Pierwszy rok misjonarzy prowansji



Pobieranie 178.62 Kb.
Strona1/4
Data02.05.2016
Rozmiar178.62 Kb.
  1   2   3   4


O. MICHEL COURVOISIER OMI

EUGENIUSZ

DE MAZENOD
1816-1817

PIERWSZY ROK MISJONARZY PROWANSJI




MARSYLIA, MAJ 2010 R.

25 stycznia 1816 roku w byłym klasztorze karmelitanek o raz pierwszy zebrała się cała piątka. Podpisują prośbę do władz diecezjalnych, prosząc o możliwość zamieszkania we wspólnocie, aby głosić misje w małych miasteczkach i wioskach Prowansji. Byli to Eugeniusz de Mazenod, wybrany na superiora, Jan-Franciszek Deblieu, August Icard, Piotr Mie, Franciszek de Paul Tempier. Trzy tygodnie później czterech Misjonarzy Prowansji rozpoczęło misję w Grans, podczas gdy Tempier pozostał w Aix, aby opiekować się kościołem i młodzieżą.


GRANS – PIERWSZA MISJA
Grans liczyło około 1500 mieszkańców. Ta mieścina znajduje się 30 km na zachód od Aix, niedaleko Salon-de-Provence. Burmistrzem w Grans był wujek Eugeniusza, Roze-Joannis. Ponad dwa lata wcześniej poprosił go, aby w miasteczku wygłosić misję. Ta okolica tego potrzebuje… Sądzę, że można spodziewać się jakiegoś dobra (A. Rey, dz. cyt., t. 1, s. 193). Misja trwała pięć tygodni – od trzeciej niedzieli przez Wielkim Postem do trzeciej niedzieli Wielkiego Postu (11 lutego-17 marca) Dwa listy Eugeniusza do Tempier dają nam wyobrażenie o pierwszej wspólnej pracy Misjonarzy Prowansji (EO I, t, 6, nr 10).
Grans, 24.02.1816 r.
Mój dobry bracie i przyjacielu, absolutnie nie mogę do was pisać. Nie mamy czasu na jedzenie ani nawet na spanie. W tej chwili powinienem być w biurze pacyfikacji; ale musiałem napisać do księdza Guigou (wikariusza kapitulnego). Wysyłam wam ten list otwarty, abyście go przeczytali i dali do przeczytania naszym przyjaciołom. Gdybym wchodził w szczegóły, płakalibyście ze wzruszenia. Wasz brak odczuwam dziesięć razy dziennie. W tym regionie pozbawionym misji religia zupełnie zanikła, a teraz triumfuje. Jeśli umrzemy z tego powodu, nie będę się skarżył. Nasze dzieło jest nieodzowne, a nie będzie mogło się utrzymać, jeśli nie będzie nas dwunastu. Módlcie się więc o powołania. Przez całe życie będę żałował, że nie było was z nami, ale Bóg wynagrodzi wam tę ofiarę.

Tysiączne pozdrowienia dla wszystkich naszych wielkich i małych przyjaciół, myślę o nich codziennie w czasie Najświętszej Ofiary; niech i oni nie zapominają o nas.

Ściskam was z całego mego serca jak ukochanego brata, którym naprawdę jesteście. Zegnaj, żegnaj.

P.S. My misjonarze mamy jedno serce, jedną duszę i jedną myśl. To godne podziwu! Nasze pociechy są takie jak nasze zmęczenie – niezrównane.
Grans, 11.02.1816 r.
…w pełnym zjednoczeniu z naszym drogim i dobrym bratem Tempier mimo ofiary, jaką składamy, przesuwając o osiem dni wyjazd na spotkanie z nim i to zupełnie wbrew naszej chęci. Sumienie jednak nie pozwala nam pozostawić naszej pracy nieukończonej. Gdybyśmy skończyli w ustalonym dniu, zawiedlibyśmy ogromną liczbę osób. Ze względu na tych ludzi przedłużamy nasze prace aż do trzeciej niedzieli Wielkiego Postu. Powiedzcie naszym przyjaciołom, że to opóźnienie dokucza mi tak samo, a nawet bardziej niż im. Jednak, na miłość boską, niech mi nie sprawiają bólu zmniejszeniem gorliwości w stosunku do tej, którą prezentowali wówczas, gdy ich opuszczałem…

Dobro kroczy swoją drogą, bluźnierstwo zostało wykorzenione z tego miejsca. Mieszkańcy nie wiedzą, jak dokonał się ten cud, bo nie było regionu, w którym jego panowanie byłoby równie silne.

Jeśli chodzi o nas, to spowiadamy bez końca. Spowiedzią zastępujemy wszystko. To nasza modlitwa, przygotowanie, dziękczynienie i nasze wszystko w dzień i w nocy. Pewnego dnia jutrznię mogłem odmówić dopiero o szóstej wieczorem. Jeśli nie modlicie się za nas, to jesteśmy w kiepskiej sytuacji. Wyjedziemy dopiero w przyszły poniedziałek.

Mam nadzieję, że dobry Bóg policzy nam ofiarę, jaką składamy na Jego chwałę i na największe dobro

Kilka tygodni później, 1 maja, Eugeniusz swemu ojcu opisał całkowity sukces misji (EO I, t. 13, s. 15-16): Nasza pierwsza próba była w Pignans. Tam dokonały się cuda, nie byłem tam, ale miałem radość być na czele misji w Grans. Nigdy nie widziałem cudów, nie mogę więcej o nich powiedzieć. To był porzucony lud, całkowicie opuszczony. Wiara w nim wygasła. Boga znano jedynie po to, aby w najobrzydliwszy sposób bluźnić Jego świętemu imieniu i to zarówno mężczyźni a także kobiety i dzieci. Nie trzeba podkreślać, że nikt nie przystępował do komunii wielkanocnej. Proboszcz wyspowiadał dwóch mężczyzn, nawet kobiety i dziewczęta wzięły ich stronę i wnet można było zamknąć kościół, tak bardzo rzadko do niego uczęszczano; połowa mieszkańców nie była w nim od 25 lat. Cóż więcej wam powiem? Wszystko, co moglibyście sobie wyobrazić.



A zatem misja wszystko zmieniła; począwszy do pierwszego tygodnia, bluźnierstwo całkowicie zostało wykorzenione, tak że mieszkańcy przybyszom z Salons, którzy przejeżdżali przez Grans i ciągle wypowiadali bluźnierstwa, dali do zrozumienia, że podobnie jak oni powinni porzucić ten okropny zwyczaj lub wybrać inną drogę, jeśli nie chcą zostać pokarani za ich bezczelność. Nazajutrz po naszym przybyciu we czterech zasiedliśmy do konfesjonałów; siedzieliśmy od trzeciej rano i powiem wam o tym dlatego, że doszło do tego, że pozostaliśmy w nich przez następnych 28 godzin. 28 godzin – trzeba, abym powtórzył, abyście nie myśleli, że napisałem tak przez pomyłkę. Gdy chodzi o szczegóły, co działo się podczas misji, nie można rościć sobie, aby to opisać. Przejmujące zimno nie stanęło na przeszkodzie, aby kościół był wypełniony już od trzeciej nad ranem. Trzy godziny ćwiczeń nie zaspokoiły pragnień mieszkańców; spieszyli się, aby wieczorem po powrocie z pól zając miejsce

40 lat później w swoim dzienniku z 5 września 1857 roku (EO I, t. 22, s. 121) Eugeniusz nadal odczuwa potrzebę, aby przypomnieć o cudach, jakie dzięki łasce bożej dokonały się w Grans.


ZNACZENIE SPOWIEDZI
Przebieg tej, jak i kolejnych misji, zasługiwałby na szczegółowe refleksje. Jest wiele opracowań, które wykraczają poza ramy tego artykułu. Już jeden punkt może zostać podkreślony: czas przeznaczony na spowiadanie – 28 godzin. Często będzie tak samo.

Jak sama nazwa wskazuje, pomijamy prawie wszystko o sposobie sprawowania tego sakramentu. Można pomyśleć, że prosili o wszystkie możliwe pozwolenia, zwłaszcza dla penitentów, którzy ponad 25 lat nie byli u spowiedzi. Uwagę zwracali przede wszystkim na prawdziwą skruchę i mocne postanowienie poprawy. W tym czasie ważne miejsce w przepowiadaniu zajmował grzech i kary piekielne. Wydaje się, że zanim udzielono rozgrzeszenia, przeważnie proszono penitentów, aby wielokrotnie przystępowali do spowiedzi. Z tego powodu dość często Misjonarzom Prowansji zarzucano ich zbyt wielką pobłażliwość a nawet laksyzm, biorąc pod uwagę, że byli przywiązani do teologii Alfonsa Liguori, bardzo kontestowanego przez prądy jansenistyczne.

W pierwszych Konstytucjach i Regułach Misjonarzy Prowansji z 1818 roku znajdujemy klucz do lektury (Missions 1951, s. 36-38): Głosi się jedynie po to, aby sprowadzić grzeszników do brzegów sadzawki… Nie ma żadnej wątpliwości, że w sytuacji wymagającej wyboru, posłudze spowiadania należy przyznać pierwszeństwo nawet nad posługą słowa, ponieważ w konfesjonale poprzez szczegółowe wskazówki, jakich udziela się penitentowi, można uzupełnić braki przepowiadania… Jeśli łaska poruszyła duszę mocą słowa Bożego, to urabia ją i usprawiedliwia jedynie w konfesjonale. Po odwiedzinach w domach, których celem było zaproszenie na misję, i po odwiedzinach chorych, każda osoba w sakramencie pojednania mogła doświadczyć spotkania swej osobistej historii z Ewangelią. Rozumiemy, że to wymagało poświęcenia czasu.
W AIX
Biskup de Mazenod dodaje, że w tym czasie ojciec Tempier pozostał w Aix (EO I, t. 22, s. 122): Z pewnością nie po to, aby tam się lenić. Trzeba było zapewnić posługę w kościele, gdzie codziennie wieczorem wprowadziłem modlitwy dla wszystkich wiernych. Przed lub po modlitwie zawsze był temat do medytacji. Codziennie wielu młodych (ponad 300) z mego stowarzyszenia gromadziło się w chórze lub bawiło się razem w sali domu. W niedzielę uczestniczyli we mszy, podczas której wygłaszano dla nich kazanie. Po południu lub przed nieszporami organizowano dla nich lekcje katechizmu, co nie przeszkadzało, aby wygłosić kazanie dla ludzi. Wprowadziłem także zwyczaj, aby młodym członkom stowarzyszenia towarzyszyć w moim Enclos, u bram miasta, aby tam z całkowitą swoboda bawili się. Trzeba było także oczywiście spowiadać tę małą trzódkę… pracy było naprawdę wiele.

W Aix, wyjaśnia Rey, (tenże, dz. cyt., t. 1, s. 194) ojciec Tempier bardzo dużo pracował i pod jego aktywnym nadzorem całkowicie odnowiony chór mógł przyjąć wiernych i służyć za publiczną kaplicę. 24 lutego po raz pierwszy uroczyście odprawiono w nim czterdziestogodzinną adorację, a napływ pobożnych osób pokazywał, że dobro dokonałoby się w łatwiejszy sposób, gdyby do publicznego użytku oddany był kościół, na co nie trzeba będzie długo czekać.

Misja w Grans skończyła się 17 marca, w trzecią niedzielę Wielkiego Postu. Zamiarem małego Stowarzyszenia było głoszenie misji w Prowansji, aby ożywić wiarę, ale także życie wspólnotowe. Pomiędzy misjami misjonarze we wspólnocie będą się starali zdobyć cnoty i wiedzę właściwą dobremu misjonarzowi (EO I, t. 13, s. 13). W ten sposób wyrażono się w prośbie do władz diecezjalnych. Bardzo chcielibyśmy poznać, jak pięciu księży diecezjalnych przeżyło pierwsze miesiące we wspólnocie. Trzej młodzi – Eugeniusz de Mazenod, Deblieu i Tempier niedawno ukończyli seminarium. 25 lat wcześniej rewolucja zmusiła ojca Mie do przerwania seminarium, a jego zaangażowanie w życie wspólnotowe, jak się wydaje, ciągle było bardzo oryginalne. W przypadku Maunier wszystko było jeszcze prostsze, ponieważ nigdy nie był w seminarium, a jego formacja odbywała się potajemnie i na miejscu. Dla małej i początkującej grupy nieuzasadnione byłoby zatem wprowadzenie zasad życia zakonnego. Pierwsi biografowie są bardzo powściągliwi w tej dziedzinie. Trzeba zatem zadowolić się kilkoma krótkimi wzmiankami.

Niegodny Icard został wydalony zaraz po powrocie z naszej pierwszej misji – napisał w swych wspomnieniach Eugeniusz de Mazenod (T. Rambert, dz. cyt., t. 1, s. 187). Nieco precyzyjniej wyraża się w księdze przyjęć do nowicjatu: Poważniejsze racje zmuszają mnie, aby niedługo potem dać mu do zrozumienia, że nie powinien się jednak już więcej uważać za członka naszego Stowarzyszenia, które uznało go za nieodpowiedniego dla siebie. Zatem natychmiast wystąpił i nie będzie już mógł doń powrócić (Missions 1952, s. 10).

Gdy chodzi o Maunier, w oparciu o tę samą księgę (pamiętamy o tym, że zaczęto ją prowadzić w 18120 roku), w marcu opuści wikariat przy parafii Trójcy Świętej w Marsylii, aby przyłączyć się do małej wspólnoty. Oto jego prośba:



Maunier, 15 marca 1816 r.

Ja, Emmanuel-Fréjus Maunier, kapłan zamieszkały w Marsylii, mając szczerą wolę przyłączenia się do Stowarzyszenia Misjonarzy Prowansji, 18 marca 1816 roku udałem się do Aix z zamiarem życia pod ścisłym przestrzeganiem świętych Reguł jego Instytutu i w tym dniu rozpocząłem mój nowicjat.

Sporządzono w Aix, 23 sierpnia 1820 roku, Maunier, kapłan-misjonarz.

Ksiądz, Superior Generalny, pozwolił księdzu Emmanuel-Fréjus Maunier, kapłanowi, aby 15 marca 1816 roku wstąpił do nowicjatu. Podpisany Tempier.

Nie znajdujemy wytłumaczenia na nieznaczne rozbieżności dat.

Gdy chodzi o ojca Mie, to w oparciu o Historyczny Słownik Oblacki, ostatecznie wstąpił do wspólnoty dopiero przy okazji Kapituły Generalnej i dorocznych rekolekcji w 1818 roku. Jeancard napisał: Przyłączył się do gorliwości Założyciela i jego pozostałych współbraci i wraz z nimi przebywał na wielu misjach. Zimą będzie przemierzał wioski Prowansji, pracując na bożej niwie, a latem, gdy misje nie odbywały się, w Salon nadal pełnił swą posługę jako wikariusz w parafii (Missions 1866, s. 442).

W niewielkiej książeczce ojca L’Hermite o ojcu Courtès znajduje się następująca informacja: Dobra kobieta, Teresa Bonneau, która w tym momencie Aix (1868) dożywa długiej i chrześcijańskiej starości, troskę o pensjonat przekazała misjonarzom. Lubi opowiadać o zapale i surowości pierwszych dni. Od księdza de Mazenod otrzymała skromną zapłatę stu franków; styl życia, jak mówią kroniki, nie wyróżniał się niczym komfortowym, a Teresa często rozczulała się nad ubogą codziennością wspólnoty, bazowała na wyrobach swej kądzieli, aby dodać do kolacji tych umartwionych mężów, którym służyła, jak sama mówiła, nigdy im o tym nie mówiąc.

Pierwsi biografowie wiele uwagi przywiązują do Wielkiego Czwartku, 11 kwietnia 1816 roku. W Wielki Czwartek ojciec Tempier i ja…, obaj znajdując się za rusztowaniem pięknego ołtarza, który wznieśliśmy na głównym ołtarzu kościoła misji, w nocy tego świętego dnia z niewypowiedzianą radością złożyliśmy nasze śluby (Wspomnienia, T. Rambert., dz. cyt., t. 1, s. 187). Rambert i Rey zdają się w tym upatrywać początków życia zakonnego u Misjonarzy Prowansji. Leflon, w przypisie (tenże, dz. cyt., t. 2, s. 50) cytuje Jeancard, który powściągliwiej wyjaśnia, że obaj misjonarze złożyli wobec siebie ofiarę z ich własnej woli poprzez ślub wzajemnego posłuszeństwa (Mélanges historiques, s. 104). Leflon dodaje, że to Jeancard jest najbliższy prawdzie, ponieważ ślub ubóstwa wprowadzono dopiero w 1818 roku. Wydaje się, że ślub wzajemnego posłuszeństwa był pożądany od pierwszej wymiany korespondencji. Jednak obaj przyjaciele nadali mu święty, ale całkowicie prywatny charakter. Rozwój relacji ukaże zarówno siłę tego węzła i jego znaczenie dla historii Zgromadzenia. Na temat pozostałych Eugeniusz pisze: Księdza Deblieu nie uważałem za tak otwartego na to dobre natchnienie…; nie wiem, gdzie w tej chwili przebywał dobry ojciec Mye, najprawdopodobniej gdzieś na misji, ponieważ on ciągle potrzebował działać (T. Rambert., dz. cyt., t. 1, s. 187).

W czasie misji w Grans Tempier zapewniał obsługę kaplicy w Aix. Od 21 listopada 1815 roku i poświęcenia miejsc przez wikariusza generalnego księdza Beylot (zob. EO I, t. 16, s. 175) nabożeństwa odbywały się w dawnym chórze karmelitanek. Rey napisał (A. Rey, dz. cyt., t. 1, s. 194), że gdy chodzi o kościół, wikariusze generalni udzielili wyraźnego pozwolenia zanim jeszcze zostało sformułowane w kanonicznym dokumencie erygującym wspólnotę. Prace dostosowawcze posuwały się w takim tempie, że 7 kwietnia 1816 roku, w Niedzielę Palmową, został poświęcony były kościół karmelitanek, dzięki czemu przywrócono go dla kultu, zmazując brudy i profanacje czasu świętokradztwa. Nazwa Kościół Misji zostanie mu przyznana przez wiernych. Rambert (tenże, dz. cyt., t. 1, s. 184) cytuje Tempier: Niewątpliwie, jeszcze prawie wszystko, gdy chodzi o wewnętrzny wystój i wyposażenie budowli, pozostaje do wykonania; ale mając na uwadze pierwotne zniszczenie, wykonano wiele najpilniejszych prac i doprowadzono go do takiego stanu, aby móc w nim sprawować święty kult.

Posiadamy niewiele informacji o Stowarzyszeniu Młodzieży z tego okresu. Eugeniusz przestał prowadzić Dziennik, co spowoduje 28. miesięczna przerwę (EO I, t. 16, s. 176). Wszystko pozwala sądzić, że Eugeniusz podjął się prowadzenia go po powrocie z misji w Grans. Wśród nowo przyjętych należy wymienić nazwiska Jana Chrzciciela Honorat, przyszłego pioniera misji w Kanadzie, który wówczas miał zaledwie 17 lat. Młodzi, zarówno członkowie stowarzyszenia, jak i nowicjusze, zajmowali ważne miejsce w życiu małego Stowarzyszenia.
WIOSNA 1816 ROKU
Forbin-Janson, i niewątpliwie ksiądz Rauzan, w 1816 roku zwrócili się z prośbą o włączenie się Misjonarzy Prowansji w misję w Marsylii. Ojciec de Mazenod usprawiedliwiał się: Muszę cię uprzedzić, abyś nie liczył na nas podczas misji w Marsylii. Misjonarze tego nie chcą, a ja nie mam takiej możliwości. Nigdy nie miałem czasu, aby cokolwiek napisać, nie mam więc żadnego kazania… (List do Forbin-Janson, 19 grudnia 1815 roku, EO I, t. 6, nr ). Wiadomo jednak, że Eugeniusz de Mazenod w Poniedziałek Wielkanocny wygłosił kazanie podczas ustawienia krzyża przy kościele świętego Marcina (zob. Aneks nr 1).

List Eugeniusza, który napisał do swego ojca 1 maja, ukazuje nam stan jego ducha:



Aby wam powiedzieć o nas, trzeba byłoby mieć więcej czasu, którego nie mam, ponieważ trzeba byłoby wam długo mówić… W mgnieniu oka założyć stowarzyszenie, spojrzeć na zasady, aby się zebrać pomimo przeszkód, które po ludzku wydawały się nie do pokonania, spotkać ludzi oddanych dla Bożego dzieła, jakkolwiek tysiąc racji, słusznych na pozór, powinno ich od tego odciągać, ci ludzie, spośród których jestem najstarszy, wydali owoce zbawienia, które do tego stopnia były zdumiewające, że do milczenia zmusiły oszczerstwa. To wszystko, zanim przekonano się, że projekt, który ledwie co zaczął się rozwijać, był realny: to cuda, których jesteśmy świadkami i narzędziami…

Oto, co napisał o misjach z Pignans i z Grans, o których była już mowa. Chciałbym, abyście spotkali się z Misjonarzami Najświętszego Zbawiciela i poprosili ich o przekazanie mi ich Konstytucji i Reguł, dzieła ich świętego Założyciela, a jeśli to możliwe, jego żywota i jego relikwii, przynajmniej dość dużego grawerunku, który moglibyśmy umieścić w sali wspólnoty, czekając aż będziemy mogli go umieścić w naszym kościele. Dokładnie przestudiowałem jego dzieła, obraliśmy go za jednego z naszych patronów; chcemy podążać po jego śladach i naśladować jego cnoty. Poproście i wyślijcie mi wiele szczegółów o tych dobrych Ojcach, którzy są jego uczniami i usilnie ich błagajcie, aby modlili się do dobrego Boga za nas, którzy tak bardzo potrzebujemy, aby nas wspomógł pośród trudów i przeszkód, na jakie napotykamy… Mam część jego pism, między innymi jego teologię moralną, którą bardzo lubię, którą przestudiowałem zwłaszcza wtedy, kiedy miałem czas na studiowanie, bowiem od teraz nie mogę czynić nic innego jak tylko działać, to wbrew mojemu upodobaniu, ale ponieważ dobry Bóg tego wymaga, trzeba, abym tak czynił.

Wydaje się, że po raz pierwszy Eugeniusz jasno wyraża się o swym związku i odniesieniu jego towarzyszy do Alfonsa Liguori. Chcielibyśmy kroczyć po jego śladach i naśladować jego cnoty. Powiedział, że szczegółowo przestudiował jego teologię moralną i bardzo ją lubi. Alfons Liguori zmarł w 1787 roku. Jego beatyfikacja była zaplanowana na 1807 rok, ale opóźniła się z powodu uwięzienia papieża i odbyła się dopiero we wrześniu 1816 roku.

Tymczasem jesteśmy zdziwieni, że Eugeniusz nazywa siebie najstarszym w małym Stowarzyszeniu. Mie był straszy od niego o 14 lat, a Maunier o 13. Czy uważał ich za niewystarczająco zaangażowanych lub niepewnych? Ich prośba o przyjęcie do nowicjatu nie zawiera wzmianki aż do śmierci, w przeciwieństwie do Eugeniusza de Mazenod, Tempier i Deblieu.

13 maja na mocy aktu notarialnego pani de Gontier, po mężu Pascal, oświadcza od dziś zostawić użytkowanie części klasztoru, jaką sobie zastrzegła… i obiecuje sfinalizować przeprowadzkę w ciągu tego tygodnia. Akt precyzuje warunki finansowe i terminy płatności. Odtąd małe Stowarzyszenie może czuć się naprawdę u siebie. Więcej, teraz ma pomieszczenia, które pozwolą na przyjęcie młodych, którzy zechcą do niego się przyłączyć. Dwóch zgłosiło się już w kwietniu: Carles i Bausset. Będziemy o nich mówić.

W lutym ojciec Eugeniusza napisał, że po długiej przerwie w korzystaniu z sakramentów, wyspowiadał się i w ten sposób mógł znów przystąpić do komunii. Bóg w końcu zmiłował się nade mną i udzielił mi łaski, aby mnie wyrwać z królestwa demona. Eugeniusz, pisząc do niego 8 lipca, zaklina go, aby często, a nawet bardzo często, spowiadał sięNaczynie nad wyraz brudne, w którym od dawna gromadził się osad, przyległ do ścianek, po obmyciu, musi wielokrotnie być płukane…



W tym samym liście (EO I, t. 15, s. 151-153) mówi o nadmiarze pracy: W chwili obecnej nie mogę uczynić nic innego, jak tylko działać, to naprawdę wbrew memu gustowi. Ale ponieważ dobry Bóg wymaga tego, trzeba, abym się podporządkował. Zaczynam normalnie o piątej rano i kończę o dziesiątej wieczorem, niekiedy jest już jedenasta. Jestem szczęśliwy, gdy pozwala mi się na odmówienie tak jak trzeba mego oficjum! Nie może być inaczej, poza tym, kogo to obchodzi? Oby tylko Bóg był uwielbiony, aby dokonało się dobro, to wszystko, czego możemy pragnąć. Tylko po to jesteśmy na ziemi. Cóż za szczęście służyć Mistrzowi, który wszystko bierze pod uwagę! Cóż za szaleństwo marzyć o czym innym, jak o tym, co się Jemu podoba!
LIST DO FORBIN-JANSON: FUZJA DWÓCH STOWARZYSZEŃ?
Najprawdopodobniej na lipiec można datować długi list do Forbin-Jansosn (EO I, t. 6, nr 13), w całości zamieszczony w Missions 1962, s. 357-362. Powiedziawszy o nadmiarze pracy, Eugeniusz, pomimo swych chęci napisał, że niemożliwe jest, aby małe Stowarzyszenie przyłączyło się do Misjonarzy Francji. Problemem jest również opozycja ze strony części duchowieństwa Aix.

Mój drogi przyjacielu, chcę nieco się usprawiedliwić, że napisałem do ciebie w pośpiechu, ponieważ czuję, że cię obraziłem. Gdybym mógł jak najszybciej odpowiedzieć na twój dobry, serdeczny i poruszający list z 22 czerwca, napisałbym go zupełnie w tym samym stylu; miałbym nawet pewną przewagę nad tobą, ale uważam, że kontynuowanie mego milczenia sprawia, że sprawa jest niewłaściwa i przegrana przed zupełnie innym trybunałem niż trybunał twego serca. Nie sądź bynajmniej, że twe ostatnie wyrzuty sprawiły mi przykrość. Z góry wiedziałem, że na nie zasłużyłem, i nie było ani jednego dnia, w którym wielokrotnie nie brałbym tego na siebie… Ostatnie słowo, nie mogę podołać z moimi pracami. Ciężar jest tak ogromny, że od czasu do czas przeraża mnie, tymczasem jednak całkowicie mnie przygniata. Nie napisałem do ciebie, ponieważ odkładałem to do czasu, o którym myślałem, że wnet nadejdzie, gdy tylko dla siebie, całkowicie do swej dyspozycji miałbym godzinę … Ta chwila nigdy nie nadeszła. Dziś powziąłem środki ostrożności. Pomimo tego, w międzyczasie tej pożałowania godnej strony, którą dopiero co napisałem, trzeba było, abym zajął się sprawami wielu osób i napisał trzy listy. Gdybym ci powiedział o wszystkim, co normalnie muszę zrobić, byłbyś tym przerażony. Myśl, że w ciągu dnia mam do zrobienia 20 rzeczy więcej niż mogę, zabija mnie i w każde moje działanie wprowadza mimowolne wewnętrzne wzburzenie, które przepala mi krew. Uważam, że to jeden z głównych powodów pogorszenia mego zdrowia. Wyobraź sobie, że uważam, że mogę tylko wypić herbatkę wzmacniającą. Ale zbyt wiele mówię o mej nędznej osobie.

Pomówmy raczej o was, bowiem uczyniliście tyle pięknych rzeczy dla bożej chwały. Nic z tego, o czym mnie poinformowałeś, nie nadeszło. Nie dysponuję już twoją wersją tylko księdza Rauzan. Wszystkiego, co wiem, dowiedziałem się z prasy i z listu, który ksiądz Lieutard przekazał jednemu z naszych przyjaciół.

Nie wyobrażaj sobie, że nie zwracam uwagi na powtarzane przez ciebie propozycje dotyczące połączenia naszych domów. Wprost przeciwnie: rozmawiałem o tym zarówno z wikariuszami generalnymi, jak i z naszymi księżmi. Pierwsi wciąż powtarzali, że to zjednoczenie nie byłoby korzystne dla diecezji. Moi współbracia podzielają tę opinię. Bardziej pociąga ich – a w tym się z nimi zgadzam – ewangelizowanie ubogich w wioskach niż mieszkańców miast. Ich potrzeby są bez porównania większe, a owoce naszego posługiwania im pewniejsze. Ja jednak, który chciałem pozbyć się takiego sposobu bycia przełożonym, jakie narzuciły mi okoliczności, nie pragnąłbym bardziej niczego niż to połączenie i gdybym poszedł za tym, co mnie pociąga, zamknąłbym się w samotności. Ale teraz nie powinienem o tym myśleć. Opatrzność chce, abym wszystko tutaj wprawił w ruch. Trzeba nie tylko walczyć z piekłem. Należy także bronić się przed zazdrością i wszelkimi innymi małymi słabościami nurtującymi niektórych kapłanów. Są oni pożałowania godni, ponieważ opinia społeczności już ich osądziła i nie jest to ocena pozytywna. Ponieważ na szczęście nie mieli wiele do powiedzenia przeciwko misjonarzom, zaatakowali same misje z hipokryzją, która zwiodłaby wielu, gdybyśmy pozwolili im mówić. Pewien proboszcz nawet z urzędu napisał sylogistyczny list do jednego z naszych księży, aby mu dowieść, że skompromitował swoje sumienie, pozostawiając posługę parafialną, aby zostać misjonarzem. To ciekawy dokument, którym uraczyłbym cię, gdyby ten, kto go otrzymał, był teraz w pobliżu. Nie ma wśród nas nikogo, kto by nie był tym zaszokowany. Powiem ci nawet w zaufaniu, że sprzyja nam tylko jeden wikariusz generalny (Guigou). Drugi (Beylot ?) zasypuje mnie komplementami, ale gdyby nie musiał zależeć od kogoś, kto ma nieskończenie więcej zasług niż on, zabroniłby nam działać, a nawet zdusiłby nas w zarodku. Mały intrygant, którego niemal z dobroci, niemal z cnoty, ci poleciłem, jest naszym zażartym, chociaż ze względu na mnie skrytym wrogiem – nie ośmiela się mnie atakować wprost. Tym wszystkim ludziom odpowiadamy jedynie przez wykonywanie możliwie jak największego dobra, ale to naprawdę żałosne.

Powróćmy do sprawy zjednoczenia. Pragnę go, ale nie sądzę, aby dało się je przeprowadzić właśnie teraz, ponieważ byłoby nie po myśli ani wikariuszy, ani samych misjonarzy. Nie wolno jednak zapomnieć o tej sprawie: jedni i drudzy musieliby zostać uznani przez urząd i upoważnienia do otrzymywania zapisów. Niedawno zmarł człowiek, który pozostawił nam cztery tysiące franków, lecz z ich otrzymaniem będziemy mieli sporo kłopotu. Dziwię się, że nie jesteście bardziej zaawansowani. Nasz dom będzie wciąż bardzo piękną fundacją o wielkim znaczeniu dla całej Prowansji. Spodziewam się zatem, że przyszły arcybiskup będzie się nią opiekował, ale trudność z zapewnieniem jej obsady powinna być argumentem za wydaniem zgody na połączenie jej z wami. Ten sam powód będzie mógł przekonać naszych misjonarzy, którzy opierają się, aby nie widzieć w tym żadnej korzyści dla nas ani dla stworzonego przez nas dzieła. Skłonienie ich do zmiany poglądu nie będzie niemożliwe, jeżeli potrafimy podać im słuszne powody. Na razie chcą pracować jedynie w wioskach i nie zamierzają opuszczać Prowansji: jeden z nich, ze względu na rodzinę, drugi z powodu słabego zdrowia, inny z powodu nieprzezwyciężalnej niechęci, a jeszcze inny dlatego, że wszędzie poza swoim regionem czułby się nie na miejscu. W sumie jest nas pięciu. Jest to liczba tak niewystarczająca do wypełnienia naszego zadania, że na pewno nie wytrzymamy, a zwłaszcza ja, dla którego czas nieprzebywania na misji nie jest czasem wypoczynku. Cierpliwości! Skoro ginę sam…

Po raz setny zabieram się do listu. Gdybym go zaczął sześć miesięcy wcześniej, byłby skończony zanim zaczniesz się skarżyć; ale nie mówmy już o tym. Pytasz mnie, czy możemy przeprowadzić z wami misje w Arles i w Tulonie. Zaproponowałem to naszej małej wspólnocie, która sądzi, że to niemożliwe. Najpierw dlatego, że odmówiliśmy dwom proboszczom z Marsylii przeprowadzenie misji u nich, podając im jako powód, że postanowiliśmy rozpocząć od wiosek. Po drugie dlatego, że po obietnicy udania się do Martigues, wycofaliśmy się z niej, motywując to częściowo tym powodem i częściowo naszą małą liczbą. Po trzecie dlatego, że przesunęliśmy na później misję w Brignoles, o którą również nas proszono. Dlatego wreszcie, że przez cały czas głoszenia misji angażowaliśmy się w wioskach. Ze względu na szczególne okoliczności rozpoczniemy nawet wcześniej, bo na tereny wiejskie udamy się 1 września. Może będziemy głosić kazania pod ziemią. Oby Bóg sprawił, żebyśmy mogli być słyszani aż w piekle. Nie żartuję, mówiąc, że będziemy głosić kazania pod ziemią, bo pierwszą misję będziemy mieli w regionie zamieszkałym tylko przez górników, którzy życie spędzają w kopalniach węgla. Liczę się z tym, że będziemy ich musieli czyścić z brudu, żeby im ukazać światło jaśniejsze od słońca, które będzie ich mniej oślepiać
  1   2   3   4


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna