Pola, gdzie żniwa w plony obfite Stajam! świecą, jak dojrzy okiem



Pobieranie 269.11 Kb.
Strona1/5
Data08.05.2016
Rozmiar269.11 Kb.
  1   2   3   4   5
MOJE STRONY

Pola, gdzie żniwa w plony obfite

Stajam! świecą, jak dojrzy okiem,
I łąki, wonnym kwieciem pokryte,
Wody, szumiące jasnym potokiem,
Słońce, co złotem gaje powleka,
Pełne uroku jak przyjaźń człeka:

Tam zeszedł błogo życia początek,


Tam jest mój luby rodzinny kątek.

Pod skrzydłem dębu, topoli piórem


Gromada ptasząt zaśpiewa chórem,
A w którą stronę wiater powiewa,
Słodka melodia w ucho się wlewa.
Pod drzewem domek dziada, pradziadka,
Tam mnie na ręku nosiła matka;

Wszystko się sercu tak mile śmiało,


Wszystko, com kochał, tam się zostało.

Cieniste wierzby rosną nad strugiem,


Dźwięczny skowronek buja nad smugiem
I nad mogiły krzyżackie lata
Śpiewać mieszkańcom dawnego świata;

A krzyż przy drodze, ten stróż poległych,


Znak przyszłej w życiu zmiany szczęśliwej,
Słucha skowronka pieśni rzewliwej
O czasach dawnych, szybko ubiegłych.

Pomnę, wieczorem, z czeladzią razem,


Śląc w niebo modły za szczęście dzieci,

Ojciec przed świętym klękał obrazem.


Dziś przy kościółku leży pod głazem,
Cichy jak miesiąc, co mu tam świeci,
Zimny jak wicher, gdy na grób leci.

Co chwila nowy obraz się sunie,

Co chwila nowe wspomnienie bieży;

Wnet deszcz rzęsisty z oka wylunie,


Piorun przez usta słowem uderzy.

Lecz po co skargi, wspomnienia moje,


Przy was myśl smutna niech ma pogodę,
Płyńcie mi, dawnych pamiątek zdroje,
Z wami, wesołe, taniec zawiodę.

Jeszcze mazura usłyszę w dali,


Kiedy go szczera dziatwa wywija,
Ujrzę, jak para parę omija,
Jak się w ich licach krew żywo pali.

Hej mi, dziewczyno hoża, urodna,


Z twarzą rumianą, kwiatkiem we włosach,
Gdy masz sierp jutro rzucić po kłosach,
Dzisiaj na tany pospiesz, swobodna!

Ale dziewczyna z dala ucieka


I czegoś płacze - na coś narzeka.
Jutro ją znajdziesz, jak blask poranny,
U stóp ołtarza Najświętszej Panny,
A za kochanka, co gdzieś tam żyje,
Wianek ofiarny Bogu uwije.

Dalej, wspomnienia moje rodzinne,


Dalej, piosenki ciche, niewinne,
Grajcie mi jeszcze przeszłość kochaną,
W kwiatki rozkoszy świetnie przybraną.

TĘSKNOTA


Czy mnie matka porodziła
Pod nieszczęsną gwiazdą?
Czy mi wiedźma określiła
Rodzicielskie gniazdo?

Całe noce, dnie i lata


Płaczę bez ustanka,
Przyszły swaty, nie chcę swata,
Czekam swego Janka.

Oj! poleciał, oj! pogonił


Na polską wojenkę;

I ojczyzny nie obronił,


I rzucił dzieweńkę.

Sama kołacz piekłam w drogę


I szkaplerzyk dała;

Odjechał ci mnie niebogę,


Com go tak kochała.

Zima idzie, liść opada,


Nim sioła zacichną,
Nocą pucka na dach siada,
Woła: "Pódź, Marychno!"

Nim ja ujrzę, nim zobaczę,


Kochaneczku, ciebie,
Pierw się matuś moja spłacze
Na moim pogrzebie.

Oj, przyszpilcie mi nad głową


Rozmarynu ziele,
Oj, zaplećcież mi różową
Wstążkę na wesele.

Zaśpiewajcie mi piosneczkę,


Moje siostry młode,
Pochowajcie swą dzieweczkę,
Marychnę urodę.

A miłemu, jak zastuka

Do chaty matczynej,

To powiedzcie: niech nie szuka

Marysi jedynej.

Leży ona przy kościele,


Pod zimną mogiłą,
Świętą ziemię zielska wiele
Nad nią umaiło.

W polu cicho, wietrzyk szumi,


Co smutku, tęsknoty...
Ptaszek śpiewa tak, jak umie,
Lata motyl złoty.

WIERSZ DO POEZJI

Kochanko ducha, dziewico słońca,
Z mieczem i w zbroi hartownej!
Nikt się nie oprze, gdyś jest walcząca,
Nikt się nie oprze, dziewico słońca,
Twojej piękności czarownej!

Gdy miecz ukażesz, gdy hełm przywdziejesz,


Białoramienna dziewico!
Gdy na wiatr sztandar śnieżny rozwiejesz,
Zapał szalony w serca rozsiejesz,
Rycerze bronie pochwycą,

Uchwycą tarcze, miecze ostrzone


Wstrząsną w żylastych prawicach,
Z krzykiem rozpaczy rzucą się w stronę,
Gdzie im ukażesz grody zniszczone -
Na których widok zapłomienione
Piekło wystąpi na licach.

A gdy bohater padnie w obronie,


Ty znijdziesz w szacie anioła
I wieniec chwały włożysz na skronie -
Zwycięstwo będziesz śpiewać przy zgonie
I śmierć mu przyjdzie wesoła.

Ty zimne duchy ogniem zapalasz,


W wary przemieniasz chłód lodów,
Ty jedna cudem ludy ocalasz,

Niezwyciężone tłumy obalasz -


Poezjo! Matko narodów!

Ty męczennikom, pod ręką kata


Rozpiętym w bólach śmiertelnych,
Stawiasz obrazy lepszego świata,
Gdzie myśl ostatnia z krzyża ulata
Do boskich krain weselnych.

Ty im, czarowna dziewico słońca,


Nim śmierci doświadczą chłodów,
Za życie męczarń - światłość bez końca
Ukażesz z dala w promieniach słońca,
Poezjo! Wiaro narodów!

Na czarodziejskie twoje skinienie


Stanie się niebo na ziemi,
Dzikiej niezgody zgasną płomienie -
Na twej czarownej palmy skinienie
Ludzie się staną świętymi.

Na kogo twoje wejrzenie padnie,


Ten ziemi świeci na wieki,
W imieniu twoim serca owładnie,
Ludziom ich przyszłe losy odgadnie,
A czas je spełni daleki.

Ty będziesz wiązać dłonie szermierzy


W czas ślubnych świata obchodów;

W ołtarzach stawisz duchy rycerzy.


Przez ciebie ludzkość w siebie uwierzy,
Poezjo - prawdo narodów!

KALINA


Rosła kalina z liściem szerokiem,
Nad modrym w gaju rosła potokiem,
Drobny deszcz piła, rosę zbierała,
W majowym słońcu liście kąpała,
W lipcu korale miała czerwone,
W cienkie z gałązek włosy wplecione.
Tak się stroiła jak dziewczę młode
I jak w lusterko patrzyła w wodę.
Wiatr co dnia czesał jej długie włosy,
A oczy myła kroplami rosy.
U tej krynicy, u tej kaliny
Jasio fujarki kręcił z wierzbiny
I grywał sobie długo, żałośnie,
Gdzie nad krynicą kalina rośnie,
I śpiewał sobie: dana! oj dana!
A głos po rosie leciał co rana.
Kalina liście zielone miała
I jak dziewczyna w gaju czekała,
A gdy jesienią w skrzynkę zieloną
Pod czarny krzyżyk Jasia złożono,
Biedna kalina znać go kochała,
Bo wszystkie swoje liście rozwiała,
Żywe korale rzuciła w wodę.
Z żalu straciła swoją urodę.

DUCH SIEROTY

Idzie sobie pacholę
Przez zagony, przez pole:

Wielki wicher, ulewa,


A to idzie, a śpiewa.

Wyszedł z gaju gajowy


I ozwie się w te słowy:

- Taka bieda na dworze,


A ty śpiewasz, niebożę?

- Oj, długo ja płakała,


Gdy mię nędza wygnała,
Gdy ja, biedna sierota,
Drżąca stała u płota;

Aż raz w nocy niedzielnej


Przy dzwonnicy kościelnej
Mróz wszelakie czucie ściął
I Pan Jezus duszę wziął:

Jedna zimna mogiła


Moją biedę skończyła.
Siwy dziad mnie pochował,
On mnie płakał, żałował,
On mnie ubrał w sukienki
Do tej zimnej trumienki;

Teraz nic mi nie trzeba,


Idę sobie do nieba.

- O sieroto! o dziecię!


Nic ci nie żal na świecie?

- Żal mi jeno tej łąki,


Gdzie fijołki i dzwonki;

Żal mi słońca w zachodzie,


Kiedy świeci na wodzie,
I fujarki wierzbowej
Znad zielonej dąbrowy.

JAN KOCHANOWSKI

Łaskawe życia naszego szafarki,
Ciągną nić złotą pracowite Parki,
Na wrzecioneczkach żywo namotają,
Dni nasze w złote kłębki nawijają.

A gdy już przędzy nie stanie srebrzystej,


To przetną pasmo i w drodze wieczystej
Wnet się człek ujrzy; ten szczęśliwy zasię,
Kto żył dla ludzi dobrze w swoim czasie.
I jako na świat przyszedł - tak i schodzi,
Czysty, jako się sprawiedliwym godzi,
A świat był jemu płomieniem ognistym,
Z którego żywot jak żelazo czystym
Wypłynął w wieczność, tam, gdzie ojce, dziady
Przeszli po cichu - na wspólne narady.

Zielona lipo moja, w której cieniu


Siadam i słonecznemu kryję się promieniu;

Jakże to wiele z tobą rozmawiałem,


Jakże to różne myśli wyśpiewałem,
Za każdą - złotą struną potrącając;

Aże przegrałem życie, wdzięcznie grając.


-Mogłem ci wprawdzie w zbroi, przypasany
Do miecza rycerz - i między dworzany
Stanąć królewskie. Lecz ty, lipo moja,
I ty mi, gęśli, milsząś niźli zbroja!

Śpiewak też równie myślą sprawy ima:

I świat mu cięży jak hełm nad oczyma,

Za poczciwości chroniąc się pawężą


Tnie prawdę mieczem - aż smoki polezą,
Albo zapaśnik legnie - wszędy boje.
Walczy, kto ima lutnię, jak i zbroję.
I świat jednako nagradza też one,
Liście na głowę wkładając zielone.
Tak nad mieczowym greckim bohaterem,
Jako nad ślepym śpiewakiem Homerem
Jedno, lauru liście skroń obwiodły;

Ziemia cóż ludziom da? - jeno chwast podły.

Pod cienie lipy mojej, gościu pożądany,

Spiesz się, tu cię pokrzepi mój dzban polewany,

Złota przywita lutnia i ubogie progi,

I kwiaty mego sadu, a domowe bogi

Sen ci spuszczą przyjemny - aż cię zbudzą z rana

Na gołębniku ptaki i klekot bociana

Lub wierzbowa fujara... Gościu mój kochany,

Usiądź ze mną za stołem i wianek różany

Przyjmij - fraszka ziemskie rzeczy,

Byle ojców obyczaj szczerze mieć na pieczy

I stare "kochajmy się" rad zawsze wspominać,

I umieć sobie z Bogiem i szablą poczynać.

Toć wszystko - więcej człowiek uczynić nie może,

Tępy ma wzrok, by odgadł dziwne sądy boże.

Więc się cieszmy nadzieją, chwytajmy sny złote,

Że nam naszą poczciwość i ojcowską cnotę

Nagrodzą - choćby płoche te sny były,

Praw-li, komu się one na świecie przyśniły.

Pójdź, gościu, w moje progi, otwarte ci wrota,

Wita cię stara prawość i stara prostota,

Zrzuć zbroje i rumaka pachołkowi oddaj,

A zwyczajom się naszym staropolskim poddaj!

Chcemy sobie być radzi,

Rozkaż, panie, czeladzi,

Niechaj na stół dobrego wina przynaszają,

A przy tym w złote gęśle albo w lutnię grają!

SPOWIEDŹ W CYTADELI

Wdziawszy na siebie komeżkę białą


Opuścił celę, zanim zadniało,
I szedł spowiadać ojciec duchowny.
Serce mu ściskał żal niewymowny
I czoło starca zasępiał srodze;

Nie pierwszą duszę ku wiecznej drodze


Miał Chrystusowym słowem pocieszać,
Nie do pierwszego księdzu pospieszać,
A nigdy stopy nie stawiał trwożniej,
Nigdy tak nie drżał starzec pobożny...
I ksiądz się żegnał, i szeptał w skrusze
"Zdrowaś Marya" - za biedną duszę.
A choć tak szaro, tak jeszcze rano,
Tu, ówdzie postać dopatrzył znaną,
A wszystkie smutne narodu twarze;

Więc ksiądz przyklęknął chwilę przy farze,


Na czoło zsunął kaptur szeroki,
Rady uniknąć spojrzeń na boki,
I szedł, jak gdyby liczył kamienie,
Pospiesznym krokiem pod domów cienie.
Znać, że mu słowa spokój mieszały;

Tam się gdzieś lufcik zatrzasnął mały,


Tam się westchnienie z piersi rozkuło,
Serce nie kamień, żeby nie czuło.
Przy księdzu żandarm, z torbą skórzaną,
Postawą trwożył wyprostowaną.
I tak szli dalej, aż za zdrojami,
Aż za polami, aż za wałami,
Przebywszy bramy, mosty zwodzone,

Weszli w budynki ciemne, sklepione.


Długi korytarz, więzienie znane:

Te drzwi zielone, numerowane,


Tam lampka mruga, tam schody, prycza,
Szyldwacha postać gdzieś tajemnicza,
Zaglądająca w więzienną głuszę -
Diabła, co czyha na dobrą duszę -
Mignie przed okiem w szarym mundurze.
Cień się bagneta złamie na murze;

Kędyś kajdany słychać w głębinie.


Nim ucha dojdzie, i brzęk już zginie.
Drzwi otworzono... Wyschły, wybladły,
Oczu błyszczących, twarzy zapadłej,
Siedział młodzieniec; okute dłonie
Na krzyż złożone trzymał na łonie,
Nad bladą skronią ciągną się górą
Niebieskie, czyste żyłki pod skórą,
Jak gdyby myśli przez żywot cały
Niebieską drogę powykreślały.
Oczy głębokie, wskroś przejmujące,
Znać, że się długo patrzały w słońce,
Gdy z ich spojrzenia taki czar pada,
Że i oniemia, i wraz owłada.
Twarz ta uwagi widza nie wstrzyma,
Śmieje się, mówi, żyje - oczyma.
Nad nim wysoko na świt słoneczny
Okno zatarte, jak we mgle wiecznej;

Przy takim oknie izby więziennej


Tyle jest światła co w mgle jesiennej,
W której wzrok ślepnie, a ciała mokną,
I takie zwie się: czyścowe okno.
Imiona więźnł - znane, nieznane,
Na murach izby powykreślane;

Wróg je zostawia, ze ścian nie maże:

Izby te zowią się przedcmentarze...
I z nich by można ułożyć listy,
Szereg szlachetnych dusz promienisty,

Postaci, które przez ten wiek cały


Na Sybir drogę wydeptywały.
Imiona polskie, nie znane w życiu,
Po zgonie głuchną w śniegów ukryciu
Albo się piszą po rudy łamach,
Piekielnych ścianach, kopalni bramach,
Od okna w górze aż do posadzki -
Okrutny, długi pamiętnik łącki;

Imiona owe w takim natłoku,


Tak się prosiły przychodnia wzroku,
Jako na grobach szare kamienie -
O Zdrowaś Maria i o westchnienie.

Ale mnich nawet nie spojrzał na te,


Powolnym krokiem przeszedł komnatę,
A chwały bożej gdy wyrzekł słowo,
Więzień mu odparł schyloną głową,
Na wchodzącego księdza wzrok rzucił,
A znać się bliską śmiercią nie smucił,
Kiedy pogodny, żalu daleki,
Na "pochwalony" odrzekł "na wieki"
Z taką swobodą, z taką miłością,
Że aż się w księdzu zeszła kość z kością,
Tak zadrżał w sobie ów mnich z klasztora.
Była w tym głosie wiara, pokora
I taka czystość prostacza, błoga,
Kiedy zobaczył księdza u proga,
Jakby dla niego poranek wstawał,
W którym się będzie tchnieniem napawał
Tych łąk, wzruszonych błogim wietrzykiem,
I uszy cieszył skowronków krzykiem.

- No, luby synu, zbierz myśli swoje,


Módl się i żałuj za grzechy twoje.
Pan Bóg odpuści, i z duszą czystą
Wejdziesz na drogę życia wieczystą;

A jeślić wielkie nie ciężą grzechy,


Przyjmij ode mnie słowo pociechy.

- Dobrze, mój ojcze, zaczynaj spowiedź,


Daj zapytanie, ja dam odpowiedź,

Bo w życiu - z smutnym dodał uśmiechem


Nie wiem, co zowią dobrem, co grzechem,

- Czy uniknąłeś dusznej zaguby?


Czyś nie zawierał bezbożne śluby?...

- O tak, zawarłem ślub z matką moją,


Tak mnie łudziła pięknością swoją,
Z ojczyzną, moją matką prawdziwą,
A dziś zostawiam tę nieszczęśliwą,
Na rozwód, widzisz, z lubą się godzę,
Zrywam z nią związki, idę, odchodzę;

Ona zapłacze, a ja przebaczę

Temu, co sprawia, że ona płacze.

Przebaczę moją własną żałobę,

Życie skrócone o jakąś dobę,

Lecz cierpień malki niech mnie Bóg strzeże,

Na te, że przyjdzie sąd kiedyś, wierzę;

To już nie moja, a z Bogiem sprawa;

Rany brać musi, kto je zadawa.
Innych ja ślubów nie zawierałem,
Innej kochance nie przysięgałem -
Jeśli to grzechem, sproś odpuszczenie,
Bo ja kochałem matkę szalenie...

- Czy nie chodziłeś zbrodniczą drogą?


Czyliś, mój synu, nie zabił kogo?

- O, ja zabiłem samego siebie,

A potem byłem na swym pogrzebie.

Na trumnie leżał wieniec, wiązany

Nicią, co z serca ciągnie się rany.

Śliczna wiązanka z bólu gwoździków,

Ze wspomnień braci mych rozchodników...

Leżała gaza złudzeń młodości,

Róże przyjaźni, lilie miłości.

To wszystko, czego dla siebie chciałem,

W jeden prześliczny wieniec związałem

I mało ważąc zdania rozumne,

Ze świata sobie zrobiłem trumnę.

- Ewangeliczne zabójstwo twoje


Chrystus nakazał przez prawa swoje.
Lecz chciej przypomnieć grzechy człowieka,
Na które straszny archanioł czeka.
Czyś Pana Boga próżno nie wzywał?
Jego imienia źle nie używał?

- O, bardzo często! Mojaż w tym wina,

Że nie wysłuchał swojego syna?

Żem próżno wzywał jego imienia,

Czy na wolności, czy tu z więzienia,

Żem próżno błagał Polski zbawienia?

Na inne cele, ojcze wielebny,

Nie był mi nigdy w życiu potrzebny...

- Wstrzymaj, mój synu, tę gorycz duszy
I do katuszy nie łącz katuszy;

Nie gardź pomocą i bożym sługą,


Za tę ojczyznę dostaniesz drugą.

- O, nie, mój księże, nie, mój serdeczny,


Ja nie chcę żadnej ojczyzny wiecznej;

Polska dla mojej duszy zbolałej


Milsza nad głębie wieczystej chwały;

Z ojczyzną wieczną ja nie oswoję


Rozmiłowane to serce moje
I sprzed grającej złotej istoty
W dół mnie pociągną polskie tęsknoty.
Jej lekkich stopek porzucę róże
I w otchłań naszej mgły się zanurzę...
Za to bluźnierstwo niech mię Bóg skarżę
Przebiegać chmurne Polski cmentarze,
Z miesiącem spadać w więzienne cele,
Po nocach jęczeć na chat popiele!
Niech mię Bóg skarżę na ten jęk długi,
Który roznoszą bory a smugi,
Nazwany wichrów żałosnym płaczem;

Niechże ja będę wichrem-tułaczem,


Co wszystkie jęki zebrawszy w siebie,
Szumi na Polski strasznym pogrzebie,

Jęczy, narzeka, uszy rozdziera,


Leci i aż gdzieś w minach umiera.
A teraz inne wymień mi grzechy
I jeśli możesz, udziel pociechy,

- Więc jeszcze pytam, czyś w swej młodości


Nie pragnął kiedy cudzej własności?

- O, ja pragnąłem, niech cię nie trwoży,


Pragnąłem, ojcze, własności bożej,
Bo z tą własnością chciałem sam jeden
Nowy Adama utworzyć Eden.
Rwałem się w górę, biłem w te bramy
Sercem rozdartym, myślą i łzami.
Jak złodziej chciałem skarb wydrzeć Bogu,
Więzień związany, Łazarz z barłogu.
Lecz próżnom badał, w blask się zakradał,
W niebom uderzał, w piekło zapadał,
Co się po naszej ziemi rozwlekło -
Wszak i ty, ojcze, znasz polskie piekło?!

- Sługa ołtarza w cichej pokorze


Nie może badać wyroki boże;

Życie, mój synu, dane od Boga,


To na Kalwarię krzyżowa droga.

- Prawda, lecz gdym już przebył tę drogę,


I na ten stopień stawiać mam nogę,
Za którym już jej więcej nie stawię,
Nim na nieznany brzeg się przeprawię,
Przebacz mi, ojcze, jeśli nad grobem
Za całą Polskę zawołam z Jobem:

Za co mię karzesz? za co te kości


Smagasz rózgami tak bez litości...

- Nie płacz tak, synu, jest Bóg nad nami,


Tęcza na deszczu, wiara nad łzami.
Kto czasy boże z ludzi pomierzył?
Święty, kto cierpiał, szczęsny, kto wierzył;

Wiek, dwa, śród wieków świata tysiąca


To jako iskra przy morzu słońca.
Cierpliwość naszą Pan Bóg wyzywa,

Błogosławiona dusza cierpliwa;

Cierpliwość nasza, nie błogie śnienie,
Jednoż to, synu, co i cierpienie.
W tym słowie leży prawd wszystkich całość,
Duma anielska, męska wytrwałość.
Tylkoż się w ranach własnych nie kochać,
Tylkoż nad sobą wiecznie nie szlochać:

Czyliż to życie warte łez tyła?


Skończył. Młodzieniec do nóg się schyla,
Na nagą stopę przeziębią mnicha
Upadła głowa, potem łza cicha,
I za chwilowy smutek, zwątpienie,
Pokornie błagał o przebaczenie.

- Nie maszli żalu? Przypomnij, proszę.

- Nie, do nikogo żalu nie noszę.
I tu się młodzian zamyślił długo.
Z ócz woda znów mu wybiła strugą:

Chciał niby mówić, usta mu drżały,


Ale uśmiechy przyszły i zwiały,
Może tam jaką skargę dziecinną,
Może tam jaką miłość niewinną...
Więc go spowiednik zagadł na nowo:

- A może chciałbyś komu, gdzie, słowo...


Matce, rodzinie?...

Rodzina cała,


Mór powiał, w jeden dzień poczerniała,
I wywleczono, i pogrzebiono
Po chrześcijańsku, w ziemię święconą.
Za czarną Moskwą, co nam mór znosi,
Ten jeździec biały leci i kosi.
Kochance? Którejż to imię służy?
Czy tej zagasłej gwiaździe śród burzy,
Co się z anielskiej przybliża strony,
Gdy nań upadnie sen upragniony,
Tak cudnie piękna i dziwnie cicha?
Na śniegach, których tumany spycha
Wicher północny, na górze stromej,

W śnieżnej świątyni jej cień znikomy,


Wpatrzony w księgi, okryty lamą,
Błaga jak niegdyś za nim, tak samo...
Przyjaciół, druhów nie chciał pozdrawiać,
Jak gdyby imion bał się wymawiać,
Tylko coś łowił w więziennej głuszy
I dopatrywał we ścianach uszy.
Nie, nic, nikomu - i głowę schylił,
Jak gdyby czekał, by go posilił,
Dwoma pytanie zbywając słowy:

- Ojcze duchowny, otom gotowy.

A w tych dwóch słowach odwaga brzmiała

Duszy, co składa swą odzież z ciała

I na rozkazy boże poddana,

Staje przeczysta i niezachwiana.

A ksiądz mu dłonie kładąc na czoło

Jakby słoneczne dopatrzył koło,

Co się wykreśla nad świętych głowy,

Odmawiać począł psalm Dawid&wy.

A znać, że słowa te były szczere,

Bo płacz zaplatał mnich w Miserere.

A potem szybko patrząc na strony

Wyszeptał z duszy Bogiem natchnionej:

- Oto przychodzi Baranek Boży
W duszę człowieka, co się ukorzy,
Aby był nad to słońce jaśniejszy
I nad brylantów ogień przedniejszy,
Albowiem w jego ręce powierzę
Jerozolimę - i niech jej strzeże.
Więc żeś nie bluźnił, chociaż narzekał,
I miłosierdzia mojego czekał,
Otoć przebaczam i z twego czoła
Ścieram człowieka - i blask anioła
Nad twoją głową rozwodzę kołem,
Abyś był odtąd Polski aniołem L.

Zaledwie skończył, słońca promienie


Przez kraty w ciemne padły więzienie


CZEGO NAM POTRZEBA

Daleko, daleko


Te wody już cieką,
Przy których widziałem,
Przy których słyszałem,
Co tu wyśpiewałem.

I dęby spróchniały,


Co przy chacie stały,
Pod których konary
Siadał dudarz stary,
Co się po wsiach włóczył
I piosneczek uczył.
Ale w myśli mojej
Wszystko żywo stoi.

Sosna rosochata


I na łące rzeczka,
Kędy jaskółeczka
Latała skrzydlata,
A białe gołębie
Siadały na dębie,
A w oknie siadała
Panieneczka biała,
Co pieśni śpiewała.

Ach, w niebie kraj taki


Jak polskie równiny,
A jakie chłopaki,

Spowiedź w Cytadeli

I uczyniły w owej godzinie

Z tego więzienia bożą świątynię...

I tylko że w niej nie brzmiały hymny,

Ale wiatr jakiś przeciągał zimny

Od drzwi otwartych, w których połowie

Już stał oficer w hełmie na głowie

I słychać było bębnów łoskoty

I próbowanie marsza piechoty,

I od dziedzińców mało-pomału

Dolatał tętent konnych oddziału.

- No, czas! - głos zagrzmiał - dzień się zaczyna!

Więzień ma prawo zażądać wina.

Na ostre, zimne żołnierza słowo

Młodzian przecząco poruszył głową,

Uścisnął księdza dłoń wyciągniętą

I skinął, by mu kajdany zdjęto...

Dalej nie śpiewam; to, co się stało,


Tyle mi razy serce ściskało,
Że umęczona dusza - z daleka
Od piekła polskich wspomnień ucieka.


A jakie dziewczyny,
Ach, Boże jedynyl

A Wisła, ta rzeka,


Co w morze ucieka,
Co siwa u brzegu,
A modra z daleka,
Gdzie płynąc na tratwie
Flis przygrywa dziatwie
I wiezie za morze
Mazowieckie zboże,
Ach, Bożeż mój, Boże!

A każdziuchne pole


Równe jak po stole,
To jak z ciepłą wiosną
Pszenice porosną,
A zboże kłosie j e,
  1   2   3   4   5


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna