Pan kleks cz. 1 Jan Brzechwa



Pobieranie 1.02 Mb.
Strona1/24
Data04.05.2016
Rozmiar1.02 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   24

powerpluswatermarkobject3


PAN Kleks cz. 1

Jan Brzechwa
AKADEMIA PANA KLEKSA i inne bajczyska

Nazywam się Adam Niezgódka, mam dwanaście lat i już od pół roku jestem w


Akademii pana Kleksa. W domu nic mi się nigdy nie udawało. Zawsze
spóźniałem się do szkoły, nigdy nie zdążyłem odrobić lekcji i miałem
gliniane ręce. Wszystko upuszczałem na podłogę i tłukłem, a szklanki i
spodki na sam mój widok pękały i rozlatywały się w drobne kawałki, zanim
jeszcze zdążyłem ich dotknąć. Nie znosiłem krupniku i marchewki, a właśnie
codziennie dostawałem na obiad krupnik i marchewkę, bo to pożywne i zdrowe.
Kiedy na domiar złego oblałem atramentem parę spodni, obrus i nowy kostium
mamy, rodzice postanowili wysłać mnie na naukę i wychowanie do pana Kleksa.
Akademia mieści się w samym końcu ulicy Czekoladowej i zajmuje duży
trzypiętrowy gmach, zbudowany z kolorowych cegiełek. Na trzecim piętrze
przechowywane są tajemnicze i nikomu nie znane sekrety pana Kleksa. Nikt
nie ma prawa tam wchodzić, a gdyby nawet komuś zachciało się wejść, nie
miałby którędy, bo schody doprowadzone są tylko do drugiego piętra i sam
pan Kleks dostaje się do swoich sekretów przez komin. Na parterze mieszczą
się sale szkolne, w których odbywają się lekcje, na pierwszym piętrze są
sypialnie i wspólna jadalnia, wreszcie na drugim piętrze mieszka pan Kleks
z Mateuszem, ale tylko w jednym pokoju a wszystkie pozostałe są pozamykane
na klucz.

Pan Kleks przyjmuje do swojej Akademii tylko tych chłopców. których imiona,


zaczynają się na literę A, bo - jak powiada - nie ma zamiaru zaśmiecać
sobie głowy wszystkimi literami alfabetu. Dlatego też w Akademii jest
czterech Adamów, pięciu Aleksandrów, trzech Andrzejów, trzech Alfredów,
sześciu Antonich, jeden Artur, jeden Albert i jeden Anastazy, czyli ogółem
dwudziestu czterech uczniów. Pan Kleks ma na imię Ambroży, a zatem tylko
jeden Mateusz w całej Akademii nie zaczyna się na A. Zresztą Mateusz nie
jest wcale uczniem. Jest to uczony szpak pana Kleksa. Matuesz umie
doskonale mówić, posiada jednak tę właściwość, że wymawia tylko końcówki
wyrazów, nie zwracając uwagi na ich początek. Gdy na przykład Mateusz
odbiera telefon, odzywa się zazwyczaj:

- Oszę, u emia ana eksa!

Oznacza to:

- Proszę, tu Akademia pana Kleksa.

Oczywiście, że obcy nie mogą go wcale zrozumieć, ale pan Kleks i jego
uczniowie porozumiewają się z nim doskonale. Mateusz odrabia z nami lekcje
i często zastępuje pana Kleksa w szkole, gdy pan Kleks idzie łapać motyle
na drugie śniadanie.

Ach, prawda! Byłbym całkiem zapomniał powiedzieć, że nasza Akademia mieści


się w ogromnym parku, pełnym rozmaitych dołów, jarów i wąwozów, i otoczona
jest wysokim murem. Nikomu nie wolno wychodzić poza mur bez pana Kleksa.
Ale ten mur nie jest to mur byle jaki. Po tej stronie, która biegnie wzdłuż
ulicy, jest zupełnie gładki i tylko pośrodku znajduje się duża oszklona
brama. Natomiast w trzech pozostałych częściach muru mieszczą się długim
nieprzerwanym szeregiem jedna obok drugiej żelazne furtki, pozamykane na
małe srebrne kłódeczki.

Wszystkie te furtki prowadzą do rozmaitych sąsiednich bajek, z którymi pan


Kleks jest w bardzo dobrych i zażyłych stosunkach. Na każdej furtce jest
tabliczka z napisem wskazującym, do której bajki prowadzi. Są tam wszystkie
bajki pana Andersena i braci Grimm, bajka o dziadku do orzechów, o rybaku i
rybaczce, i wilku, który udawał żebraka, o sierotce Marysi i krasnoludkach,
o Kaczce-Dziwaczce i wiele, wiele innych. Nikt nie wie dokładnie, ile jest
tych furtek, bo kiedy je zacząć liczyć, nie można się nie pomylić i po
chwili nie wiadomo już, co się naliczyło przedtem. Tam gdzie powinno być
dwanaście, wypada nagle dwadzieścia osiem, a tam gdzie zdawałoby się, że
jest dziewięć, wypada trzydzieści jeden albo sześć. Nawet Mateusz nie wie,
ile jest tych bajek, i powiada, że "oże o, a oże eście", co znaczy, że może
sto, a może dwieście.

Kluczyki od furtek przechowuje pan Kleks w dużej srebrnej szkatule i zawsze


wie, który z nich do której kłódki pasuje. Bardzo często pan Kleks posyła
nas do różnych bajek po sprawunki. Wybór przeważnie pada na mnie, bo jestem
rudy i od razu rzucam się w oczy. Pewnego dnia, gdy panu Kleksowi zabrakło
zapałek, zawołał mnie do siebie, dał mi złoty kluczyk na złotym kółku i
powiedział:

- Mój Adasiu, skoczysz do bajki pana Andersena o dziewczynce z zapałkami,


powołasz się na mnie i poprosisz o pudełko zapałek.

Ogromnie uradowany poleciałem do parku i nie wiedząc zupełnie, w jaki


sposób, trafiłem od razu do właściwej furtki. Za chwilę już znalazłem się
po drugiej stronie. Oczom moim ukazała się ulica jakiegoś nie znanego
miasta, po której snuło się mnóstwo ludzi. I nawet padał śnieg, chociaż po
naszej stronie było w tym czasie lato. Wszyscy przechodnie trzęśli się z
zimna, którego ja wcale nie odczuwałem, i nie spadł na mnie ani jeden
płatek śniegu.

Kiedy tak stałem zdziwiony, zbliżył się do mnie jakiś starszy siwy pan,


pogłaskał mnie po głowie i rzekł z uśmiechem:

- Nie poznajesz mnie? Nazywam się Andersen. Dziwi cię, że tutaj pada śnieg


i mamy zimę, podczas gdy u was jest czerwiec i dojrzewają czereśnie.
Prawda? Ale przecież musisz, chłopcze, zrozumieć, że ty jesteś z zupełnie
innej bajki. Po co tutaj przyszedłeś?

- Przyszedłem, proszę pana, po zapałki. Pan Kleks mnie przysłał.

- Ach, to ty jesteś od pana Kleksa! - ucieszył się pan Andersen. - Bardzo
lubię tego dziwaka. Zaraz dostaniesz pudełko zapałek.

Po tych słowach pan Andersen klasnął w dłonie i po chwili zza rogu ukazała


się mała zziębnięta dziewczynka z zapałkami. Pan Andersen wziął od niej
jedno pudełko i podał mi je mówiąc:

- Masz, zanieś to panu Kleksowi. I przestań płakać. Nie lituj się nad tą


dziewczynką. Jest ona biedna i zziębnięta, ale tylko na niby. Przecież to
bajka. Wszystko tu jest zmyślone i nieprawdziwe.

Dziewczynka uśmiechnęła się do mnie, skinęła mi ręką na pożegnanie, a pan


Andersen odprowadził mnie z powrotem do furtki.

Kiedy opowiedziałem chłopcom o mojej przygodzie, wszyscy mi bardzo


zazdrościli, że poznałem pana Andersena.

Później chodziłem do różnych bajek bardzo często w rozmaitych sprawach: a


to trzeba, było przynieść parę butów z bajki o kocie w butach, a to znów w
sekretach pana Kleksa pojawiły się myszy i trzeba było sprowadzić samego
kota albo kiedy nie było czym zamieść podwórka, musiałem pożyczyć miotły od
pewnej czarownicy z bajki o Łysej Górze.

Natomiast było i tak, że pewnego pięknego dnia zjawił się u nas jakiś obcy


pan w szerokim aksamitnym kaftanie, w krótkich aksamitnych spodniach, w
kapeluszu z piórem i kazał zaprowadzić się do pana Kleksa.

Wszyscy byliśmy ogromnie zaciekawieni, po co ten pan właściwie przyszedł.


Pan Kleks długo z nim rozmawiał szeptem, częstował go pigułkami na porost
włosów, które sam miał zwyczaj nieustannie łykać, a potem, wskazując na
mnie i na jednego z Andrzejów rzekł:

- Słuchajcie, chłopcy, ten pan, którego tu widzicie, przyszedł z bajki o


śpiącej królewnie i siedmiu braciach. Otóż dwaj spośród nich poszli wczoraj
do lasu i nie wrócili. Sami rozumiecie, że w tych warunkach bajka o śpiącej
królewnie i siedmiu braciach nie może się dokończyć. Dlatego też wypożyczam
was temu panu na dwie godziny. Tylko pamiętajcie, macie wrócić na kolację.

- Acja ędzie ed óstą! - zawołał Mateusz, co miało oznaczać, że kolacja


będzie przed szóstą.

Poszliśmy razem z owym panem w aksamitnym ubraniu. Dowiedzieliśmy się po


drodze, że jest on jednym z braci śpiącej królewny i że my również będziemy
musieli ubrać się w taki sam aksamitny strój. Zgodziliśmy się na to
chętnie, obaj byliśmy ciekawi widoku śpiącej królewny. Nie będę rozpisywał
się tutaj na temat samej bajki, bo każdy ją na pewno zna. Muszę jednak
powiedzieć, że za udział w bajce śpiąca królewna po przebudzeniu się
zaprosiła mnie i Andrzeja na podwieczorek. Nie wszyscy pewno wiedzą, jakie
podwieczorki jadają królewny, a zwłaszcza królewny z bajek. Przede
wszystkim więc lokaje wnieśli na tacach ogromne stosy, ciastek z kremem, a
prócz tego sam krem na dużych srebrnych misach. Każdy z nas dostał tyle
ciastek, ile tylko chciał. Do ciastek podano nam czekoladę, każdemu po trzy
szklanki naraz, a w każdej szklance po wierzchu pływała ponadto czekolada w
kawałkach. Na stole na dużych półmiskach leżały marcepanowe zwierzątka i
lalki oraz marmoladki, cukierki i owoce w cukrze. Wreszcie na kryształowych
talerzach i wazach ułożone były winogrona, brzoskwinie, mandarynki,
truskawki i rozmaite inne owoce oraz przeróżne gatunki lodów w
czekoladowych foremkach.

Królewna uśmiechała się do nas i namawiała, abyśmy jedli jak najwięcej, bo


żadna ilość nam nie zaszkodzi. Przecież wiadomo, że w bajkach nigdy nie
choruje się z przejedzenia i że jest zupełnie inaczej niż w rzeczywistości.
Schowałem do kieszeni kilka foremek z lodami, aby je zanieść kolegom, ale
lody się rozpuściły i kapały mi po nogach. Całe szczęście, że nikt tego nie
zauważył.

Po podwieczorku królewna kazała zaprząc parę kucyków do małego powozu i


towarzyszyła nam aż pod sam mur Akademii pana Kleksa.

- Kłaniajcie się ode mnie panu Kleksowi - powiedziała na pożegnanie - i


poproście go, żeby przyszedł do mnie na motylki w czekoladzie.

A po chwili dodała:

- Tyle słyszałam o bajkach pana Kleksa. Będę je musiała koniecznie kiedyś
odwiedzić.

W ten sposób dowiedziałem się, że pan Kleks ma swoje własne bajki, ale


poznałem je dopiero znacznie później.

W każdym bądź razie zacząłem odtąd szanować pana Kleksa jeszcze bardziej i


postanowiłem zaprzyjaźnić się z Mateuszem, aby dowiedzieć się od niego o
wszystkim.

Mateusz nie jest skory do rozmów, a zdarzają się nawet takie dni, że w


ogóle z nikim nie chce gadać.

Pan Kleks na jego upór ma specjalne lekarstwo, a mianowicie - piegi.

Nie pamiętam, czy wspomniałem już o tym, że twarz pana Kleksa po prostu
upstrzona jest piegami. Początkowo najbardziej dziwiła mnie okoliczność, że
piegi te codziennie zmieniały swoje położenie: jednego dnia zdobiły nos
pana Kleksa, nazajutrz znów przenosiły sie na czoło po to, aby trzeciego
dnia pojawić się na brodzie albo na szyi.

Okazało się, że przyczyną tego jest roztargnienie pana Kleksa, który na noc


zazwyczaj piegi zdejmuje i chowa do złotej tabakierki, a rano przytwierdza
je z powrotem, ale za każdym razem na innym miejscu. Pan Kleks nigdy nie
rozstaje się ze swoją tabakierką, w której ma mnóstwo zapasowych piegów
rozmaitej wielkości i barwy.

Co czwartek przychodzi z miasta pewien golarz, imieniem Filip, i przynosi


panu Kleksowi świeże piegi, które za pomocą brzytwy zbiera z twarzy swoich
klientów podczas golenia. Pan Kleks ogląda je bardzo dokładnie, przymierza
przed lustrem, po czym chowa starannie do tabakierki.

W niedzielę i święta pan Kleks punktualnie o jedenastej mówi:

- No, a teraz zażyjmy sobie piegów.

Po tych słowach wybiera z tabakierki cztery albo pięć największych i


najbardziej okazałych piegów i przytwierdza je sobie do nosa.

Zdaniem pana Kleksa nie może być nic piękniejszego niż duże, czerwone lub


żółte piegi.

- Piegi znakomicie działają na rozum i chronią od kataru - zwykł mawiać do


nas pan Kleks.

Dlatego też, jeżeli któryś z uczniów wyróżni się podczas lekcji, pan Kleks


uroczyście wyjmuje z tabakierki świeżą, nie używaną jeszcze piegę i
przytwierdza ją do nosa takiego szczęściarza mówiąc:

- Noś ją godnie, mój chłopcze, i nigdy jej nie zdejmuj, jest to bowiem


najwyższa odznaka, jaką możesz sobie zdobyć w mojej Akademii.

Jeden z Aleksandrów zdobył już aż trzy duże piegi, a niektórzy z chłopców


dostali po dwie lub po jednej i obnoszą je na swoich twarzach z niezwykłą
dumą Zazdroszczę im i nie wiem, co dałbym za to, żeby otrzymać takie
odznaczenie, ale pan Kleks powiada, że jeszcze za mało umiem.

Otóż wracając do Mateusza, muszę powiedzieć, że przepada on za piegami pana


Kleksa i uważa je za największy przysmak.

Skoro tedy Mateusz zaniemówi, pan Kleks zdejmuje ze swojej twarzy


najbardziej zużytą piegę i daje ją Mateuszowi do zjedzenia. Skutek jest
natychmiastowy Mateusz zaczyna mówić i odpowiada na wszystkie pytania. Taki
sposób wymyślił na niego pan Kleks!

Któregoś dnia, było to w połowie czerwca, pan Kleks usnął w parku i


zupełnie nie zauważył, jak go pogryzły komary. Zaczął się tak zawzięcie
drapać w nos, że zdrapał sobie wszystkie piegi. Cichaczem pozbierałem je w
trawie i zaniosłem Mateuszowi. Od tej chwili bardzo się ze mną zaprzyjaźnił
i opowiedział mi niezwykłą historię swojego życia.

Powtarzam ją tutaj w całości, z tym oczywiście, że do końcówek Mateusza


dorobiłem brakujące części wyrazów.

---------------------------------------------------------------------------

NIEZWYKŁA OPOWIEŚĆ MATEUSZA

Nie jestem ptakiem - jestem księciem. W latach mego dzieciństwa nieraz


opowiadano mi bajki o ludziach przemienionych w ptaki lub zwierzęta, nigdy
jednak nie wierzyłem w prawdziwość tych opowieści.

Tymczasem właśnie moje życie potoczyło się tak, jak to opisuje się w owych


bajkach.

Urodziłem się na królewskim dworze jako jedyny syn i następca tronu


wielkiego i potężnego władcy. Mieszkałem w pałacu wyłożonym marmurami i
złotem, stąpałem po perskich dywanach, każdy mój kaprys był natychmiast
zaspakajany przez usłużnych ministrów i dworzan, każda moja łza, gdy
płakałem, była liczona, każdy uśmiech wpisywany był do specjalnej księgi
uśmiechów książęcych ­ a dziś ­ jestem szpakiem, który czuje się obco
zarówno pośród ptaków, jak i pośród ludzi.

Ojciec mój był królem i panował licznym krajom i narodom. Miliony ludzi


drżały z trwogi na dźwięk jego imienia. Nieprzebrane skarby i pałace, złote
korony i berła, drogocenne kamienie, bogactwa, o jakich nikomu się nie śni
­ należały do mego ojca.

Matka moja była księżniczką i słynęła z urody na wszystkich lądach i


morzach. Miałem cztery siostry, z których każda wyszła za mąż za innego
króla: jedna była królową hiszpańską, druga włoską, trzecia portugalską,
czwarta holenderską.

Okręty królewskie panowały na czterech morzach, a wojsko było tak liczne i


tak potężne, że kraj mój nie miał wrogów i wszyscy królowie świata
zabiegali o przyjaźń i przychylność mego ojca.

Od najwcześniejszych lat miałem zamiłowanie do polowania i do konnej jazdy.


Moja własna stajnia liczyła sto dwadzieścia wierzchowców krwi arabskiej i
angielskiej oraz czterdzieści osiem stepowych mustangów.

W zbrojowni mojej zebrane były strzelby myśliwskie, wykonane przez


najlepszych rusznikarzy i dostosowane specjalnie do mego wzrostu, do
długości mego ramienia i do mego oka.

Gdy ukończyłem siedem lat, ojciec mój, król, powierzył mnie dwunastu


najznakomitszym uczonym i rozkazał im, aby nauczyli mnie wszystkiego tego,
co sami wiedzą i umieją.

Uczyłem się dobrze, ale mój nieopanowany pociąg do siodła i do strzelby


rozpalał mózg i duszę do tego stopnia, że o niczym innym nie umiałem
myśleć.

Dlatego też ojciec, w obawie o moje zdrowie, zabronił mi jeździć konno.

Płakałem z tego powodu rzewnymi łzami, a łzy te cztery damy zbierały
starannie do kryształowego flakonu. Gdy flakon już się napełnił po brzegi,
stosownie do zwyczajów mego kraju ogłoszono żałobę narodową na przeciąg
trzech dni. Cały dwór przywdział czarne stroje i wszelkie przyjęcia, bale i
zabawy zostały odwołane. Na pałacu opuszczono chorągiew do połowy masztu, a
całe wojsko na znak smutku odpięło ostrogi.

Z tęsknoty za mymi końmi straciłem apetyt, nie chciałem się uczyć i


siedziałem po całych dniach na maleńkim tronie, nie odzywając się do nikogo
i nie odpowiadając na pytania.

Zarówno uczeni, jak i moja matka usiłowali nakłonić króla, ażeby cofnął


zakaz - jednak na próżno. Ojciec nie miał zwyczaju odwoływania swych
postanowień.

Rzekł tylko:

Moja ojcowska i królewska wola jest niezłomna. Zdrowie następcy tronu
stawiam ponad kaprys mego dziecka. Serce mi się kraje na widok jego smutku,
stanie się jednak tak, jak to zalecili moi nadworni medycy i chirurdzy.
Książę nie dosiądzie więcej konia, dopóki nie ukończy lat czternastu.

Nie mogłem pojąć, czemu nadworni lekarze zabronili mi jeździć konno, skoro


było powszechnie wiadomo, że jestem jednym z najlepszych jeźdźców w kraju i
że panuję nad koniem tak samo sprawnie, jak mój ojciec nad królestwem.

Po nocach śniły mi się moje bachmaty, moje ukochane wierzchowce i przez sen


wymawiałem ich imiona, które pamiętałem tak dobrze.

Pewnej nocy zbudziło mnie nagle ciche rżenie pod oknem. Zerwałem się z


łóżka i wyjrzałem do ogrodu, Na ścieżce stał osiodłany mój wspaniały
wierzchowiec Ali-Baba, który najwidoczniej dosłyszał moje wołanie, a teraz
na mój widok parsknął radośnie i zbliżył się aż pod samo okno. Ubrałem się
po ciemku, porwałem strzelbę i zachowując jak największą ciszę, wyskoczyłem
przez okno wprost na grzbiet Ali-Baby. Rumak ruszył z kopyta, przesadził
kilka ogrodowych parkanów i pobiegł przed siebie, unosząc mnie nie wiadomo
dokąd. Pędziliśmy tak przez dłuższy czas w świetle księżyca, gdy zaś okazło
się, że nie ma za nami pogoni, ujołem wodze w ręce i skierowałem się do
widniejącego opodal lasu.

Upojony tą nocną jazdą, zapomniałem o zakazie ojca, o tym, że coraz


bardziej oddalam się od pałacu i że w lesie nie jest bezpiecznie.

Miałem wówczas osiem lat, ale odwagi posiadałem nie mniej niż pięciu


królewskich grenadierów razem wziętych.

Gdy wjechałem do lasu, koń zaczął okazywać dziwny niepokój, zwolnił bieg,


aż wreszcie stanął jak wryty, drżąc i parskając.

Niebawem zrozumiałem, co zaszło: na ścieżce leśnej na wprost Ali-Baby stał


olbrzymi wilk. Szczerzył straszliwe kły i piana kapała mu z pyska.

Ściągnąłem szybko wodze i chwyciłem strzelbę. Wilk z rozwartą paszczą


powoli zbliżał się ku mnie.

Krzyknąłem więc:

-W imieniu, króla rozkazuję ci, wilku, abyś mi dał wolną drogę, w
przeciwnym razie będę musiał cię zabić!

Ale wilk tylko zachichotał ludzkim śmiechem i nacierał na mnie w dalszym


ciągu.

Wówczas odwiodłem kurek, wycelowałem i wpakowałem cały zapas nabojów w


otwarty pysk wilka.

Strzał był niechybny. Wilk skulił się, wyprężył jakby do skoku, wreszcie


padł tuż u kopyt Ali-Baby. Zeskoczyłem z siodła i zbliżyłem się do zabitego
zwierza. W chwili jednak gdy stałem nad nim, podziwiając jego wielki
wspaniały łeb, wilk ostatnim widocznie wysiłkiem dźwignął się i wbił mi
kieł, ostry jak sztylet, w prawe udo. Poczułem przeszywający ból, ale już
po chwili szczęki wilka same się rozwarły i łeb opadł z łoskotem na ziemię.

Równocześnie ze wszystkich stron rozległy się groźne, przeciągłe wycia


wilków.

Półprzytomny z bólu i przerażenia, dosiadłem Ali-Baby, i pocwałowałem w


kierunku pałacu. Gdy wkradłem się do ogrodu, była jeszcze noc. Zbliżyłem
się do okna i wskoczyłem do pokoju, pozostawiając konia własnemu losowi.
Nikt najwidoczniej nie odstrzegł mojej nieobecności, toteż jak najszybciej
położyłem się do łóżka i natychmiast usnąłem kamiennym snem. Kiedy się rano
zbudziłem, ujrzałem sześciu lekarzy i dwunastu uczonych pochylonych nad
moim łóżkiem i z zakłopotaniem kiwających głowami. Z mego odsłoniętego uda
małymi kroplami sączyła się krew. Lekarze nie mogli w żaden sposób dociec
przyczyny krwotoku, ja zaś w obawie przed ojcem przemilczałem nocną
przygodę i spotkanie z wilkiem.

Czas upływał, krew sączyła się z ranki i lekarze nadworni w żaden sposób


nie mogli jej zatamować. Sprowadzono najznakomitszych chirurgów stolicy,
ale ich wysiłki również spełzły na niczym.

Upływ krwi wzmagał się z godziny na godzinę. Wieść o mojej chorobie


rozszerzyła się po całym kraju, tłumy ludu klęczały na placach i ulicach
stolicy, zanosząc modły o moje wyzdrowienie.

Matka, czuwając przy mnie, zalewała się łzami, a ojciec mój i król rozesłał


do wszystkich krajów prośbę o skierowanie najlepszych lekarzy i chirurgów.

Niebawem przybyło ich tak wielu, że w pałacu zabrakło dla nich pomieszczeń.

Ojciec za powstrzymanie krwotoku wyznaczył nagrodę, za której cenę można
było nabyć całe państwo, cudzoziemscy lekarze domagali się jednak jeszcze
więcej.

Długim korowodem przesuwali się obok mego łóżka, oglądali mnie i badali;


jedni kazali mi łykać rozmaite krople i pigułki, inni znowu nacierali ranę
maściami i posypywali ją proszkami o dziwnych zapachach. Byli też i tacy,
którzy modlili się tylko albo wymawiali słowa tajemniczych zaklęć. Żaden z
nich jednak nie zdołał mnie uleczyć; gasłem i nikłem w oczach, i krew
sączyła się ze mnie nadal.

Gdy wszyscy już stracili nadzieję na moje ocalenie i lekarze, widząc swoją


bezsilność, opuścili pałac, straż dworska doniosła o przybyciu chińskiego
uczonego, który stawił sie na wezwanie mego ojca.

Niechętnie sprowadzono go do mego łóżka, nikt już bowiem nie wierzył, aby


mógł istnieć jeszcze jakikolwiek ratunek dla mnie, i cały kraj był
pogrążony w żałobie. Przybysz ów był nadwornym lekarzem ostatniego cesarza
chińskiego i przedstawił się jako doktor Paj-Chi-Wo.

Ojciec mój powitał go z rozpaczą w głosie:

- Doktorze Paj-Chi-Wo, ratuj mego syna! Jeśli uda ci się go ocalić,
otrzymasz ode mnie tyle brylantów, rubinów i szmaragdów. ile ich pomieści
się w tym pokoju. Pomnik twój stanie na pałacowym dziedzińcu, a jeśli
zechcesz, uczynię cię pierwszym ministrem mego królestwa.

- Najjaśniejszy panie i sprawiedliwy władco - odrzekł doktor Paj-Chi-Wo


pochylając się do ziemi - zachowaj klejnoty swoje dla ubogich tego kraju,
niegodzien jestem również pomnika, albowiem w mojej ojczyźnie pomniki
stawia się tylko poetom. Nie chcę być ministrem, gdyż mógłbym popaść w
twoją niełaskę. Pozwól mi wpierw zbadać chorego, a o nagrodzie pomówimy
później.

Po tych słowach zbliżył się do mnie, obejrzał ranę, przyłożył do niej usta


i począł wsączać we mnie swój oddech.

Niezwłocznie poczułem ożywczy przypływ sił i doznałem wrażenie, że krew


odmieniła się we mnie i szybciej poczęła krążyć.

Gdy po pewnym czasie doktor Paj-Chi-Wo oderwał usta od mego ciała, rana


znikła bez śladu.

-Książę jest zdrów i może opuścić łóżko - rzekł Chińczyk wstając i


składając mi wschodnim zwyczajem głęboki ukłon.

Rodzice moi płakali z radości i w gorących słowach dziękowali memu zbawcy.

- Jeśli nie jest to sprzeczne z etykietą tego dworu - przemówił wreszcie
doktor Paj-Chi-Wo - chciałbym przez chwilę zostać sam na sam z moim
dostojnym pacjentem.

Król wyraził na to zgodę i wszyscy opuścili moją sypialnię. Wówczas chiński


lekarz usiadł obok mego łóżka i rzekł:

- Wyleczyłem cię, mój mały książę. albowiem znam tajemnice niedostępne dla


ludzi białych. Wiem, w jaki sposób powstała twoja rana. Zastrzeliłeś króla
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   24


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna