Po co jest Bóg? Szymon Hołownia



Pobieranie 23.34 Kb.
Data10.05.2016
Rozmiar23.34 Kb.
Po co jest Bóg?
Szymon Hołownia
To pytanie miałoby więcej sensu, gdyby je odwrócić. Gdyby to Bóg pytał: Po co mi ten człowiek? Przed stworzeniem świata i ludzi Bóg był samowystarczalny. Nie potrzebował nikogo do szczęścia, mógł trwać w doskonalej wspólnocie trzech Osób. A mimo to podjął ryzyko. Stworzył istoty wyposażone w wolną wolę. Nie w program, który ma ślepo podążać za wysyłanymi z niebiańskiej centrali sygnałami. Bóg chrześcijan – w przeciwieństwie do tego, co się o Nim opowiada – nie jest bowiem zrzędliwą ciotką, która nie spocznie, dopóki nie zdominuje otoczenia, dopóki wszyscy nie będą zachowywać się dokładnie tak jak ona. Nie jest też rozemocjonowanym nastolatkiem, który biega za ukochaną krok w krok, deklaruje, że żyć bez niej nie może i nazywa ją »swoją drugą połówką”. Bóg chrześcijan nie chce być niczyją połówką, proponuje nam układ, w którym jeden i jeden daje nową jakość. Relację, w której nie musisz wyrywać z siebie kawałka mięsa, by złożyć go na ołtarzu miłości, a woń tej ofiary nasyci nozdrza twojego partnera. Buddyści wierzą, że najlepsze, co może człowieka w życiu spotkać, to wyzbycie się siebie, totalne „rozpuszczenie” się w boskim absolucie. W chrześcijaństwie im bardziej związujesz się z Bogiem, tym jaśniej i czytelniej widzisz swoje własne granice. Ten Bóg proponuje człowiekowi dojrzały związek. Taki, w którym nie tracisz siebie, przeciwnie – ze zdumieniem odkrywasz, że coraz bardziej sobą się stajesz.

Zanim jednak to dotrzemy do oazy pełnej soczystych i ważkich refleksji, cofnijmy się ładnych parę kroków, przejdźmy drogą, która do tego Boga prowadzi. Na świecie żyją tysiące ludzi, którzy nie chcą na nią wejść, nie mają odwagi, mają inne potrzeby czy plany. Część z nich nie wie jeszcze sama, czy w ogóle chce wierzyć. A jeśli tak – niby dlaczego miałaby wierzyć właśnie w Boga chrześcijan, a nie w setki innych znanych ludzkości bogów?

Wycieczkę warto zacząć od uprzątnięcia językowo-argumentacyjnego bałaganu, który zostawiają na naszej drodze ciągnące w tę (do wiary) i z powrotem (od wiary) wycieczki myślicieli, publicystów, katechetów chrześcijańskich i ateistycznych oraz jak zwykle znających się na wszystkim najlepiej internautów.

Współcześni ludzie, opisując swoje podejście do wiary, używają zwykle trzech terminów: „wierzący”, „agnostyk” albo „ateista”. A więc – po kolei. Wierzący, to człowiek, który – jak pisał wielki socjolog Peter Berger – „decyduje się na wykroczenie poza sferę tego, co wie z pewnością”. Wiara bez wątpliwości to wiedza. Wierzący wierzy, że Bóg istnieje, a mimo iż jego przekonania nie sposób udowodnić, nie można też niezbicie wykazać, że jest ono nieuzasadnione. Tu rzecz jasna pojawia się pytanie, czy można dać prawo do istnienia czemukolwiek, co nie zostało potwierdzone przez narzędzia nauki. Debata na ten temat to jeden z najbardziej fascynujących sporów, jakie toczą się na świecie od paruset lat. Nie możemy rozstrzygnąć z pewnością, kto ma w nim rację (bo jedna z niewiadomych tego równania – wiara – na zawsze pozostanie dla naszych mózgów wielką niewiadomą). A gdy nie da się czegoś z pewnością rozsądzić, warto trzymać się z dala od skrajności i od wszelkiego rodzaju fanatyzmów. Założyć, że być może nauka i wiara mogą się sensownie uzupełniać. Tam gdzie wiara nie daje sobie rady z opisem zjawiska, może jej pomóc swoimi idealnie wyskalowanymi narzędziami nauka, tam gdzie nauka staje bezradna – może jakąś sensowną hipotezę będzie w stanie sformułować wiara.

Na świecie aż roi się jednak od „szalikowców” jednej i drugiej strony, dla których jedyną znaną formą wymiany argumentów jest bójka. Zdarzają się, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, przedstawiciele hardkorowego kreacjonizmu głoszący, że archeolodzy i biolodzy to głupki oraz kryptosataniści, wiadomo przecież, że Bóg stworzył świat dokładnie w sześć dni i po co jakieś dalsze dyskusje. Do walki z nimi (i z całym światem) stają „kibole” twardego ateizmu, choćby tacy jak Richard Dawkins. Warto zatrzymać się przy nim chwilę dłużej, zresztą – i tak nie mielibyśmy wyjścia. Autor Boga urojonego skutecznie zatamował ruch na drodze, którą próbujemy iść od jakichś dziesięciu minut. Zgromadził wokół siebie dzikie tłumy tych, którzy wędrowali po drogach wiary i niewiary, ale teraz wiedzą już, że ich podróż była bezsensowna. Ich guru wytłumaczył im bowiem, że każdy, kto zakłada, że Bóg może istnieć, jest zdziecinniałym żałosnym tępakiem, który nie wyrósł z wmówionej mu w dzieciństwie wiary w Świętego Mikołaja, Zębową Wróżkę albo Tajemniczego Przyjaciela.

Jeszcze kilkanaście lat temu na Zachodzie publikowano książki opisujące narastającą bezradność ateizmu, jego jałowość i wieszczące jego koniec. Dziś książki Dawkinsa czy pokrewnego mu ideologicznie Christophera Hitchensa rozchodzą się jak świeże bułeczki, a każdy, kto błyśnie znajomością paru zawartych w nich argumentów na imprezie, z miejsca zostaje okrzyknięty intelektualistą. I to mimo że praca Dawkinsa, choć miała być manifestem tak zwanego ateizmu naukowego, hymnem na cześć wszechmocnej nauki, daleka jest od spełnienia jakichkolwiek kryteriów, jakie pracom naukowym się stawia. Jej autor nader często porzuca argumentację, łapie za pałkę i leci rozładowywać emocje. Pozwala sobie na przykład na stwierdzenie, że po świecie hula wciąż śmiertelny „wirus Boga”, coś w rodzaju intelektualnego HIV, a wszyscy zarażeni nim są godni najgłębszej litości, niczym ludzie przekonani, że „wokół słońca orbituje niewielki czajniczek”. O Bogu chrześcijan pisze, że to „zawistny (i dumny z tego), małostkowy i niesprawiedliwy typ z manią na punkcie kontrolowania innych i niezdolny do wybaczania, mściwy i żądny krwi zwolennik czystek etnicznych, mizogin, homofon i rasista, dzieciobójca o skłonnościach ludobójczych (i morderca własnych dzieci przy okazji), nieznośny megaloman, kapryśny i złośliwy tyran”, uosobiony później „w ckliwej i nawymiotnej postaci słodkiego J”. Wierzący mają swoje litanie, ma je też jak widać ateista Dawkins.

Najgorszym jego grzechem jest jednak to, że swoje antyreligijne obsesje ubiera w pseudonaukowe szatki, a tysiące ludzi łykają tę mistyfikację. W tej książce nic nie trzyma się kupy, tezy są kompletnie niesprawdzalne, wszystkie pola do potencjalnej debaty zamknięte przez autora, który biega, kopie, krzyczy, zachowuje się nie jak badacz, ale jak ktoś, kto w dzieciństwie przeżył jakąś kościelną traumę i teraz mści się na Panu Bogu, krzycząc Mu w twarz: „Nie będę w Ciebie wierzył! Nie ma Cię! Nie ma! Nie ma!” Jestem upośledzony, bo wierzę w Boga, którego przecież nie ma – mówi o mnie Dawkins. Z równą łatwością ja mogę stwierdzić, że upośledzony jest Dawkins, który nie dostrzego oczywistego faktu, ze Bóg jest. Dlaczego więc indoktrynacja uprawiana przez Dawkinsa ma być lepsza od mojej? Bo moja jest podszyta gwałtem, tłumaczy znany Dawkins. Religie były przyczyną wielu wojen. A polityka i gospodarka nie były? Czy dlatego, że zaburzone jednostki są w stanie skalać każdą ideę, mamy znieść wolny rynek i skasować wybory? I co to za koncept, który wiarę sprowadza do odpowiedzi na pytanie, o to czy świat powstał w wyniku Wielkiego Wybuchu, czy może został stworzony jednym palcem przez Boga? „Wiara chrześcijańska polega na czymś zupełnie innym niż zgadywanie fizycznych przyczyn powstania świata” – pisze w książce „Co nie jest chwiejne, jest nietrwałe” cytowany już tu znany czeski teolog ksiądz Tomasz Halik. „Bóg nie jest fizyczną przyczyną świata, ale tajemnicą jego sensu”.

Dla mnie ewolucja to element Bożego planu, dla Dawkinsa proces chaotyczny, pozbawiony celu, dla mnie człowiek to fenomenalne w swej złożoności stworzenie, chodzący dowód geniuszu Stwórcy, dla Dawkinsa – maszyna umożliwiająca przetrwanie „samolubnym genom”. Prezentujemy swój pogląd, żaden nie ma dowodów obalających twierdzenie drugiego. Jak w tej sytuacji nie przychylić się do obiegowej tezy głoszącej, że ateizm to też forma religii? Forma wiary w to, że Boga jednak nie ma, religii z bóstwem różnym od niewidzialnego Boga. Przekonuję się o tym ilekroć sięgnę sobie po słynne zdanko dziewiętnastowiecznego niemieckiego filozofa Ludwika Feuerbacha: „Ateizm przywraca przyrodzie i ludzkości znaczenie i godność, z których odarł je teizm. (…) Ażeby umożliwić człowiekowi życie kolektywne: jedynie zgodne z jego prawdziwą naturą, należy rozwiać złudzenia religijne i przywrócić w ten sposób człowiekowi jego istotę, jego istotne cechy wyalienowane w Boga; należy znieść zrodzony z tej alienacji egoizm, a umiłowanie ludzkości uczynić najwyższym prawem człowieka

Intelektualną mizerię ateistycznego credo Dawkinsa najboleśniej obnaża jego kolega z Oksfordu Alistair McGrath w uroczej książeczce „Dawkins urojony”. Rozprawia się z nim argument po argumencie. Dawkins twierdzi, że nie ma prawdziwych naukowców, którzy absurdalnie wierzyliby w Boga? McGrath przywołuje ich tłumnie, w tym noblistów, profesorów najlepszych uniwersytetów, dorzucając do tego kilku ateistów, którzy po lekturze Dawkinsa też publicznie pukają się w czoło, prosząc, by ich z nim nie utożsamiać. Dawkins triumfalnie wyciąga na sztandar starutki argument Feuerbacha, który dowodził, że ludzie wymyślili sobie Boga, bo pragnęli pocieszenia, McGrath odpowiada: „Odczuwanie potrzeby czegoś nie oznacza bynajmniej, że to coś nie istnieje. Ot, choćby pragnienie wskazuje na konieczność istnienia wody”. Dawkins znów zaczyna przemielać argument o świętych wojnach i okrucieństwach inkwizycji, McGrath cytuje (ateistę) Michaela Shermera, prezesa Skeptic Society: „Na każdą z owych wielkich tragedii przypada dziesięć tysięcy niezauważonych aktów osobistej dobroci i społecznego dobra. (…) Religii, tak jak wszystkich innych instytucji społecznych o podobnej głębi historycznej i podobnym wpływie kulturowym, nie wolno redukować do niedwuznacznego dobra czy zła”.

„Założony przeze mnie cel tej książki zostanie osiągnięty, jeśli każdy religijny czytelnik, przeczytawszy ją pilnie od deski do deski, stanie się ateistą”, deklaruje we wstępie do swojego dzieła Dawkins. Coś, co w zamyśle miało być młotem, który ostatecznie zmiecie z powierzchni ziemi wszystkie możliwe religie, brzmi raczej – jak słusznie zauważa McGrath – niczym łabędzi śpiew ateisty, który chwieje się w swoich przekonaniach, widzi, że trudno mu je obronić, a gdy nie ma w ręku mocnych argumentów, sięga ostatecznie po argument siły. Tych, których zafrapował spór obu profesorów, zostawiamy w tym miejscu, dając czas na lekturę obu dzieł i wyrobienie własnego zdania, my ruszamy dalej.

Na obrzeżach tłumu otaczającego z jednej strony Dawkinsa, a z drugiej McGratha spotkać można agnostyków. Ci z kolei mówią: nie wiemy, kto ma rację, nie możemy dowieść, że Boga nie ma, ani też wykluczyć, że istnieje. Bywa, że agnostykami nazywają się wierzący, którzy mają głębokie wątpliwości, nierzadko ludzie noszący w sobie jakąś związaną z wiarą lub religią ranę (na przykład liczyli na pomoc Boga w jakiejś sytuacji i srogo się rozczarowali). Bywa, że przy każdej okazji zaczynają rozmowę na temat wiary. Najczęściej zadawane przez nich pytanie to: Jak można wierzyć, że istnieje jakikolwiek dobry Bóg, skoro na świecie jest tyle zła? To chyba w tych okolicach, a nie w jednej szufladzie z Dawkinsem trzeba lokować postaci takie jak bohater Dostojewskiego Iwan Karamazow – ten przekonawszy się, jak wygląda ów Boży świat, chce oddać bilet wstępu, dzięki któremu na tym świecie się znalazł.

Agnostykami wypada też chyba nazwać tych, którzy, zmagając się z myślą o Bogu, mówią: Nie otrzymałem łaski wiary. A więc – jakby wierzą w Boga, bo niby od kogo, jeśli nie od Niego mieliby tę łaskę otrzymać, ale jednak wyznają, że nie czują z Nim kompletnie żadnej więzi, nie czują się zaproszeni do jakiejś głębszej zażyłości z Istotą Wyższą. Nie mogą odmówić Mu jednak prawa do istnienia.

Bardzo trudno zakwalifikować z kolei autora słynnej i wałkowanej przez ateistów amatorów tezy o tym, że „Bóg umarł” – Friedricha Nietzschego. Niby stuprocentowa deklaracja ateizmu (Bóg umarł, a więc nawet jeśli istniał, nie był Bogiem), ksiądz Halik w książce „Cierpliwość wobec Boga” przypomina jednak: „Jego wyobrażenie Boga było od dzieciństwa podświadomie obciążone owym fatalnym, traumatycznym snem, w którym – po śmierci swojego ojca – widział, jak ojciec przy dźwięku organów wstaje z grobu, wraca do domu i stamtąd niesie z powrotem do grobu małe dziecko. Rano po przebudzeniu się z tego koszmarnego snu – zwierza się Nietzsche – zmarł nagle jego młodszy braciszek. Czy aby w podświadomości dziecka nie utkwiła mieszanina lęku i poczucia winy, że zmarły zaniósł do grobu brata zamiast niego samego. Czy taki bóg – ojciec, zagrażający człowiekowi zza grobu, nie zasłużył na to, żeby go w końcu zabić - żeby »był martwy i pozostał martwy«, jak oznajmia człowiek oszalały w „Wiedzy radosnej” Nietzschego?”

Historycy religii i antropolodzy powiedzieliby pewnie, że religia, wiara były z człowiekiem od samego początku istnienia gatunku, każdy z nas jest w jakiejś najgłębszej sferze homo religio sus - człowiekiem skłonnym do tego, by lokować swoją nadzieję w rzeczywistości innej niż ta opisywana przez kredyty, pracę, a nawet dobre ziemskie relacje. Ludzie pokroju Dawkinsa do końca świata będą nas przekonywać, że to zbiorowe złudzenie, rojenia człowieka, który boi się wydorośleć i wziąć odpowiedzialność za siebie. Uwolnione od religii życie miałoby tu być czymś w rodzaju zabawy dla prawdziwych mężczyzn. Co wydaje się jednak instynktownie bardziej sensowne, bardziej „ludzkie”: ów „egzystencjalny autoerotyzm”, życie w świecie, w którym człowiek sam jest sobie sterem, żeglarzem, okrętem, czy wpisywanie się jednak w relacje, zmaganie się z nieskończenie ciekawszym światem milionów ludzko-ludzkich i ludzko-boskich kombinacji? Niektórzy pójdą tropem Pascala, który sformułował słynny zakład: uwierzę, bo gdybym nie wierzył, a TAM jednak by coś było, wiele bym stracił, nic nie zyskał, a jeśli tam nie ma nic – nic przecież nie tracę. Cytowany już wcześniej Peter Berger, patrząc uważnie na ten nie najlepszy świat, swoją wiarę definiuje jako tkwiące głęboko w nim przekonanie, „że są ostateczne powody do radości”. Szuka śladów innej rzeczywistości w codzienności, tłumacząc, że na przykład „ludzkie upodobanie do porządku pozostaje w jakimś związku z pozaludzkim ładem przyrody”. Przesłanką za istnieniem transcendencji jest też dla niego piękno – „ośmieliłbym się twierdzić, że piękno okolicy na przykład nad jeziorem Como przemawia za istnieniem Boga”.



Nie ma, i nie będzie, książki, która w żelazny i niepodważalny sposób udowodniłaby, że warto wierzyć. Poradniki dowodzące, że lepiej to robić, bo wtedy człowiek ma zdrowsze serce i wątrobę, mają równie dużo sensu, co nakłanianie kogoś do tego, by się zakochał, bo wtedy ktoś będzie załatwiał za niego pranie i prasowanie. Rzeczywistość wiary właśnie dlatego jest tak ekscytująca, że jest zupełnie czymś innym niż rządzący naszym życiem (od bankomatów po medycynę) duet biologii i matematyki. „Dojrzała wiara jest cierpliwością trwania w mrokach tajemnicy” – pisze ksiądz Halik. I dodaje (dedykując to wszystkim tym, którzy – kopiując Feuerbacha są przekonani, że wiara to po prostu znieczulenie, pompowane przez mózg w krwiobieg, by ukoiło skołatane nerwy i pozwoliło myśleć, że to życie jednak nie jest bez sensu): „Dojrzała wiara jest zawsze wiarą zranioną bólem świata, poznajemy ją po ranach – podobnie jak Zmartwychwstały Chrystus wobec swoich apostołów legitymował się ranami”.


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna