choroba. Właściwie nic nie pomaga. Alpy nie pomogły. Może trzeba zmienić tryb życia, może nie pisać? Tyle go to kosztuje. Pisze czasami krwią. I dla kogo. Dla tej litewskiej dziczy, która chce go zabić, zniszczyć, unicestwić. Chce ich przerobić w aniołów, a oni co? Mali ludzie. A jemu anioł dyktuje strofy. Już niedługo i wyjdzie na to swoje 6. piętro. I będzie pisał. Snuje mu się jakaś wielka, „przez wieki idąca powieść”. Ale napisze ją później. To będzie jego „Król-Duch”.


* * *
Wystaw sobie czytelniku mapę Będzina z końca XIX wieku. To słowo „wystaw” tutaj nie pasuje. Trzeba by napisać „wyobraź sobie”. Pewne słowa zanikają. Zanikają na zawsze. Juliusz Słowacki często używał tego słowa „wystaw sobie” w listach, zwłaszcza do matki. To tak na marginesie, bo właściwie o czym innym chciałem napisać. O tej mapie. Mapa z końca XIX wieku. Na mapie Brzozowica, a na Brzozowicy młyn. Wyobraź sobie czytelniku ten młyn. Krajobraz niczym w Holandii. I wszystko byłoby dobrze, tylko patrząc na tę mapę, czytamy nazwy, które są po rosyjsku. Imperium sięgało aż do Brzozowicy. I ten teren, to miejsce nasze, ukąsiło Imperium Carów, a potem Imperium sowieckie zrobiło z naszego miejsca czerwone Zagłębie. Eksperymentowali tutaj potężni. Ciągle burzyli dzielnice całe i budowali dzielnice całe, ale już inne, wymieszane. Stare domy z piwnicami, strychami, komórkami zamieniali na bloki. Bloki nazwali te domy, bo przecież nazwa „dom” blokowi nie przysługuje. Blok to blok. Każdy żyje osobno, każdy z innej części kraju.

„Wstyd mi szczerze, że tak dawno nie pisałem do Ciebie, moja Olesiu; po części wymówką może być febra, która równie jak przeszłego roku na wiosnę, nie zaniedbała mnie odwiedzić…”

Wiosna to dla Juliusza niebezpieczna pora. Odzywa się wtedy śmiertelna choroba, którą odziedziczył po rodzicach. Gruźlica. Suchoty, jak wtedy ją określano. Olesia też ma suchoty, na które umrze trzy lata po otrzymaniu tego listu. Teraz, gdy Juliusz pisze ten list jest rok 1829, Olesia ma 25 lat. Jest przyrodnią siostrą Juliusza Słowackiego. A Juliusz pisze w liście następnym, że „do połowy lata co dwa tygodnie powracała mi febra (…) wszystkie sposoby i lekarstwa były bezskutecznymi.”

Jak by mu tu pomóc? Czytamy te jego listy i otwiera się przed nami inny świat. Świat sprzed 200 lat. Banalnym byłoby stwierdzenie, że on inny od naszego, bo przecież inny. Nie piszę, że lepszy czy gorszy. Inny. Krążą listy po tym świecie, i te listy zostały. A może spróbować by odczytywać zawarty w nich nasz współczesny świat. Zakładam, jestem nawet o tym przekonany, że wszystko w jakiś sposób zawarte jest we wszystkim. Wypadki przeszłe i przyszłe zawarte są w bieżącej chwili. Przykłady można by mnożyć, a Juliusz pisze i pisze. A febra, tzn. febrą nazywał on suchoty, krok po kroku niszczy jego ciało. Jakby los uparł się, by go nie było widać. Julek przed śmiercią nie ważył nawet 40 kg.

A co by było, gdyby wszyscy uwierzyli, przemienili się, i naukę wcielili w czyn, w życie? Co by było, gdyby powiedzmy Europa, na razie tylko Europa stała się miejscem, gdzie wytrzebiono zło, chwasty, miejscem zwanym rajem na ziemi? Wszędzie dobro, miecze zakopane, idylla. Już nie potrzeba głosić Dobrej Nowiny, bo wszystko jest Dobrą Nowiną.

Wszędzie kamery i mikrofony. A więc każdy staje się chcąc nie chcąc aktorem. Sztukę pisze kto? Nie wiadomo. Ale każdy ma świadomość że musi grać, udawać, pilnować się. Toczy się wielki spektakl.


* * *
„Przyszli wygnańce na ziemię sybirską i obrawszy miejsce szerokie zbudowali dom drewniany, aby zamieszkać razem w zgodzie…”

Tak zaczyna się „Anhelli”. Juliusz zaczął go pisać w klasztorze Betcheszban w Libanie na wiosnę roku 1837. Sto lat później sytuacja się powtórzy, tylko że wtedy miejsce obierze kto inny, otoczy drutem kolczastym i zabierze wszelką nadzieję.


* * *
Niedaleko zamku jest ten kościół. Kościół ma kilkaset lat, i te kilkaset lat wyczuwa się, mimo iż nowy duch wpycha się tutaj jak wszędzie. Ale najciekawsze, oryginalna jest droga krzyżowa. Obrazy malowane w manierze nowoczesnej. Zastanawia obraz, gdzie w tłumie takich samych postaci wychudzonych o krok od śmierci, wyróżnia się ojciec Maksymilian. Maksymilian Kolbe. Jego historia jest znana, po wielokroć opisywana. Zastanawia co innego, zastanawia moment, ta chwila kiedy ten obraz mógł zostać pomyślany i namalowany. I aby doszło do tej chwili musiał czyn ojca Maksymiliana stać się. I aby stał się, musiał ktoś zadecydować, że trzeba zbudować miejsce, gdzie będzie się unicestwiać ludzi, którzy nie pasują do pewnej koncepcji świata. I to miejsce powstało.
* * *
Jak to się stało, że 2 tysiące lat trwa coś, co w czasie gdy się działo, wcale nie było nagłaśniane. Działo się to w zapadłej prowincji Cesarstwa Rzymskiego. Nikt tego nie filmował, nikt na bieżąco nie opisywał, nikt nie przeprowadzał wywiadów, nie robił zdjęć z ukrycia. To jest siła Prawdy. Co do zdjęć. Została jedna „fotografia” odbita w dziwny sposób, ale trwają i trwać będą spory, czy to chodzi o „niego”, czy czas, miejsce itd. się zgadza. Jeżeli to nie On, to niczego właściwie nie zmienia. Są relacje spisane przez celnika, lekarza, i jeszcze dwóch uczniów. Często sprzeczne. Ale przemawiają i inspirują. To jest siła Prawdy.

„I ciągłą walkę z szatanów gromadą”

Właściwie to Juliusz przeczuwał, co może się zdarzyć. Musiał to przeczuć gdyż jego los był w jakiś sposób zdeterminowany przez… przez kogo? Właśnie. Zawarł pakt (tylko z kim?) w którym jeden z punktów mówił o sławie. Z tym, że chodziło o sławę pośmiertną.

„Demony bywają hojne i za wierną służbę płacą nierzadko fontanną złocistego słońca”

Tak napisał współczesny poeta.
* * *
Zosi nigdy nie spotkałem. Jej fotografię zobaczyłem po raz pierwszy w roku 80-tym. Fotografia porcelanowa na grobie. Patrzyła na mnie z fotografii śliczna dziewczyna, która odeszła na zawsze mając 25 lat. Urodziła się w 1898 roku. Dlaczego tak młodo odeszła? Komu właściwie to pytanie należałoby zadać? Jakby jedynym śladem jej życia jest to porcelanowe zdjęcie. Ma się wrażenie patrząc na tę młodą, śliczną dziewczynę, że żyła po to by zostawić taki ślad. Zdjęcie. Ominie ją wiele „ważnych” zdarzeń XX wieku. Może dlatego twarz na porcelanowej fotografii nie wyraża smutku. A te wydarzenia już zaczynają się kształtować. Gdzieś tam, daleko. W piwiarniach Bawarii, gdzieś tam w Rosji. Na razie są daleko, ale przyjdą tutaj do tego miasta, które niczego nie przeczuwa. Nie da się żyć poza historią. Dopadnie każdego. Nawet tutaj, gdzie teren nie sprzyja historii, historia przyjdzie. Zosia ma grób obok grobu malarza Pileckiego i Marysi, którą znamy z paszportu z rosyjskim orłem. Historia ich życia to osobny rozdział. Najdłużej żyłą Marysia. 84 lata. Malarz Pilecki żył 60 lat, a Zosia 25.
* * *
Dlatego czymś naturalnym i słusznym wydaje mi się znikanie materialnych śladów przeszłości. Dzięki temu to, co było kiedyś i co istnieje już tylko w mojej prywatnej legendzie, nabiera cech niezniszczalnego bytu – niezniszczalnego dopóki trwa moje własne życia”.

Tymi oto słowy powitał zebranych w saloniku u Marcina Cumfta Jan Józef Szczepański. Trochę zapomnieliśmy o gościach w dworku Marcina. A gdy o nich nie piszemy, nie rozmawiamy z nimi, to oni wtedy zastygają w bezruchu. A bezruch to śmierć. W saloniku unosi się zapach szynki. Marcin podał wędzoną szynkę, wino – rocznik 1809 i chleb. Ten chleb to poezja. Ci, co go jedli przez całe życie wspominali smak Marcinkowego chleba. Szukali potem po całym świecie takiego chleba i nic. Nie znaleźli.


* * *
Juliusz odpoczął na półpiętrze, oddech się wyrównał. Przypomniał sobie I Psalm.

„Szczęśliwy, który nie idzie za radą występnych…”

Czy Andrzej Towiański był występny? Juliusz opuścił jego dziwaczne zgromadzenie. Na chwilę mistrz Andrzej uwiódł Juliusza. Na chwilę. Ale on wszystkich uwiódł, przede wszystkim Adama. Właściwie Mistrz nad Mistrze Andrzej Towiański, chciał dobrze, jak pisze Krzysztof Rutkowski w pierwszym zdaniu swojej książki „Braterstwo albo śmierć”. Wolność, Równość, Braterstwo, czy o to chodzi? Nie, mistrz Andrzej inaczej rozumiał braterstwo. A te hasła wyszły z buntu, a o buncie mówi drugi Psalm. Juliusz wszedł do mieszkania i głęboko się zamyślił. Przeniósł się do Baru. Do miasteczka Bar na Podolu.
* * *
Nie może się skończyć XIX wiek. Tutaj. Na tym terenia rozciągającym się w środkowej Europie. Ale nie tylko chodzi o teren geograficzny, na mapie, chodzi o teren ducha. To ciągle trwa. Te Kresy, dworki… a właśnie. Co tam u Marcina? Ledwo zaczniemy myśl, już przerywać trzeba i pędzić do tamtego dworku. Zobaczyć, kto przybył. Zobaczyć, czy Bach gra na organach, czy Maciek zapalił lampki spirytusu i kolegów wspomina, a Charcie zjada buty. Marcin słucha Wolnej Europy, chociaż Europa już wolna, i wszystko w niej wolno. Europa jest kolorowa, bogata, poniklowana. Zabija chorych kalekich, i tych, którym się nie udaje. A przed domem Marcina stoi żebrak. Bez ręki, cały w jakichś strupach, nie wiadomo, co to za choroba. Znają go tutaj od lat. Wspomagają. Kto wyjdzie do niego, czy Maksymilian Robespierre, bo przecież on głosi hasła braterstwa. Zobaczymy kto wyjdzie.

To przyszło nagle. Świadomość, że wszystko się kończy, przemija i nie pozostawia śladu. I chęć przychodzi, by zostawić ślad, jakoś zaznaczyć swoją obecność. To przyszło nagle. Juliusz jest we Wrocławiu. Rozpoczyna podróż. Wróci do Wrocławia rok przed śmiercią. Ja już to wiem, on jeszcze nie wie. Ja czytając list do matki z roku 1832 już wszystko wiem co było potem. I wiedząc już to wszystko spróbuję coś Juliuszowi doradzić. Może coś by zmienił. Nie mogą go wyleczyć, gdyż jeszcze nie wynaleziono penicyliny, a nawet gdyby, to jak mu ją podać? Żyłby może 60, 70 lat. Ile jeszcze by stworzył?

We Wrocławiu było nudno. Juliusz czekał na paszport. Dostał go i pojechał do Drezna. Jest kwiecień 1831 roku. Juliusz w Dreźnie, no to my też. Wielki Piątek – Juliusz idzie do kościoła katolickiego, bo słyszał, że mają być ładne śpiewy. Trafił na śpiewany Psalm. Potem poszedł do Cafe Europa. Podróż po Europie rozpoczęta. Przed nim Paryż, Londyn, Szwajcaria. I jeszcze ta noc, gdy ujrzał twarz Boga. Tak napisał. To wszystko przed nami. Jeszcze Juliusza nikt nie zna. Kiedy wróci do Wrocławia po 17 latach będzie sławny. Spotkanie z nim będzie wydarzeniem dla ludzi, którzy będą mieli szczęście go spotkać. A potem wróci na zawsze. Na Wawel.

Więc będę śpiewał i dążył do kresu;



Ożywię ogień jeśli jest w iskierce…”

To jest motto „Kordiana”. Motto Juliusz wziął z poematu „Lambro”. Juliusz sam dla siebie jest klasykiem, punktem odniesienia. I zaczyna mówić słowa ostre, które biczują naród, naród, który zasłużył na taki los. Bo rozbiory to kara. Słuszna kara. Juliusz ma 24 lata i pisze „Kordiana” w Szwajcarii. Patrzy na Mont Blanc. Tam umieści Kordiana. Ale zastanawiające jest co innego. Zastanawia poprzedzające właściwy dramat „Przygotowanie”. Rzecz dzieje się w noc sylwestrową roku 1799. Niedługo zacznie się XIX wiek. Juliusz uważa, że w tym wieku szatan będzie rozdawał karty. A myśmy myśleli, że XX wiek jest jego domeną, a tutaj XIX. Dziewiętnasty wiek to było preludium do dwudziestego. Przeczucie co do tego, kto rozdaje karty i pisze dzieje, miał nie tylko Juliusz. Podobnie uważali Dostojewski i Bułhakow. Ale wracajmy do Juliusza, a właściwie do Szwajcarii. Juliusz wybrał nudny kraj, funkcjonujący z precyzją szwajcarskiego zegarka. I w tym nudnym kraju pisał swoje drgające emocjami dramaty i poematy.

Najwięcej o sobie może powiedzieć sam Juliusz. Spróbowałem zadzwonić do niego.

23081835 – to numer Juliusza w Genewie.



  • Dzień dobry, czy pani Pattey?

  • Tak. Słucham.

  • Mógłbym prosić pana Słowackiego?

  • Pan Słowacki wyprowadził się od nas.

  • Tak? Kiedy?

  • Będzie już ze dwa miesiące. Przeniósł się do Veytoux Pres de Montreux. Przeniósł się na wieś.

  • Dziękuję pani, do widzenia.

Juliusz miał już dość Eglantyny i wyjechał na wieś. Tam chodzi na wiejskie zabawy i oddycha wiejskim powietrzem. Ale trzy miesiące pustelniczego życia znudziły go. Już wolał Eglantynę. Przyjęli go jak syna marnotrawnego. Ale zaraz. Juliusz pisze tak:

„ …Chrystusa diabeł kusił i mnie kusi.



Na wieży świata postawił smutnego

Życiu nicością i pokazał wszędzie

Pustynię mówiąc .”

Więc wieś to taka pustynia, a mimo to Juliusz uciekł stamtąd. Już niedługo zacznie podróżować. Zobaczy wiele. Wszystko przerobi na poezję. I ciągle, ciągle będzie się zmagał ze śmiertelną chorobą.

Niech sobie Juliusz wyjeżdża i wraca. On wie lepiej co jest dla niego dobre. Jeszcze tyle podróży przed nim. Ale do Juliusza dzwonić nie wypada, do niego trzeba pisać.

Juliuszu Słowacki – jesteś drugi. Adamowi przydzielono miejsce pierwsze, a tobie drugie. A ty wiesz najlepiej, że jest to niesprawiedliwe i niesłuszne. Potem już po twojej śmierci myślano nawet, by wykuć, grób w Tatrach, i tam złożyć twoje ciało. W Tatrach. Zrozumieli jednak że popełnili błąd. Ale ty sam nie pomogłeś im. Kto tak pisze? Tak zawile. Kto używa tak brylantów, łez, musi się liczyć, że przegra z litewskim bigosem.

Jednak przerobił nas Juliusz w aniołów. Piszemy o nim, mówimy o nim, mimo iż go kompletnie nie rozumiemy. Jego twórczość to jedna wielka tajemnica. Jak każda twórczość zresztą. Pisze Juliusz do matki swojej z Neapolu tak:

„Od piętnastu już dni siedzę w oknie moim na ulicy Świętej Łucji patrząc na błękitne morze, na Wezuwiusza, na Neapol.”

Siedzi na balkonie, pali turecki tytoń i nic nie robi. Nic nie pisze. Ileż mógłby stworzyć poematów, dramatów. Ileż duchów przywołać, ile łez wylać i brylantowych Kaskad przywołać, a tu nic. Siedzi i pali. Marnuje czas jak jakiś zjadacz chleba. W pensjonacie pani Pattey jadał na śniadanie zimne mięso chociaż, potem biblioteka i widok nieustający na Mont Blanc. Ileż on czasu zmarnował. Zamiast pisać wyjaśnienia do swoich mrocznych, zawiłych dzieł, a on siedzi na balkonie jak jakiś święty turecki. Podpisał przecież Juliusz kontrakt… i tu jest spór, z diabłem czy z aniołem. W każdym razie poprosił o talent, sławę i otrzymał wszystko, ale w zamian miał pisać, pisać i jeszcze raz pisać. Siedzi na balkonie, a tu pierwsze miejsce mu ucieka. To nie jemu zbudują pomnik na rynku w Krakowie, nie jemu kwiaciarki zanosić będą kwiaty. Drugie miejsce to żadne miejsce. A trzecie? Trzeci został Zygmunt Krasiński. A on też oryginał. Ale my nieustająco piszemy o drugim, co powinien być pierwszy, a nie jest.

Ale stało się. W końcu Juliusz wstał z tego krzesła ustawionego na balkonie i wybrał się w wielką podróż. Podróż życia. Podróż do Ziemi Świętej przez Grecję, Egipt. Będzie stał na piramidzie, będzie w Grobie Chrystusa w Jerozolimie. Będzie też w klasztorze w Libanie. Opuszczając ten klasztor otrzyma na drogę wielką butlę z winem. Będzie pił to wino wracając statkiem do Europy. W klasztorze spędzi 45 dni. Wieczorami będzie schodził do małego źródła, gdzie dziewczęta wiejskie czerpią wodę, i rozmawiać z nimi będzie po arabsku. Niczym jakiś prorok. Ale Juliusz uważał się… za prawie proroka. A może by taki pomnik postawić. Juliusz przy studni rozmawia z dziewczętami. Tylko gdzie postawić taki pomnik? Na razie w wyobraźni.





1   2   3   4   5   6


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna