Próby dyskursów. O kościele katolickim w Polsce wielogłos wewnętrzny



Pobieranie 24.17 Kb.
Data08.05.2016
Rozmiar24.17 Kb.
Tadeusz Bartoś, Próby dyskursów. O Kościele katolickim w Polsce wielogłos wewnętrzny

Platon pisząc swoje Państwo szukał mitów, które byłyby pomocne w wychowaniu młodzieży – przyszłych obywateli. Projekt podziału społeczności polis na relatywnie odseparowane od siebie grupy wedle kryterium predyspozycji chciał wspierać fenicjańskim mitem o ludziach posiadających w sobie złoto, srebro, brąz, lub żelazo. Oczywiście złoci to najlepsi, itd. Świadom był przy tym, że mity to bajki, choć użyteczne. By dawać dobry przykład młodzieży proponował reformę kanonu literackiego przez usunięcie z niego (głównie z tekstów homeryckich) gorszących opowieści o niegodziwych postępkach bogów. Postulował poetycką korektę wyobrażeń dotyczących życia pośmiertnego z ponurych na bardziej kolorowe, by wojownikom łatwiej było lec raczej na polu chwały, aniżeli poddać się i pójść w niewolę (śmierć chrześcijańskiego męczennika bezzwłocznie idącego do nieba, muzułmańskiego żołnierza na świętej wojnie to warianty tego samego systemu motywacyjnego). W dziesiątej księdze autor Państwa przedstawił mit o Erze, młodzieńcu, który już jako trup ożył - powrócił z tamtego świata (dzisiejsi mitotwórcy powiedzieliby, że „przeżył śmierć kliniczną”) i dał sprawozdanie. To jedna z kilku wersji platońskiej eschatologii, skwapliwie przejęta cztery wieki później przez pisarzy chrześcijańskich, z fundamentalnym przesłaniem moralno-dyscyplinującym, że mianowicie po śmierci dusza idzie przed oblicze sędziów, którzy dobrych posyłają w prawo i do góry do życia szczęśliwego, a złych na lewo i w dół. Tak oto rodził się, powiedzmy za Fryderykiem Nietzsche (albo raczej zasłońmy się nim jak tarczą obronną), niewolniczy paradygmat małych ludzi - wyczekujących nagrody lizusów oraz przerażonych karą tchórzy.

Intelektualne elity w kolejnych epokach, podobnie jak za czasów rozbuchanego racjonalizmu platońskich Aten, skłaniają się do uznawania pożytków z religii dla dyscyplinowania mas, nie przykładając przy tym większej wagi do prawdziwości mitu, zadawalając się jego skutecznością, albo, bardziej precyzyjnie: prawdziwość mierząc skutecznością, a szerzej - użytecznością. W korespondencji Edyty Stein z Romanem Ingardenem znajdziemy passus, w którym oburza się ona, że polski filozof nie dostrzega w religii nic więcej poza pożytecznym systemem regulującym życie ludu. O pożytkach z religii w wymiarze kulturowym i etycznym wypowiadał się systematycznie Adam Michnik, zwracając uwagę, iż brak u nas innego, aniżeli katolicki systemu wartości, który regulowałby funkcjonowanie rodaków. Zasadnicze tezy powyższej diagnozy powtarza Marcin Król: „dla niezintegrowanych obywatelsko środowisk katolicka wspólnota narodowa jest jedynym sposobom przynależności narodowej. To jest jedyna oferta ideologiczna, w której się rozpoznają jako Polacy” (GW, wywiad, M. Stasiński, Demokracja musi być gorąca, http://wyborcza.pl/magazyn/1,150174,19519576,marcin-krol-demokracja-musi-byc-goraca.html, dostęp 22 II 16).

Teza Michnika-Króla jest słabszym wariantem mocnej tezy Romana Dmowskiego, że „katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, zabarwieniem jej na pewien sposób, ale tkwi w jej istocie, w znacznej mierze stanowi jej istotę. [Z kolei] usiłowanie oddzielenia (…) katolicyzmu od polskości, oderwania narodu od religii i od Kościoła, jest niszczeniem samej istoty narodu” (Kościół, naród i państwo, 1927). Podczas, gdy Michnik-Król ograniczają się do konstatacji stanu faktycznego (tak jak go widzą), Dmowski popada w osobliwą mistyczną egzaltację, skądinąd dziwną u pragmatycznego racjonalisty. Powiązania kultury narodowej z religijną formą zawsze mają bowiem charakter historyczny, a więc przypadłościowy, podlegają ewolucji, i nie są żadną miarą jakimiś mistycznymi zaślubinami, czy wyrazem metafizycznego ejdosu duszy Polaka. Klątwa esencjalizmu, tak jak ją widział Karl Popper, byłaby tu adekwatną odpowiedzią, demaskującą autorytarny zamysł.

Ktoś inny na moim miejscu potrafiłby dostarczyć wielu podobnych przykładów opisanej tu wiary w funkcjonalność polskiego katolicyzmu, mógłby wymienić wierzących, niewierzących, duchownych i świeckich, dla których prawdą katolicyzmu, probierzem jego wartości, a więc i tego, dlaczego stać trzeba za nim murem, jest jego użyteczność. Jego skuteczność, a więc siła wpływu na życie publiczne i prywatne Polaków, to dziś dana empiryczna, co tylko potwierdza wspomnianą użyteczność. Ujmijmy rzecz w bon motach: nieobecni racji nie mają, historię piszą zwycięzcy; ale już nie: kto pierwszy ten lepszy, raczej: ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.

***


Samoświadomość własnej katolickości u Polaków przed II wojną światową nie wymagała zapewne wielkiej refleksji, skoro ogromna ich większość żyła na co dzień obok znaczących w swej liczbie wspólnot żydowskich, niemieckich (protestanckich), białoruskich czy ukraińskich (prawosławnych). Nagłe zniknięcie po II wojnie światowej sąsiadów, zostało zastąpione obecnością nowej władzy, dla wielu będącej figurą „obcego”, bardziej lub mniej otwarcie antykatolickiej, niosącej sprymitywizowaną formę oświeceniowego światła rozumu przeciw religijnemu zabobonowi. Reakcją był katolicyzm biernego oporu, obrony jednolitej tożsamości wobec prostackiego, bo egzystencjalnego zagrożenia. Przywódcą duchowym narodu stał się szybko Stefan Kardynał Wyszyński, Prymas Tysiąclecia, królową Polski ogłoszona została Maryja Boża Rodzicielka, o mały włos także Łask Wszechpośredniczka, o co zabiegali zgodnie na Vaticanum II Wyszyński z Wojtyłą. Konstytuuje się nowe symboliczne uniwersum, silne mocą radykalnej opozycji, walki światła (katolicyzm) z ciemnością (cała reszta).

Naród zaczął spotykać się ze sobą, przyglądać się sobie, już nie na defiladach przed Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie, ale przed klasztorem paulinów w Częstochowie. Podniosłe obchody Millenium tzw. Chrztu Polski (1966 rok), wobec coraz bardziej dojmującej miernoty propagandy komunistycznej, stały się zaczynem kształtowania się nowej katolickiej wyobraźni Polaków. Co znalazło wsparcie w nowoczesnych formach aktywności duszpasterskiej w ośrodkach miejskich, wzmocnione dalej wyborem papieża Polaka, widokiem modlących się w stoczni gdańskiej robotników, Maryją w klapie nieznanego mężczyzny z wąsem i papieżem na jego ogromnym długopisie. Krok po kroku tożsamość katolicka zdobyła pozycję dominującą.



Tak przyszło na świat i rozkwitło nowe wcielenie katolicyzmu reaktywnego, katolicyzmu walki, postrzegającego otoczenie najpierw jako zagrożenie, uznającego wszystko co niekatolickie za wrogie, a nie zwyczajnie odmienne czy obojętne. Przestrzeń symboliczna jest wspólna i każdy może się w nią wpisać. Tak też zrobił „biznesmen z Torunia”, pasywno-agresywny wzorzec polskiego księdza, mdło-słodkiego uwodziciela, obnoszącego się ze swymi rzekomymi krzywdami, jakby z krzyża zdjętego kabotyna z fałszywym uśmiechem na twarzy bez wyrazu, aroganta z talentem propagandzisty, biznesmena-straganiarza. Modelową figurę przesiąkniętego resentymentem duchownego opisał Max Scheler sto lat temu w książeczce Resentyment a moralność. Chwila przerwy na metarefleksję: tonacja opisu, w którą popada niniejszy wywód, zbliża się do skrajności znanych u nas choćby z epoki propagandy antyklerykalnej, czy, z innej strony, propagandy antysemickiej endeków z okresu II Rzeczpospolitej. Zarysowuje się w ten sposób kierunek ewolucji dyskursu około-katolickiego na najbliższe lata. Dalszy brak samoograniczania się kleru, w jego skłonnej do potępień bucie, sprawić może, że zmęczony lud podniesie głowę, wznieci bunt, jak zrobił to w swoim czasie we Francji czy ostatnio w Irlandii. Akcja wywołuje reakcję, by sprowadzić rzecz do możliwie prostych skojarzeń.

***

Jest jeszcze inna warstwa katolickiej tożsamości Polaka. Podobnie jak choćby Włosi, są nasi rodacy katolikami bezwiednie. Nie potrzebują w tej sprawie wykonać niczego, by nimi być, na poziomie obyczaju, lokalnego rozkładu sił, tożsamości, zasobu słownictwa, obrazów spontanicznie pochłanianych i przetwarzanych pod czaszkami. Pozostają w tej nieuświadamianej na co dzień warstwie tożsamości, żyjąc w monolitycznym społeczeństwie nie niepokojonym obecnością obcego.

Wnikliwy czytelnik widzi już zapewne sprzeczność w opisie. Czy jednak to błąd opisującego, a może raczej osobliwość badanego przedmiotu? Wielowarstwowość.

***

Bezalternatywność tożsamości niekoniecznie musi być kłopotem, przeciwnie, uciążliwa bywa jej niestabilność i rozmazanie. Zmiana dla części populacji jest źródłem niepokoju. Zakwestionowanie samoidentyfikacji, wymuszenie reakcji na odmienne formy myślenia i działania, skłania do postawy aktywnej, ta zaś przybierać może postaci agresywne. Skoro najlepszą obroną jest atak, są też tacy katolicy, którzy pierwsi sięgają po miecz, nie czekając na ruch przeciwnika. Robią to w formie napastliwej, jak kampanie antygejowskie księdza Oko, czy atakowanie wszystkiego co nie nasze w gwiazdorskiej obsadzie Tomasza Terlikowskiego. Ekspansjonistyczna, pro-aktywna jest niewątpliwie polityka hierarchii kościelnej, która nauczona „błędami pasywności” swych kolegów na tzw. Zachodzie, nie zamierza oddawać ni piędzi ziemi, rozbudowując zaplecze materialne, szkoląc kadry, wspierając uzdolnionych propagandzistów w rodzaju Tadeusza Rydzyka, w formie bardziej rustykalnej, czy bardziej miejskiej aktywności niedawno zmarłego Jana Góry, oraz - last but not least - uzależniając od siebie klasę polityczną.



Obowiązuje w tym wszystkim święte prawo rynku. Tyle masz, ile sam sobie wywalczysz, czy to na polu szlachetnej rywalizacji o rząd dusz, czy mniej szlachetnej (w opinii większości) walce o wysokość przychodów. Aktywiści katoliccy należą w naszym kraju do najbardziej zmotywowanych grup społecznych, młodzież z tych środowisk jest naturalnym zapleczem dla kadr rozkwitających jak grzyby po deszczu prawicowych partii, stowarzyszeń, redakcji. Wspiera ich w tym dziele tzw. prawica kulturowa, choć bez wiary religijnej, uznająca katolickie wartości za użyteczny oręż.

Noszący w sobie autentyczne, choć może skrywane, bo wstydliwe, poczucie zagrożenia „panoszącą się” kulturą laicką (niekościelną), skrywają swoją tożsamość w schronach religijnych zaklęć, zmotywowani, niczym rycerze przed bitwą. Pasywność, niemrawość, impotencja oświeceniowej kultury w Polsce wynika także z przekonania, że skoro proces sekularyzacji dokonał się wszędzie w Europie, to w naszym kraju przyjdzie on samoistnie, i dotknie katolicką duszę Polaka, zatruwając ją śmiertelną trucizną zwątpienia. Samo jednak nic się nie robi, kolejne przysłowie, samo za siebie mówi, nas spychając w stupor aporii.

***

Religia jako źródło tożsamości przyjmuje postać sekciarskiej auto-indoktrynacji. Obrazy świata zachowane w przekazie religijnym, wizje człowieka, jego losu, wymagają u wykształconego systematycznej pracy nad niewidzeniem ich anachroniczności. Platon zastanawiał się nad reformą kanonu szkolnego w Państwie, świadom fałszu religijnych mitów, myślał o nich jako o skutecznej technice wychowawczej, przyjmując do wiadomości fakt, iż większość populacji pozostaje pod nieodpartym wpływem religijnych opowieści swojej kultury. Co ciekawe, podobnych reform religijnych mitów, reinterpretacji raczej niż cenzury, także motywowanych szlachetną intencją, chciał w katolicyzmie Sobór Watykański II, by wykluczyć z doktryny elementy nienawiści do obcych, wcześniej obecne, do protestantów, żydów, muzułmanów, prawosławnych, ateistów.



Wychowanie młodzieży – to pozostaje jako zadanie, nic nie zmieniło się w tej materii od czasów Platona. Wychowanie czy indoktrynacja, walka o przejęcie kontroli nad umysłami, czy też formowanie osobowości otwartych, zdolnych do pracy dialektycznej, badania wolnego od wszelkiego tabu? Nie rozstrzygnięte pozostaje pytanie czy polski katolicyzm wzniesie się ponad egoistyczne zasklepienie, by sprzyjać ludzkiej wolności.

Póki co rozliczne ruchy katolickiej odnowy, wspólnoty wzorowane ruchach ewangelikalnych z USA, nowoczesne quasi-zakony, by przetrwać, angażują się w techniki manipulacji wychowanie myląc z propagandą, rozwijając metody uwodzenia emocjonalnego, systematycznej selekcji informacji - podtrzymywania przynależności poprzez dostarczenie propagandowej sieczki informacyjnej.

To proces adaptacji. By zwyciężyć, trzeba dostosować się do warunków funkcjonowania współczesnego świata. Przyjęto więc nowoczesne techniki oddziaływania, które istotnie modyfikują samą treść religijnego przekazu. Zmiana wymuszona została pojawieniem się społeczeństwa masowego, oraz opinii publicznej. Dla Hannah Arendt była to jedna z istotnych oznak zerwania tradycji kulturowej Zachodu. Marginesem pozostaną, lub naturalnie wymrą, nie stawiające na masowe oddziaływania grupy katolickie, na przykład we współczesnej Francji, choć są próbą obecności akceptującej własną nieznaczność, marginalność, przez co wolne pozostają od wewnętrznego przymusu ciągłej ekspansji, która dziś wymaga zaangażowania wątpliwych narzędzi, choćby rozmaitych postaci reklamy, będącej zalegalizowaną formą kłamstwa w sferze publicznej. Kłamstwa par exellance, meta-kłamstwa, którego węzłowym mechanizmem jest kłamanie o sobie, że nie jest się kłamstwem.

***


Jeszcze inny punkt widzenia. Jeśli katolicyzm jest formą polskości, to jest formą zbędną. Emancypacja oznacza wyrwanie się ze świata katolickiej wyobraźni, jej zrelatywizowanie. Traktowanie jej na serio oznacza stan niewolniczy, jest symptomem zniewolenia umysłu. Doktryna katolicka głosi bowiem, iż człowiek, stworzony przez Boga, całkowicie jest jego projektem, jest przez niego pomyślany i podtrzymywany przy życiu. Chrześcijański kreacjonizm to najbardziej radykalna, bo metafizyczna forma zależności egzystencjalnej, najgłębsza forma niewolnictwa duchowego. Zależność ontyczna pociąga za sobą zależność moralną, brak autonomii moralnej, stan poddaństwa ostatecznie wobec uzurpującej sobie prawo do nieomylności kasty duchownych, w jej hierarchicznej strukturze. Zasadniczym zaś instrumentem zniewalania umysłu w technikach duszpasterskich katolicyzmu jest utrzymywanie wyznawców w permanentnym poczuciu winy.

Diagnoza tego rodzaju niechybnie dopomina się o akt emancypacji, dowolnie wyrażony. Wystarczy pomyśleć, jak Platon kiedyś, że to wszystko bajki. Można też użyć form bardziej rubasznych, ad libitum. Że można, to właśnie daje do myślenia.



***

A poza tym dwa tysiąclecia chrześcijaństwa dały nam wielką myśl religijną, teologiczną, filozoficzną, nie mówiąc o dziełach sztuk plastycznych, wspaniałej muzyce, literaturze i architekturze.



PS. Idąc tropem intuicji Jacka Kurskiego, obecnego prezesa telewizji publicznej, że lud zabezpieczyć trzeba przed kontrowersyjnym dziełem, by nie zostało źle zrozumiane, co najlepiej zrobić opatrzywszy je słusznym komentarzem, spieszę wyjaśnić, że poglądy autora tego tekstu są uwarunkowane jego osobistymi doświadczeniami życiowymi, a przyjęty punkt widzenia jest tylko jednym z możliwych. Istnieją bowiem inne punkty widzenia, być może nawet cenniejsze, choćby tych, którzy kochają Kościół katolicki, lub przynajmniej osób nie będących pod tak wyraźnym wpływem lewackich ideologii, jak da się to odczuć w przypadku autora tego tekstu. Przez delikatność nie będziemy wspominać o możliwej interpretacji jego wypowiedzi, która demaskuje, iż jest ona jedynie ekspresją osobistych urazów, poczucia winy nieświadomie przetwarzanego w niepohamowaną chęć oskarżania innych za własne uchybienia, i - co tu dużo mówić - zwykłą ludzką małość.





©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna