Pisma duchowe



Pobieranie 2.38 Mb.
Strona1/29
Data01.05.2016
Rozmiar2.38 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   29
ŚWIĘTY EUGENIUSZ DE MAZENOD
(1782-1861)


Kolekcja Pisma oblackie I, 14

PISMA DUCHOWE

(1794-1811)

Z francuskiego tłumaczyli Józef Leszczyński OMI Roman Tyczyński OMI

POLSKA PROWINCJA MISJONARZY OBLATÓW MARYI NIEPOKALANEJ




POZNAŃ 2014




Copyright polskiego tłumaczenia:

Polska Prowincja Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej

Korekta: KATARZYNA BUŁCZYŃSKA
Redaktor: MARCIN WRZOS OMI


ISBN 978-83-921781-4-9 (całość)

ISBN 978-83-63775-05-6 (t. 14)

DRUK: TOTEM, 88-100 INOWROCŁAW, UL. JACEWSKA 89


Eugeniusz de Mazenod w wieku 23 lat.

Portret wykonany w Paryżu w 1805 r. przez grawera G.-L.Chretiena.

Wprowadzenie



Pierwsze trzynaście tomów listów Eugeniusza de Mazenoda do Oblatów Maryi Niepokalanej, już opublikowanych, nie stanowi na­wet czwartej części jego pism, które obejmują również między in­nymi jego okólniki administracyjne jako biskupa Marsylii, osobi­sty dziennik, pisma duchowe, wiele notatek z lektur i studium.

Zawartość tomów Pism duchowych Eugeniusza

Dwa następne tomy zawierają część pism duchowych Eugeniu­sza, w których mówi o sobie i rozwoju łaski.

Inne (pisma), dotyczące doktryny lub jego nauczania, są licz­niejsze1, ale ich publikacja z wielu powodów nie jest przewidziana w najbliższej przyszłości2, między innymi dlatego, że jest to dok­tryna w wielu punktach przestarzała i często przedstawiana w spo­sób, który dzisiaj może szokować. Należałoby też przestudiować źródła jego nauczania katechizmu dla każdej klasy lub instrukcji i ustalić, czy czerpał obficie z tych dzieł, czy tylko szukał w nich natchnienia. Byłaby to praca długoterminowa i trudna. Nikt dotąd się jej nie podjął. Listy pasterskie stanowią szczególny problem. Można wykazać, że Eugeniusz ułożył kilka listów pasterskich swe­go wuja w latach 1823-1836, ale wiemy, że biskup Jeancard pisał osobiście swoje najważniejsze listy i bez wątpienia także wiele li­stów pasterskich.

Dokumenty, które stanowią niniejszą publikację, są dość uroz­maicone. Zawierają przede wszystkim notatki z szesnastu rekolek­cji odprawionych od 1808 do 1837 r., kilka konferencji duchowych, wygłoszonych w czasach seminaryjnych, przepisy regulaminowe, postanowienia, notatki z lektur i wreszcie listy do rodziny i przyja­ciół.

Eugeniusz o swoim życiu duchowym mówił również w listach do oblatów, a przede wszystkim w swoim dzienniku, który ukaże się osobno. Celem kolekcji Pisma oblackie jest udostępnienie członkom Zgromadzenia głównych źródeł archiwów Założyciela, a nie wyjaśnianie wybranych tematów3.

Notatki rekolekcyjne przeważają w dwóch następnych tomach, ale wymagają pewnej interpretacji. Wiele stron wydało się pierw­szym biografom biskupa de Mazenoda zbyt kontrowersyjne, do tego stopnia, że o nich nie wspominali. Kanonik Leflon napisał: „Jeżeli nie mamy prawa ich pominąć, to zanim je przyjmiemy do­słownie, trzeba im się przyjrzeć dwa razy. Przede wszystkim te notatki nie zawierają szczegółowego rachunku sumienia, przygo­towującego do spowiedzi. Eugeniusz nie używa w nich języka teo­logii moralnej; interpretowanie tych formułek według jego wymo­gów byłoby przesadą i przekroczyłoby ich zawartość. Przeciwnie, mówi językiem klasycznej duchowości seminaryjnej, jakiego uży­wała szkoła francuska, która jako reakcję na naturalizm i optymizm Odrodzenia podkreślała nędzę człowieka bez Boga, aby w ten spo­sób lepiej uwidocznić wielkość człowieka z Bogiem. Przejęty jej słownictwem, dla niego stosunkowo nowym, młody uczeń semina­rium Świętego Sulpicjusza używa i nadużywa go w duchu nieco szkolnym nowicjusza, który powtarza świadomie dosłownie wy­uczoną lekcję, bez głębszego zastanowienia. Bezwzględny tempe­rament Eugeniusza, jego upodobanie do kategorycznych twierdzeń, młodzieńczy zapał stanowiły doskonałe podłoże przesadnych słów. Jakże mógł nie brać pod uwagę żywych przeżyć, którym był pod­dany...?”4.

Te notatki rekolekcyjne mają więc pewne ograniczenia. Po­zwalają nam poznać Eugeniusza, który wyolbrzymia błędy, które popełnił, idealizuje przyszłe projekty, a o teraźniejszości mówi w chwilach zapału, kiedy jego duch jest rozgrzany do białości i unosi się ponad sprawami życia. Weźmy jako przykład tekst jego życiowego regulaminu, ułożonego w Aix w grudniu 1812 r. (dok. 109). Eugeniusz mówi, że największym zajęciem jego ży­cia będzie miłowanie Boga, a jego najgłówniejszą troską starać się o to, aby Bóg był kochany. W tym wypadku ma się wrażenie, że chodzi o regulamin jakiegoś mnicha kontemplacyjnego, a nie o kogoś, kto został księdzem, aby zbawiać dusze poprzez działa­nie. Nie ma ani słowa o posłudze, za to trzydzieści stron o obo­wiązkach wobec Boga i sposobach zjednoczenia z Nim przez po­bożne ćwiczenia i studium.

Uznaliśmy więc za słuszne uzupełnić te strony licznymi wy­jątkami z listów do jego rodziny i przyjaciół, w których Eugeniusz mówi o swoim życiu wewnętrznym i postępie duchowym w spo­sób bardziej konkretny i realny niż w swoich notatkach rekolekcyj­nych.

Znajdziemy tutaj dwadzieścia jeden wyjątków z listów do przewodniczącego de Mazenoda, pisanych w latach 1804-1807, które pozwalają nam poznać życie Eugeniusza w Aix, i pięćdzie­siąt trzy wyjątki z listów do pani de Mazenod, z których większość została napisana w latach 1808-1812, aby ją przekonać o prawdzi­wości swego powołania i zaznajomić z życiem seminaryjnym5.

Z tego samego okresu pochodzi osiem wyjątków z listów do sio­stry Eugenie i sześć do babki. Jest także czterdzieści innych wyjąt­ków z listów do dwudziestu innych adresatów, z tego sześć do For- bin-Jansona.

Jeżeli chodzi o korespondencję z przyjaciółmi, należy żałować, że zniknęło wiele listów, do których był dostęp jeszcze w końcu XIX wieku; miały wielkie znaczenie dla ukazania nam rozwoju życia duchowego Eugeniusza przed wstąpieniem do seminarium, zwłaszcza korespondencja z o. B. Zinellim od 1797 do 1802 r., a następnie z o. Magym, Emmanuelem Gaultier de Claubrym, pan­ną Julie de Glandeves, z księżmi Denisem i Beylotem, księciem de Rohan-Chabotem, itd.6.

Główne etapy życia duchowego Eugeniusza



Lektura stronic tych tomów pozwala odkryć główne etapy ży­cia wewnętrznego Eugeniusza.

1794-1807: poszukiwanie stanu życia

Publikujemy zaledwie dwadzieścia jeden tekstów z lat 1804­-1807, a tylko dwa napisane przed 1804 rokiem. Jeżeli opuścimy wyznanie wiary z Wenecji (dok. 1), pierwsze zachowane pisma Eu­geniusza pochodzą z roku 17997. Ale w stu listach napisanych mię­dzy 1799 a 1804 rokiem Eugeniusz mało mówił o życiu wewnętrz­nym i sprawach religijnych. Pobożność i miłosierdzie księżniczki de Cannizzaro budowały go w latach 1799-1802, sytuacja religijna w Aix i Francji interesowała go w latach 1802-1803; wtedy wygło­sił nawet pogardliwą opinię o synu Cannizzaro, ale nie wyjawił nic ze swego życia duchowego, bardzo wówczas ożywionego. Przyczy­nę takiego stanu rzeczy podał Franęois de Cannizzaro w 1816 r.: „Niestety, nigdy dobrze nie poznałeś tego Nauczyciela pełnego dobroci, który nie przestał darzyć cię swymi dobrodziejstwami; spodobało się niebu, że skorzystałem z okazji, kiedy miałem tyle samo władzy nad twoim duchem co ty nad moim sercem, aby cię zapoznać z tym, co wiedziałem o jego nieskończonej doskonało­ści, opowiedzieć ci o kilku wspaniałych rzeczach, jakich łaska do­konała w moim życiu, chociaż wcale na to nie zasłużyłem, wzbu­dzić w tobie tę samą cześć i przywiązanie do rzeczy duchowych, jakie sam miałem zakorzenione głęboko w sercu, chociaż bardzo często je tłumiłem. Kto wie, może dzisiaj miałbyś sobie mniej do zarzucenia, a ja o jedną pociechę więcej, że pomogłem ci znaleźć bardziej trwałe szczęście od wszystkich przyjemności, jakie cię otaczają, a które będziesz musiał zostawić pewnego dnia. Niestety, mając siedemnaście czy osiemnaście lat, nie zawsze słucha się ro­zumu!” (dok. 136).

Życie duchowe przewodniczącego de Mazenoda, który miał wielki wpływ na Eugeniusza, obfitowało w tym czasie w wiele wartości. W każdym ze swych licznych listów, z których prawie wszystkie się zachowały, Charles-Antoine znajdował sposobność, aby podać jakieś moralne myśli, wyznać swoje przywiązanie do Kościoła, a nade szystko potwierdzić, że cokolwiek się stanie, cał­kowicie zdaje się na Bożą Opatrzność.

Wujek Fortunat, którego listów z lat 1799-1803 zachowało się bardzo mało, świadczył o identycznym duchu nadprzyrodzo­nym. W liście z października 1802 r. opisał dokładnie stan ducho­wy swego bratanka w chwili opuszczenia Sycylii: „Nie przestanę także prosić Boga każdego dnia, abyś usilnie trwał w uczuciach honoru i pobożności, które zawsze stanowiły podstawę twego postępowania i którymi zasłużyłeś sobie na ogólne poważanie na obczyźnie. Znając wielką delikatność twoich obyczajów i całko­witą otwartość, ze wszystkich sił cię zachęcam, abyś hamował swój zapał wobec wielu młodzieńców nieroztropnych i zepsutych, pozbawionych wszelkich zasad przez dwanaście lat rewolucji. Bądź przekonany, że w twoim wieku najlepszą cenzurą występ­ków jest często milczenie i dobre zachowanie... Bądź uczciwym człowiekiem i doskonałym chrześcijaninem, a boska Opatrzność wcale cię nie opuści. Byłeś świadkiem wszystkiego, czego Ona dokonała dla nas w naszych nieszczęściach i z jakim czułym sta­raniem przychodzi z pomocą tym, którzy pokładają w Niej całą swoją nadzieję...”.

Pierwsze dwa lata we Francji były dla Eugeniusza trudnym do­świadczeniem. Nie opuszczało go wspomnienie rodziców na Sycy­lii, chociaż miał dość czasu, by zrozumieć i być zrozumianym przez matkę i wujka Roze-Joannisa, a następnie przystosować się do życia w Aix. Począwszy od 1804 r., można zauważyć, że inte­grował się z nowym środowiskiem i coraz bardziej interesował sprawami religijnymi; chętnie mówił o tym szczególnie ojcu, w tym okresie swemu głównemu powiernikowi.

Zapoznał się najpierw z Kościołem w Aix i wkrótce zaczął się uważać za jego aktywnego członka. Wprawiają nawet w zdu­mienie wyrażenia, które wychodziły spod jego pióra od marca 1804 r.: „założymy seminarium”, „w sobotę wyświęcimy jednego księdza i jednego diakona” itd. (dok. 4 i 5). Następnie wziął w obronę papieża Piusa VII, który podpisał konkordat w 1802 r. (dok. 10 i 23); zachwycał się powszechnością Kościoła i dogma­tem o świętych obcowaniu (dok. 7 i 22). Był zmuszony pogłębiać swoje znajomości religijne, aby bronić nauki Kościoła wobec poglądów wujka Roze-Joannisa: „Będąc prostym laikiem”, pisał w jednej z notatek o jansenizmie, „zajmuję się. moją religią, ponieważ uważam to studium za pierwsze i najistotniejsze zada­nie. Czerpałem najczystszą naukę katolicką w dokumentach so­borowych i pismach świętych Ojców” (dok. 15 i 16)8. Należy podziwiać słuszne uwagi, jakie czynił w 1805 r. o Geniuszu chrześcijaństwa Chateaubrianda (dok. 8) albo w 1806 r. o kaza­niu kanonika Blanche’a, który gloryfikował wojsko francuskie, zamiast głosić „Jezusa Chrystusa ukrzyżowanego” (dok. 19), o jego znajomości Pisma Świętego i przekonaniach religijnych (dok. 13 i 11), itd.

Wyczuwa się, że cierpiał w 1805 r. z powodu złej renomy ka­tolickich kolegiów w Paryżu (dok. 10) lub też na myśl, że przyja­ciele mogą umrzeć bez sakramentów; robił wszystko, by im pomóc umrzeć w dobrej dyspozycji (dok. 9, 10, 20, 21). W 1805 r. po śmierci hrabiny de Vintimille napisał: „Nie uwierzysz, ojcze, jaki efekt wywołuje we mnie śmierć osób tej generacji, chociaż ta jest już mniej warta niż te, które ją poprzedziły. Obawiam się, że trady­cja i przykład cnoty całkowicie przepadną. Drżę na samą myśl, że pewnego dnia zostaniemy zredukowani tylko do naszej, do tej ge­neracji przewrotnej, która wyssała truciznę wszystkich występków, która gnije w tak głębokiej ignorancji, iż należy się obawiać, że wpadniemy w barbarzyństwo gorsze od panującego w szóstym wie­ku. Przynajmniej w tamtych nieszczęsnych czasach wierzono w Boga, tymczasem dzisiaj wyznaje się publicznie przerażający ateizm” (dok. 9).

Eugeniusz łączył dobre uczynki z dobrymi zasadami i zdrowy­mi rozważaniami. Z końcem 1806 i początkiem 1807 r. zgodził się zostać rektorem więzień (dok. 21) i uczestniczył w dziele, które miało na celu katechizację dzieci wiejskich9.

Nie dziwi nas wcale, że od 1804 r. Eugeniusz zdawał się odsu­wać myśl o małżeństwie (dok. 61) i w 1806 r. mógł stwierdzić: „Co do mnie, jest więcej niż prawdopodobne, że nieobecność ojca wy­tyczyła drogę mojego przeznaczenia w sposób przeciwny do tej, jaką kiedyś moje serce, tak zazdrosne o sławę, wydawało się mi obiecywać” (dok. 18), następnie mógł napisać w grudniu 1807 do przyjaciela Emmanuela Gaultier de Claubry’ego: „Czy mam po­wiedzieć ci o sobie? Dobrze, ale po to, by się polecić twoim mo­dlitwom, szczególnie proszę, byś wytrwale błagał Boga — niech wypełnią się na mnie wszystkie Jego wyroki, których skutek opóź­niam moją niewiernością; niech uderza, niech tnie, niech mnie do­prowadzi do tego, bym nie chciał nic innego niż tylko tego, czego On chce, niech usunie liczne przeszkody, które stoją na drodze do doskonalszego stanu, do którego, jak mocno wierzę, jestem powo­łany...” (dok. 22).

1808-1811: przygotowanie do kapłaństwa

Publikujemy siedemdziesiąt osiem dokumentów pisanych w la­tach 1808-1811, które są szczególnie liczne w latach 1808-1809, kiedy jako kleryk musiał walczyć z nostalgią, zwłaszcza na myśl, że matka i babcia pożegnały go z wielkim żalem. Nie ustawał w wynajdywaniu nowych argumentów, by przekonać matkę o praw­dziwości bożego wezwania, która zrezygnowała dopiero postawio­na przed faktem dokonanym, w dzień święceń syna w grudniu 1811 roku.

W tym fragmencie pism Eugeniusza znajdujemy przepiękne strony, które ukazują jego miłość do Kościoła, radość i oczarowa­nie, kiedy lepiej zrozumie, jak Bóg go kocha, lub też zapał i gorli­wość we wszystkim, co czyni, kiedy zgłębia naturę święceń itd. To w tych latach, podbudowywany ciągle przez mistrzów i współbra­ci, ukształtował się ksiądz i człowiek Kościoła, jakim będzie przez całe swoje życie.

1812-1831: kształtowanie męża apostolskiego

Sześćdziesiąt dwa dokumenty pochodzą z lat 1812-1831. No­tatki z rekolekcji, regulamin i listy od 1812 do 1815 r. ukazują twarde, a nawet bolesne wysiłki, jakie ojciec de Mazenod był zmu­szony podejmować, by zachować równowagę pomiędzy życiem modlitwy i studium, jakie sobie zaprogramował i pragnął doskona­le wypełnić, a coraz bardziej absorbującym i wymagającym przez okoliczności życiem apostolskim, które popychały go do „walki aż do końca, ku większej chwale bożej”10.

Poważna choroba w 1814 r., założenie Misjonarzy Prowansji w latach 1815-1816, wybór życia zakonnego w 1818 r. pozwalały mu powoli odzyskać równowagę męża apostolskiego. Problem dwóch stron w jego życiu, jeżeli jeszcze istnieje po 1818 r., stano­wi rzadko przedmiot notatek rekolekcyjnych i refleksji ojca de Ma- zenoda. Zresztą, zajęcia, coraz liczniejsze, jako Założyciela i mi­sjonarza do 1823 r., jako wikariusza generalnego Marsylii od 1823 do 1836 r. pozostawiały mu coraz mniej czasu na mówienie o so­bie w listach, a rekolekcje, z wyjątkiem tych w latach 1831, 1832 i 1837, które prawie zawsze będzie odprawiał z duchowieństwem Marsylii, nie pozwalały mu pisać o swoich przeżyciach i postano­wieniach.

1832-1861: intensywne życie apostolskie biskupa

Jeżeli chodzi o lata 1832-1861, znaleźliśmy tylko dwadzieścia dziewięć dokumentów godnych opublikowania. Większa część zo­stała napisana w latach 1833-1835. Te listy pomagają nam nieco zrozumieć wewnętrzny dramat, jaki przeżywał biskup de Mazenod z powodu Ikozji i swojej nominacji na biskupa Marsylii.

Wydaje się, że po 1837 r. nie napisał więcej notatek rekolek­cyjnych. Tylko w swoim dzienniku i niekiedy w listach do oblatów zdradzał swój wewnętrzny stan, w którym nigdy nie brakowało cierpienia. To nie on sam wybierał swoje umartwienia, to Duch Święty je na niego nakładał przez wydarzenia, przez obowiązki wy­pływające z podwójnej funkcji biskupa i superiora generalnego: ce­remonie religijne, liczni goście, troski apostolskie i ekonomiczne, korespondencja z oblatami rozsianymi na czterech kontynentach itd.

Pisał na przykład do ojca Richarda 18 stycznia 1852 r.: ,,Ni- gdy ojciec sobie nie uzmysłowi niewolnictwa, jakiemu jestem pod­dany. Rzeczywiście, nikt nie jest bardziej zajęty ode mnie. Prze­chodzę od jednego koniecznego zajęcia do drugiego...”. Pierwszego sierpnia 1853 r. mówił również do ojca Vincensa: „Młodzi ludzie dobrej woli, nie zdołacie mnie zawstydzić, chociaż ubolewam, że nie mogę pracować jeszcze więcej. Nie powinienem sobie czynić wyrzutów, że nie wypełniam swego obowiązku, skoro wstaję o piątej rano, a kładę się spać prawie o północy i nie mogę sobie pozwolić nawet na półgodzinną przechadzkę, a od rana do wieczora jestem do dyspozycji wszystkich i spędzam w biurze z piórem w ręku resztę czasu, jaki mi pozostaje do dyspozycji. Nie zrobię nic więcej, choćbym chciał”11.

Po okresie wielkich pasywnych oczyszczeń z lat 1829-1836 (choroba, sprawa Ikozji, Veze itd.) zjednoczenie biskupa de Maze- noda z Panem, zwłaszcza w Eucharystii, oraz kilka nadzwyczaj­nych zjawisk mistycznych, jak dar łez, momenty niewypowiedzia­nej radości i pokoju, prorocze intuicje, pozwalają twierdzić, że oczyszczenia i osobiste wysiłki, jeżeli chodzi o cnotliwe życie, doprowadziły go do normalnego i intymnego zjednoczenia z Bo­giem12.

Kilka refleksji na dwa tematy bardzo mocno podkreślane


w jego pismach

Pisma duchowe biskupa de Mazenoda są bogate w treść i ob­laci znają już wiele wyjątków, cytowanych w ważnych dziełach i tezach o życiu duchowym Eugeniusza w ogólności13 lub też w szczególności14. Mimo to chciałbym tutaj przedstawić kilka re­fleksji w sprawie dwóch zasadniczych tematów przedstawionych na tych stronach: poczucia osobistego grzechu i pragnienia dosko­nałości.

Poczucie osobistego grzechu — Jego wyrażenia

Czytając pisma duchowe świętego Eugeniusza, zwłaszcza jego notatki rekolekcyjne z lat 1808-1837, uderza nas częstotliwość wy­powiedzi o grzechu, własnym grzesznym życiu i siła wyrażeń, ja­kich używa.

Jeśli przed wstąpieniem do seminarium Eugeniusz czasami wspominał o grzechu, to podczas swoich pierwszych rekolekcji w październiku 1808 r. po raz pierwszy mówił o własnym grzesz­nym życiu.

Oto kilka jego wypowiedzi. Najpierw uważał się za niegod­nego przebywać wśród świętych, którzy zamieszkują seminarium: „Muszę się głęboko uniżać na widok nieprawości, które powinny na zawsze zamknąć mi wejście do sanktuarium. Ciągle muszę mieć przed oczyma moje występki, aby nigdy nie zapomnieć, że w oczach sprawiedliwego Boga jestem ostatnim ze wszystkich...; gdyby ludzie widzieli mnie takim, jakim jestem, to chociaż nie wiem, jak wielka byłaby ich miłość, byłbym dla nich nie do znie­sienia” (dok. 28, s. 65). Dodał, że Pan go wyrwał „z rąk demo­na”, „z gardzieli piekła”, „wyciągnął go z występku” (tamże, s. 67).

Długo nic nie mówił o swoich grzechach przed rekolekcjami kapłańskimi, które miały miejsce w grudniu 1811 r. (dok. 95). Po­tem posługiwał się terminami jeszcze bardziej wyrazistymi i moc­niejszymi niż w 1808 r.: „Z powodu moich dawnych występków. oddałem się diabłu i jego przewrotnym dziełom. Jestem więc grzesznikiem, wiem o tym, wielkim, a nawet bardzo wielkim grzesznikiem.”. „Będę rozmyślał. o grzechu, o strasznym, ohydnym grzechu ciężkim, w jakim miałem upodobanie przez tak długi czas albo, by się lepiej wyrazić, pod władzą którego jęcza­łem przez wiele lat” (s. 251). „Zacierałem Twój obraz, kiedy bluź- niłem przeciw Twojej miłości, zanim zrozumiałem, co to jest grzech i kim jest Ten, kogo obrażałem. Ta dusza, którą od Ciebie otrzymałem, aby Cię wielbić, błogosławić i kochać, Tobą wzgar­dziła, obraziła Twoją dobroć. odwróciła się od Ciebie i zanurzyła w brudne błoto. nieskończony Majestacie, obrażony i sponiewie­rany przez nędznego i wstrętnego robaka, przez tego zbuntowanego nikczemnika.” (s. 253), „ja, parszywa owca, ja, cuchnący trędowa­ty.” (s. 256). Pan przyszedł „mnie wyciągnąć z błota, w którym byłem zanurzony”. Bez Jego łaski „gniłbym jeszcze w odchodach albo może bym już zginął”, itd. (s. 263).

Dopiero podczas bardzo ważnych rekolekcji w grudniu 1814 r. (dok. 130), przed założeniem Zgromadzenia, Eugeniusz bardzo dużo i w detalach mówił o swych dawnych grzechach, między in­nymi wyraźnie wspomniał po raz pierwszy o łasce nawrócenia w Wielki Piątek 1807 r.: „Czy mogę zapomnieć te gorzkie łzy, któ­re popłynęły w jeden Wielki Piątek z moich oczu na widok krzy­ża...? Byłem w stanie grzechu ciężkiego i to było przyczyną moje­go bólu” (v. 15 s. 99). „.Ja, ksiądz, byłem tak długo, przez wiele lat, świadomie, dobrowolnie, uparcie niewolnikiem szatana, wro­giem Boga. Bóg się posłużył odrobiną gliny, gorzej — nikczem­nym odpadem, aby dokonać wielkiego dzieła. Moje miejsce wca­le nie znajdowało się w sanktuarium [.ale] poza Kościołem, razem z psami, w ostatnim szeregu pokutników; oto, jak daleko powinna sięgać moja ambicja.” (s. 101).

Eugeniusz przez całe życie mówił o swoich grzechach, ale w sposób mniej wyrazisty. Niech tych kilka wyjątków wystarczy, by czytelnik zrozumiał, o co chodzi: poczucie osobistego grzechu przedstawione z takim realizmem, który dzisiaj trudno pojąć.

Jakie grzechy?

Czy byłoby niedyskrecją zapytać, jakie to grzeszne życie pro­wadził Eugeniusz, lub przynajmniej jaki sens należy nadać tym wy­rażeniom?

Czytaliśmy już wyjaśnienie proponowane przez kanonika Le- flona. Eugeniusz sam właściwie, w swoim regulaminie z 1812 r., ostudził nieco swoje wyrażenia: „Ponieważ obecnie może się zda­rzyć, że dokumenty najbardziej tajne, wymagające największego szacunku, mogą na siłę być przeczytane i rozpowszechnione przez wysłanników policji [Napoleona], uważam, że powinienem dodać tę notatkę dla tych panów w jakimś piśmie, które jest tylko dla mnie: kiedy mówię o zbrodniach, należy to rozumieć w znaczeniu wielkich błędów, jakie, wyznaję, miałem nieszczęście popełnić przeciw Bogu w sekrecie mojego sumienia; chociaż jest prawdzi­we powiedzenie, że przed Bogiem jestem wielkim grzesznikiem, to mógłbym się nawet chwalić przed tymi, którzy nie używają tego samego języka. Jeślibym myślał jak oni, to uważałbym siebie za lepszego od nich, ponieważ nie tylko nigdy nie ukradłem, nie zabi­łem ani nie wyrządziłem najmniejszego zła, nikogo w świecie nie skrzywdziłem, nie tylko nie uwiodłem czyjejś żony, do czego ogra­nicza się katechizm najbardziej uczciwych ludzi w świecie, ale nawet zawsze uważałem i postępowałem zgodnie z opinią, że ro­zum i religia nakazywały powstrzymać się od chęci używania tego, co jest własnością kogoś innego, i nigdy nie przyzwolić na czynie­nie z kimkolwiek tego, co mogłoby stać się przedmiotem słuszne­go wyrzutu sumienia. Słowem, nigdy w życiu nie byłem powodem skandalu. Wzywam na świadków wszystkich, którzy mnie znali w krajach, jakie zamieszkiwałem” (dok. 109, t. 15, s. 24).

Z wypowiedzi Eugeniusza jasno wynika, że nie spowodował „nigdy w życiu żadnego skandalu”. Szczególnie podkreśla, przy­najmniej cztery razy, że nigdy nie miał sobie do wyrzucenia naj­mniejszego błędu odnośnie do kobiet15.

Ojciec Rambert pisał o tym: „Mimo niebezpieczeństw i depra­wacji, na jakie był narażony [na Sycylii i po powrocie do Aix] z powodu osobistego wdzięku, żywego temperamentu i swojego przesadnie wrażliwego serca, mimo tych uprzywilejowanych zalet i obfitej korespondencji, jaka była z tym związana, mógł dać o so­bie to słuszne świadectwo, że mimo zastawionych sideł na jego nie­winność, nigdy nie miał sobie do wyrzucenia najmniejszego błędu przeciw anielskiej cnocie”.

Ojciec Morabito w książce Je serai pretre zauważył, że Ram- bert przesadza, mówiąc, iż Założyciel nigdy nie powiedział, że nie miał sobie do wyrzucenia żadnego błędu przeciw anielskiej cnocie. „Uważam”, napisał, „że w rzeczywistości chodzi o jakieś słabości, jakie miałby popełnić w swojej młodości wśród świata, wiodąc wzorowe życie chrześcijańskie”16. Ojciec Morabito otrzymał nawet wiele listów protestacyjnych od oblatów, oskarżających go o brak dyskrecji i respektu. Tymczasem nie było powodu do zdziwienia, skoro wiemy, iż przez długi czas błędy przeciw szóstemu i dzie­wiątemu przykazaniu były głównym przedmiotem spowiedzi.

Eugeniusz nigdy już nie podał więcej szczegółów. Większość wyrażeń z jego notatek rekolekcyjnych była wtedy w ogólnym uży­ciu autorów duchowych i kaznodziejów, jak na przykład: nędzny robak, zbuntowana zgnilizna, parszywa owca, błoto... odpad, bez­ustanne mówienie o czynach zbrodniczych, to ciało, które tak czę­sto wciągało duszę w występki, a te z kolei czyniły ze mnie niepo- jednanego wroga Boga, i tak dalej.

Niedawno oblaci pozwolili sobie na zbyt śmiałą interpretację. Bez wątpienia, słabo znając osobowość Założyciela i jego styl, je­śli nawet otwarcie nie mówili o homoseksualizmie, to uważali, że Eugeniusz miał jakby skłonności w tym kierunku.

Należy kategorycznie odrzucić taką interpretację, która nie ma sprawdzonego podłoża historycznego. Posądzenia Franęois Veze- go17 z 1838 r. nie mogą w żaden sposób być powodem takiego tłu­maczenia ani to, że Eugeniusz kilka razy potwierdził, iż nigdy nie popełnił błędu z kobietami. Homoseksualizm, w czasach Eugeniu­sza, był czymś nie do pomyślenia, zwłaszcza w jego środowisku, które mocno ulegało wpływom jansenizmu, tym bardziej u niego samego, mającego sumienie raczej skrupulatne. Wystarczy prze­czytać jego rachunki sumienia skrajnie drobiazgowe (dok. 109, s. 33-35, i dok. 157, 169), aby zauważyć, że odczuwałby skrupuły, gdyby skądinąd nie było wiadomo, iż jego ufność w nieskończone miłosierdzie Boga pozwalało mu zawsze zachować doskonałą rów- nowagę18.

Oblaci słabo znający wrażliwość serca Eugeniusza mogli się dziwić żywej kolorystyce niektórych wyrażeń jego listów do kilku oblatów, zwłaszcza do o. Suzanne’a19, czy niektórym jego własnym wypowiedziom, że darzy wielką czułością swoich przyjaciół (dok. 95, s. 257-258), niektórych młodzieńców ze Stowarzyszenia Mło­dzieży z Aix lub kilku oblatów (dok. 130, t. 15, s. 107 i 145, s. 175­-176). W notatkach rekolekcyjnych z lat 1811, 1814 i 1818 wyraź­nie z tego się tłumaczył, ale możemy być pewni, że nie należy powiększać winy, o jaką się oskarżał. Zwyczajnie zdawał sobie sprawę, iż bardziej skłaniał się do miłowania tych, którzy mu oka­zywali więcej czułości i wdzięczności, lub raczej obawiał się ująć czegoś w swoim sercu nieskończonej miłości Boga20.

Uznawał, że często serce sprawiało mu ból, ale tego nie ujaw­niał. Wiele razy mówił o tym, zwłaszcza w swoim dzienniku z 4 września 1837 r.: „Wyznaję, że nie pojmuję, jak mogą kochać Boga ci, którzy nie umieją kochać ludzi godnych miłości. Dlatego można zrozumieć, że nie mam ochoty ujawniać uczuć, jakie mnie ożywiają. Niech ten, kto miałby pokusę mnie strofować, wie, że nie obawiam się jego sądu i będę miał dość odwagi, by mu pokazać, iż mam wszelkie podstawy dziękować Bogu za duszę zdolną lepiej zrozumieć Jezusa Chrystusa, naszego Nauczyciela, który nas ukształtował, który ożywia i inspiruje moją, niż ci chłodni i ego­istyczni myśliciele, którzy umieszczają serce w mózgu i nie umie­ją nikogo kochać, ponieważ w ostateczności kochają tylko siebie... Należy studiować świętego Jana i zgłębiać przede wszystkim to, co emanuje z tak bardzo kochającego serca Jezusa Chrystusa nie tyl­ko do wszystkich ludzi, ale w szczególności do jego apostołów i uczniów, a potem odważyć się wystąpić i głosić miłość spekula- tywną, pozbawioną sentymentu i bez uczucia.”21.

Czy jest jednak konieczne czynić przypuszczenia, co rzeczy­wiście Eugeniusz de Mazenod uważał za grzech w swoim życiu? Nie. Znane są co najmniej niektóre z jego uchybień. Uczestniczył w życiu światowym, brał udział w balach, chodził do teatru w Pa­lermo, a zwłaszcza po powrocie do Aix. Sam ten fakt był wtedy uważany za grzech ciężki. Eugeniusz mówił o tym wyraźnie w kil­kunastu listach pisanych między 1808 i 1811 r., w których błagał swoją siostrę, już zamężną, aby nie tańczyła, nie chodziła do teatru itd.22.

Na Sycylii wcale nie wspominał o tańcu, ale pisał w swoim dzienniku: „Byłoby wiele do powiedzenia o zdeprawowanych oby­czajach wysokich warstw społecznych z Palermo, jednak nie będę o tym mówił. Chcę tylko wspomnieć nieskończoną dobroć Boga, która przez jego wszechmocną łaskę chroniła mnie bezustannie, wśród tak wielkich niebezpieczeństw, inspirując mnie nie tylko do ucieczki, ale też budziła rodzaj wstrętu do wszelkiego rodzaju roz­proszenia, które wyciąga na bezdroża, jakie opłakiwałem u in­nych...”23.

W Aix, w 1803 i na początku 1804 r., prawdopodobnie uczestniczył dość aktywnie w życiu światowym. Pisał do ojca 27 stycznia 1804 r.: „Jeżeli nie bawiłem się w St-Laurent, jak wy­korzystać przyjemności, które mi ofiaruje urocze miasto Aix? Poza Odeonem... gdzie się gromadzimy dwa razy w tygodniu, aby śpiewać i tańczyć, mamy często komedie. Ale, co mówię ko­medie, to są opery.”. Dnia 16 lutego dodał: „Jeżeli ktoś się nu­dzi w Aix, to jego wina; nikogo też nie oskarżam o to, czego do­świadczam. Czas jest wykorzystany: koncerty, pikniki, bale kostiumowe, bale maskowe, herbaty, kolacje, gry towarzyskie, nowe wodewile.”24.

Eugeniusz lubił przesadzać choćby dlatego, by bawić swego ojca. Tutaj, bez wątpienia, pragnął naśmiewać się z tego życia, któ­re poznał bez większego udziału w nim, ponieważ 12 kwietnia 1804 r. powiedział, że niekiedy „przez trzy tygodnie nie idzie do świata” (dok. 5, s. 9). Jednak poszedł, ale często twierdził, że jego postępowanie było zawsze poprawne. W 1805 r. skarżył się na mat­kę, która się obawiała, by się nie zagubił i nie chciał zbyt długo zostać w Paryżu. Tak to skomentował: „Jeżeli wypełnienie wszel­kich powinności, odrzucenie wszystkich rozrywek i w końcu wstrzymanie się od każdej okazji, mają być gwarancją zdobycia jej zaufania.”, nie powinna się martwić25.

Czternastego kwietnia 1810 r. Eugeniusz zwierzył się matce, która go błagała, by wracał do Aix po dwóch latach studiów semi­naryjnych. Było to ważne oświadczenie. Pisał: „Czy mama uważa, że można zaufać komuś, kogo widziano jeszcze wczoraj w hałaśli­wych towarzystwach, uczestniczącego, nawet pasywnie, w rozryw­kach właściwych ludziom światowym. Żyjąc w świecie, starałbym się powstrzymywać od wszystkiego, co uważałem za prawo boże lub przeciwne moralności ewangelicznej?” (dok. 68, s. 184).

Dlaczego uważał siebie za wielkiego grzesznika?

Wyznanie jest jasne: uczestniczył, pasywnie, w hałaśliwych to­warzystwach światowców. Ale dla Eugeniusza to uczestniczenie w życiu światowym, „nawet pasywnie”, naraz stało się wyjątkowo ważne ze szczególnego względu: od najmłodszych lat Pan powołał go do kapłaństwa. To wezwanie mogło być zaledwie dostrzegalne, w niektórych momentach życia prawie zapomniane, ale na nowo dało o sobie znać. Eugeniusz pisał wyraźnie, iż uwierzył, że rozpo­znał boże powołanie już w młodości26. W dzienniku z wygnania dodał: „To powołanie nie mogło się zrealizować wcześniej. Musia­łem wiele doświadczyć. Gdybyśmy zostali rok dłużej w Wenecji... byłbym poszedł za moim świątobliwym kierownikiem. do zgro­madzenia zakonnego, jakie wybrał.27.

Jego pragnienie zostania księdzem było dobrze znane Francu­zom z Wenecji do tego stopnia, że Raillon, arcypiskup Aix, napisał do nuncjusza w Paryżu w czasie afery Ikozji 6 lutego 1834 r.: „Po­znałem go we Włoszech, kiedy był bardzo młody; nie miał dwu­dziestu lat. Już wtedy okazywał wielką pobożność i chęć zostania duchownym”28.

Ksiądz Bartolo Zinelli pielęgnował następnie to powołanie przez stałą korespondencję w Neapolu i Palermo. Niektóre z jego listów pisanych w latach 1798 i 1801-1802 zachowały się do koń­ca XIX wieku. Dnia 24 stycznia 1798 r. mówił Eugeniuszowi bar­dzo delikatnie: „Masz wiek, w którym należy pomyśleć o wyborze rodzaju życia. Poradź się Boga odnośnie do tej ważnej sprawy”. Dwunastego października 1801 r. dodał: „Twój charakter nie po­zwoli ci nic robić połowicznie; zrobisz dużo dobra lub wiele zła... Pozwól... że ci przekażę dwie maksymy, jakie staram się wpajać młodym ludziom: nic przeciw Bogu, nic bez Boga29. Jednym z pierwszych postanowień seminarzysty w październiku 1808 r. było to właśnie: „Nic przeciw Bogu” (dok. 28, s. 67). W ostatnim liście napisanym krótko przed śmiercią w 1802 r. Don Bartolo mówi jeszcze o powołaniu: „Chciałbym od ciebie czegoś więcej niż tego, co robisz w tej chwili, czegoś jeszcze większego dla chwały Boga i zbawienia dusz”30.

Trudno jest wyobrazić sobie, by Eugeniusz na Sycylii, aż do 20 roku życia, kompletnie zapomniał o powołaniu, ponieważ ksiądz Bartolo bezustannie przypominał mu o bożym wezwaniu.

Jest pewne, że w Aix pod koniec 1806 r. Eugeniusz zaczął poważnie zastanawiać się nad swoim powołaniem31. Już od wio­sny 1804 r. można zauważyć wielkie zainteresowanie sprawami religijnymi i Kościołem (dok. 4-20). Ojciec Morabito dobrze uwypuklił wszystkie możliwe aluzje co do powołania Eugeniusza w jego listach z lat 1805-180832. Można więc powiedzieć, że istotnie zrezygnował ze swego powołania w czasie od wiosny 1802 do 1804 r., kiedy mniej lub bardziej zgodził się na małżeń­stwo. Wrócił do Francji w końcu 1802 r., ponieważ matka znala­zła mu przyszłą żonę, która jednak zmarła krótko po jego powro- cie33. Wydaje się, że nigdy całkowicie nie zapomniał bożego wezwania, nawet gdy z powodu innych widocznych planów to wezwanie nie wywierało na niego wpływu w 1802 r. czy też póź­niej w 1805 roku34. Zastanawianie się nad innym stanem życia niż ten, do którego się już dąży, wcale nie zakłada, że o nim kom­pletnie się zapomniało, i rzeczywiście, podczas rekolekcji w 1811 r. Eugeniusz napisał: „Nigdy nie przestałeś mówić w moim sercu” (dok. 95, s. 254) i w 1814 r.: „Ileż razy w moim przeszłym życiu moje serce rozdarte, udręczone, rzucało się ku Bogu, od którego się odwróciło” (dok. 130, t. 15, s. 99). Jeżeli mówił o swoim od­wróceniu się od Boga, to widać w tym również potwierdzenie sta­łości bożego powołania, jakie wyraźnie poczuł w młodości, usta- wiczność tej woli podkreślanej przez pierwszych biografów i przez ojca Morabito35.

Według mnie, to właśnie z tego powodu Założyciel uważał sie­bie za grzesznika, i to wielkiego, ponieważ zgodnie z wyrażeniem, jakiego często używał, opierał się łasce bożej, przez wiele lat był niewierny planom Boga. Styczność ze światem, nawet pasywna, była wtedy uważana za ciężki grzech dla wszystkich, a dla tego, kto czuł się powołany do większej doskonałości, była czymś skan­dalicznym.

Wydaje mi się, że tym właśnie należy tłumaczyć częściowo tak mocne wyrażenia Eugeniusza, kiedy mówi o swoim grzesz­nym życiu. Długo walczył, aby pozostać wiernym swemu powo­łaniu; wiele cierpiał. Wspomnienie tych burzliwych przeżyć po­głębiło się w seminarium i na początku jego kapłaństwa, kiedy delikatność jego sumienia jeszcze się wyostrzyła. Stąd reakcje i wyrażenia, na podstawie których widać, że dla niego, jak zresz­tą dla wszystkich świętych, którzy żywo doświadczyli Boga, grzech był rzeczywiście wewnętrznym dramatem bez preceden­su, ponieważ jest taki dla Boga.

Spokój w stanie zła jest najgorszym stanem duszy i Eugeniusz wyznał, że jedną z większych łask, jakich dostąpił, była ta: Bóg ni­gdy nie pozostawił go w spokoju36.

Aby zakończyć te refleksje na temat grzechu, można postawić pytanie, dlaczego biskup de Mazenod, który bardzo pragnął zosta­wić po sobie dobry obraz swoim synom oblatom37, nie zniszczył przed śmiercią tych notatek rekolekcyjnych, w których jest zacię­tym oskarżycielem swoich błędów popełnionych wobec Boga i lu­dzi38?

Być może dużo wcześniej chciał dać odpowiedź. W konfe­rencji duchowej wygłoszonej do seminarzystów w 1810 r. czy­tamy: „Miłosierdzie mego Boga jest nieskończone. Chwalmy, głośmy Jego dobrodziejstwa, wszak jeżeli jest dobrze trzymać w ukryciu tajemnicę Króla, mówi Pismo, to zaszczytem jest, a na­wet obowiązkiem ujawniać i głosić dzieła Boga” (dok. 77, s. 202). Chciał więc uczynić akt pokory ze względu na miłość własną, która, jak uważał, była bardzo żywotna w jego młodości. Przede wszystkim chciał głosić dobroć i miłosierdzie Boga względem siebie. Ojciec Morabito pisał o tym bardzo słusznie: „Kiedy się uczyniło coś złego, istnieją dwa sposoby, aby to na­prawić: pierwszy, próbując zapomnieć swój grzech, jeżeli jest jawny, a przemilczeć, jeżeli jest ukryty; drugi, uznać swój grzech, upokorzyć się, dać się poznać takim, jakim się jest, dla swego upokorzenia i dla chwały bożej. Pierwszy sposób jest właściwy duszom zwyczajnym, drugi świętym. Założyciel wybrał ten dru­gi: przez swoje upokorzenie pozwolić zatriumfować chwale bo­żej i Jego miłosierdziu nad swoją duszą. Oto, dlaczego zostawił swojemu Zgromadzeniu wszystkie intymne notatki, dobrze zacho­wane w solidnej oprawie...”39.

Dążenie do doskonałości

Jednym ze słów, najczęściej wychodzącym spod pióra Euge­niusza, oprócz słowa grzech, jest słowo świętość. To słowo odpo­wiada rzeczywistości równie głęboko zakorzenionej w nim jak ist­nienie grzechu. Począwszy od przełomu lat 1807-1808, jak kiedyś w Wenecji, dążył on całym swoim jestestwem do doskonałości chrześcijańskiej i świętości.

Początkiem było niewątpliwie jego spotkanie z Chrystusem ukrzyżowanym w Wielki Piątek 1807 r., ale dopiero w 1814 r. po­wiedział jasno o tym wydarzeniu (dok. 130). W jego pismach pra­gnienie dążenia do świętości ukazało się po raz pierwszy w liście do przyjaciela Emmanuela Gaultiera w grudniu 1807 r.: „Niech Bóg... usunie liczne przeszkody, które utrudniają to, abym doszedł do stanu doskonalszego, do którego, bardzo w to wierzę, jestem powołany. Słowem, niech uczyni mnie godnym Wspólnoty Świę­tych i pozwoli zająć miejsce wśród nich, jakie mi przygotował, ale na które jeszcze nie zasłużyłem” (dok. 22, s. 49).

Od wstąpienia do seminarium Eugeniusz uważał się za „nie­godnego. mieszkać wśród świętych, którzy tworzą ten naprawdę niebiański dom”40 (dok. 28, s. 65); odczuwa potrzebę upokarzania się41, czynienia pokuty i odpowiadania odtąd ze wspaniałomyślno­ścią bez granic na wszystkie łaski, jakie otrzymywał. Od spotkania z Chrystusem ukrzyżowanym w 1807 r. Pan jest i będzie coraz bar­dziej przedmiotem jego miłości i naśladowania, ale w konferencji duchowej, wygłoszonej 19 marca 1809 r., zauważał niewymierny dystans, jaki go oddzielał od wzoru, którego nie naśladował w swej niewinności, ale postarał się mu służyć swoim poświęceniem się (dok. 48, s. 127).

W miarę zbliżania się do święceń coraz lepiej rozumiał, że ksiądz powinien uczestniczyć w świętości Chrystusa i jego aposto­łów (dok. 66, s. 181), dlatego też chciał „budować, z bożą pomocą, swoją świętość na solidnym i niechwiejącym się fundamencie”, aby być gotowym „uświęcać innych, pracując nad własnym zbawie­niem” (dok. 83, s. 214). W liście do matki z 31 marca 1811 r. nie­ustannie przywoływał dwa główne motywy dążenia do doskonało­ści: kapłaństwo i życie apostolskie.

Dlaczego dążyć do doskonałości?

Uważał, że powinien do niej dążyć ze wszystkich swoich sił i wszelkimi środkami (dok. 102, t. 15, s. 8), ponieważ „kapłaństwo jest stanem doskonałości, które wymaga od tych, którzy mieli szczęście je przyjąć, skrupulatnej wierności najmniejszym na­tchnieniom Ducha Świętego”, tak napisał w styczniu 1812 r. (dok. 103, t. 15, s. 9). Był przekonany, zwłaszcza po święceniach, że otrzymał „więcej łask niż potrzeba, by stać się wielkim świętym” (dok. 98, s. 270).

Przed powrotem do Aix w 1812 r. pisał do matki: „Zanim skończę, chcę was powiadomić, że mój stan nakłada na mnie obo­wiązek dążenia do doskonałości i w konsekwencji do używania wszelkich środków, które do tego prowadzą” (dok. 108, t. 15, s. 18). W notatkach rekolekcyjnych z grudnia 1814 r. czytamy: „Ponieważ jestem księdzem, trzeba, by moją jedyną troską było ho­norowanie tej godności. Mój stan jest stanem doskonałości. Czy dobrze to zrozumiałem...?” (dok. 130, t. 15, s. 102). Przeciwnie, zarzuca sobie słabość, a nawet uważa się ciągle za grzesznika. Dodał: „Dziwna ta moja gnuśność! Może nikt nie myślał częściej

  1. doskonałości, nikt nie był bardziej zauroczony tym błogostanem

  2. nikt, bez wątpienia, nie był bardziej niewierny postanowieniom, jakie do tego się odnoszą” (t. 15, s. 115).

Podczas rekolekcji w maju 1814 r. nauki o. Enfantina niewiele go poruszają. „Moje lektury”, pisał, „odnoszą się do godności, świętości kapłaństwa, ciężkości grzechu wśród księży, niebezpie­czeństwa grzechu i zagubienia się, jeżeli się jest niewiernym łasce, zaniedbującym praktykę cnót, jakie bezustannie powinny zdobić duszę księdza. Zwłaszcza księdza, który powinien być wzorem, oparciem, siłą tych, których Opatrzność powierzyła jego kierownic­twu, księdza, któremu Bóg dał łaskę odczuć, że zwykłe cnoty są niewystarczające, aby dokonywać nadzwyczajnych rzeczy, jakie powinny towarzyszyć wypełnianiu jego posługi, i który szukał rad, by lepiej wypełnić przepisy.” (dok. 156, t. 15, s. 204).

Rekolekcje przed przyjęciem święceń biskupich w 1832 r. rozpoczął smutnym stwierdzeniem: był bardziej święty w pierw­szych latach życia kapłańskiego niż dzisiaj (dok. 166, t. 15, s. 235-236). Nieco dalej dodał: „Wiem, że kapłaństwo, którym je­stem zaszczycony od dwudziestu jeden lat, jest stanem doskona­łości i że Kościół wynosząc mnie do godności biskupiej, musiał wierzyć, że posiadam te cnoty w obfitości, a ja z trudem zauwa­żam je w mojej duszy albo, być może, ku memu zawstydze­niu, jestem ich całkowicie pozbawiony, ale jak mogę odpowie­dzieć, jeżeli nie słowami dłużnika z Ewangelii: patientiam habe in me et omnia reddam tibi (Mt 18, 26). Dopomóż mi, Panie, i daj mi czas, a postaram się być takim, jakim chcesz, abym był” (s. 243).

W końcu w 1837 r. zaakceptował, z pewną obawą, ciężar od­powiedzialności za diecezję marsylską. W czasie rekolekcji zano­tował: „To konieczność, którą Bóg na mnie nakłada; miej dużo od­wagi i licz na Jego łaskę. Dlatego przede wszystkim należy rzetelnie pracować, by stawać się świętym. Ten nowy etap w moim życiu musi być okresem całkowitego odnowienia. Wiele razy nie powiodło mi się w moich dobrych postanowieniach. Okoliczność jest nadto sprzyjająca, by nie skorzystać. Czym będę bez tego! .. .Naprawdę, potrzebuję umocnić moją duszę. Bóg daje mi okazję, nakładając na mnie obowiązek, którego nie będę mógł doskonale wypełnić, jak tylko idąc śladami świętych. Zrozumienie tego jest już niesamowitą łaską; trzeba mi na to się zgodzić, by uzyskać dopełnienie” (dok. 185, t. 15, s. 273).

Ale podobnie jak Chrystus i jego uczniowie, Eugeniusz czuł się powołany do życia apostolskiego, do całkowitego oddania sie­bie dla zbawienia dusz. Od pierwszych lat swej posługi w Aix prze­konywał się, że stopień świętości dusz sobie powierzonych zależy w dużej mierze od jego własnej świętości. W notatkach rekolek­cyjnych z grudnia 1814 r. napisał: „Aby pracować nad zbawieniem dusz, trzeba, bym był święty, bardzo święty, bo po pierwsze, bez tego bezużyteczne jest staranie się o nawrócenie kogokolwiek; jak dać z tego, czego się nie ma? Trzeba ofiarować ze swej obfitości; po drugie zaś, połowiczna cnota nie wytrzymałaby w środowisku światowym, nawet prowadząc takie życie, jak ja to robię. Trzeba koniecznie, by blask cnót księdza rozproszył opary wznoszące się wokół niego i przebił się przez najbardziej gęste chmury...” (dok. 130, t. 15, s. 102 i dok. 139, s. 158)42.

Podczas krótkich rekolekcji, odprawionych 30 października 1818 r., w wigilię pierwszych ślubów złożonych w Zgromadzeniu, uczynił następującą uwagę: „.od mojej wierności na odpowiedź łasce bożej, ponieważ ta pomoc jest zawsze proporcjonalna do po­trzeb, zależy być może zbawienie nieskończonej liczby dusz. Jeże­li jestem gorliwy, to wspólnota, na czele której stoję, stanie się gorliwsza i cała ludzkość odczuje ten wzrost gorliwości i miło­ści.” (dok. 148, t. 15, s. 186, 156, 204).

W 1826 r., trzy lata po zaprzestaniu głoszenia misji z powodu zajęć administracyjnych jako wikariusz generalny, uczynił taką oto uwagę w rachunku sumienia: „Jest słuszne i nie można tego zapo­mnieć, mianowicie nieodzowna konieczność dążenia do doskona­łości. Ta racja mnie doprowadzi do uznania masy grzechów zanie­dbań, ponieważ powołanie apostolskie nakłania mnie do świętości i przeznacza mnie do pracy bez reszty dla uświęcenia dusz środka­mi, jakich używali apostołowie.” (dok. 157, t. 15, s. 208).

Podczas rekolekcji w 1837 r. stawiał sobie przed oczami różne grupy wiernych swej diecezji i zdawał sobie sprawę z rozciągłości swojej misji oraz gorliwości, jakiej będzie potrzebował: „To tutaj napotkam największe trudności”, pisał, „ponieważ zawsze było trudno świętym biskupom, którzy nas poprzedzili, uczynić trochę dobra w swoich diecezjach. co to będzie dzisiaj, kiedy prawie nie ma wiary wśród chrześcijan.! (dok. 185, t. 15, s. 277).

W końcu, gdy podjął ze współbraćmi w 1818 r. decyzję o zło­żeniu ślubów i staniu się zakonnikami, dodał jeszcze pragnienie stawania się świętym. „Trzeba, byśmy szczerze sami stawali się świętymi”, napisał w trzecim liście do ojca Tempiera43. Podczas re­kolekcji w maju 1818 r., na kilka miesięcy przed zaproszeniem do przyjęcia Notre-Dame de Laus i przed postanowieniem napisania Reguł, tak się zwierzał: „Podczas całego dziękczynienia zajmowa­ła mnie i pociągała myśl, że muszę być świętym, i co dziwne, wy­dawało mi się to tak łatwe, że nie wątpiłem, iż tak musi być; rzut oka na świętych naszych czasów, jak błogosławieni Leonard z Port- -Maurice i Alphonse Liguori, zdawał się mnie zachęcać i umacniać. Środki, jakie należało podjąć, aby do tego dojść, dalekie od znie­chęcenia, utwierdzały mnie w tej nadziei, tak były łatwe. Widok doskonałości zakonnej, zachowywanie rad ewangelicznych ukaza­ły mi się pozbawione trudności, jakie napotykałem do tej pory. Pytałem siebie, dlaczego do ślubów czystości i posłuszeństwa, ja­kie złożyłem poprzednio, nie dodać ubóstwa. Przedstawiając sobie różne zobowiązania, jakie to ubóstwo ewangeliczne by na mnie nałożyło, nie znalazłem żadnego, przed którym bym się cofnął... To nieustanne dążenie do doskonałości, jakiej przykładów nie wi­dzę wokół siebie w kraju, który już nie wie, co to jest doskonałość, który odżegnuje się od wszystkiego, itd., to dążenie, które pozwala mi odkryć tyle uroku w opowiadaniach tego, czego dokonali świę­ci, który daje mi tak żywe pragnienie ich naśladowania, który spra­wia, że czuję się niewygodnie, z powodu którego odczuwam wiel­kie zażenowanie, ponieważ nie mogę zrobić wszystkiego, do czego Pan mnie inspiruje; to dążenie zasługuje na to, abym się nad nim zastanowił, abym je dobrze rozważył, słowem, abym poszedł za nim, nie ociągając się dłużej.” (dok. 145, t. 15, s. 171-172).

W 1824 r. żałował, że z powodu obowiązków wikariusza ge­neralnego nie mógł dłużej żyć w oblackiej wspólnocie, by budo­wać się obecnością oblatów, z których „każdy posiada nieporów­nanie więcej cnót” od niego. Dodał: „Będę więc zawsze żył z nimi w najściślejszej łączności duchowej i w oczekiwaniu, że w Marsy­lii będziemy mogli utworzyć regularny dom, który dostarczy nam część tych korzyści, jakie w obfitości znajdują się w naszym dro­gim domu w Aix, będę zachowywał Regułę w moim prywatnym życiu, jak tylko to będzie możliwe.” (dok. 156, t. 15, s. 205).

Podczas rekolekcji w końcu października 1831 r. medytował nad Regułami i czynił do nich komentarz. Po przepisaniu zdania ze wstępu: serio sanctitati suae incubere habent, pisał: „Czyż moż­na stworzyć coś doskonalszego na ziemi? Należy uważnie czytać ten akapit, a kiedy go się przeczyta, należy go czytać ponownie. Według opinii Kościoła, należało być tym, aby przyjąć posługę, do której jesteśmy wezwani, i przyjąć nasze święte powołanie. Przy­najmniej należy dążyć do tej doskonałości ze wszystkich sił naszej duszy. Chodzi o nasze zbawienie. Temu się oddaliśmy i poświęcili, wstępując do Zgromadzenia. Szczęśliwa konieczność!” (dok. 163, t. 15, s. 220). Kilka linijek dalej uczynił refleksję analogiczną do tej z rachunku sumienia z 1826 r.: „Drugi motyw, odnośnie do celu naszego Instytutu, pozwala mi odkryć wiele zaniedbań, ku memu wielkiemu zawstydzeniu. Jesteśmy wezwani zastąpić w miarę moż­ności różne zakony zniszczone przez rewolucję. Do jak wielkiej doskonałości jesteśmy wezwani? Do doskonałości właściwej każ­demu zniesionemu zakonowi. Nie można wybrać doskonałości sze­rzej pojętej. Oto cel Instytutu. Co za wstyd dla mnie, że go tak sła­bo rozumiałem...! (dok. 157, t. 15, s. 208, 221).

Natura doskonałości. Środki używane przez Eugeniusza

Pragnienie świętości i wysiłki, by stać się doskonałym, to kon­cepcja pojawiająca się u Eugeniusza niezmiennie i była czymś na­turalnym. Zresztą, urzekł go przykład świętych (dok. 139, t. 15, s. 162; 146, s. 177). Zawsze starał się ich naśladować (dok. 145, s. 172) i nie przestawał ich wzywać (dok. 85, s. 183, 221-222, 268).

W liście do przyjaciela Albertasa w 1820 r. napisał, że łatwo jest stać się świętym: wystarczy chcieć i używać ku temu odpo­wiednich środków. Najkrótsza droga to „z miłością i wdzięcznością służyć Bogu” (dok. 153, t. 15, s. 197-198). Ale potrzebował na to wielu lat poszukiwań i cierpień.

Eugeniusz nigdy nie stosował półśrodków. Wstępując do semi­narium, napisał: „Czy mogę wątpić, że najbardziej potrzebuję po­kuty. Widząc wielkość i liczbę moich błędów, ta ekspiacja powin­na być sprawą i zajęciem całego mojego życia” (dok. 28, s. 68). Idea pokutnego życia powracała we wszystkich rekolekcjach, zwłaszcza podczas jego pierwszych lat kapłaństwa. Wtedy chciał naśladować pokuty cielesne mnichów i w tym samym czasie te liczne, pochodzące z życia apostolskiego do tego stopnia, że w la­tach 1816-1818 jego ciało nie wytrzymało43 44. Choroby, mądre rady ojca Tempiera i wujka Fortunata pozwoliły mu zrozumieć, że już samo życie apostolskie w łączności z Chrystusem dostarcza sporo umartwienia ciała, woli i serca oraz daje możliwość stać się ofiarą jak Chrystus, bez nadzwyczajnych i sztucznych praktyk pokut­nych45.

Z kolejnym dylematem zmagał się jeszcze dłużej, a mianowi­cie miłością Boga i bliźniego, środkami dążenia do doskonałości i pośrednio co do natury doskonałości, do jakiej Bóg go osobiście powoływał. Oczywiście, wiedział, że świętość polega na staniu się drugim Chrystusem, Świętym par excellence. Setki razy Eugeniusz mówił o Jezusie w swoich pismach duchowych. Ale widział, naj­pierw i przede wszystkim, Jezusa złączonego z Ojcem przez mo­dlitwę i kontemplację (dok. 130, t. 15, s. 125-126) do tego stopnia, że jako młody ksiądz zastanawiał się wiele razy w latach 1814­-1817, czy nie wstąpić do zakonu, gdzie pracowałby tylko nad włas­nym zbawieniem46. Stąd, mieszkając w Aix i pracując wśród lu­dzi, jego decyzja o adoptowaniu środków do tego właśnie rodzaju dążenia do doskonałości: przystępowanie do sakramentów, szcze­gólnie eucharystii, o czym mówił bezustannie swojej matce i sio- strze47, oracja (rozmyślanie), główne środki uświęcenia dla księdza (dok. 107, t. 15, s. 16 i 31), umartwienia (dok. 109, s. 24-25), ra­chunek sumienia „aby utrwalić powołanie” (dok. 109, s. 33), spo­wiedź, „aby trwać w cnocie” (dok. 109, s. 36), liczne ćwiczenia pobożne przepisane regulaminem, którym powinien być wierny, „aby dojść do doskonałości i w niej się utrzymać” (dok. 109, s. 20 i 23).

Jego życie w latach 1813-1816 było tak zapełnione, że nie mógł znaleźć równowagi między czasem poświęconym kontempla­cji a przeznaczonym na działanie. Nieustannie oskarżał się to o brak gorliwości i miłości bliźniego, zwłaszcza kiedy otrzymywał listy od zbyt aktywnego Forbin-Jansona, któremu mówił, że on sam nie czyni setnej części tego (dok. 116, t. 15, s. 63), to znów, co zdarzało się częściej w latach 1813-1816, uznał, że nie przestrzega swego regulaminu. W czasie rekolekcji w 1813 r. myślał nawet, że

powinien przez ślub zaangażować się do ścisłego przestrzegania swojego regulaminu życia modlitwy i studium (dok. 121, t. 15, s. 73).

Tak więc poprzez wielkie wewnętrzne cierpienia i poważne cho­roby znalazł powoli środki doskonałości, odkrywając naturę święto­ści, do której Bóg go wzywał w jemu właściwym stanie życia.

Pierwszy promień światła, odnośnie do tej sprawy, zabłysnął w jego oczach podczas rekolekcji w 1814 roku. Przyczyniał się on zwłaszcza do uspokojenia jego stanu niezadowolenia w sprawie apostolstwa, które uważał za zbyt ograniczone i, co więcej, bardzo niepokojące. „Nasza doskonałość nie polega tylko na robieniu wiel­kich rzeczy dla Boga”, pisał, „ale przede wszystkim na wypełnia­niu Jego woli; kiedy z powodu Jego woli nie możemy zrobić pew­nych rzeczy, nawet ta niemożliwość, dobrze pokierowana, może mieć w oczach Boga większą wartość niż te błyskotliwe dzieła itd., niż długie modlitwy itd.”. W 1816 r. dodał w tym samym znacze­niu: „Trzeba, bym przekonał samego siebie, że Bóg posługuje się ludźmi dla dokonania swoich dzieł, ale ich nie potrzebuje. W ten sposób, żyjąc o wiele bardziej w zależności od Niego i mniej się troszcząc o powodzenie, rozwinę o wiele więcej rzeczy, których kierownictwo raczy mi powierzyć. Więcej modlitwy, wiele mniej troski i zabiegania...” (dok. 130, t. 15, s. 126 i dok. 139, s. 159).

W czasie rekolekcji w 1816 r. lepiej widział inny istotny aspekt doskonałości swego stanu. Ten tak ważny tekst zasługuje, by go przytoczyć w całości:

Przede wszystkim muszę siebie dobrze przekonać, że czynię wolę Boga, oddając się służbie bliźniemu, zajmując się sprawami zewnętrznymi naszego domu itd., a następnie robić wszystko jak najlepiej bez zadręczania się, czy tak postępując, nie powinienem robić innych rzeczy, do których miałbym zamiłowanie i które wy­dawałyby się prowadzić bardziej bezpośrednio do mego osobiste­go uświęcenia. Jeżeli, na przykład, w chwili kiedy mam ochotę roz­ważać miłosierdzie Jezusa Chrystusa, w Jego sakramencie, ktoś mnie woła do spowiedzi, powinienem bez szemrania i bez żalu opuścić Naszego Pana, aby wypełnić ten obowiązek miłości, który nakłada mi Jego wola. Podobnie, kiedy zmęczony na ciele i duchu chcę trochę odpocząć przy dobrej lekturze lub na modlitwie, itd., a sprawy domu zmuszają mnie do mordeczych zakupów lub nużą­cych odwiedzin, przekonany, że należy zawsze dać pierwszeństwo temu, czego Bóg wymaga, nad tym, czego pragnęłoby się samemu, nie zawaham się i zrobię to z wielką chęcią. Zakładając, że miałem wybór, przedłożę to, czego wymaga służba, jaką Bóg mi powierzył, nad to, co bardziej by mi odpowiadało. Jeszcze lepiej, postaram się o to, by dojść do większego umiłowania tego, co jest zgodne z wolą Mistrza, który powinien kierować nie tylko moimi czynami, ale także moimi uczuciami. Wygram wszystko, jeżeli do tego dojdę” (dok. 139, t. 15, s. 157).

Stopniowo odkrywał, że doskonałość, do jakiej Bóg go wzy­wa, to doskonałość apostoła. Dlatego powinien naśladować Jezusa w Jego życiu publicznym48 i będzie musiał się uświęcać w pracy apostolskiej i przez pracę apostolską. Taka była wola boża odnoś­nie do jego osoby, stwierdził już w 1814 r. (dok. 127, t. 15, s. 89, 92, 128): „Ten bliźni, którego mam kochać, któremu chcę służyć duszą i ciałem, mnie rozprasza, przeszkadza mi; kiedy od niego wracam, jestem niezdolny do niczego, nie tak to powinno wyglą­dać. Jak postępowali święci? Odkryjmy i praktykujmy ich metodę, ponieważ mam żyć w świecie, a moja pozycja zmusza mnie do kontaktów z wieloma osobistościami większymi i mniejszymi. Z mojej strony chodzi o wszystko, niech więc ten rodzaj posługi będzie dobrze uporządkowany i pozwoli mi rozwijać się w dosko­nałości, zamiast od niej się oddalać” (dok. 130, t. 15, s. 115).

Jeżeli przez kilka lat wahał się pomiędzy życiem czysto kon- templatywnym a czynnym, jego wybór się sprecyzował w 1816 r. (dok. 137, t. 15, s. 151-152) i stał się ostateczny w 1818 roku. Pi­sał wówczas: „Trzeba, bym całkowicie zrezygnował z moich upodobań, które doprowadziłyby mnie do życia w ukryciu... niech na nowo i na zawsze oddam się służbie bliźniemu.”49.

Pomimo rozczarowań i przeciwności, jakie napotykał w swo­jej posłudze w różnych momentach życia50, pozostał nieugięty w tym postanowieniu, które wola boża ukazała jeszcze bardziej wy­raźnie przez jego nominację na wikariusza generalnego diecezji marsylskiej w 1823 r. i na tę stolicę biskupią w 1837 roku. „Ileż razy miałem pokusę porzucenia wszystkiego, aby zająć się tylko moją duszą”, żalił się w każdym razie w maju 1824 roku. „Ależ nie, mówią mi, mam ją zbawić, kontynuując zajmowanie się inny­mi” (dok. 156, t. 15, s. 202). Taka sama myśl pojawiła się jeszcze w 1837 r.: „Muszę pracować nad moim zbawieniem poprzez moje owieczki, muszę się zbawić razem z nimi” (dok. 185, t. 15, s. 277).

Te oświecenia co do stanu życia i rodzaju świętości, do jakiej Bóg go wzywał, przyniosły mu stopniowo wewnętrzny pokój. Już w czasie rekolekcji w 1817 r. widać w nim więcej spokoju: mówił, że będzie przestrzegał wspólnotowego regulaminu modlitw najle­piej, jak tylko będzie to możliwe, a na zewnątrz będzie czynił wszelkie dobro. Pisał, że liczy się przede wszystkim „czynić wszystko przed Bogiem i nie zapominać, choćby na chwilę, o Jego świętej obecności, starać się usilnie ofiarować Mu wszelkie niedo­godności, jakich przysporzy służba bliźniemu” (dok. 144, t. 15, s. 169). Aby w życiu czynnym żyć w taki sposób w zjednoczeniu z Bogiem, rozmyślanie jest odpowiednim momentem i środkiem, ale tu jeszcze planował odtąd rozmyślanie o cnotach życia apostol­skiego (dok. 146, s. 177), lub też o środkach, jakich powinien użyć, aby się zbawić, „pracując nad zbawieniem innych” (s. 178).

* * *

Towarzyszyć w rozwoju życia nadprzyrodzonego w duszach, kontemplować ożywiające działanie łaski, ukazujące się na ze­wnątrz przez zadziwiający rozkwit kwiatów i owoców cnót, jest jednym z bardziej budujących przedstawień, które możemy zaofia­rować medytacji naszego ducha”, pisał ojciec Baffie51.

Kilka powyższych refleksji o znaczeniu grzechu według św. Eugeniusza de Mazenoda i jego dążeniu do doskonałości już po­zwala nam odkryć bogactwo następnych stron. Niech będą „budu­jącym widowiskiem” dla tych, którzy znajdą czas, by je czytać i medytować.

Yvon Beaudoin OMI 17 lutego 1991 r.

17

  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   29


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna