Polscy konserwatyści w austriackiej Radzie Państwa w latach 1848-1918



Pobieranie 41.5 Kb.
Data06.05.2016
Rozmiar41.5 Kb.
Polscy konserwatyści w austriackiej Radzie Państwa w latach 1848-1918
Niedawno czytałem w „Rzeczypospolitej” tekst Łukasza Warzechy, który zadał pytanie: Czy zdrajcami byli polscy posłowie do parlamentu wiedeńskiego w czasach Cesarstwa Austro-Węgierskiego? Taka była istota tego pytania. I sam na nie odpowiedział: „Nikt przy zdrowych zmysłach tak by ich nie nazwał”. I ja ich tak nie nazwę, bowiem nie tylko działali na rzecz państwa austriackiego i domu cesarskiego, ale przede wszystkim walczyli o jak najszerszą autonomię Galicji, by Polacy pod zaborem austriackim – skoro wówczas nie było szans na zjednoczenie wszystkich polskich ziem w jedno niepodległe państwo – nie tylko czuli się wolni, ale by mogli normalnie żyć, gospodarować, uczyć się w polskich szkołach i załatwiać sprawy u polskich urzędników.

Jeśli tak faktycznie było od lat 70. XIX w., zawdzięczamy to właśnie przede wszystkim determinacji i mądrości ówczesnych kierowników życia społeczno-politycznego w Galicji, którzy o sprawy polskie zabiegali w Wiedniu, w tym w wiedeńskim parlamencie. W znacznej mierze byli to politycy związani z obozem konserwatywnym, który był reprezentowany przez dwa nurty – stańczyków pochodzących z Krakowa, zdobywających mandaty w Galicji zachodniej i Podolaków, przeważnie ziemian, których majątki niczym „wyspy polskości” były rozrzucone wśród morza chłopstwa Rusińskiego w Galicji Wschodniej.

O stańczykach napisano dużo, o Podolakach niewiele i często fałszywie. Wilhelm Feldman, który miał lewicowe poglądy, zwrócił uwagę, że szlachta wschodniogalicyjska, bardziej niż z ta zachodnia, „odznacza się zachowawczością więcej tępą i uporną, a wojowniczość mu właściwa także należy do tradycji; instynkt przeważa tu nad inteligencją, temperament nad myślą polityczną”. I dalej: „dążność do utrzymania status quo przemieniła się w konserwatyzm namiętny, fanatyczny, dochodzący częstokroć do obskurantyzmu”. Według tego autora, szlachta podolska „trzyma się kurczowo stosunków istniejących, choćby przestarzałych, zgubnych, nie dających się konserwować, i jak zarazy boi się wszelkiego postępu”. Oczywiście obraz ten był bardzo wykrzywiony.

Nie tylko Feldman, socjalista, krytykował Podolaków, lecz także stańczycy i ich organ prasowy. W „Czasie” znalazła się taka oto charakterystyka konserwatyzmu podolskiego: „Wstecznik – teraźniejszości nie lubi, bo w niej tendencje reformy i ulepszeń odgadywa, a przede wszystkim nie chce on zmian. Wstecznik radby teraźniejszość i życie całe torturować, byleby je wtłoczyć w ramy przeszłości. Nie o rozszerzenie podstaw bytu narodowego mu chodzi, ale o gilotynowanie wszystkiego co nowe”.

Marcin Król nazywa taką postawę „instynktowną zachowawczością” polsko-szlachecką, a więc zaściankową. Przeciwstawia jej „świadomy konserwatyzm” stańczyków, których poglądy były „europejskie”, bardziej liberalne i otwarte, a tym samym ugodowe, czy wręcz kompromisowe.

To prawda, że Podolacy mieli mentalność zachowawczą i konserwatywne, a czasem nawet ultrakonserwatywne poglądy. Jednak nawet oni starali się być nowocześni w pojmowaniu konserwatyzmu. Podolak prof. Stanisław Starzyński (a sporo było profesorów w tym środowisku) stwierdził, że każdy prawdziwie konserwatywny polityk jest także: „(…) postępowcem i liberałem, bo tylko to konserwuje z przeszłości, co odpowiada teraźniejszości, bo wie, że społeczeństwo i naród odświeżać się musi wprowadzeniem doń nowych myśli i nowych cywilizacyjnych czynników, że kto nie postępuje, ten się cofa – a każdy prawdziwie postępowy jest konserwatywnym, bo wie, że przyszłość rozwijać można tylko z przeszłości, nawiązując do świetnych stron spuścizny i tradycji narodowej”. Wtórował mu prof. Leon Piniński, także Podolak, który zapewniał: „Przeciwnikami postępu nie jesteśmy i nie okażemy się nimi w przyszłości, ale postęp pojmujemy bez przewrotu, reform chcemy, ale nie reform na oślep”.

Bez wątpienia Podolscy byli przeciwnikami wprowadzania „reform na oślep”. Wykazywali nieufność wobec nowości. Obawiali się tego, co nieprzewidywalne i niedostatecznie zweryfikowane przez doświadczenie i historię. Nie byli przeciwni przemianom społecznym (wręcz mieli świadomość ich nieuchronności), a jedynie pragnęli uniknąć zła, które mogą przynieść rewolucyjne zmiany, szczególnie takie, które według nich godziły w ziemiaństwo, a co za tym idzie w Polskę. Byli zwolennikami zmian ewolucyjnych.

Jeśli popatrzeć na różnice programowe, to wschodniogalicyjscy konserwatyści uznawali obóz stańczykowski za „niebezpiecznie liberalny”. Krytykowali stańczyków za zbyt uległy stosunek do rządu wiedeńskiego i mieli inny pogląd na „ułożenie organów władzy” w Galicji (byli zwolennikami decentralizacji) oraz „urządzenie stosunków społecznych” (byli paternalistami), szczególnie na wschodzie kraju. Różnili się też jeśli chodzi o sprawę ruską. Poza tym nie godzili się na proponowane przez stańczyków oszczędności w wydatkach szkolnych, które ograniczały rozwój szkół ludowych. Widzieli w tym dużą szkodę dla kraju.

Choć Podolacy nie ustępowali krakowianom pod względem przywiązania do katolicyzmu, tradycji narodowej i narodowego obyczaju, to do tego czasu nie określali się jako konserwatyści, nie nazywali siebie konserwatywnym stronnictwem. Jednak pod wpływem poglądów stańczyków, będących mieszaniną haseł konserwatywnych i liberalnych, a wreszcie przed wojną – demokratycznych, Podolacy uważali się za odrębny, bardziej wyrazisty odcień prawicy konserwatywnej. Jednocześnie widzieli potrzebę konsolidacji prawicy wobec ruchów demokratycznych.

Musimy pamiętać, że na stanowiskach rządowych w stolicy cesarstwa politycy austriaccy i cesarz chętniej widzieli „liberalnych” i „ekskluzywnych” stańczyków niż ultrakonserwatywnych Podolaków, których na salonach wiedeńskich, niekiedy kpiarsko, przyrównywano do „junkrów pruskich”. Jak zauważył Władysław Studnicki, „wytworzył się stosunek, na mocy którego partia stańczykowska wspiera rząd, a rząd popiera jej wpływy w kraju”. W Wiedniu wiedziano bowiem doskonale, że Podolacy (może z wyjątkiem rodziny Gołuchowkich, Leona Bilińskiego czy hr. Wacława Zaleskiego) są mniej ulegli niż stańczycy i bardziej uparci w kwestiach narodowościowych.


* * *
Po tym wstępie przejdźmy do historii parlamentaryzmu austriackiego i głównych postaci z grona polskich konserwatystów.

Parlament austriacki narodził się w 1848r., choć wówczas był to ledwie epizod trwający kilka miesięcy. Pod naporem opinii publicznej 25 kwietnia cesarz Ferdynand I ogłosił Kartę Konstytucyjną Cesarstwa Austriackiego. Na mocy tej konstytucji kwietniowej, jak ją nazywano, utworzono dwuizbowy parlament. Do Sejmu na 383 posłów w Galicji wybierano 96.

W czerwcu przeprowadzono wybory do parlamentu, które odbyły się także w Galicji. Nie wypadły one pomyślnie z punktu widzenia polskich interesów narodowych, gdyż zostały przeprowadzone pod czujnym okiem Franciszka Stadiona, symbolu austriackiego panowania w Galicji. Obok licznego grona chłopów, którzy zdobyli mandaty dzięki wsparciu niemieckiej machiny urzędniczej, w parlamencie zasiedli też przedstawiciele polskiej szlachty: książę Jerzy Lubomirski, przywódca prawicy i sześciu hrabiów: Leszek Dunin-Borkowski, Aleksander Dzieduszycki, Tytus Dzieduszycki, Adam Potocki, Jan Tarnowski i Zdzisław Zamoyski. Ponadto 36 szlachciców, właścicieli dziedzicznych dóbr. Z Krakowa pochodził profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego – konserwatysta Antonio Zygmunt Helcel. Posłowie galicyjscy nie stanowili wówczas jednolitej grupy parlamentarnej, nie realizowali konkretnej linii politycznej, często głosując niejednolicie. Tylko część posłów polskich (bez większości chłopów) weszła do Koła Posłów Polskich.

Wobec narastającej absolutystycznej reakcji w państwie z jednej strony i wzrostu nastrojów rewolucyjnych w Wiedniu z drugiej, w listopadzie Sejm musiał opuścić Wiedeń. Przeniósł się do Kromieryża na Morawach. Podczas prac tego parlamentu posłowie polscy starali się m.in. o zniesienie stanu oblężenia w Galicji, a także o pociągnięcie do odpowiedzialności osoby odpowiedzialne za zbombardowanie Lwowa. Ponadto walczyli o prawa języka polskiego w szkolnictwie, w tym o polonizację Uniwersytetu Lwowskiego, ale bez powodzenia. Z końcem stycznia 1849 r. reakcja ostatecznie zatriumfowała, parlament został rozwiązany przez nowego cesarza Franciszka Józefa I, który też zawiesił konstytucję kwietniową.

Dalsze przemiany ustrojowe w Austrii w duchu parlamentarnym dokonały się w wyniku przegranej wojny z Francją i Piemontem w 1859 r. Wówczas odżyły tendencje federalistyczne i konstytucyjne. Gdy nastąpił kryzys w monarchii, cesarz zapragnął mieć zaufanego, lojalnego Polaka w rządzie centralnym. Wybór Franciszka Józefa padł na hr. Agenora Gołuchowskiego, ziemianina-konserwatystę, któremu zaproponował objęcie urzędu ministra spraw wewnętrznych. Nastąpiło to 28 sierpnia 1859 r. To właśnie ministrowi Gołuchowskiemu przypisuje się autorstwo tzw. dyplomu październikowego, wydanego przez cesarza w dniu 20 października 1860 r. Ten akt rangi konstytucyjnej wprowadzał w monarchii ustrój federalistyczny i zasady autonomiczne. To za jego ministerium Galicję objęły pierwsze zarządzenia o używaniu w administracji, sądownictwie i skarbowości języka polskiego.

Wówczas także, w 1861 r., na podstawie nowego prawa po raz pierwszy została zwołana dwuizbowa Rada Państwa. W Izbie Panów zasiadł jako przedstawiciel prawicy m.in. hr. Agenor Gołuchowski, zaś w Izbie Poselskiej tacy konserwatyści jak: Kazimierz Grocholski, hr. Adam Potocki, Antoni Golejewski, Alojzy Bocheński czy Tomasz Horodyski.

Przegrana bitwa z Prusami pod Sadową 3 lipca 1866 r. wymusiła na cesarzu dalsze zmiany ustrojowe, idące w stronę liberalizacji wewnętrznych stosunków. Franciszek Józef przywrócił konstytucję z 1848r. Jednak sejmy poszczególnych krajów nadal – do 1873 r. – miały słać swoich delegatów do Rady Państwa. Sejm galicyjski zdecydował, że wyśle swoich przedstawicieli na obrady w Wiedniu.

Po wyborach w 1867 r. utworzono w Radzie Państwa Koło Polskie (Polenklub), do którego weszło większość posłów polskich. Wśród konserwatywnych polityków-Polaków znajdujemy w Radzie Państwa m.in. takie nazwiska Podolaków: Kazimierz Grocholski, książę Jerzy Konstanty Czartoryski, Maurycy Kraiński, Kazimierz Dzieduszycki czy Kornel Krzeczunowicz. „Partię krakowską” reprezentowali m.in.: hr. Alfred Potocki w Izbie Panów, a w Izbie Poselskiej: Stanisław Koźmian, Józef Szujski, hr. Stanisław Tarnowki i hr. Henryk Wodzicki.

W kolejnych latach Koło Polskie było coraz lepiej zorganizowaną i zdyscyplinowaną frakcją w Radzie Państwa. W Kole panowała zasada solidarności, zapisana w statucie, która miała wykluczyć z góry wszelką myśl o działaniu na własną rękę. Dlatego żaden poseł nie mógł w ważniejszych sprawach występować i przemawiać w Izbie bez upoważnienia Koła, czyli faktycznie jego prezesa. Każde wystąpienie w imieniu delegacji polskiej musiało być dobrze obmyślane i realizować politykę Koła. „Słusznie osądzono – pisał hr. Wojciech Dzieduszycki – że tam, gdzie Polacy większością być nie mogą, tworząc tylko odłam parlamentu, a jedynie za pomocą układów z rządem i z innymi stronnictwami coś uzyskać mogą, gdzie każde słowo polskiego posła bywa przez nieprzychylną prasę podchwytywane, przerabiane i na naszą szkodę tłumaczone – nie ma rzeczy, choćby na pozór najdrobniejszej, którą by można z pod bezwzględnej wyjąć solidarności”.

Nie ma wątpliwości, że postanowienia o solidarności – pisał Kazimierz Chłędowski – „okazały się wielce zbawiennymi i rzec można w znacznej części przyczyniły się do znakomitego znaczenia, jakie sobie delegacja w Wiedniu wywalczyła”. Bardzo szybko zrozumiano – pisał Józef Buszko – „że bez poparcia polskiego klubu poselskiego – Koła Polskiego nie mógłby się utrzymać żaden rząd austriacki”.

O pozycji posłów polskich w parlamencie wiedeńskim w tamtym okresie świadczy choćby to, że 4 kwietnia 1870 r. misję utworzenia kolejnego rządu otrzymał Polak, konserwatysta związany z „partią krakowską” hr. Alfred Potocki. Wystąpił on z programem, w którym dwoma głównymi celami były: zawarcie ugody z Czechami, którzy bojkotowali prace parlamentu i załatwienie sprawy rezolucji galicyjskiej, przez realizację przynajmniej części jej postulatów, co miało przywiązać jeszcze bardziej Polaków do tronu. Jednak Czesi okazali się zatwardziali w swoim bojkocie. Twardo stali na gruncie praw Korony św. Wacława, domagając się podobnego statusu, który otrzymali Węgrzy. W tej sytuacji, do tego silnie atakowany przez centralistów niemieckich, hr. Potocki podał się do dymisji, którą cesarz przyjął 4 lutego 1871 r.

Na mocy ustawy wyborczej z 2 kwietnia 1873 r. wprowadzono w Austrii wybory bezpośrednie oparte na systemie kurialnym. Ustanowiono cztery kurie, w których łącznie wybierano 353 deputowanych (w I kurii – 85 posłów szlachty, w II kurii – 21 przedstawicieli izb przemysłowo-handlowych, w III kurii – 118 posłów miejskich i w IV kurii – 129 posłów gmin wiejskich). Mandaty były rozdzielone na poszczególne kraje. Galicji przyznano 63 mandaty. Po wyborach do Koła Polskiego przystąpiło 49 posłów, z których wielu i poprzednio zasiadało w ławach parlamentu wiedeńskiego.

Z wyborów w 1878 r. Koło Polskie także wyszło obronną ręką. Spośród 63 posłów wybranych w Galicji 57 – w większości ziemianie-konserwatyści – wstąpiło do Koła Polskiego. Szefem rządu został mianowany hr. Eduard Taaffe, popierany przez ugrupowania niemieckich klerykałów i konserwatystów. Poparli go także umiarkowani posłowie czescy i Koło Polskie. W ten sposób narodził się prawicowy „żelazny pierścień”, który miał na najbliższe lata zdominować austriacką scenę polityczną. Za tego gabinetu – pisał Józef Buszko – „Polacy stanowili czynnik nader wpływowy, oddziałujący na bieg spraw jako stronnictwo w zasadzie współrządzące, harmonijnie współpracujące z rządem, a przede wszystkim z dworem cesarskim”.

Po rekonstrukcji gabinetu wszedł do niego w styczniu 1881 r. przedstawiciel Koła Polskiego, stańczyk – Julian Dunajewski. Został ministrem skarbu, które to stanowisko ze względu na chroniczny kryzys finansów monarchii i olbrzymi deficyt, było stanowiskiem kluczowym. Po kilku latach, gdy minister skarbu przeprowadził reformę finansów monarchii i doprowadził do zrównoważenia dochodów i wydatków państwa, zaczęto mówić z uznaniem, że jest to „rząd Dunajweskiego, zwany rządem Taaffego”. Jedną rzecz istotną dla Galicji przeprowadził Dunajewski. Doprowadził do skreślenia w parlamencie długów Galicji w stosunku do Austrii, które były szacowane na 75 milionów florenów. Dzięki temu od 1893 r. władze Galicji mogły rozpocząć politykę inwestycyjną.

Julian Dunajewski toruje drogę trzem dalszym Polakom-konserwatystom, którzy objęli tekę ministra skarbu: Leonowi Bilińskiemu (w trzech gabinetach), Witoldowi Korytowskiemu oraz Wacławowi Zaleskiemu. Od czasu Dunajewskiego Skarb, najważniejszy resort monarchii, znajduje się niemal tradycyjnie w rękach polskich.

Nadszedł rok 1895 r., który okazał się przełomowy dla Polaków posłujących do Rady Państwa. Cesarz, który chciał uporządkować w monarchii sprawy narodowościowe (przede wszystkim doprowadzić do ugody niemiecko-czeskiej) i przeprowadzić reformę wyborczą w duchu demokratycznym, wezwał do siebie hr. Kazimierza Badeniego, konserwatystę o liberalnych sympatiach, związanego ze „stańczykami” i powierzył mu misję utworzenia rządu. 30 września Polak po raz drugi w historii parlamentaryzmu austriackiego objął fotel premiera. Do gabinetu Badeniego wszedł również m.in. Leon Biliński jako minister skarbu, a także niebawem Edward Rittner jako minister dla Galicji. Należy pamiętać, że w rządzie tym był także hr. Agenor Gołuchowski junior, posiadający osobiste zaufanie cesarza, który piastował tekę ministra spraw zagranicznych. „Takiej konstelacji, jak dzisiaj, jeszcze w Austrii nie było” – pisał uważny obserwator i uczestnik ówczesnego życia politycznego w Wiedniu Kazimierz Chłędowski.

Badeni mógł liczyć na poparcie liberalnie nastawionych Niemców, Czechów i innych Słowian, ale przede wszystkim na Koło Polskie, w którym w owym okresie czołowe role odgrywali konserwatyści wschodniogalicyjscy: Apolinary Jaworski, hr. Wojciech Dzieduszyski, Dawid Abrahamowicz, Włodzimierz Kozłowski-Bolesta, a w Izbie Panów Filip Zaleski, zaś z grona konserwatystów krakowskich w Izbie Poselskiej wyróżniali się: hr. Alfred Potocki i Stanisław Madeyski.

Badeni zgodnie z wolą cesarza, choć nie bez problemów, zmagając się także z przeciwnym stanowiskiem Koła Polskiego, przeprowadził reformę wyborczą. Po raz pierwszy w historii Austrii wybory do Izby Poselskiej Rady Państwa były powszechne, choć tylko w nowej, piątej kurii. W ich wyniku Koło Polskie uzyskało zdecydowaną większość mandatów – 59, ale w Sejmie znaleźli się także posłowie chłopscy i trzech socjalistów, w tym Ignacy Daszyński, który stanął w ostrej opozycji do gabinetu Badeniego.

W monarchii austro-węgierskiej z klasą dbano o dobrą prasę i wzrost notowań szefa rządu, a nie jak dzisiaj – płytkimi chwytami marketingowymi. I honor wówczas był w cenie. Gdy poseł Karl Wolf oskarżył premiera Kazimierza Badeniego o łotrostwo, ten wyzwał go na pojedynek. Panowie strzelali się z pistoletów 25 września 1897 r., za zgodą cesarza. W pierwszej wymianie strzałów premier został ranny w ramię a sam chybił. Kula utknęła dość głęboko, a mimo to Badeni przy jej wyciąganiu odmówił przyjęcia narkozy. Następnego dnia leżał w swoim mieszkaniu, czytał opisy pojedynku i komentarze w wiedeńskiej prasie, i przyjmował posłów i członków rządu, którzy odwiedzali go z życzeniami rychłego powrotu do zdrowia. I trzeba przyznać, że po tym zdarzeniu popularność premiera wzrosła. Powszechnie odczytano jego postawę jako rycerską na tle zachowania innych posłów.

Sejm był bardzo rozdrobniony (objawiło się w nim 17 partii i klubów) i niezwykle skłócony. Jednym z jego wiceprezydentów został wybrany Dawid Abrahamowicz, by 12 listopada 1897 r. zostać prezydentem Izby Poselskiej. Kierując pracami sejmowymi wykazał się prawdziwym hartem ducha, a także determinacją w poskramianiu lewicowej opozycji, która czynną obstrukcją paraliżowała obrady (latały kałamarze i inne przedmioty, grano na instrumentach, by zakłócać mówców, zabierano Prezydentowi Izby dzwonek, którym dzwonił dla uspokojenia nastrojów). Uchwalono wreszcie zmianę regulaminu obrad, który miał dać możliwość Prezydentowi Izby zaprowadzenia porządku. Stanisław Grodzicki tak opisuje tamte wydarzenia: „Podolak, Dawid Abrahamowicz, który wówczas przewodniczył Izbie Poselskiej, dla spacyfikowania awanturujących się posłów wprowadził do niej policję. Socjaliści, protestując przeciwko aktowi gwałtu władzy policyjnej na parlamencie, postanowili zastosować sui generis strajk okupacyjny: opanowali trybunę prezydialną i nie dopuszczali do dalszych obrad. Wtedy właśnie wkroczyła do akcji policja; krzepcy funkcjonariusze brali po kolei każdego z posłów socjalistycznych za ręce i nogi, po czym głośno krzyczącego wynosili z sali, uniemożliwiając powrót do niej. Tak też wyniesiono i Daszyńskiego.”. Gdy wynoszono Daszyńskiego, krzyczał w stronę Abrahamowicza obelżywe słowa, nazywając go m.in. „starym kryminalistą”. Jak pisze Waldemar Łazuga: „Po drodze, gdy obstrukcjonistów transportowano do drzwi – pogróżki, wymyślania i akty solidarności ze strony pozostałych w izbie towarzyszy. Oklaski na prawicy dla Abrahamowicza i policji i inwektywy na lewicy dla całej reszty.”

Tak konserwatysta wschodniogalicyjski sprawnie i odważnie pacyfikował obstrukcję parlamentu wiedeńskiego, co jednak gabinetu Badeniego nie uratowało. Przewróciły go tzw. rozporządzenia językowe w Czechach, które regulowały kwestię „używania języka krajowego przez władze Królestwa Czeskiego”. Oznaczało to wprowadzenie języka czeskiego w urzędach na terenie ziem św. Wacława, kosztem języka niemieckiego. Wbrew apelom Badeniego, aby Niemcy w interesie państwa ponieśli tę ofiarę na rzecz Czechów, Niemcy tej „ofiary” dość zgodnie nie chcieli ponosić. Nawet dotychczasowi zwolennicy polityki Badeniego, liberałowie niemieccy wycofali swoje dla niego poparcie. Ponieważ jednocześnie „rewoltowała” się wiedeńska ulica podburzana przez socjalistów, cesarz 27 listopada 1897 r. polecił Badeniemu złożyć dymisję gabinetu. Jak pisał z pewnej perspektywy czasowej Marian Rosco-Bogdanowicz, rząd Badeniego „był w historii przedwojennej Austrii ostatnim rządem w wielkim stylu”.

W ostatnim okresie monarchii austro-węgierskiej główne zmagania toczyły się w o kształt reformy wyborczej, a konkretnie o powszechność i równość wyborów do Rady Państwa, a później do sejmów krajowych, w tym Sejmu krajowego w Galicji. Podolacy byli zdecydowanymi przeciwnikami reformy wyborczej w duchu demokratycznym. W 1900 r. Wojciech Dzieduszycki w książce Przesilenie parlamentaryzmu bezwzględnie skrytykował wybory parlamentarne, które „odbywają się pod naciskiem rządu, albo pod terroryzmem demagogów, przyrzekających tłumom to, czego dotrzymać nie mogą i nawet nie myślą; w jednym i drugim wypadku przekupstwo naiwnie jawne albo misternie ukryte, rozstrzyga o głosowaniu”. Zauważył, że opinia publiczna „traci na wszelkim znaczeniu, zagłuszana powodzią oszczerstw i podżegań do nienawiści albo pustych deklaracji, których są pełne dzienniki i coraz bardziej tumultarne zgromadzenia ludowe”. Dlatego też „żadna izba niższa nie jest zgromadzeniem najświatlejszych w narodzie; coraz po sejmach więcej pustych komediantów, śmiałych nieuków, prostych krzykaczy; coraz niższy bywa poziom ich obrad”. Posłowie myślą więcej o swoim mandacie, niż o dobru publicznym.

Konserwatyści krakowscy, którzy obawiali się utraty łaski cesarskiej, byli nastawieni ugodowo i skorzy likwidacji kurii i demokratyzacji prawa wyborczego. Podolacy, którzy bardzo obawiali się reformy wyborczej, chcieli swoją skórę sprzedać drogo. Wymusili wręcz na rządzie zgodę na dwa ustępstwa. Po pierwsze, w Galicji wprowadzono dwumandatowe okręgi wyborcze. Pierwszy musiał skupić minimum 50 proc. głosów wyborców, drugi więcej niż 25 proc. To dawało Podolakom szansę na drogi mandat w Galicji Wschodniej. Po drugie, wraz z uchwaleniem reformy wyborczej parlament uchwalił nowe określenie „kultury krajowej”, zawierającej kwestie, o których rozstrzygały Sejmy krajowe. Dzięki temu Sejm mógł sam, z pominięciem parlamentu, rozstrzygać o wszystkich sprawach dotyczących kwestii społeczno-gospodarczych dotyczących rolnictwa i ustroju agrarnego, co najbardziej interesowało Podolaków.

Wybory przeprowadzone w 1907 r. na podstawie nowej ordynacji wyborczej, okazały się katastrofalne w skutkach. Polacy weszli do Izby Poselskiej, wybranej w powszechnym głosowaniu, wyraźnie podzieleni. Koło Polskie – tak niegdyś potężne – nie skupiało nawet połowy polskich posłów. Wzrosła reprezentacja Rusinów, narodowych demokratów, ludowców i wreszcie socjaldemokratów. W tym czasie pierwsze skrzypce w obozie konserwatywnym grali w Senacie Podolacy: ks. Witold Czartoryski, Leon Biliński i hr. Agenor Gołuchowski, konserwatyści krakowscy: hr. Alfred Potocki i Stanisław Tarnowski, zaś w Izbie Poselskiej Podolacy: ks. Andrzej Lubomirski, Dawid Abrahamowicz i Włodzimierz Kozłowski-Bolesta, a także konserwatyści krakowscy: Jan Zdzisław Tarnowski i Władysław Leopold Jaworski.



Politycy Koła Polskiego w Wiedniu sami zdecydowali o zakończeniu swojej działalności parlamentarnej na rzecz monarchii austro-węgierskiej. Po manifeście Rady Regencyjnej Królestwa Polskiego, która 7 października 1918 r. ogłosiła niepodległość Polski, Koło Polskie 15 października przyjęło uchwałę, w której posłowie zastrzegli się, iż „od tej chwili uważają się za poddanych i obywateli wolnego i zjednoczonego Państwa Polskie.
dr Artur Górski



©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna