Pisma duchowe



Pobieranie 1.85 Mb.
Strona1/20
Data04.05.2016
Rozmiar1.85 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   20
ŚWIĘTY EUGENIUSZ DE MAZENOD
(1782-1861)

Kolekcja Pisma oblackie I, 15

PISMA DUCHOWE

(1812-1861)


POLSKA PROWINCJA MISJONARZY OBLATÓW MARYI NIEPOKALANEJ



POZNAŃ 2013

Z francuskiego tłumaczył

o. Roman Tyczyński OMI
Copyright polskiego tłumaczenia:

Polska Prowincja Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej

KOREKTA: KATARZYNA BUŁCZYŃSKA

ISBN 978-83-921781-4-9 (całość)

ISBN 978-83-63775-01-8 (t. 15)

DRUK: TOTEM, 88-100 INOWROCŁAW, UL. JACEWSKA 89




Eugeniusz de Mazenod,
Superior Misjonarzy Prowansji.




  1. O częstej komunii świętej1.

Obowiązki, jakie nakłada na niego częste przyjmowanie Ciała i Krwi Jezusa Chrystusa.

[1812]2 r.

Częste przyjmowanie Ciała i Krwi Jezusa Chrystusa nakłada na mnie obowiązek:


  1. życia w skupieniu, przez co rozumiem wewnętrzne całkowi­te skupienie na Oblubieńcu mojej duszy, który raczył w niej uczynić dla siebie trwałe mieszkanie;

  2. częstego powracania w pamięci do olbrzymich grzechów mo­jego wcześniejszego życia, aby coraz bardziej się z nich oczyszczać, coraz bardziej je znienawidzić i poprzez pokutę to wynaturzenie ofia­rować Jezusowi Chrystusowi, aby On je całkowicie zniszczył, aby je bezpowrotnie pochłonął żar jego boskiej miłości, której siedzibą jest Jego godne miłości serce;

  3. skrupulatnego unikania wszelkiego rodzaju dobrowolnej winy, nawet jeśli byłaby mała, ona bowiem także zasmuca mojego Boga, umiłowanego mego serca, który we mnie i dla mnie uczynił tak wielkie rzeczy; niezadowalania się wypełnianiem podstawowych i ciągle ważnych obowiązków mego stanu, ale radosnego praktyko-

wania wszelkich cnót i pokuty, które mogą mi pomóc w podążaniu ku doskonałości, od której tak bardzo się oddaliłem. Jednym słowem, muszę zmierzać ku doskonałości, która powinna stać się moją natu­rą. Muszę żyć w przekonaniu, że jakiekolwiek działania, praktyki, nawet małe, błahe, bezwartościowe, infantylne i zwyczajne, będą przydatne na drodze ku Bogu. Nie powinienem postrzegać tego jako czegoś, co jest niegodne mnie, wręcz przeciwnie, potraktować to jako środek, jaki boska i ojcowska Opatrzność mojego Boga daje mi, abym wyszedł z mego stanu letniości, i pomaga wzbić się ku Niemu.

I cóż! Do mojego serca przyjmę niepokalanego Baranka, tę Ofia­rę, która została złożona dla mnie, którą On poprzez nadmiar miłości zechciał z góry zapłacić za wszystkie niewypowiedziane udręki śmierci wiecznej, na którą tak często zasługiwałem. Przyjmę Go, aby Go obarczyć zniewagą i poniżeniem, będę uważał się za wolnego względem niej od wszystkiego. Jemu powinienem oddać cześć, chwałę, miłość i wdzięczność, ponieważ w ten sposób uniknę zada­nia mu ostatniego ciosu, krzyżując go na nowo. Och! Mój godny miłości Zbawicielu, godny miłości i upodobania Twego niebieskiego Ojca, przed Tobą w uniżeniu swej nicości padają na twarz niezliczo­ne zastępy duchów anielskich, Ty...



  1. [Postanowienia kierownika duchowego w Seminarium Świętego Sulpicjusza]3.

Eugeniusz jako dyrektor pozostanie jeszcze w seminarium. Postano­wienia, aby jego przykład „przemawiał jeszcze bardziej niż słowa”.

[Styczeń 1812]4 r.

Ponieważ wolą Pana jest to, abym jeszcze w tym roku przeby­wał w seminarium i pomógł w tym domu zaprowadzić ducha poboż­ności, o którego z troską zabiegali nasi ojcowie, podporządkuję się temu, czego wymaga ode mnie Opatrzność. Aby posłannictwo, do którego Ona mnie przeznaczyła, przyniosło owoce, będę starał się żyć w taki sposób, aby mój przykład przemawiał jeszcze bardziej niż słowa i pouczenia.

W tym celu będę się starał z Bożą pomocą odnowić się w duchu kapłaństwa. Rozpocznę od przekonywania siebie, że kapłaństwo jest stanem doskonałości. Od tych, którzy mają szczęście być nim przy­obleczeni, wymaga skrupulatnej wierności najdelikatniejszym na­tchnieniom Ducha Świętego, najwyższej odrazy do grzechu, nieza­leżnie od tego, jak lekki mógłby się wydawać, wielkiej czystości serca i intencji, szukając we wszystkim tylko Boga, Jego chwały, zbawienia dusz i naszego postępu na drogach doskonałości.

Nie zaniedbam żadnego ze środków, jaki proponują nam kierow­nicy życia duchowego, aby dojść do jedynego celu, do którego po­winienem dążyć.

Dlatego podejmę postanowienie, aby jak najdokładniej wypeł­niać wszystkie obowiązki: 1) jako kapłan, 2) jako dyrektor, ponie­waż mam objąć urząd.

Jako kapłan mam ćwiczenia pobożne, mam obowiązek studio­wania, i z tą samą dokładnością muszę wypełnić także różne inne po­winności.

Moje ćwiczenia duchowne to: 1) oracja, 2) msza święta, 3) bre­wiarz, lektura duchowa, rachunek sumienia, modlitwa, wszystko w Bożej obecności.



  1. Mając świadomość, że niedoskonałość moich oracji bierze się z niewystarczającej staranności w przygotowaniu tematu poprzednie­go dnia, z największą dokładnością zmienię swe postępowanie w tej materii. Dopiero moje własne doświadczenie przekonało mnie o tym, co tak często wpajają nam ojcowie życia duchowego.

  2. Jak tylko ujrzę świt, wstanę, oddając Bogu należne mu po­winności w taki sposób, jak to zaznaczono w moim szczególnym re­gulaminie. Następnie zostając w pokoju, rozpocznę przygotowanie do Najświętszej Ofiary. Potem przejdę do galerii nad boczną nawą kościoła i będę czekał, aż zadzwonią o 4.45, abym zszedł się ubrać.

Radość z odprawiania mszy świętej. Po powrocie do Aix Eugeniusz będzie celebrował msze w intencji swej matki i nakarmi ją świętym chlebem, który jedynie może dać życie.

L.J.C.


Paryż, 9 stycznia 1812 r.

Bardzo droga i dobra mamo, zamierzałem wam więcej napisać, ale nie będę w stanie tego uczynić poprzez dobrego Emile’a, przy­szedł bowiem dziś rano uprzedzić mnie, że powróci jutro zabrać me listy. Naprawdę w tych dniach jestem bardziej niż normalnie zajęty. To, co mnie zmusza, abym wam napisał choćby dwa słowa, to po­dziękowanie za wasze skuteczne modlitwy podczas pięknej nocy Bożego Narodzenia. Cóż za wspaniały sposób być razem, pomimo tak wielkiej odległości! Powinniście oczywiście pomyśleć, jak bar­dzo byliście obecni w moim sercu i z jaką żarliwością modliłem się także za tak dobrą mamę. Będąc nieco niezadowolony z pierwszych modlitw, które powtarzam codziennie podczas mszy świętej, moją trzecią mszę w Dzień Bożego Narodzenia odprawiłem za was. Dru­gą złożyłem w [strona 2] intencji naszej dobrej babci, ponieważ ko­niecznie należało pospieszyć jej z pomocą, przypuszczając, że jesz­cze nie cieszy się chwałą. Cóż za noc, cóż za dzień! Cóż za dni, które nadeszły po tym pierwszym, cóż to za dni, które ciągle się powtarza­ją co dwadzieścia cztery godziny! Och, jakże długi wydawał się ten czas, który upływa od jednej mszy do kolejnej! Dlaczego tej wspa­niałej Ofiary nie można powtarzać więcej niż tylko jeden raz dzien­nie? Droga mamo, nadejdzie czas, gdy będziemy ją składali razem. Cóż za szczęście! Po tym, jak żywiłaś mnie waszym ciałem, waszym mlekiem, ja ze swej strony ukażę wam pokarm przygotowany dzięki mej posłudze dla dzieci Boga odczuwających głód świętego chleba, który jedynie może dać życie. 5



Po powrocie do Aix Eugeniusz będzie jedynie na służbie Kościołowi. Chrześcijańskie wychowanie Nathalie.

Paryż, 22 kwietnia 1812 r.

Och, jakże bardzo jestem zmęczony troskami, których wam dostarczają wasze sprawy! Ale czy nigdy nie znajdziecie sposobu wydostać się z nich? Należy podjąć kilka postanowień w tym wzglę­dzie, niemożliwe jest bowiem, abyście dalej znosili te troski i zmę­czenie. W żaden sposób nigdy nie będę mógł się nimi zająć. Czy po­winienem się ograniczyć do jedzenia razowego chleba jako całego mego pożywienia. Już wcześniej uprzedziłem was o moich inten­cjach w tym względzie, bo one są jedynie rezultatem obowiązków, jakie nakłada na mnie mój stan. Współcześni kapłani [strona 2] nie są tacy jak dawni proboszczowie. Jesteśmy kapłanami wyłącznie dla Kościoła i dlatego każda chwila naszego życia do niego należy. Tak więc wszystek czas, który nie zostałby wykorzystany na modlitwę, na studium bądź spełnianie świętej posługi, byłby czasem wykradzio­nym Temu, na służbę któremu całkowicie zostaliśmy poświęceni, przy znajomości całej gamy obowiązków, które zostały na nas nało­żone. To dlatego nie należy sobie wyobrażać, że po moim powrocie oddam się przyjmowaniu bądź składaniu wizyt, wypełnianiu tego, co nazywa się konwenansami tego świata. Nic z tego. Styl mojego ży­cia jest z góry określony i nic mnie w tym względzie nie zmieni, ponieważ postanowienia podejmuję tylko po ich gruntownym prze­myśleniu przed Bogiem, uznawszy dobroć; dalej wszystko zostało powiedziane. Nazwą mnie dzikusem, nawet źle wychowanym, jeśli tak chcą. Mnie jest wszystko jedno, obym tylko był dobrym kapła­nem. Przykłady innych, które można będzie mi przytoczyć, są dale­kie od tego, aby wstrząsnęły mym postanowieniem, a raczej bardziej mnie w nim umocnią. Moje sumienie i Bóg oto moi sędziowie i moja reguła postępowania... 6

[strona 4...] Całuję moją małą siostrzenicę. Wielokrotnie zamie­rzałem do niej napisać, ale nigdy nie udało mi się tego zrobić. Ufam, wiedząc, co o mnie sądzi, że nie będzie miała mi tego za złe; jakże kocham jej dziecko, a jej „dobrzy Jezusowie”7 napełniają mnie po­ciechą. Formujcie dobrze tę drogą, małą duszę. Matki, bardziej niż się sądzi, mają wpływ na wieczne szczęście swoich dzieci poprzez pierwsze ziarna, które rzucają w ich czyste serca, oraz poprzez przy­kład towarzyszący ich pouczeniom. Przed oczyma mam uderzające przykłady. Cieszę się z waszego szczęścia, jeśli chodzi o tę małą. Każdego dnia mego życia modlę się za nią i za was wszystkich. Ca­łuję was, droga mamo.



  1. [Rekolekcje] w Issy8.

Eugeniusz podczas wakacji nie zdołał nauczyć się angielskiego i hisz­pańskiego; będzie musiał się wysilić, aby wzrastać w cnocie. Stan let­niości. Pragnienie, aby raczej umrzeć, niż być złym kapłanem. Poko­ra, szacunek dla kapłaństwa. Przykładne życie jego profesorów i współuczniów.

Issy k. Paryża, sierpień 1812 r.

Moim zamiarem było wykorzystanie wakacji na naukę angiel­skiego i hiszpańskiego. Te dwa języki mogą mi się przydać w mej późniejszej posłudze, ale wychodzi na to, że ten projekt się nie uda. Zresztą, będę żałował tylko pierwszego z tych języków, ponieważ drugiego mógłbym się łatwiej nauczyć, nawet gdybym się nim nieco mniej zajmował, z racji jego wielu związków z włoskim.

Muszę więc wykorzystać ten czas na coś pożytecznego. Najlep­szą decyzją, jaką muszę podjąć, jest podsycanie pragnienia, aby Pan dał mi pomyśleć nieco nad moim postępem w pobożności, z obawy, abym innym ukazując drogę, sam żałośnie nie pobłądził.

Najlepszym środkiem do osiągnięcia tego celu jest gruntowne rozważanie Bożego prawa i wszystkich obowiązków, jakie nakłada na mnie moje powołanie. Częste wchodzenie w siebie pozwoli mi przebadać wszystkie aspekty mego minionego i obecnego postępo­wania, aby sprawdzić, do jakiego stopnia oddaliłem się od swoich obowiązków. Muszę więc odważnie wprowadzić sondę aż do naj­bardziej tajemnych zakątków mego serca oraz wyrwać, zniszczyć i bez miłosierdzia strawić wszystko, co wyda mi się mało warto­ściowe. Nastanie czas, że odpowiem na te ciągłe wezwania łaski, które proszą, domagają się, abym pomimo dobrej woli i bardzo go­rącego wewnętrznego pragnienia nie odmawiał. Tkwię w gnuśnej letniości, podczas gdy Pan prosi mnie o to, co Mu obiecałem i cze­go z pewnością ma prawo wymagać od każdego kapłana, a ode mnie bardziej niż od kogokolwiek. Te wakacje skądinąd były kre­sem czasu, jaki powinienem spędzić w tym świętym domu, abym zebrał wszystko, na co mam siłę, wszystkie łaski, jakie zostały mi udzielone, całą masę dobrych przykładów, święte pouczenia, jed­nym słowem, wszystko dobro, które mógłbym zgromadzić, a które na moje nieszczęście roztrwoniłem. Być może jeszcze jest czas na ocalenie kilku resztek z tego marnotrawstwa, którego ku mej wiel­kiej szkodzie się dopuściłem.

Ach! Kościół musi bardzo cierpieć przez tych kapłanów, którzy Go zasmucają [strona 2] z powodu obojętności na zło, którzy gaszą i oziębiają płomień Bożej miłości, którą powinni rozlewać na wier­nych, jako że są rzecznikami Pana i narzędziami Jego miłosierdzia. Czy chciałbym powiększyć ich liczbę? Niech Bóg mnie zachowa od podobnego nieszczęścia. Raczej wolałbym umrzeć w momencie, kie­dy piszę te słowa.

Jednak to jest niewątpliwe, a doświadczenie mówi mi, że gdy­bym oddalił się niepostrzeżenie od dobrych postanowień, do których Panu spodobało się mnie doprowadzić, gdyby moje motywacje nie były oparte na solidnym fundamencie, przekonam się, że budowla mego zbawienia powinna być oparta na pokorze, ponieważ Pan chce budować na nicości. Następnie obdarzę szacunkiem wzniosłą god­ność, do której zostałem wyniesiony, pomimo poczucia, że na nią nie zasługuję, oraz budzące strach obowiązki, jakie nakłada na mnie mój kapłański charakter.

Te dwa punkty będą niczym dwa zawiasy, na których powinna się osadzać cała reszta: a mianowicie, kim jestem, to, co Bóg uczynił dla mnie. Oto, nad czym mam medytować nie tylko przez całe swoje życie, ale także przez całą wieczność.

Im większym grzesznikiem byłem i jestem, tym więcej muszę podejmować wysiłków, aby kochać i umiłować Boga, bo chociaż na to nie zasłużyłem, Bóg raczył napełnić mnie w swej mocy obfitymi łaskami. Choć nie potrafię rozpoznać tylu dobrodziejstw, tak wiel­kiego miłosierdzia, podejmuję jednak wysiłek, aby Go kochać na tyle, na ile jestem zdolny. Aby zadośćuczynić chwale i czci, której Go pozbawiłem z powodu mojej wielkiej winy, powinienem wyko­rzystać wszystkie swoje siły, środki i ducha, aby inni Go pokochali.

Aby wytrwać w tych postanowieniach, potężną siłę da mi wspo­mnienie o wszystkich cnotach kapłańskich, których wytrwałą prak­tykę widziałem na własne oczy przez cztery lata, gdy miałem szczę­ście mieszkać w seminarium. Ksiądz Emery, ksiądz Duclaux, ten święty ksiądz Duclaux i wszyscy inni jego współpracownicy, i zde­cydowana większość [strona 3] ich wychowanków, moi drodzy współuczniowie przez całe moje życie będą dla mnie wsparciem i niewidocznymi impulsami, które zachowają od upadku, a popychać mnie będą do wzrostu. Mój Boże, cóż za cnoty! Jakże godny polito­wania jestem wobec tych wszystkich duchownych! Ten Tharin, Teys- seyrre i Gosselin, do których zostałem dołączony, aby kierować se­minarium, gdy zostali zabrani nasi ojcowie. Wszyscy byli młodsi ode mnie, ale jak daleko byłem od nich, gdy chodzi o cnotę. Tak więc zostaliśmy razem mianowani, wzrastaliśmy w cieniu opiekuńczych skrzydeł, otrzymaliśmy te same pouczenia. Jednak oni byli bardziej niewinni niż ja i w konsekwencji bardziej podatni na przyjęcie dzia­łania łaski. Jakże inaczej niż ja skorzystali oni z duchowej obfitości w środowisku, w którym żyliśmy.



  1. [Regulamin po powrocie do Aix]9.

Obowiązki kapłana są liczne, ale należy też do nich sen przynajmniej przez sześć godzin. Regulamin: energiczne wstawanie, modlitwa, msza w kościele w mieście, studium, brewiarz w ciągu dnia.

[Sierpień-wrzesień 1812]10 r.

Obowiązki kapłana są rozliczne. Musi się tyle nauczyć, tyle rze­czy zrobić, a dzień jest zbyt krótki, aby to wszystko wykonać. Moż­na byłoby sądzić, że kapłan nie potrzebuje czasu na spoczynek, ale skoro Bogu spodobało się na niego i na innych ludzi nałożyć ko­nieczność odnowienia swych sił poprzez spoczynek, w duchu umar­twienia musi podporządkować się woli Stwórcy. Dlatego Jemu po­winien ofiarować ten czas bezczynności, który pochłania tak wielką część życia, z uczuciami serca przenikniętego niezdolnością, które ślepo widzi jedynie wolę Mistrza, którego na zawsze będzie nieuży­tecznym sługą, czy to przez spoczynek, czy też przez czynienie cu­dów.

Zwracam uwagę na tę myśl, ponieważ muszę sobie wyrzucić, że aż dotąd nie przeznaczałem wystarczającej ilości czasu na spoczy­nek. W tym miejscu muszę przypomnieć polecenie doktora Leyne- cha11, który poprzez przychylność wyznaczył siedmiogodzinny czas spoczynku, należnego memu ciału. Doktor przestrzegał też, że będę niezdolny do działania i studium, jeśli nie podporządkuje się temu nieodzownemu poleceniu.

Aby z mądrością złagodzić ten ciężki wyrok, do czego aż dotąd tak źle się stosowałem, będę spał sześć godzin.

Jak tylko się obudzę, uczynię znak krzyża, oddając Bogu moje serce, i bez zawahania, nawet jeśli byłaby to minuta, wstanę z łóżka, aby nie rozpoczynać dnia od lenistwa. Będę pamiętał, aby drugie uderzenie dzwonu nigdy nie zastało świętego Wincentego a Paulo w tej samej pozycji, w jakiej był wcześniej. Temu posłuszeństwu był dokładnie wierny aż do ostatniego dnia swego życia.

To kosztuje, aby ochoczo wyjść z łóżka, ale to jest zasługą owe­go działania.

Ze skromnością będę się ubierał, rozważając jakąś świętą myśl lub temat mojej oracji, lub uczucia, jakie towarzyszyły Naszemu Panu, gdy się budził, z zawstydzeniem, że ubranie przypomina mi o utracie niewinności.

Najpierw włożę inny strój, moją sutannę. Ucałowawszy ją, po­dziękuję Panu za niesłychaną łaskę, której mi udzielił, dając przywi­lej noszenia świętych barw Jego Kościoła. Do tego stroju podkreśla­jącego mój stan będę żywił tak wielką miłość, że nigdy go nie zdejmę [strona 2], nawet podczas podróży, zwłaszcza gdy ta nie będzie dłu­ga i będzie to możliwe.

Całkowicie ubrany, przejdę do mego oratorium, aby oddać się świętej czynności modlitwy, którą rozpocznę modlitwą ustną wyjętą z dzieł księdza Oliera.

W przekonaniu, że kapłan może się uświęcić jedynie poprzez modlitwę oraz że od modlitwy zależy owoc mej posługi, każdego dnia na to święte ćwiczenie przeznaczę przynajmniej godzinę.

Gdyby przez przypadek zdarzyło się, że nie mogę tego ćwicze­nia w całości odprawić rano, wiernie uzupełnię je w ciągu dnia.

Będę tak postępował, żeby modlitwa poprzedzała bezpośrednio mszę świętą, tak więc zimą lub według zwyczaju parafii, gdy kościo­ły otwiera się nieco przed godziną szóstą, o piątej rozpocznę modli­twę, aby bez przerwy przejść od modlitw do ołtarza, a zatem po od­mówieniu modlitwy ustnej, odmówię matutinum i laudesy oraz przeczytam kilka rozdziałów Pisma Świętego.

Udając się do kościoła w celu sprawowania Świętych Tajemnic, z ogromną troską będę zabiegał o skupienie w taki sposób, aby moż­na było powiedzieć, że moja modlitwa jest naprawdę nieustanna.

Wchodząc do kościoła, zatrzymam się przed Najświętszym Sa­kramentem, by Go adorować i oddać inne moje uczynki miłości, wdzięczności, oddania, poświęcenia się. Jednym słowem, zrobię pod­sumowanie moich dobrych myśli i pierwszych postanowień z modli­twy. Wszystko to będzie trwać bardzo krótko, ponieważ przez mo­dlitwę muszę być wystarczająco przygotowany do Świętych Tajemnic, aby sprawować Najświętszą Ofiarę Jezusa Chrystusa, któ­ry będzie ofiarował się Ojcu przez moją posługę.

[Strona 3] Po powrocie do domu odmówię prymę, odczytam właściwy fragment martyrologium, potem przez pół godziny będę czytał Pismo Święte.

Następnie aż do południa zajmę się studium literatury.

Zanim zejdę na obiad, odmówię tercję.

Po obiedzie u siebie oddam się studium teologii. Przed tym ćwi­czeniem odmówię sekstę.

O godzinie drugiej odmówię nonę, o wpół do piątej przerwę stu­dium teologii i historii Kościoła, aby odmówić nieszpory, po których nastąpi rachunek szczegółowy.

O godzinie piątej kolacja, o siódmej kompleta, a następnie na­wiedzenie Najświętszego Sakramentu.

Aż do dziewiątej pouczająca i radosna lektura. Latem zaś matu- tinum i laudesy.

O dziewiątej półgodzinna lektura duchowa wraz z rodziną, a po niej modlitwy wieczorne.

O dziesiątej udam się na spoczynek.

Będę się starał, aby każdego dnia odmawiać różaniec, ale na to ćwiczenie przeznaczę czas potrzebny na przejście z jednego miejsca do drugiego, rozpoczynając rano aż do mego powrotu z kościoła po mszy świętej.


  1. Do p. de Mazenod, ulica Papassaudy, koło placu Świętego Honoriusza w Aix, departament Bouches-du-Rhone12.

Eugeniusz mieszka z matką w Aix, ale zachowuje surowy regulamin, zajmując się jedynie swoją nauką lub dobrem duchowym bliźniego.

L.J.C.


Issy, 24 września 1812 r.

[strona 3] Zanim zakończę, pragnę was uprzedzić, że ze wzglę­du na mój stan jestem zmuszony dążyć do doskonałości, a w konse­kwencji powziąć wszelkie środki, aby do niej dojść. Trzeba [strona 4] postępować w taki sposób, abym nie znajdował przeszkód, przeby­wając z wami. To już będzie wystarczająco dużo dla ukojenia tej natury, która we wszystkim siebie poszukuje, że ma radość przeby­wać u swej matki, którą tak czule kocha. Gdy chodzi o resztę, muszę koniecznie zachowywać regulamin, który sobie ułożyłem, opierając się na swoich obowiązkach i powinnościach, czy to w mych relacjach z osobami z zewnątrz, czy też odnośnie do spędzania czasu, pory wstawania, rodzaju i jakości mych posiłków. Zwłaszcza daleko po­winienem być od spraw doczesnych, jakbyśmy wcale nie mieli ani ziemi, ani domów. Ten ostatni warunek jest tak znaczący, że raczej wszystkiego odmówię, choćby miało mi czegoś brakować. Po ośmiu lub piętnastu pierwszych dniach mój czas nie może być wykorzysta­ny na coś innego niż na naukę lub duchowe dobro bliźniego. Gdy­bym w tych dwóch sprawach napotkał jakieś trudności, w sumieniu będę zmuszony nawet opuścić mój dom rodzinny, diecezję, ojczyznę i cesarstwo, jednym słowem, uciec tam, gdzie mógłbym z łatwością spełnić te dwa zasadnicze punkty mego powołania. Chciałem wam powiedzieć o tym pokrótce przed moim przyjazdem, abyście nie byli zbytnio zaskoczeni, gdy mnie zobaczycie pochłoniętego przez taki styl życia i ćwiczenia, które nie są zbyt powszechne w tych dniach rozluźnienia i ogólnej letniości. Kończy mi się papier, po tysiąckroć was całuję. Odprawiłem mszę świętą za małżonków13.



  1. Regulamin ułożony podczas mych rekolekcji odprawionych w Aix w grudniu 1812 roku14.

Waga regulaminu. Pobożność. Obowiązki względem Boga: duch po­kuty, modlitwa, msza, oficjum, obecność Boga, akty strzeliste, ora- cja, nawiedzenie Najświętszego Sakramentu, rachunek sumienia, spowiedź.

Grudzień 181215 r.

„Jeśli chcesz się doskonalić, nie pragnij zbytniej swobody, ale trzymaj w ryzach wszystkie twoje zmysły” (Tomasz a Kempis, roz­dział 21, 1).

„Nie prowadź dzisiaj ostrego życia, a jutro spokojnego i delikat­nego, ale trzymaj się jednego kanonu, jak to czynili święci Ojcowie, którzy mając 50 lat i więcej, nie zmieniali swoich zasad lub reguł” (św. Efrem).

Zawsze w Kościele i wśród osób, które chciały dojść do dosko­nałości i w niej wytrwać, uważano, że trzeba poddać się stałej i nie­zmiennej regule, która nieustannie panując nad niepoukładanymi my­ślami i naturalną niestałością ludzkiej woli, byłaby niczym dokładny i rygorystyczny wychowawca, który w swej nieugiętej stałości nie cierpi nigdy, tylko wówczas, gdy z frywolnych powodów jego uczeń oddala się od reguł, jakie podyktowała mu oświecona mądrość.

To jest busola nastawienia duszy. Łatwo jest z większą lub mniejszą wiernością dostosować się do niej i wywnioskować, czy dominuje gorliwość, czy też letniość, a nigdy dzięki pomocy tego wiernego admonitora. O ile tylko miałoby się dobrą wolę i pragnie­nie uświęcenia się, nigdy nie zbłądzi się za bardzo, nigdy całkowi­cie nie straci się z oczu jedynego celu, do którego wszyscy musi­my dążyć.

Regulamin życia jest dla każdego chrześcijanina świadkiem i gwarantem świętych postanowień i obietnic złożonych Panu pod­czas błogosławionego czasu rekolekcji. Dusza [strona 2] bardziej do­tknięta zagrożeniami, na jakie wystawiona jest w świecie, z koniecz­ności zabiega o skuteczne zbawienie, pomimo wysiłków tego, co ją otacza, jak również z powodu nieskończonego miłosierdzia swego Boga, z głębokim uczuciem wdzięczności przyrzekła Jemu na wieki wiernie służyć.

Ale te obietnice i przyrzeczenia nie pozostawią żadnego śladu, jeśli nie zachowa się w pamięci cennego regulaminu, w którym zo­staną one zawarte, aby służyły jako pamiątka uroczystego aktu, któ­ry został zawarty pomiędzy duszą a jej Bogiem. Doświadczenie pokazuje, że nawet gorliwość najświętszych rekolekcji bez zachowa­nia regulaminu jest tylko błędnym ognikiem, który płonie jedynie przez chwilkę, w jednym momencie pojawia się i gaśnie.

Jeśli zaś w postanowieniu, że chcę służyć Bogu przez całe me życie, i to w taki sposób, który wydaje mi się najbardziej zgodny z Jego zamiarami wobec mnie, sporządzam warunki. Będę spoglądał na ten zapis, i to wielokrotnie w ciągu roku, aby móc określić moje postanowienia podczas tych rekolekcji. Oddzielony od wszystkich, sam na sam z Bogiem, przy blasku płomyka Jego łaski, wszedłem w moje serce, odwiedziłem wszystkie jego zakamarki, zbadałem wszystkie jego inklinacje: oto owoc rzetelnej refleksji, jaką poczyni­łem, robiąc to samo podczas gruntownych medytacji, w poważnych i przemyślanych rozważaniach. Wolny od wszelkiej iluzji, od wszel­kiego obecnego odczucia, od wszelkiego rozproszenia zmysłów, od wszelkiego powabu świata, rozpoznałem mój prawdziwy stan, moją jedyną intencję. To dlatego, że [strona 3] świątobliwie osądziłem wszystkie sprawy. Wszystko zostało ocenione na wadze sanktuarium, tylko sam rozum, religia i pobożność wówczas dochodziły do głosu, prawa brały swe źródło w łonie mądrości samego Boga. Były więc niezbite i nic w świecie nie było w stanie choćby w najmniejszej części od nich mnie odciągnąć.

Opierając się na tych refleksjach, ułożyłem regulamin dla siebie. Bóg mi pomoże zachowywać go przez całe życie z małymi zmiana­mi jedynie wówczas, gdy zmiana pozycji lub okoliczności, w jakich mogę się znaleźć, będzie wymagała poprawek dla uporządkowania rozmaitych ćwiczeń.

Po pierwsze, przekonany, że życie kapłana powinno być takie, aby wszystkie dni były obfite przed Panem, podejmę wszelkie wysił­ki, aby wypełnić ten nieodzowny obowiązek dokładnie i najlepiej, jak to możliwe. W konsekwencji będę z uwagą unikał wszystkiego, co mogłoby mnie odciągnąć od tego zadania. Aby je wypełnić, cał­kowicie usunę się ze świata. Nie będę rozgłaszać powziętego przeze mnie postanowienia, aby nie zarzucono mi, że odsuwam na bok wszelkie światowe konwenanse. Jednym słowem, nie będę się w ogóle starał o te, które funkcjonują w społeczeństwie. Jeśli tylko chwała Boża i zbawienie dusz wymagać będą ode mnie, moje drzwi będą nieubłaganie zamknięte dla wszystkich tych, którym w ogóle nie będę potrzebny. „Po cóż nam niewłaściwe dobra? Raczej te nam należałyby się, których byśmy domagali się... Służby ołtarzom Chry­stusa nie otrzymujemy, okazując ustępliwość ludziom” (De libro Aeneo, Paryż, Episc. adversus Graecos ex Sto Ambrosio).

A zresztą, jeśli w następstwie dostrzegłbym, że pod pretekstem pożytku lub zbudowania składa mi się zbyt częste lub zbyt długie wi­zyty, ograniczę do jednej godziny dziennie czas, w którym mógłbym udzielać audiencji poza sprawami naglącymi.

[Strona 4] Po drugie, obowiązki kapłana składają się w pewną całość, a mianowicie z obowiązków wobec Boga, którego świętość winien odwzorowywać wobec ludzi, wobec bliźniego, nad zbawie­niem którego powinien ciągle pracować, wobec Kościoła, którego jest duchownym, powinien cechować się niesamowitą troską docho­wania wierności wszystkim punktom tak trudnej posługi.

To dlatego muszę dobrze zgłębić wzniosłość mego posługiwa­nia, świętości, jakiej ode mnie wymaga, oraz być przeświadczony, że jedynie pobożność, i tylko rozległa pobożność, może mi pomóc w osiągnięciu tego celu. Bez pobożności wszystko we mnie będzie bezpłodne. Pobożność tchnie życie w każde me działanie, ona użyź­ni wszystko; pobożność przydatna jest do wszystkiego (1 Tm 4, 8). Święty Ambroży słusznie uważa ją za fundament wszystkich cnót: cum pietas virtutum omnium fundamentum sit [„wraz z pobożnością niech jest fundamentem wszystkich cnót”] (Kazanie 18 o Ps 118). A święty Paweł, pisząc do Tymoteusza, mówił: „Sam zaś ćwicz się w pobożności!”, przeświadczony, że pobożna posługa z dokładnością wypełnia wszelkie inne obowiązki.

Nieustannie więc będę prosił Pana o tę łaskę. Następnie, nie kry­tykując nikogo (przynajmniej dlatego, że moim obowiązkiem jest je­dynie zachęcanie, upominanie itd.), pójdę prosto moją drogą, nie przywiązując wagi, czy moje postępowanie jest tajemnym potępie­niem tego, co czynią letni, nie obawiając się zarówno sarkazmu, jak i szemrania tych, dla których regularność, do jakiej będę starał się dojść, mogłyby mnie przeciągać na ich stronę.

Obowiązki względem Boga

Moje obowiązki względem Boga polegają przede wszystkim na miłości, adoracji, modlitwie, poddaniu się Jego świętej woli i na wiernym zachowywaniu Jego przykazań.

W odniesieniu do tych rozmaitych artykułów nie wyznaczam so­bie żadnej innej Reguły, chyba żeby jedynie przekonać się, że jestem silny [strona 5].

Za wzór czci, jaką powinienem oddawać Bogu, obiorę Jego umi­łowanego Syna Jezusa Chrystusa, naszego godnego miłości Zbawicie­la, któremu będę starał się okazywać najczulsze nabożeństwo i najgo­rętszą miłość, nieustannie pamiętając w duchu, a zwłaszcza w sercu o Jego dobrodziejstwach. Uznając, że jestem niezdolny i niegodny, aby

go kochać, codziennie podczas Najświętszej Ofiary będę Go prosił



  1. tę łaskę i sto razy w ciągu dnia w akcie strzelistym: Mój Jezu, daj mi Twoją miłość! Ach, wszystko bym zdobył, gdybym miał to nabożeń­stwo do Jezusa Chrystusa, które powinno być właściwe kapłanowi.

Będę medytował o Jezusie, mej miłości, w chwili wcielenia, w Jego życiu ukrytym, w Jego misji, Jego męce i śmierci, a zwłasz­cza w Jego Sakramencie i Jego Ofierze. Moim podstawowym zaję­ciem będzie kochać Go. Moją największą troską będzie umiłowanie Go. Wykorzystam w tym celu wszystkie środki, wszystek czas, wszystkie siły, a kiedy po wielu trudach zdobędę się jedynie na akt miłości względem tak dobrego Mistrza, słusznie będę uważał, że bardzo hojnie zapłaciłem.

Nie przestanę polecać mej duszy temu dobremu Zbawicielowi, aby ją zachował od każdego grzechu. Będę to czynił dzięki swej gor­liwości, podczas gdy On chce być dostępny i, jeśli tak mogę powie­dzieć, zależny od mnie, po to, abym miał nadzieję, że będzie mi przy­chylny w tym wspaniałym dniu, gdy będzie moim Sędzią.



Starając się uzyskać to, aby Pan wysłuchał mych próśb, z naj­większą dokładnością przylgnę do Jego Prawa, praktyki umartwie­nia w takim stopniu, aby [strona 6] rozciągała się na każde me dzia­łanie, w każdych okolicznościach mego życia, mając w pamięci, że całe życie Jezusa Chrystusa, mego wzoru, było wiecznym krzyżem

  1. ciągłym męczeństwem: Tota vita Christi Crux fuit et martyrium (Naśladowanie Chrystusa, rozdział 12, wers 7). Jakże wobec tego chciałbym szukać radości i spokoju, tak jak mówi autor Naśladowa­nia...: „a ty szukasz spokoju i radości”. Skądinąd, jak mówi ten sam autor, według wszystkich Ojców życia duchowego, jest pewne, że im bardziej opanowuje się ciało, im bardziej poprzez pokutę poddaje się je duchowi, tym bardziej łaska wydaje owoc w duszy, umacniając je poprzez wewnętrzne pociechy: „im więcej będzie miażdżone zmar­twieniami, tym bardziej przy tym dzięki wewnętrznej łasce wzmocni się duch”.

Z radością więc podejmę tę zbawienną pokutę, i choć niemożli­we jest, aby była ona proporcjonalna do liczby i ogromu moich zbrodni (dziś jest się narażonym na oglądanie najtajniejszych doku­mentów, które w największym stopniu powinny być uszanowane, odtajnione, przeczytane i rozpowszechnione przez popleczników policji; uważam, że powinienem dodać zapis dla tych panów, w piś­mie, które jest jedynie na mój użytek: jeśli bowiem mówię o moich zbrodniach, trzeba je rozumieć jako ciężkie przewinienia, które na me nieszczęście popełniłem wobec Boga w głębinach mego sumie­nia. Tak więc choćby przed Bogiem trzeba było powiedzieć tę praw­dę, że jestem bardzo wielkim grzesznikiem. Mógłbym się jeszcze chełpić wobec tych, którzy nie rozumieją tego języka, gdybym my­ślał tak jak oni, że jestem jeszcze człowiekiem o wykwintniejszych manierach niż oni, ponieważ nie tylko nigdy nie kradłem, nie zabi­łem ani nie uczyniłem najmniejszego zła ni najmniejszej pomyłki, obojętnie, jaka ona byłaby w świecie, nie tylko nigdy nie zabrałem [strona 7] nikomu żony, do czego ogranicza się katechizm najuczciw­szych ludzi tego świata, ale w następstwie tej opinii jeszcze ciągle sądziłem i uważałem, że zarówno rozum, jak i religia rozkazująco zakazywały powstrzymania się od chęci korzystania z tego, co nale­ży do bliźniego, aby nigdy nie zgadzać się, by komukolwiek uczynić coś, co mogłoby być powodem słusznych wyrzutów sumienia. Jed­nym słowem, nigdy w moim życiu nie dałem żadnego rodzaju zgor­szenia. Powołuję się na wszystkich, którzy mnie znali we wszystkich krajach, w których mieszkałem). Powróćmy do mnie. Choć niemoż­liwe jest podjęcie proporcjonalnej do liczby i ogromu moich grze­chów pokuty, będę postępował w ten sposób, aby duch pokuty zako­rzenił się w mojej duszy i z radością wykorzystał wszelkie okazje czynienia pokuty. Ona powinna obejmować wszystko, zarówno w wymiarze wewnętrznym, jak i zewnętrznym. Gdy chodzi o wnę­trze, odsuwać się od mego własnego ducha, opanowywać wolę i zmysły, nieustannie żyć w pokorze, cierpliwie i z radością znosząc przeciwności i pogardę. Gdy chodzi o zewnętrzny wymiar, starać się opanowywać moje zmysły i karać ciało, czy to poprzez odmawianie sobie rzeczy, które mu sprawiają największą przyjemność, czy też poprzez kary cielesne za jego wybryki, czy też wreszcie poprzez umiarkowanie, wstrzemięźliwość, skromność, czujność, nigdy nie dając posłuchu jego domniemanym potrzebom, zwłaszcza jeśli nie wymaga tego roztropność. Jednym słowem, popaść w absolutną niewolę poprzez ciężkie życie i pracę.

Tak więc powinienem mało spać, skromnie jeść, pracować dużo i bez narzekania. Poza tym powinienem być przykładnie skromny, gdy chodzi o mój strój i meble. Żadnych jedwabnych pończoch, żad­

nych jedwabnych pasków [strona 8], żadnych loków we włosach, żadnych dziwacznych strojów przeciwnych dobremu tonowi i świę­tym kanonom. Moje włosy zawsze będą proste, od czasu do czasu będę nakładał nieco pudru ze względu na czystość, o którą zawsze będę dbał z największą troską, bez przesady jednak w tej materii zarówno we mnie, jak i obok mnie.

Muszę nauczyć się nieco znosić zimno, ale w taki sposób, aby nie szkodziło to memu zdrowiu, i nie odciągało mnie od studiowa­nia; to samo mówię o cieple. Muszę jeszcze nauczyć się przełykać gorzkie pigułki, sprytnie wystrzegać się czynienia dobra, gdy na mnie patrzą. Niezbyt obawiać się uciążliwych sytuacji, przypadko­wego bólu. Nie należy zaniedbywać ofiarowania tego wszystkiego Bogu, który bardzo pragnie odwdzięczyć się za intencję, gdyby wię­cej się cierpiało, i cieszyć się nieco, gdy daje się z dobrej woli.

A skoro okazje, aby cierpieć dla Boga w duchu wynagrodzenia za winy, pojawiają się tak rzadko, należy je uzupełnić o post, obrącz­ki, żelazny łańcuszek i dyscyplinę. Wszystko to czynić w poczuciu najgłębszej pokory, w łączności z cierpieniami, męką i śmiercią Na­szego Pana Jezusa Chrystusa, uważając wszystkie te praktyki jedy­nie za środki, jakich używali wszyscy święci, aby dojść do doskona­łości, a nie jako punkt, który się już osiągnęło.

Gdybym decydował o potrawach i jakości moich posiłków, wy­brałbym te najpospolitsze i najzwyklejsze. Kawałek gotowanego lub pieczonego mięsa, warzywa lub jajko. Zupa i drugie danie, bo przypuszczam, że jedno by nie wystarczyło, to, co już wyśrubowa­łem bez żadnej szkody [strona 9], wydaje mi się bardzo stosownym zwyczajem, w zależności od dnia dodając kilka owoców z powodu mej gorącej krwi, spożywanych w tym samym duchu, o którym mówi święty Paweł apostoł do swego ucznia Tymoteusza: „nie pij samej wody, ale też nieco wina, ze względu na twe dolegliwości żołądkowe” (1 Tm 5, 23).

Prawie przez całe me życie piłem wodę, nie muszę koniecznie mieć wina, a jeszcze bardziej likieru. Będąc z moją mamą, niemożli­we było zachowywanie tej diety, o której właśnie powiedziałem, ale przynajmniej trzeba, abym nie zapomniał o nim w ogólnym ujęciu. Dzięki temu będę pobudzony, aby zręcznie opanowywać mój smak pośród tej obfitości.

Modlitwa


Modlitwa jest główną częścią czci i adoracji, jaka należy się naj­wyższemu boskiemu Majestatowi, dlatego w szczególny sposób mu­szę oddawać się spełnianiu tego obowiązku z wszystkimi wymaga­nymi warunkami. Biada mi, gdybym stawał się jeszcze większym zbrodniarzem poprzez to, co powinno mnie uczynić bardziej świę­tym, co wyrzucał także sobie święty Augustyn. Któż mnie usprawie­dliwi przed Bogiem, mógłbym powtórzyć za tym świętym doktorem, skoro moje modlitwy służą memu potępieniu.

Msza


Msza jest bezsprzecznie najdoskonalszą ze wszystkich modlitw, jakie mogą być zanoszone do Boga, czy to na ziemi, czy też w nie­bie. To dlatego wobec Najświętszej Ofiary będę miał najgorętsze na­bożeństwo, zawsze będę ją odprawiał z nastawieniem i uczuciami serca przepełnionego jej wielkością i strasznej biedy kapłana wyzna­czanego, by ją sprawować.

[strona 10] Gdy chodzi o czas, jaki powinniśmy przeznaczyć na Najświętszą Ofiarę, nadal będę postępował tak samo, jak to czynię od momentu, kiedy mam to szczęście być kapłanem. To znaczy nie będzie nigdy trwać krócej niż pół godziny, ale też będę się starał nie przekraczać tego czasu. Jednak będąc tylko sam z moim duchownym, bez przeszkód mogę przeznaczyć nieco więcej czasu na mą poboż­ność.

W tej materii pozwolę wrzeszczeć każdemu, kto chce, byle tyl­ko nie niepokojono mnie tym, co można powiedzieć lub pomyśleć o cenzorach, nawet jeśli byli nimi kapłani Pana i nauczyciele Izraela.

Zawsze skrupulatnie będę przestrzegał rubryk, pamiętając o tym, że w Najświętszej Ofierze nie ma ani jednej, choćby zdawała się mało ważna, która nie byłaby oparta na nakazach i zakazach i nie obowiązywała pod karą grzechu. Będę postępował w taki sposób, aby móc dawać świadectwo, że w całym katolickim świecie nie ma ani jednego kapłana, który tak jak ja zgodnie z regułami odprawia mszę.

Nigdy podczas Najświętszej Ofiary, kiedy nasz Pan będzie na ołtarzu, nie zapomnę, aby poprzez wewnętrzne skargi prosić o łaskę wielkiego bólu z powodu mych dawnych grzechów, o łaskę, abym już ich nie popełniał w przyszłości, o miłość Boga i Jego Syna, mego godnego miłości Zbawiciela, w każdym doświadczeniu i ponad wszelką rzecz, wreszcie o to, abym był kapłanem według Jego Ser­ca, wszystko bowiem zawiera się w tym jednym słowie.

Dodam, tak jak to czyniłem każdego dnia aż do chwili obecnej, z największą gorliwością, na jaką będzie mnie stać, będę prosić o ła­skę, na którą tak mało zasłużyłem, o wytrwanie do końca. Chociaż kara za moje grzechy jest tak wielka i tak przerażająca, wytrwam w tej bardzo usilnej prośbie, spłacając poprzez męczeństwo [strona 11] lub przez śmierć w służbie bliźniemu ogromny dług, jaki zaciągną­łem u Bożej sprawiedliwości16.

Skoro jest niemożliwe, z powodu obecnych reguł i dyscypliny Kościoła, abym spełnił to pragnienie mego serca, ograniczę się do codziennego odprawiania mszy świętej, a dzięki najgorętszym pra­gnieniom mej duszy dopełnię tę niemożność, do której zobowiązuje mnie rygorystyczne prawo Kościoła, gorliwie jednocząc się z wszyst­kimi mszami, jakie są odprawiane w całym chrześcijańskim świecie.

Z tego powodu nigdy nie będę unikał okazji, aby binować, na­wet gdyby kosztowało mnie to wiele trudu i niedogodności.

Ale nie wystarczy odprawiać mszy, trzeba jeszcze ją dobrze od­prawiać, dlatego dołożę wszelkich starań, aby dzięki Bożej łasce czy­nić to z najdoskonalszym nastawieniem. Z tego powodu będę żył w sposób tak zgodny z Bożym prawem i radami ewangelicznymi, aby wszystkie me codzienne obowiązki mogły być niczym przygo­towanie lub dziękczynienie, starając się zawsze o to, aby bliższym przygotowaniem do mszy była medytacja, a po niej trzydziestominu- towe dziękczynienie za szczególne łaski.

Dziękczynienia nie powinno odprawiać się w zakrystii, ale u stóp ołtarza, i powinno się być ubranym w komżę.

Będę zabiegał o to, aby po zdjęciu szat kapłańskich z tym sa­mym skupieniem i wewnętrznym nastawieniem, z jakim je nakłada­łem, wyjść z zakrystii, nie mówiąc do nikogo ani jednego słowa, nie­zależnie od tego, kto by to był. A jeśli ktoś nie rozumie mego zachowania, że nie chcę, aby mi przeszkadzano, i niedyskretnie skie­ruje do mnie jakieś słowo, odpowiem bardzo lakonicznie, skrupulat­nie unikając wdawania się w rozmowę, która rzeczywiście byłaby niestosowna, a nawet skandaliczna.

Dlaczego sprawia mi się przykrość, mówiąc grzecznie, że chęt­niej i swobodniej rozmawiałbym po moim dziękczynieniu?

Brewiarz

Boskie oficjum po Ofierze ołtarza jest jedną z najważniejszych dziedzin mego posługiwania. Obarczając mnie tym obowiązkiem, Kościół pragnie, abym wiele razy w ciągu dnia stawał przed tronem miłosierdzia mego Boga wyjednać jego dzieciom niebieskie błogo­sławieństwo i odwrócić od ich głów Boży bicz. Zbyt wiele grzechów popełnia się na ziemi. Kościół chce, abym ja zanosił w moim imie­niu, w imieniu ludu chrześcijańskiego, oraz żebym na ziemi dzielił funkcje błogosławionych duchów niebieskich: „Boskie oficjum jest naśladowaniem niebieskich śpiewów” (św. Bonawentura, De Sexalis Seraph., rozdział 8). Kościół pragnie, bym już w tym życiu rozpo­czął tę pieśń chwały, której nie przestanę powtarzać w innym życiu, jeśli tylko, czego się spodziewam, będę miał szczęście tam dotrzeć.

Całą swoją uwagę skupię więc na godnym wypełnianiu tej świę­tej i niosącej pociechę posługi, czy to ze względu na sposób, czy też na porządek, w jakim będę ją odmawiał. Jeśli chodzi o sposób, będę starał się, aby nie były to puste dźwięki bezładnych słów, które mam obowiązkowo wypowiadać; wystarczająco dobrze wiem, na jakie za­rzuty zasłużyli żydzi za to, że zupełnie inaczej wywiązywali się z tego religijnego obowiązku. „Ten lud czci mnie tylko wargami, po­wiedział Pan, a sercem swym daleko jest ode mnie”. Ilu kapłanów zasługiwałoby na tę naganę. Ja pewnie też muszę coś zmienić w tym względzie.

Warunki wymagane, aby modlić się odpowiednio, znajdują się w modlitwie wstępnej, która dzięki chwalebnemu zwyczajowi po-

przędza recytację każdej części oficjum: „Panie, otwórz wargi moje, ... abym z szacunkiem, z uwagą i pobożnie zdołał odmówić to ofi­cjum”, to znaczy z szacunkiem, uwagą i pobożnie.

Z szacunkiem, to znaczy bez pospiechu, w odpowiedniej posta­wie i miejscu.

Z uwagą, bez niej nie ma bowiem żadnej prawdziwej modlitwy. Modlitwa jest rozumnym kultem. Modlić się nieuważnie znaczy czy­sto mechanicznie wypełniać to zadanie.

Pobożnie, ponieważ modlitwa jest bardziej hołdem serca aniżeli ducha, a wyżej przytoczone słowa Naszego Pana dowodzą, że to w sercu spoczywa wartość modlitwy.

Będzie więc bardzo stosowne, aby nie powiedzieć, że nieodzow­ne, ciągłe przygotowanie do odmawiania mego oficjum, aby było tyl­ko i wyłącznie gorliwym wnoszeniem serca ku Bogu.

Bardzo usilnie będę się starał odsuwać od siebie wszelkie poja­wiające się rozproszenia, tak szybko, jak tylko je dojrzę, i zapobie­gać, aby nie przedłużały się z mego powodu. Na końcu każdego Psal­mu, odmawiając Chwała Ojcu, zrobię niedostrzegalną pauzę, aby odnowić mą intencję i ponownie skupić uwagę, gdyby na chwilę uleg­ła rozproszeniu. Na tyle, na ile to możliwe, skupię mego ducha na sensie odmawianych Psalmów, w taki sposób, aby towarzyszyć psal­miście w jego różnych uczuciach, aby także moje serce wzbudzało te same uczucia, które go ożywiały, gdy układał wspaniałe kantyki. „Jeśli on się modli psalmami, ty też się módl, jeśli wzdycha, ty też wzdychaj, jeśli cieszy się, ciesz się także, jeśli boi się, ty też się bój” (św. Augustyn, O Psalmie 30). Ale jeśli zauważę jakieś mimowolne rozproszenie, postaram się nie powtarzać go, jak to niegdyś czyni­łem, poprzestając tylko w tym przypadku na uniżeniu się przed Pa­nem, błagając go z całego serca o przebaczenie, aby z odnowioną gorliwością naprawić minione zaniedbanie.

Oto czynniki, gdy chodzi o sposób, aby święcie spełniać tę waż­ną i pocieszającą czynność. Nie dodam niczego więcej, choć należa­łoby pragnąć, abym tę modlitwę odmawiał na klęczkach, z odsłonię­tą głową, jak czytamy, że w ten sposób postępował czcigodny kardynał Bellarmin i wiele innych świętych osobistości.

Gdy chodzi o porządek, na tyle, na ile to będzie możliwe, wczu­ję się w ducha Kościoła i zgodnie z jego starą praktyką, dzieląc ofi- cjum, będę odmawiać je w godzinach, w jakich jest przepisane. Gdy czcigodny Bellarmin był przeciążony zbyt wielką liczbą obowiąz­ków, stosował się do tej budującej praktyki. Wydaje mi się to także możliwe do wykonania w moim przypadku, zwłaszcza że zdawałem sobie sprawę z wagi czasu, a nawet bez uszczerbku próbowałem tak postępować w seminarium.

Obecność Boga. Akty strzeliste

Jakkolwiek święta i doskonała byłaby ta modlitwa, to za mało, by wypełnić polecenie Pana, który pragnie naszej modlitwy nieustan­nie — „należy się modlić i nigdy nie ustawać” (Łk 18, 1). Byłby w błędzie ten, kto jest przekonany, że odmawiając jako tako brewiarz, jest w stanie spełnić wszystko, nawet więcej, sprawować boskie tajem­nice; „należy się modlić i nigdy nie ustawać” [strona 14]. Ta ustawicz­na modlitwa nie jest wcale niemożliwa, chociaż wielu mogłoby tak sądzić. Byłoby nawet niegodziwością tak powiedzieć, nasz Pan bo­wiem nie poleciłby niczego, co byłoby nie do wykonania.

Prostym i łatwym sposobem wykonania tego zalecenia jest Boża obecność i akty strzeliste. Dodać należy rzecz najważniejszą i nie­odzowną, mianowicie medytację, która jest niczym spichrz zapew­niający codzienną żywność, ponieważ „gdy rozważałem, zapłonął w nim ogień” (Ps 39, 4). Dzięki temu świętemu ćwiczeniu, wierna dusza przebywa zawsze w towarzystwie swego umiłowanego, a jeśli nawet na kilka chwil jest zmuszona się do niego oddalić, to z daleka zaświadcza w pewien sposób, że jej największym szczęściem było­by go nigdy nie opuszczać. Odmawia wówczas akty strzeliste, które są jakby strzałami miłości wypuszczonymi w stronę Boga, aby spro­wadzić Jego łaskę w nasze serca.

Tak więc w ciągu dnia, kiedy studiuję, kiedy jem lub kiedy cho­dzę albo kiedy jestem sam lub w towarzystwie innych osób, będę troszczył się o trwanie w obecności Boga, czuwając nad sobą, aby nigdy nie zrobić niczego, co mogłoby zasmucić mego dobrego Ojca. Aby Go zapewnić o mojej miłości, często będę kierował do Niego krótkie, ale żarliwe westchnienia, czy to poprzez sekretne porywy, czy też pełne miłości spojrzenia na obrazy przedstawiające to, co uczynił dla nas, swych bardzo niegodnych stworzeń.

Byłoby czymś pożądanym mieć ciągle przy sobie wiernego przyjaciela, który będzie mi przypominał o mym [strona 15] umiło­wanym, zwłaszcza wtedy, gdy obowiązki sprawią, że będę go tracić z pola widzenia. Z powodu braku takiego przyjaciela będę stosował inne środki, na przykład będę wznosił swoją duszę ku Bogu za każ­dym razem, gdy zabije zegar, gdy ktoś zapuka do drzwi, gdy przeje- dzie powóz itd. Ten zwyczaj jest już mi znany, muszę go jedynie kon­tynuować.

Innym środkiem, który przyzwyczai mnie do jak najczęstszego trwania w obecności Pana, jest stosowany przez dobrego i godnego szacunku ojca Emery’ego. Miał on małe pudełko wypełnione drob­nym groszkiem. Za każdym razem, gdy myślał o Bogu, przekładał ziarenko do innego pudełka: następnie każdego wieczora podliczał, ile razy w ciągu dnia jednoczył się z Bogiem, porównywał z po­przednim dniem, a jeśli nie myślał o Nim przynajmniej co kwadrans, wyznaczał sobie pokutę. Oto, co czynił ten czcigodny starzec pośród swych rozlicznych obowiązków.

Oracja

Nie powiem nic o oracji, gdyż powiedziałbym za dużo. Zbyt do­brze znam jej znaczenie, dostatecznie dobrze wiem, co myśleli o niej święci, i to powiedzenie, które potwierdziło doświadczenie, że bez oracji nie ma w ogóle dobrego kapłana, bardzo dobrze zostało wtło­czone w moją głowę, abym kiedykolwiek mógł o niej zapomnieć lub miał pokusę, aby opuścić to święte ćwiczenie. Oracja musi być chle­bem powszednim kapłana, to właśnie tam znajdzie on siłę, światło, pociechę we wszystkich swych zmartwieniach, przez które przejdzie w swym życiu. Właśnie tam Bóg [strona 16], udzielając się w zaży­łej jedności swych natchnień i łaski, obficie udzieli mu tego, czego potrzebuje, aby godnie wypełnić swą posługę, z pożytkiem i ku do­bru zarówno dla jego duszy, jak i dusz jego braci. Jednym słowem, jedynie dzięki oracji będzie w stanie zrozumieć naukę świętych i ścieżki, którymi oni podążali, aby ich naśladować i osiągnąć te same rezultaty co oni.



Czytanie duchowne

Jednak aby dostarczyć materiału temu ćwiczeniu, jest jeszcze jedna nieodzowna rzecz, której nigdy nie może zabraknąć. Jest nią czytanie duchowne. Czytanie duchowne postrzegam jako magazyn, gdzie obficie można zaopatrzyć się w materię pierwszą, która następ­nie musi zostać przerobiona na modlitwie w najprzedniejszy ekstrakt i esencję. Ta idea jest niedościgniona, ona dostarcza mi doskonale tego, o czym myślę, ponieważ jestem przekonany, że podążając nad­zwyczajnymi drogami, zrobi się mały postęp w oracji, jeśli nie po­zna się tego, co o życiu duchowym pisali święci. Skądinąd przykład ich cnót, o których czytamy w ich biografiach, jest jak najbardziej właściwy, abyśmy je obrali i naśladowali, a to znajduje się tylko w ascetycznych książkach, które mogą nam dostarczyć duchowej strawy. Gdy tego rodzaju literatura nie jest nam bliska, to jakże bę­dzie się prowadzić dusze, które nam zostaną powierzone. Wówczas pójdzie się za zachciankami swego ducha i popełni się wiele głupstw [strona 17].

Nawiedzenie Najświętszego Sakramentu

Kapłan, który wie, że nasz Pan Jezus Chrystus nie zadowala się codziennym ofiarowaniem w mistyczny sposób na naszych ołtarzach z miłości do wszystkich, ale że zechciał tak bardzo okazać swą mi­łość do swoich dzieci, pozostając na co dzień pośród nich, nie po­trzebuje żadnego innego bodźca, aby ochoczo iść i oddać Mu wszel­ką cześć, jakiej wymaga od niego wdzięczność. Podjąłby się każdej podróży, zniósłby wszelkie trudności, przezwyciężyłby je i udał się do tego miejsca, nawet gdyby znajdowało się na krańcach świata, gdzie miałby pewność, że tam zstąpił nasz godzien miłości Zba­wiciel.

Ale On z powodu swojej nadzwyczajnej i niezrozumiałej do­broci zechciał nam oszczędzić wszelkich trudów, obierając sobie wśród nas swe mieszkanie, wynosząc pośród nas tron swego miło­sierdzia, gdzie nas oczekuje, aby nas napełnić swymi darami i naj­obfitszymi łaskami. Chrześcijanie, zapominając o tym, co powinni oddać tak dobremu Ojcu za tak wielką miłość, poprzez niepojętą demencję dobrowolnie pozbawiają się nieodzownej pomocy, którą niezaprzeczalnie znaleźliby u stóp świętych tabernakulów, gdzie przebywa ich czuły i szczodrobliwy przyjaciel. Jaki straszny rachu­nek tej apatycznej i niesprawiedliwej beztroski, tak opłakanej w skutkach, zdadzą pewnego dnia ci nieszczęśnicy wobec Naszego Pana Jezusa Chrystusa.

Ja, któremu Pan zawsze wyjednywał łaskę bycia dotkniętym i przenikniętym miłością, jaką nam okazuje [strona 18] w swym Sa­kramencie, ja, który tak często doświadczałem skutków Jego obiet­nic, gdy w chwili doświadczenia lub zmartwienia uciekałem się do Jego miłosierdzia, nie będę naśladował niewdzięczności tych kapła­nów, którzy odprawiwszy mszę, jeśli w ogóle ją odprawiają, nie pojawiają się już więcej w świątyni żyjącego Boga, który w niej przebywa, który na nich czeka, jeśli nie po to, aby ją przemierzyć w pośpiechu, gdyż wzywa ich jakaś sprawa. Zadowalają się zgięciem na minutę swych kolan przed najwyższym majestatem Boga, wobec którego zdają się niewdzięczni, a ich zimne serce jest być może bar­dzo daleko. Za wzór lepiej obiorę świętego kapłana Nepotiana, wo­bec którego święty Hieronim daje następujące świadectwo: „gdzie tylko szukać go będziesz, znajdziesz w Kościele”. Zresztą, nie po­zwolę, aby minął choćby jeden dzień bez pójścia do stóp świętych ołtarzy, by otworzyć swoje serce przed Tym, który mnie kocha, ża­łując szczerze, że nie mogę spędzić więcej czasu. Mieszkając pod tym samym dachem co On, bez przerywania innych obowiązków, które zostały mi wyznaczone, wiele razy w ciągu dnia mogę pójść i spędzić kilka chwil w Jego obecności. Szczęśliwy czas, kiedy z mego łóżka i biurka, przy którym studiowałem, miałem radość wi­dzieć lampkę, która płonęła w Jego świętej obecności, czego wielo­krotnie sobie zazdrościłem.

Rachunek sumienia

Aby umocnić dzieło mego uświęcenia, konieczne będzie: 1 ) dwukrotnie w ciągu każdego dnia badać me postępowanie, kon­frontując je z Bożym prawem, przepisami Kościoła, obowiązkami właściwymi memu stanowi życia i tymi, które przewiduje ten regu­lamin [strona 19], a jeśli z powodu ludzkiej kruchości lub z powodu

zaniedbania byłem niewierny któremuś z wymienionych punktów, nawet mało znaczącym, upokorzę się przed dobrym Bogiem i podej­mę środki, aby następnego dnia lepiej postępować. Jeśli zaś dzięki Bożej łasce zauważę, że wszystko było dobrze, będę błogosławił Pana, któremu jedynie cześć się należy, będę motywował siebie, aby nadal tak postępować, i to z jeszcze większym zapałem, w każdym mym działaniu mając Boga i tylko Boga przed oczyma, wyrzekając się wszelkiej chwały, która mogłaby mi przyjść na myśl, przypomi­nając sobie słowa Świętych, że ludzie często was chwalą za działa­nie, w którym Bóg surowy sędzia serc znajduje jedynie powód do oskarżenia17.

Jeden z rachunków sumienia powinien skupiać się szczególnie na poszukiwaniu wady głównej, której nigdy nie należy okazywać litości, zanim nie zostanie całkowicie zniszczona. Następnie z taką samą zawziętością przejdę do poszukiwania kolejnej, aż w końcu nie będzie już żadnej. Będzie ich tyle, że zajmie mi to całe moje życie.

Oto metoda, na podstawie której przeprowadzę mój rachunek. Ona, jak mi się wydaje, pochodzi od ojca Surina.

Przed rachunkiem:



  1. podziękować Bogu za Jego dobrodziejstwa. Trzeba także po­dziękować Bogu za wszystkie cierpienia duchowe i cielesne, które na mnie zesłał. Nie tylko za te, o których wiem, ale także za te, które są mi nieznane;

  2. prosić Go o łaskę poznania i znienawidzenia grzechu;

  3. rachunek sumienia: dokładnie zbadać swoje sumienie, prze­mierzając w myślach każdą chwilę dnia, zwracając bacznie uwagę na to, co zrobiłem, powiedziałem, pomyślałem lub zaniedbałem uczy­nić w tym czasie;

  4. po rachunku sumienia: prosić Boga o przebaczenie grzechów;

  5. powziąć postanowienie, aby dzięki Bożej łasce poprawić się. Byłoby także czymś dobrym w tym ćwiczeniu ofiarować Bogu nie­co dobra, które uczyniło się w ciągu dnia, jak również część z tego dobra, jaka dzieje się w jego wnętrzu i która mi przysługuje z racji bycia Jego członkiem.

To ćwiczenie powinno trwać piętnaście minut.

Gdy chodzi o czyny, trzeba rozważyć:



  1. jaka doskonałość jest wymagana w każdym z nich, aby był miły Bogu i podobny do czynów Jezusa Chrystusa;

  2. jakie zauważa się braki;

  3. jakie lekarstwo należałoby zastosować.

Jeśli dokładnie przeprowadza się swój rachunek sumienia także każdego wieczoru, musi się to zakończyć wykorzenieniem większo­ści swych wad. Z tej metody wynika jeszcze jedna wielką korzyść: dzięki niej nabywa się bardzo wielkiej łatwości, aby właściwie prze­prowadzić rachunek sumienia przed spowiedzią. Dzięki tej zbawien­nej praktyce [strona 20] spełnia się ważną wskazówkę Zbawiciela, o której tak niewielu ludzi chce myśleć: „Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie... Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie” (Mt 24, 42-44).

Dzięki temu rachunkowi, jeśli tak można powiedzieć, wyrównu­je się rachunki z Ojcem rodziny i w każdej chwili jest się gotowym, aby stanąć przed Najwyższym Mistrzem życia, który w każdej chwi­li i w momencie, którego najmniej się spodziewamy, może nas za­brać z tego świata i wezwać, abyśmy przedyskutowali wszystkie punkty przed Jego strasznym trybunałem.

Poprzez rachunek sumienia wydaje się o sobie sąd, który według słów Apostoła powinien nas zachować od innego, o wiele bardziej strasznego i surowszego sądu. „Jeżeli zaś sami siebie osądzimy, nie będziemy sądzeni” (1 Kor 11, 31).

Poprzez skruchę, którą się wzbudza, poprzez pokutę, jaką się so­bie wyznacza, poprzez mocne postanowienie, które podejmuje się, aby już więcej nie grzeszyć, uzyskuje się przebaczenie swych win, dochodzi się do ograniczenia ich liczby, z góry się je przewiduje, poprzez dobrowolne zadośćuczynienie, poprzez nieporównywalnie większe kary cielesne, które są dla niej zarezerwowane w czyśćcu.

Jeśli nawet uważnie dostrzega się wszystkie zalety, jakie powin­ny wypływać z poprawnie przeprowadzonego rachunku sumienia, nie należy się dziwić słowom, nad którymi powinni medytować [stro­na 21] wszyscy kapłani, które wypowiada autor wspaniałej książki, a ja zamieszczam je na końcu tego artykułu.

„Brakuje słów, które mogłyby wyrazić”, mówi ten autor, „poży­tek tej świętej praktyki. Jeśli jest taka, jaka powinna być, można za­pomnieć o sądzie, żywić pragnienie wiecznego zbawienia, a lęk przed wiecznym potępieniem nie może zniewolić jego serca” (po­uczenie do kapłanów wygłoszone przez D.A. de Molinę, kartuza).

Spowiedź

Spowiedź nie tylko jest potrzebna tym, którzy mieli to nieszczęś­cie ciężko obrazić Boga. Dla tych nieszczęśników jest ona absolutną koniecznością. Ten sakrament jest także bardzo potrzebny kapłano­wi, który dzięki Bożej łasce powstrzymuje się od wszelkiego cięż­kiego przewinienia. Bardzo ważne jest więc, aby z niej często ko­rzystał. Odważę się nawet powiedzieć, że jest dlań nieodzowna, jeśli chce wytrwać w cnocie i czystości sumienia wymaganej do tego, aby codziennie zbliżać się do świętego ołtarza.

Bez zbytniego zagłębiania się w szczegóły, których nie zawiera ten regulamin, ograniczę się jedynie do wspomnienia przykładu świętych, takich jak: święty Filip Neri, Karol Boromeusz i tylu in­nych, którzy spowiadali się codziennie. Także zalecenia synodalne z tak wielu diecezji pod karą suspensy wymagają od kapłana, aby spowiadał się przynajmniej co osiem dni. Również reguły wielu in­stytutów [strona 22] polecają spowiadać się co trzy lub dwa dni, albo przynajmniej raz w tygodniu. Pokazuje to wreszcie praktyka wielu kapłanów. Z powodu braku tych godnych poważania autorytetów, zdrowa pobożność i sam zdrowy rozsądek podpowiedziały mi wy­starczająco w tej materii i bez żadnej obawy postanowiłem kontynu­ować to, co z taką korzyścią i pociechą praktykowałem aż do chwili obecnej. Będę się więc spowiadał przynajmniej co osiem dni.

Sądzę, że ojciec Surin lub ojciec Rigoleu podają wiele wskazó­wek dla osób, które dążą do większej doskonałości.

Ogólny rachunek sumienia i oskarżenie się z win w konfesjona­le powinny obejmować:


  1. świadome winy przeciwko przykazaniom Bożym i kościel­nym, obowiązkom stanu, ślubom, regułom i konstytucjom;

  2. winy biorące się z czystej ułomności, popełnione przez ułom­ność lub niespodziewanie i popełnione z ograniczoną świadomością;

  3. pierwsze poruszenia powodujące jakieś znaczne pobudzenie, zwłaszcza jeśli pochodzą z wnętrza, to znaczy wady, żądze, na przy­kład miłość własna, gniew, zazdrość, oczywiście jeśli nie wyraziło się na nie zgody;

  4. sakramenty, których nie przyjmowało się z dokładnością, gor­liwością, przygotowaniem i dziękczynieniem po nich;

  5. zaniedbane szczególne postanowienia;

  6. poruszenia łaski, na które nie odpowiedziało się z wystarcza­jąca wiernością.

Nb. Rachunek sumienia nie powinien być szczegółowy, a oskar­żenie winno być bardzo jasne i precyzyjne.

  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   20


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna