Próbki dla tłumaczy z polskiego na rumuński



Pobieranie 27.82 Kb.
Data10.05.2016
Rozmiar27.82 Kb.
Próbki dla tłumaczy z polskiego na rumuński

Każdy kandydat tłumaczy wszystkie cztery próbki.

Są to teksty niejednokrotnie trudne, ale ważne jest, by tłumaczyć je zupełnie samodzielnie. Organizatorzy będą bowiem nie tyle sprawdzać, czy tekst jest perfekcyjnie przetłumaczony, tylko jak kandydat rozumował przy rozwiązywaniu poszczególnych problemów.
A – literatura piękna
Anna Brzezińska

A kochał ją, że strach

[Opowiadania z Wilżyńskiej Doliny, Runa, 2002]


Szymek był równie lękliwy, jak sąsiedzi i przeważnie siedział pospołu ze swymi świniami głęboko w lasach. Aż do przeszłego tygodnia. Gdyż ostatniej niedzieli, kiedy wedle zwyczaju zamiast słuchać kazania stał w gromadzie znajomych pod starą lipą i siarczyście spluwał na placyk przed kapliczką, zakochał się w Jarosławnie, córce Betki młynarza. I to zakochał się, że strach.

Było to uczucie wielkie, obejmujące Jarosławnę razem z jej cudnymi niebieskimi oczami (szczególnie kochał lewe - zdawało mu się, że nieustannie zezuje w jego kierunku), czterema krowami posagu, puchową pierzyną, trzema haftowanymi poduchami, wypatrzonymi przez Szymka w komorze, i z czternastoma morgami gruntu, które Jarosławnie kiedyś przypadną w spadku. Ojca wybranki, Betkę młynarza, ogarniał swą miłością nader niepewnie, nie bez słuszności bowiem żywił obawę, iż jego głębokie uczucie może pozostać nieodwzajemnione.

Dlatego chyłkiem przekradał się właśnie trzecią ścieżką do chatki Babuni Jagódki, nazywanej przez miejscowych starą, parszywą wiedźmą. Jednakże w owej chwili Szymek starał się usilnie zapomnieć o jej przezwisku. Miał nadzieję, że Babunia będzie w sielskim, przyjaznym ludziom nastroju. Pociągnął nosem. A jak nie będzie, to i tak zdążę uciec, pomyślał. Szczęście, że na wiosnę Babunię strasznie pokręciła podagra.

Chatka Babuni, ginekologicznej znakomitości dwóch powiatów, sprawiała wrażenie stosowne do profesji właścicielki: była zaniedbana, brudna i cuchnęła kozimi odchodami. Jednakże sława gospodyni niosła się znacznie dalej niźli odór inwentarza. Wieśniacy powtarzali szeptem, że Babunia pokątnie kuruje po­szczerbionych zbójców z Przełęczy Zdechłej Krowy, a podobno zdarzało się również, że posyłano po nią z dworu władyki. Co to się na świecie porobiło, sarkali, kiedy w samo południe Babunia Jagódka kroczyła hardo przez wioskowy plac. Kiedyś wiedźmy znały swoje miejsce, ledwie nocką śmiały na świat wychodzić, a i wtedy pokornie u wrót stały, wedle szubienicy. A teraz?

Krzywym okiem spoglądano też na hołubionego przez Babunię capa, gdyż, jak powszechnie wiadomo, wiedźmy mają zwyczaj trzymać w obejściu rozmaite potwory i któż mógł wiedzieć, co się pod tą koźlą skórą kryło? Wieśniacy nieraz się na niego zasadzali, ale bydlę było sprytne i szybko uciekało. Nie gonili go, bo się po prostu bali - jak na wiedźmę, Babunia Jagódka była nad podziw rozumna i chyba nie do końca sprzyjała mieszkańcom Wilżyńskiej Doliny. Plotki o jej knowaniach ożywały szczególnie w czas nieurodzaju, że zaś ostatnio lata były suche i pomór owce straszliwie trzebił, miejscowy władyka coraz bardziej się niepokoił.
B – literatura faktu
Paweł Smoleński, Bartłomiej Kuraś

Narodzony z mściwoty

[Bedzies wisioł za cosik, Znak, 2009]


Józek Kuraś piękny było. Postawny, wysoki, dziewczyny za nim ganiały, on sam nie musiał. Hulał, że hej, tańcował, Godki znał, na bacówkach nie było chwili, żeby wiców nie opowiadał, śmiał się głośno, słychać go było na wszystkich polanach. Ożenił się, synek już na świecie - było się z czego radować, choć dookoła wojna.

I Polskę Józek kochał, jak umiał najmocniej. Za tę Polskę wszystko go spotkało. Bo przecież nie musiało być tak, jak było. A było.

Przyszedł czerwiec 1943 roku. Robił akurat przy drzewie na zboczu powyżej wsi. Ci, co pamiętają tamte czasy, mó­wią, że wszystko widział, choć z dala, na własne oczy. Niemcy zatrzymali się pod Kurasiowym obejściem. Na niemiecki roz­kaz zjechali strażacy z okolicznych przysiółków pilnować, żeby płomienie nie przeskoczyły na inne chałupy. Oblali benzyną drewniane ściany, podłożyli ogień. Paliło się tak, że widać było z drugiego końca wsi, a przecież Waksmund niemały, długaśny, rozpycha się aż pod Gorce, ciągnie wzdłuż drogi.

Jak zginął ojciec Józefa Kurasia? - nie wiadomo, jak żona? -też nie. Synek uciekał od pożaru (tak mówią ci, którzy z bliska oglądali płomienie albo słyszeli opowieść z pierwszej ręki, ale nie ci, co Józkowi mają za złe). Ale ile ucieknie taki smyk? Zła­pał go Niemiec za nóżkę, zakręcił, rzucił w płomienie. Mały wił się na węglach, a Józek patrzył, choć z dala. Potem przez wiele tygodni chodzili za nim krok w krok, żeby co sobie nie robił.

„Orzeł" z samodzielnego oddziału Konfederacji Tatrzań­skiej dość dał się Niemcom we znaki, więc spalili i ludzi, i dom. Z polskiego podszeptu, bo Niemców do Waksmundu sprowa­dził konfident.

W spisanych biografiach Józefa Kurasia niemiecka pacyfi­kacja Waksmundu zajmuje raptem jeden akapit, ale to wyda­rzenie ukształtowało go na resztę życia. Już nie hulał jak wcześ­niej, nie weselił się, nie uśmiechał. Stał się zawzięty, pamiętliwy, twardy, za twardy, może wręcz okrutny. Przestał bić się tylko o sprawę. Od pacyfikacji Waksmundu wojnę o Polskę połączył z odwetem i zemstą. Tak było do lutego 1947 roku, gdy strze­lił sobie w głowę.

W czerwcu roku 1943 umarł partyzant „Orzeł" - góral, co śpiewał, tańcował, wice opowiadał. Narodził się „Ogień" - czło­wiek, jak mawiał jego zastępca „Powicher", też góral z Gorców, który czapki przed nikim nie zdejmował, a jak strzelał, to ni­gdy nie chybiał.

Nawet we własny łeb.

Co można więcej powiedzieć o Kurasiu, któremu poświęcono kilka książek, kilkadziesiąt reportaży, wspomnień, prasowych notatek? Pisano o nim, że był zdeprawowanym wojną pospoli­tym bandytą, krwawym watażką, bezdusznym mordercą, dzi­kim antysemitą - ale też, że był wielkim bohaterem, herosem z bajań i góralskich godek, postacią na miarę Janosika, ostat­nim prawdziwym harnasiem. Albo że był człowiekiem kontro­wersyjnym, co dziś znaczy tak wiele, lecz w czasach, gdy żył, nie znaczyło nic.

Sam ksiądz profesor Józef Tischner pisał o „Ogniu" wielo­krotnie. I też mu się za to dostawało.

- Nie opowiem o „Ogniu" - mówił Łukasz Tischner, bra­tanek nieżyjącego już księdza profesora - bo jestem z innego pokolenia, nie mam zmysłu historycznego, wiele spraw znam z czwartej ręki, mogę pomieszać, pokręcić, a to historie zbyt żywe, zbyt gorące i splątane. Ale Józio, w ostatnich tygodniach ży­cia, gdy już nie mógł mówić i bardzo cierpiał, dużo rozmyślał o „Ogniu", na luźnych kartkach robił odręczne notatki. Mam wrażenie, że rozmyślał o „Ogniu" właśnie z powodu bólu i cierpienia. Odszukam te zapiski.

C – teatr
Paweł Sala

Od dziś będziemy dobrzy

[Pokolenie Porno. Antologia najnowszego dramatu polskiego, Zielona Sowa, 2003]


SCENA 4

Rozjaśnienie. ŻAROWA siedzi na krzesełku, trzyma nożyczki i obcina sobie długie włosy. Wchodzi KABEL.

KABEL Co robisz?

ŻARÓWA Przestałem słuchać metalu.

KABEL A czego słuchasz?

ŻARÓWA Ich Troje, ha, disco polo, ha!

KABEL Ochujałeś? Taki szajs.

ŻARÓWA A co, nie wolno? Muzyka z szambiary...

KABEL To pedalstwo jebane.

ŻARÓWA A ty?

KABEL Jeeesteś Bogiem, ha, ha, wyobraź to sobie, sobie...!

ŻARÓWA A ci? No... Habity? Słyszały?

KABEL Pewnie.

ŻARÓWA I co na to?

KABEL A co, nie wolno? W końcu jesteśmy wolnymi ludźmi, no nie i żyjemy w wolnym kraju.

KABEL W sumie habity, to równi goście, tylko dziwni jacyś...

ŻARÓWA Dziwni?

KABEL Ciągle tylko o tym Bogu... W kółko to samo: Bóg to, Bóg tamto! Ale kto to jest?

ŻARÓWA Że co?

KABEL Widziałeś go kiedyś? Przyszedł do ciebie? (ŻARÓWA wzrusza ramionami.)

ŻARÓWA Co ty? Do mnie?

(KABEL obserwuje ŻARÓWĘ, jak ten z nożyczkami męczy się, żeby wszystko równo

obciąć. Nie wychodzi mu.)

KABEL Daj, to ci wyrównam.

ŻARÓWA Nnnie... jak ktoś wejdzie.

KABEL To co?

ŻARÓWA Nie chcę, żeby mnie kurwa znów o coś posądzali...

KABEL O co?

ŻARÓWA O pedalstwo.

KABEL Wiesz co się mówi? „Na drzewo!"

(KABEL bierze nożyczki i wyrównuje włosy, ale robi to jeszcze gorzej.)

KABEL Mogłeś zrobić z tego dredy...

ŻARÓWA Chcesz, żeby mnie łysi zajebali?

KABEL Tu nie ma łysych.

ŻARÓWA A Nazi,to co?

KABEL Pozory mylą...

ŻARÓWA Z tym żelastwem pod oknem to fakt? (KABEL kiwa głową.)

ŻARÓWA Ktoś już się nadział?

KABEL Ty miałeś być pierwszy.

ŻARÓWA Dzięki za cynk... pewnie bym skoczył, gdyby nie ty...

KABEL Eeee tam. Kiedyś mi się zrewanżujesz... Jak znam życie okazji bę­dzie od chuja! (KABEL skończył obcinanie.)

KABEL Chyba już. (Przygląda mu się. Kręci nosem.)

KABEL Kurwa! Nie wyszło. (ŻARÓWA maca resztki włosów na głowie.)

D – poezja
Agnieszka Mirahina

Wszystkie radiostacje związku radzieckiego

[Poeci na nowy wiek, Biuro Literackie 2010]


mówi moskwa pracują wszystkie radiostacje związku radzieckiego mówi Moskwa
na początku było słowo które zorganizowało armie dywizje pułki nazwało odsunęło robaki ponurą piechotę tej ziemi
za słowem poszły w ruch miotły i szufelki zsypy piece tajemnice poszły z dymem
albo znalazły się za górami za lasami na śmietniku
i właściwie nie wiadomo kogo sprzątnął realizm tej bajki skoro robaki ciągle tu były zostały w azji mówi moskwa mówi Moskwa
każde słowo to rozkaz przez wszystkie przypadki trzaski szumy zakłócenia pracują wszystkie radiostacje związku radzieckiego
a pod podłogą tłukł jazz czy istnieje dusza piec krematoryjny płonie z ciekawości
ostatniej nocy pali się ciemność i robaki przechodzą na naszą stronę mówi moskwa pracują wszystkie radiostacje związku radzieckiego
ostatnia kula dla siebie słowo to rozkaz pod podłogą tłukł jazz na początku było słowo i zostało użyte przeciwko tobie pracują
wszystkie radiostacje związku radzieckiego



©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna