Patriotyczny ruch polski



Pobieranie 127.96 Kb.
Strona2/3
Data09.05.2016
Rozmiar127.96 Kb.
1   2   3

O ZŁOTEJ RYBCE I ROZDWOJONYM JĘZYKU

STUGŁOWEJ HYDRY
Uważam że precyzyjne rozpoznawanie świata jest pod-stawą każdej racjonalnej działalności człowieka. Stąd też celowym wydaje się zapoznanie czytelników z wywiadem jaki przeprowadził Piotr Najsztub z Adamem Michnikiem, (czyli taki z takim), opublikowanego w chicagowskiej Pano-ramie z 10 lipca 2004 r. Uznałem jednak że sam wywiad choć interesujący, lecz podany „na sucho”, bez „tła”, jest mało atrakcyjny poznawczo. Korzystając z doświadczeń ku-linarnych, chce więc najpierw „podać przystawkę” wyostrza-jącą apetyt i smak. „Na rozgrzewkę” – bajeczka.

Prawie wszyscy znają bajkę o złotej rybce, spełniają-cej trzy życzenia. Ostatnio przed taką możliwością stanęli podobno Żyd, murzyn i Polak a że było ich trzech to wy-padło po jednym życzeniu dla każdego.

Pierwszym był oczywiście Żyd z racji przynależności do narodu wybranego. Rybko, złota rybko, spraw by wszys-cy moi bracia wrócili do Izraela – zaordynował, mając na uwadze ostatni apel A. Szarona o powrót do Izraela Żydów z Francji. Rybka nieco zbita z tropu ogromem zadania – niech się stanie – warknęła, wściekła że musi tropić tylu zakamuflowanych Żydów. Murzyn zainspirowany prośbą Żyda, poprosił o powrót wszystkich murzynów do rodzi-mej Afryki. Polak milczał chwilę ale ponaglony przez „złotą rybkę”, rzecze w te słowa „czy aby na pewno spełniłaś ży-czenia moich przedmówców?”. Jak śmiesz wątpić w mo-ją moc, mogę wszystko – obruszyła się rybka. Skoro już stało się o co cię proszono – kontynuował Polak – to w takim razie poproszę butelkę coli. Rybka z wdziękiem chlasnęła ogonkiem i z domyślnym uśmiechem, zawołała – niech się stanie – i znikła w odmętach wodnych.

Niestety była to tylko bajka. Michnik-Szechter i jego pobratymcy, pozostali na swoich miejscach na utrapienie ludności tubylczych. I pozostali nie tylko dla swojej wygo-dy, mają bowiem oni do wypełnienia misję dziejową. Aku-rat Adam Michnik-Szechter, przy pomocy „Gazety Wybor-czej”, finansowanej zresztą z sakiewki nowojorskich Żydów (Agora), pod pozorem służby Polsce, pracuje na odcinku propagandy zajmując się głównie:

# Oswajaniem Polaków z wszelkimi perwersjami moral-nymi, estetycznymi i obyczajowymi;

# Promowaniem tolerancji, zacierającej różnicę między tym co dziwne a tym co szkodliwe, stwarzając pożądany klimat do akceptacji niegodziwości;

# Wspieraniem Żydów o polskich nazwiskach, oraz ich partii (PO, UW, SDPL, PiS) w dążeniu do przejęcia pełnej władzy politycznej, medialnej i finansowej w Polsce, przy pomocy kłamstwa, oszczerstwa, przemilczenia i prowoka-cji;

# Manipulacją i interpretacją historii Polski, dla potrzeb taktycznych diaspory żydowskiej oraz zohydzanie wszyst-kiego co polskie, patriotyczne i narodowe;

# Stwarzaniem atmosfery zniechęcenia Polaków do włas-nego państwa, upadku ducha polskości a w warunkach pow-szechnego zubożenia, zachęcaniem Polaków do emigracji;

# Stałym atakowaniem Polskiego Kościoła Katolickiego, dla osłabienia Jego autorytetu, pozbawienia go siły moral-nej a tym samym wpływu na sprawy publiczne;

# Propagacją wypowiedzi wrogich Kościołowi, płynących z Jego wnętrza, oraz kreowanie na autorytety osób je gło-szących (prof Grosfeld, red Przecieszewski, oraz duchowni Pieronek, Życiński, Gądecki, Czajkowski, Boniecki itp;

# Nie dopuszczeniem do odrodzenia się „polskiego naro-dowo-katolickiego demona” (słowa Michnika).

Skuteczność Gazety Wyborczej jest godna podziwu. W zakresie mającego kapitalne znaczenie pierwszeństwa informacji, GW przoduje, mając „dojścia” do każdej nawet najtajniejszej wiadomości przez „swoich”. Wspierają ją też zawłaszczone przez „obcy” kapitał: „Rzeczpospolita”, „Poli-tyka”, „Wprost”, Newsweek Polska”, „Gazeta Polska” i zależ-ne od GW „gadzinówki” regionalne. Wystarczy poczytać ko-mentarze w portalu „Onet” aby przekonać się jak potrafiła ta reprezentująca amerykańskich Żydów gazeta, otumanić niektórych Polaków. Nawet proboszcz mojej rzymsko-kato-lickiej parafii czyta GW.

Ale co za szatańskie wichry przywiały takiego „Judasza Naczelnego” na hańbę i zgubę Polakom? Hitlerowcy podob-no wytępili wszystkich obrzezańców na ziemiach polskich a nagle po wojnie w PRL, zrobiło się u nas aż czarno od Ży-dów. Część wyszła z kryjówek gdzie przeżyła dzięki ludzkim odruchom Polaków (za co pięknie nam odpłacają), dzieci ży-dowskie przechowane przez Kościół Katolicki (na swoją zgu-bę) zostały jako produkt kościelny odrzucone przez PRL-owski system oświaty, podjęły więc naukę w seminariach i dziś stanowią znaczny odsetek hierarchów (też odwdzię-czają się Kościołowi).

Jednak większość Żydów dla potrzeb organizowanego w latach 1944-45 aparatu państwowego PRL została im-portowana z ZSRR.

Przed rewolucją 1917 r., w Imperium Rosyjskim, wisiały tabliczki z napisami „sobakam i jewrejam wchod zapresz-czen” (psom i żydom wejście zabronione). Żydzi mieli pie-niądze, więc „zrobili rewolucję bolszewicką” i doszli do wła-dzy. Po rozpadzie carskiego imperium, na terytorium Pol-ski, znalazło się ok.3 mln Żydów. Zaś kiedy Hitler doszedł do władzy w Niemczech (1933 r.), Żydzi z Niemiec emigro-wali „gdzie się dało”. I tak do II Rzeczypospolitej za zgodą marsz. Piłsudskiego z Niemiec przybyło ok. 100 tys Żydów, znajdując u nas względne bezpieczeństwo.

Kiedy wybuchła II wojna światowa, przed nacierającym Wehrmachtem, z zachodnich i centralnych województw, na Kresy Wschodnie uciekło ok. 150 tys Żydów. Po 17 wrześ-nia 1939 roku kiedy sowieci zajęli Kresy Wschodnie, Żydzi ci znaleźli się na terenie ZSRR.

Żydzi – obywatele polscy z Kresów, przeważnie bie-dota, z zapałem włączyli się w depolonizację i sowietyzację tych ziem, stanowiąc źródło informacji o Polakach oraz re-zerwuar gorliwych wykonawców rozkazów NKWD. W duż-ym stopniu Żydzi ci przyczynili się do wymordowania w bestialski sposób na Kresach Wschodnich ok. 22 tys Pola-ków, oraz deportowania ponad 1,5 miliona, na Syberię do gułagów (bezterminowych obozów katorżniczej pracy) lub na „wolne zesłanie”.

Ten sam los spotkał Żydów, przybyłych (tzw bieżeńcy) z zachodnich terenów Polski, uznanych przez sowietów za niepewnych. Jednak po ok. roku w wyniku amnestii, Żydów uwolniono z łagrów i zesłania a ocaleni, bez oporów włączy-li się w zbrodniczą służbę mordercom swoich współbraci.

Po zajęciu Lwowa przez Armię Czerwoną (21 wrześ-nia 1939 roku), Ukraińcy usiłowali dokonać depolonizacji i ukrainizacji tego regionu. Władze w Moskwie zorientowały się jednak że proces ten idzie w kierunku „samostijnej Ukra-iny”, zdecydowały się więc na dokonanie „sowietyzacji” U-krainy przez jej judaizację. Do zadań sowietyzacji, władze ZSRR wykorzystały więc byłych obywateli polskich narodo-wości żydowskiej, deklarujących chęć służby nowemu pa-nu. I tak np Zakładem Narodowym im. Ossolińskich we Lwo-wie „Ossolineum”, kierował Benjamin Goldberg, przemiano-wany na Jerzego Borejszę. Redakcje komunistycznych ga-zet obsadzono literatami takimi jak T. Parnicki, A. Ważyk, T. Boy-Żeleński, W. Broniewski, L. Pasternak, J. Putrament, J. Przyboś, W. Wasilewska, J. Broniewską, M. Jastrun, S. J. Lec, A. Rudnicki i in. To ta „żydokomunistyczna śmie-tanka”, kształtowała oblicze polskiej kultury od 1944 roku do dziś.

Sowietyzacja Ukrainy przez judaizację powiodła się, więc Stalin powtórzył ten eksperyment w 1944 roku w Pol-sce. Depolonizacja Polski i jej sowietyzacja przez judaiza-cję jak dowodzi historia powiodła się również. Sądząc po nazwiskach, możemy nawet określić losy importowanych Żydów. Nie muszę pytać innych, pamiętam swą rodzinną wioskę otoczoną stanowiskami ogniowymi „judeoubeków”, strzelającym z km-ów do uchodzących do lasu mężczyzn. Pamiętam skrwawione, podziurawione pociskami ciało są-siada, przyniesionego po tej akcji. Odbity przez BCh i AK z niemieckiego więzienia w Żółkiewce, nie przeżył judeo-wolności, zainstalowanej w Polsce przez różnych Szechte-rów.

W miarę postępów zniewalania Polski, sowiecki perso-nel instalujący u nas socjalizm, wrócił do Rosji, niestety Ży-dzi którym wszystko jedno w jakim kraju pasożytują – po-zostali w Polsce. Znając zaplanowane scenariusze historii, zawsze są o krok przed innymi (np. KOR, „umowa okrągłe-go stołu”) i pierwsi przy „żłobie”. Dziwnym zbiegiem okolicz-ności zawsze są „kombatantami” ale nikt z nich nie zginął (nie licząc żydowskiego plebsu).

Dziś Michnik „szarogęsi się” i rządzi w Polsce a od-biera zaszczyty za zasługi dla Izraela jako drugi po Moj-żeszu. I oczywiście obawia się iż w następnych wyborach Polacy przebudzą się i obcej władzy powiedzą – dość. Wła-dzę mogą przejąć wyszydzani przez GW populiści, co źle wróży Żydom przyzwyczajonym do korzystania z „polskiej złotodajnej żyły”. I tu właśnie boli Michnika. Sam Lepper, jak każdy rewolucjonista, ma wizje jak rozwalić ten kahał, nie ma jednak kompleksowej wizji Polski po zmianie opcji. Samoobrona ośmieszana przez zagrożonych niebytem, nie ma jak na razie kadr gotowych do przejęcia władzy, musi opierać się na najemnikach. I ten stan niepewności co do głębokości przeorania michnikowskiego złotodajnego polet-ka trwoży „globalnych nomadów”.

Proszę zwrócić uwagę na szczegóły wywiadu. – Oto Michnik mówi o „naszym życiu”, ale kogo ma na myśli nie wyjaśnia ich czy nas. Zarzuca Lepperowi „okłamywanie lu-dzi... o niczym nie ma pojęcia... on mąci poważne rozmowy”, „trzeba być prawdomównym, wiarygodnym i rzetelnym” – ma się rozumieć jak Michnik, „znać się na tym co trzeba” – też jak Michnik. To jest właśnie kliniczny przypadek obłudy, wręcz „pokazówka”. Mało tego, to prawie groteska konkuru-jąca z Gombrowiczem, największy kłamca, wskazuje kłam-cę, to jakby złodziej pouczał porządnego „nie kradnij bo to niemoralne”. Zarzeka się „szlachetny” Michnik „nie będę cis-kał błotem! Ja po błoto się nie schylę”, no, no czym to właś-ciwie Michnik ciska w Leppera?. Dalej „zagłosuję na Rokitę”, toż przecie nie liczę że Michnik zagłosuje np. na Giertycha. Jak mógłby nie zagłosować na Rokitę, byłego dyrektora pro-gramu reformy administracyjnej Polski w Fundacji Batore-go (1996 r). A my naiwni myśleliśmy że to rząd polski refor-muje administrację, podczas gdy cały „ciężar prac” przyjęli na siebie ludzie Sorosa w Fundacji Batorego. Dalej Mich-nik popisuje się znajomością historii – „Rzym ocaliły gęsi kapitolińskie, dlatego że gęgały...” – no oczywiście ochro-niły przed barbarzyńcami a on obiecuje gęgać i też przed barbarzyńcami chce „ratować” Polskę, zapewne nieświado-mie odnosząc się do swej skłonności do gęgęgania.



Zresztą sami przeczytajcie.

Piotr Najsztub – Czyli nie ma w panu cienia rezyg-nacji?

Adam Michnik – Wprost przeciwnie, mnie i „Gazetę” czeka wielkie zadanie. Trzeba zatrzymać Andrzeja Leppe-ra. Nie dopuścić, by miał wpływ na nasze życie.

P.N. – Prezydent Kwaśniewski, z którym ostatnio rozmawiałem, stwierdził ― podobnie jak wielu polity-ków czy politoIogów ― że musimy przeżyć jakiś epi-zod populistyczny, że to będzie Lepper. Może i Iepiej, żeby Lepper był prezydentem, bo ten w polskim ukła-dzie władz konstytucyjnych mniej może zepsuć niż pre-mier?

A.M. – Już przeżyliśmy Wałęsę, już dość przeżywa-nia epizodów! Trzeba Leppera zablokować i koniec! On nie może być ani prezydentem, ani premierem, bo do tego się nie nadaje. Lepper prezydent to jest ośmieszenie Polski!

P.N. – Jak chce go pan powstrzymać?

A.M. – Chociażby systematycznie ujawniać, że opowia-da duby smalone, że o niczym nie ma pojęcia, że okłamuje ludzi, że otacza się towarzystwem, które ma permanentny kontakt z prokuraturą, ludźmi fałszującymi dokumenty.

P.N. – Jednak Lepper dużo się w ciągu ostatnich lat nauczył...

A.M. – Czego się nauczył?

P.N. – Choćby socjotechniki.

A.M. – Może się jej nauczył, tego nie wykluczam. Bo socjotechnika to jest umiejętność okłamywania ludzi, a on to robi umiejętnie, ale ja już też się nauczyłem, że nie ma co kombinować że się go oswoi.

P.N. – Lepper jest silny poparciem, jakiego udzielają mu m.in. ludzie żyjący z poczuciem krzywdy, porzuce-ni przez innych polityków. Jak chce pan ich od niego odciągnąć?

A.M. – Trzeba mówić swoje uczciwie, odważnie, trzeba być wiarygodnym, rzetelnym. To jest ta broń, którą ja potra-fię się posługiwać.

P.N. – Tym językiem, wie pan o tym dobrze, nie do-trze pan do nich.

A.M. – Ale przecież Lepper dla tych ludzi nic nie zro-bił! I nie zrobi! Ja do nich dotrę, wspierając racjonalne roz-wiązania w polityce, w gospodarce, i to chcę robić. Nato-miast nie będę się ścigał w demagogii, wyzwiskach, nie będę ciskał błotem! Ja po błoto się nie schylę.

P.N. – A jeśli w przyszłych wyborach prezydenckich zetrą się w drugiej turze Rokita i Lepper? co zrobi Adam Michnik?

A.M.Jeżeli Bóg mnie tak pokaże, to zatkam nos, wy-piję sto gramów i zagłosuję na Rokitę. Ale lepiej do tego nie dopuścić i dlatego dzisiaj trzeba głośno krzyczeć. Rzym oca-liły gęsi kapitolińskie, dlatego że gęgały. Świat polityki powi-nien zrozumieć, że my od tego jesteśmy. Niepokoi mnie tylko, że język tabloidów jest coraz silniejszy, coraz bardziej brutalny, i że on się wdziera tam, gdzie wdzierać się nie powinien, do poważnych debat. To jest właśnie język Leppe-ra i on mąci poważne rozmowy na najważniejsze tematy.

Koniec wywiadu.

A Michnik dalej mąci, na chwałę Izraela i hańbę Pol-ski. (Opracował Cezary Rozwadowski – 20 lipca 2004 r.)

-------------------------------------------------------------------------------------------------

BRONEK SZPICBRÓDKA”
Szanowni Państwo nawiązując do tematu-felieton re-daktora naczelnego „Racji Polskiej", pana Macieja Eckartda pt. „Bronek Szpicbródka": „Tysiące ton zmarnowanego pa-pieru, nieprzespane noce, hektolitry farby drukarskiej, kilo-gramy ogryzionych paznokci, miliony impulsów telefonicz-nych, esemesów, to generalnie wstępny bilans strat po tym, jak europejska deputacja nie wybrała na swojego przewod-niczącego Bronisława Geremka. Skandal jest tym większy, że cudownie sprowadzony ze świata umarłych polityków, wujek Bronek, całkiem serio uwierzył w europejską syne-kurę i z miejsca jął się z nią witać. Co przytomniejsi pukali się w czoło, widząc jak Geremek przebiera nogami do unij-nego stołka, ten jednak niezrażony kolędował po wszystkich klubach, frakcjach i lożach. Głaskał oparcie, sprawdzał czy fotel aby dobrze wyścielany i stabilny, stukał, pocierał, za-glądał od spodu. Jednym słowem zaliczył kompletny odlot.

Ku powszechnemu przerażeniu, pan profesor nagle za-czął uderzać w nacjonalistyczne tony. Zawezwał wszystkich za pośrednictwem Gazety Wyborczej do narodowego, a nie partyjnego głosowania nad jego kandydaturą. Czujecie Pań-stwo, n a r o d o w e g o! Euroentuzjastom grunt momental-nie uciekł spod nóg, a dotychczasowy porządek świata ska-sował im się, jak za stuknięciem klawiatury. Klik i koniec – pusty ekran. Wrażenie pustki było tym większe, że jesz-cze niedawno cała europejska kamaryla, unijne fundacje, Gazeta Wyborcza i Tygodnik Powszechny, przekonywały, że czas odrzucić zaściankowe myślenie i zacząć myśleć unijnie, czyli ponadnarodowo. Afera jest tym większa, że skandalista okazał się nie jakiś tam Larry Flynt czy psycho-terapeuta Andrzej S., lecz niedościgły archeotyp unijnego obstalunku, krynica cnot obywatelskich, człowiek, który jako jedyny polski obywatel dorósł do demokracji - Geremek Bro-nisław. Profesor, wychowawca, mentor, Europejczyk, wujek i powaga naukowa w jednej osobie. Metamorfoza komplet-na czy mimikra doskonała - zapytywały siebie wystraszone salony. I jęły roztrząsać, co też profesor miał na myśli, mó-wiąc o narodowym interesie. A głosy podnosiły się wszela-kie, od kłótliwych i nastroszonych rwetesem, onomatopeja-mi i gestykulacją, po poważne i wyważone, rzec można pa-triarchalne, okraszone dyskretnym uśmiechem dziokondy, zza którego wyzierała wielowiekowa mądrość środowiska. Harmider pewnie trwałby w nieskończoność, gdyby nie gło-sowanie europejskie, które Geremka w sposób definitywny i jednoznaczny wysłało na drzewo, pomimo wzruszającej i monumentalnej laudacji samego zainteresowanego na swo-ją cześć. Po tym afroncie salony odtrąbiły i tak sukces, choć sam zainteresowany na długo pogrążył się w zadumie, spa-cerując po schodach, ni to w dół, ni to w górę, jak ma w zwyczaju.

Aliści przy okazji bitwy o stołek w geremkowe tony u-derzyła cała ferajna, od Kaczyńskich i Tuska poczynając na Borowskim kończąc. Porażona majestatem nazwiska i to-kowaniem światowej prasy, oddała stosowny pokłon Jego Unijności, na bok odkładając żółć i kwasy, jakie ją toczą na wzajemny swój widok. Nic dziwnego, skoro cały świat po kątach szeptał wymownie, w gazetach pisano dostojnie, a w telewizorze wzruszająco pokazywano, jak profesor mija kolejne przeszkody, zdobywa poparcie, lobbuje oraz dekla-suje konkurencje intelektem i pozycją. Nie było wiadomoś-ci, których nie rozpoczynał by Geremek, sunący unijnymi korytarzami, zapatrzony w swoje miejsce w historii, kłania-jący się i odbierający ukłony elit, z ojcowską wyrozumiałoś-cią udzielający wywiadów na prawo, ale głównie na lewo. Najlepszy polski towar eksportowy wszechczasów. Jednym słowem cymes nad cymesy.

Temu podniosłemu historycznemu nastrojowi nie pod-dała się Liga Polskich Rodzin, która jak zawsze wstydu na-robiła niesłychanego, kłapiąc na całą Unię, że interes naro-dowy jakoś jej się z Geremkiem nie kojarzy. Ot, dzicz kudła-ta znaku dziejowego nie dostrzegła. Mało tego, jak gdyby nigdy nic, zawiązała w Parlamencie Europejskim klub Nie-podległość i Demokracja (ND), czym wywołała kompletny amok postępowego świata, który na wieść o tym wstrzymał oddech. Wstrzymanie to było jak najbardziej uzasadnione, bo w powietrzu czuć było spisek. Chodziło oczywiście o skrót „ND" który jakby nie czytać postępowymi oczami, nie-chybnie wskazywał palcem na narodową demokrację. Zna-czy się endecję. A skoro endecję, to – wicie, rozumicie – LPR. Tak oto Liga po raz kolejny wpędziła unijne zastępy w fobie i lęki, całkiem zresztą uzasadnione.

Niestety szczepionki na LPR nie ma. Na nic zdają się kwarantanny i opryski, jakie co rusz serwują jej media. Og-niska choroby pojawiają się wciąż w nowych miejscach, a teraz na dodatek rozwleczone zostaly po całej europejskiej unii. Kordon sanitarny, jaki przed LPR poinstalowały „auto-rytety” na nic się zdał, a głosy zlęknionych Nałęczów, Ro-kitów, Kaczyńskich, Kwaśniewskich, miast złagodzić, jedy-nie zaogniły objawy narodowej gorączki wśród elektoratu. A ta już osiągnęła 16 proc. i cały czas rośnie. I w sposób naturalny, dojść musi do 36,6 proc., by organizm zaczął normalnie funkcjonować. I tyle w najbliższych wyborach jej zupełnie wystarczy. .... Maciej Eckardt

Marek Lubiński, 14 sierpnia 2004 r.

-------------------------------------------------------------------------------------------------



Szczepionka przeciw wściekliźnie
Słowa, którymi władam, powietrzem są tylko, a jednak cieszę nimi słuchających. Taki napis umieścił ktoś w piątym wieku przed Chrystusem na greckiej wazie. Skromność i duma w jednym. Słowa powietrzem są tylko, a jednak... Niestety od tamtych, starożytnych czasów wiele się zmie-niło i kiedy w 15-lecie „Gazety Wyborczej" pan red. Adam Michnik pisze o swoich błędach, wyborach i decyzjach (Pol-ska na zakręcie, „Gazeta" na zakręcie – „GW" z 8 maja), to od razu widać że jego skromność jest znana na całym świe-cie, stąd też samokrytycznie wali się w cudze piersi, aż du-dni, niczym w pustej beczce po śledziach. Ale bo też był po temu najwyższy czas. Na aferze z Rywinem red. Michnik złamał sobie, a w każdym razie zwichnął cały autorytet mo-ralny, więc teraz uwija się jak w ukropie, żeby uratować, co jeszcze jest do uratowania.

Jesteśmy dziś wściekli - stwierdza redaktor naczelny „Gazety Wyborczej" i zastanawia się, dlaczego. Przecież - powiada - jesteśmy świadkami cudu. Cud polegał na tym, że Bóg spełnił wszystkie prośby, zanoszone w modlitwach przed 20 laty, czyli w orwellowskim roku 1984. A prosiliś-my o wolność w miejsce dyktatury, o demokratycznie wy-brany parlament, żeby nie było cenzury, a były otwarte gra-nice i wolny rynek, żeby Polska przestała być państwem satelickim, żeby wyszły z Polski sowieckie wojska, no i żeby Polska wstąpiła do NATO i Unii Europejskiej. I oto dobry Pan Bóg wysłuchał tych nierealistycznych modlitw. Ofiarował Polakom to, o czym marzyli - stwierdza Michnik. Jak na redaktora naczelnego wielkiego dziennika - jest za-dziwiająco mało spostrzegawczy. Prawie tak samo, jak Ste-fan Michnik (brat), w czasach stalinowskich sędzia wojsko-wy, posyłający ludzi na śmierć, bo niewiele rozumiał.



Czy rzeczywiście mamy do czynienia z cudem, czy tyl-ko z jego karykaturą? A więc, czy rzeczywiście mamy wol-ność w miejsce dyktatury? Im więcej dowiadujemy się o „okrągłym stole" i jego kulisach, a przecież najważniejsze-go pewnie nie wiemy, tym więcej podstaw do przypusz-czeń, że zamiast autentycznej wolności politycznej mamy potiomkinowską, fasadową namiastkę: skotłowanemu ludo-wi przedstawia się alternatywę, niczym w ruskiej stołówce; może jeść, albo nie jeść. Redaktor „GW" chyba zdaje so-bie z tego sprawę, bo wychwalając gen. Kiszczaka pisze tak: „sprawował kontrolę nad aparatem bezpieczeństwa i mógł zdecydować o fiasku Okrągłego Stołu, inspirując do-wolne prowokacyjne działania agentury” W DOWOLNYM CZASIE (podkr. S.M.). No, gen. Kiszczak nie miał najmniej-szych powodów do wywracania „okrągłego stołu". To już raczej lęki pana red. Michnika, że mu zdobycze zabrać mo-gą. A co z demokratycznie wybranym parlamentem? Jeśli potraktować poważnie ogłoszony niedawno w „Rzeczpos-politej" raport o agenturalnej podszewce naszej demokracji i naszego parlamentaryzmu, to i tu musimy zarzucić Mich-nikowi brak spostrzegawczości. On zresztą wcale nie taki gapa; on tylko tak udaje. Przecież do dzisiaj nie dowiedzie-liśmy się, co właściwie robił w 1989 i 1990 r. w archiwach MSW, czego szukał, co znalazł, jaki z tego zrobił, czy do dziś robi, użytek. Próba lustracji była dla niego niczym krop-la kwasu na otwartą ranę. Nie potrafię jednak zrozumieć po-lityków, którzy żerując na tej potrzebie (odwetu na ludziach dawnego reżimu – S.M.) rozpoczęli zimną wojnę domową, której rezultatem były żenujące oskarżenia o agenturalność, formułowane wobec dwóch demokratycznie wybranych pre-zydentów i wobec ludzi, którzy przecież dobrze zasłużyli się Polsce. No, nie tylko Polsce. Bułgarii też. Kiedy tamtej-szy prezydent Żelew, dawny dysydent śniadaniowy, zablo-kował lustrację, Michnik specjalnie przyjechał do Sofii, by w tamtejszej telewizji oskarżyć zwolenników ujawnienia a-gentury o neofaszyzm. To już jakiś antylustracyjny interna-cjonalizm! W tych warunkach opowieści o demokratycznie wybranym parlamencie brzmią wyłącznie humorystycznie. Cenzurę powoli się przywraca, nie bez ochotniczego u-działu środowiska „Gazety Wyborczej". Wysiłki te zostały uwieńczone recepcją do polskiego systemu prawnego tzw. europejskiego nakazu aresztowania na podstawie oskarże-nia np. o rasizm lub ksenofobię. Co do granic, to rzeczy-wiście; keine Grenze, w górę ręce, ale fakt; otwarte. Nie da się tego niestety powiedzieć o rynku. Taki on „wolny", jak za Hilarego Minca, którego ideał gospodarczy wymagał doprowadzenia planu do każdego stanowiska pracy. Mó-wienie o „wolnym rynku" w sytuacji, gdy ponad 200 obsza-rów działalności gospodarczej objętych jest ścisłą reglamen-tacją dowodzi naprawdę małej spostrzegawczości. Wyszły z Polski sowieckie wojska? Oj, ale chyba nie wszystkie? Gdyby było inaczej, afera „Olina" byłaby chyba już wyjaś-niona, nieprawdaż? Wiesław Kaczmarek nie wysyłałby też alarmowych SMS-ów do ministra skarbu w sprawie Orlenu. W innych okolicznościach red. Michnikowi może by to nie przeszkadzało, ale kiedy zimny czekista Putin rozbiera w Rosji do naga żydowskich baronów finansowych i nafto-wych, to kierowana przez „Żyda Roku 1991" gazeta bije na alarm. Tak wygląda ten cud w zbliżeniu, więc może le-piej nie mieszać do tego dobrego Pana Boga, kiedy widać, że czynni byli tu raczej szatani.

Zwykli ludzie mogą być na taki widok wściekli, choćby z irytacji na własną naiwność, dzięki której red. Michnik i wspierana przez niego „partia zagranicy", przez co najm-niej 10 lat korzystała z dobrego fartu, kosztem tubylczych „Irokezów". Skąd jednak wściekłość w środowisku? Wpraw-dzie cud szyty grubymi nićmi już się pruje; taki Andrzej Ce-liński, obcujący ongiś z Tadeuszem Mazowieckim, a nawet z samym prof. Geremkiem, teraz musi mlaskać się po Kra-kowie z lesbijkami, ale przecież to i owo się udało. Nie mówię nawet o rozpoczęciu wydawania „GW" bez jednej złotówki, bo komuna też miała swój Peweks i FOZZ, ale np. o tym, że dzisiaj, dzięki Bogu, Kościół przemawia in-nym głosem. Dzisiaj Kościół mówi o pluralizmie, dialogu i tolerancji. To bardzo dobrze. No naturalnie, jakże by ina-czej; najlepiej wytresowani przedstawiciele Kościoła wprost skaczą przed panem redaktorem z gałęzi na gałąź, ale czy to jest powód do wściekłości?

To nie jest powód. Powód jest ten, że pan red. Mich-nik potrzebuje zatrzeć wspomnienie po aferze z Rywinem, która zwichnęła mu autorytet moralny i ze swoją wściekłoś-cią nastręcza się nam do obrony Polski przed rządami ko-alicji złożonej z populizmu, postkomunizmu i post-nacjonal-katolicyzmu. Ten populizm, a nawet postkomunizm można by jeszcze wybaczyć, ale tego post-nacjonal-katolicyzmu - przenigdy! Skorzystamy, czy raczej poradzimy szczepionkę przeciw wściekliźnie? Stanisław Michałkiewicz

publicystyka@naszapolska.pl

-------------------------------------------------------------------------------------------------


1   2   3


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna