Propagował nowe metody wychowawcze. Za



Pobieranie 367.96 Kb.
Strona4/6
Data28.04.2016
Rozmiar367.96 Kb.
1   2   3   4   5   6

Żaba


Pewna żaba
Była słaba
Więc przychodzi do doktora
I powiada, że jest chora.

Doktor włożył okulary,


Bo już był cokolwiek stary,
Potem ją dokładnie zbadał,
No, i wreszcie tak powiada:

„Pani zanadto się poci,


Niech pani unika wilgoci,
Niech pani się czasem nie kąpie,
Niech pani nie siada przy pompie,
Niech pani deszczu unika,
Niech pani nie pływa w strumykach,
Niech pani wody nie pija,
Niech pani kałuże omija,
Niech pani nie myje sie z rana,
Niech pani, pani kochana,
Na siebie chucha i dmucha,
Bo pani musi być sucha!”

Wraca żaba od doktora,


Myśli sobie: „Jestem chora,
A doktora chora słucha,
Mam być sucha - będę sucha!”
Leczyła się żaba, leczyła,

Suszyła się długo, suszyła,


Aż wyschła tak, że po troszku
Została z niej garstka proszku.

A doktor drapie się w ucho:


„Nie uszło jej to na sucho!”

Ślimak

„Mój ślimaku, pokaż rożki,


Dam ci sera na pierożki.”

Ale ślimak się opiera:


„Nie chcę sera, nie jem sera!”

„Pokaż rożki, mój ślimaku,


Dam ci za to garstkę maku.”

ślimak chowa się w skorupie.


„Głupie żarty, bardzo głupie.”

„Pokaż rożki, mój kochany,


Dam ci za to łyk śmietany."

ślimak gniewa się i złości:


„Powiedziałem chyba dość ci!”

Ale żona, jak to żona,


Nic jej nigdy nie przekona,

Dalej męczy: „Pokaż rożki,


Dam ci za to krawat w groszki.”

ślimak całkiem już znudzony


Rzecze: „Dość mam takiej żony,

życie z tobą się ślimaczy,


Muszę zacząć żyć inaczej!”

I nie mówiąc nic nikomu,


Po kryjomu wyszedł z domu.
Lecz wyjść z domu dla ślimaka
To jest rzecz nie byle jaka.

ślimak pełznie środkiem parku,


A dom wisi mu na karku,

A z okienka patrzy żona


I wciąż woła niestrudzona:

„Pokaż rożki, pokaż rożki,


Dam wi wełny na pończoszki!”

ślimak jęknął i oniemiał.



Skarżypyta
Piotruś nie był dzisiaj w szkole,
Antek zrobił dziórę w stole,
Wanda obrus poplamiła,
Zosia szyi nie umyła,
Jurek zgubił klucz, a Wacek
Zjadł ze stołu cały placek.
− Któż się ciebie o to pyta?
− Nikt. Ja jestem skarżypyta.

Samochwała
Samochwała w kącie stała
I wciąż tak opowiadała:

Zdolna jestem niesłychanie,


Najpiękniejsze mam ubranie,
Moja buzia tryska zdrowiem,
Jak coś powiem, to już powiem,
Jak odpowiem, to roztropnie,
W szkole mam najlepsze stopnie,
Śpiewam lepiej niż w operze,
Znakomicie muchy łapię,
Wiem, gdzie Wisła jest na mapie,
Jestem mądra, jestem zgrabna,
Wiotka, słodka i powabna,
A w dodatku daję słowo,
Mam rodzinę wyjątkową:
Tato mój do pieca sięga,
Moja mama − taka tęga,
Moja siostra − taka mała,
A ja jestem − samochwała!


Znaki przestankowe


Prowadziły raz rozmowę
Różne znaki przestankowe.
Rzekł dwukropek: „Mógłbym przysiąc,
że tu jest dwukropków z tysiąc,
Bo beze mnie nie ma zdania...”
„A bez znaku zapytania?...”
„Też pomysły − rzekł cudzysłów −
śmiać się można z tych pomysłów,
Bo kto czytał różne wiersze,
Wie, że mam w nich miejsce pierwsze.”
„O, przepraszam − rzekł przecinek −
Mógłbym wziąć to za przycinek,
Bez przecinka nie ma zdania...”
„A bez znaku zapytania?...”
„Niezły komik, niezły zbytnik! −
Zirytował się wykrzyknik. −
Nie chcę chwalić się przed nikim,
„Ale jestem wykrzyknikiem!”
Myślnik leżąc milczał smutnie,
A tu średnik wdał się w kłótnię:
„Jak ze wszystkich zdań wynika,
Nie ma wiersza bez średnika,
Bez średnika nie ma zdania...”
„A bez znaku zapytania?...”
Kropka, słysząc te hałasy,
Sprowadziła dwa nawiasy:
„Cni panowie, zacne panie,
Zamykamy całe zdanie!
Koniec! Kropka! Odpoczynek!”
„Znów przycinek!” −
Rzekł przecinek.



Kaczka dziwaczka
Nad rzeczką opodal krzaczka
Mieszkała kaczka-dziwaczka,
Lecz zamiast trzymać się rzeczki
Robiła piesze wycieczki.

Raz poszła więc do fryzjera:


„Poproszę o kilo sera!“

Tuż obok była apteka:


„Poproszę mleka pięć deka.“

Z apteki poszła do praczki


Kupować pocztowe znaczki.

Gryzły się kaczki okropnie:


„A niech tę kaczkę gęś kopnie!“

Znosiła jaja na twardo


I miała czubek z kokardą,
A przy tym, na przekór kaczkom,
Czesała się wykałaczką.

Kupiła raz maczku paczkę,


By pisać list drobnym maczkiem.
Zjadając tasiemkę starą
Mówiła, że to makaron,
A gdy połknęła dwa złote,
Mówiła, że odda potem.
Martwiły się inne kaczki:

„Co będzie z takiej dziwaczki?“

Aż wreszcie znalazł się kupiec:
„Na obiad można ją upiec!“

Pan kucharz kaczkę starannie


Piekł, jak należy, w brytfannie,

Lecz zdębiał obiad podając,


Bo z kaczki zrobił się zając,
W dodatku cały w buraczkach.

Taka to była dziwaczka!




IV. MAŁA CZYTANKA WIERSZY DLA DZIECI JULIANA TUWIMA

Zosia Samosia


Jest taka Zosia, Kiedy mogę sama, sama!
Nazwano ją Zosia-Samosia, − Toś ty taka mądra dama?
Bo wszystko „Sama! Sama! Sama!“ A kto głupi jest!
Ważna mi dama! − Ja sama
Wszystko sama lepiej wie,
wszystko sama robić chce,
Dla niej szkoła, książka, mama
nic nie znaczą - wszystko sama!
Zjadła wszystkie rozumy,
Więc co jej po rozumie?
Uczyć się nie chce − bo po co,
Gdy sama wszystko umie?
A jak zapytać Zosi:
− Ile jest dwa i dwa?
− Osiem!
− A kto był Kopernik?
− Król!
− A co nam Śląsk daje?
− Sól!
− A gdzie leży Kraków?
- Nad Wartą!
− A uczyć się warto?
− Nie warto!
Bo ja sama wszystko wiem
i śniadanie sama zjem,
I samochód sama zrobię
I z wszystkim poradzę sobie!
Kto by się tam uczył, pytał,
Dowiadywał się i czytał,

Kto by sobie głowę łamał,






Słówka i słufka
Dziś po dyktandzie w szkole
Wrócił Jerzy do domu markotny.
Ziewał, ziewał − i zdrzemnął się przy stole,
Bo i dzień był jakiś senny i słotny.
I przyszły do Jerzyka trzy słówka:
„Brzózka“, „Jabłko“, „Główka“
I powiedziały:
− Jestem Brzózka, nie „bżuska“

− Jestem Jabłko, nie „japko“


− Jestem Główka, nie „głufka“.
Jak można tak znieważać urodę naszą i ród?
Trzeba się uczyć! Uważać! Na pewno opłaci się trud.
Nie pomogą tu żadne wykręty, wymówki.
I rzuciły mu na stół swoje wizytówki,
Żeby wiedział, z kim ma do czynienia,
I wyzbył się takich zwyczajów prostackich:
Jabłko z Jabłońskich,
Brzózka z Brzozowskich,
Główka z Głowackich.
− A gdy i nadal będziesz sadził błąd po błędzie,
To zrobimy z Jerzego − Jeżego,
Złego jeża kolczastego;
I co? Przyjemnie ci będzie?
Wystąpiły na Jerzego siódme poty!
Obudził się − i do roboty!

Wystąpiły na Jerzego siódme poty!


Obudził się − i do roboty!


Figielek
Raz się komar z komarem przekomarzać zaczął
Mówiąc, że widział raki, co się winkiem raczą.

Cietrzew się zacietrzewił słysząc takie słowa,


Sęp zasępił się strasznie, osowiała sowa,

Kura dała drapaka, że aż się kurzyło,


Zając zajęczał smętnie, kurczę się skurczyło.

Kozioł fiknął koziołka, słoń się cały słaniał,


Baran się rozindyczył, a indyk zbaraniał.



Cuda i dziwy
Spadł kiedyś w lipcu
Śnieżek niebieski,
Szczekały ptaszki,
Ćwierkały pieski.
Fruwały krówki
Nad modrą łąką,
Śpiewało z nieba
Zielone słonko.
Gniazdka na kwiatach
Wiły motylki.
Trwało to wszystko
Może dwie chwilki.
A zobaczyłem
Ten świat uruczy,
Gdy miałem właśnie
Przymknięte oczy.
Gdym je otworzył,
Wszystko się skryło
I znów na świecie
Jak przedtem było.
Wszystko się pięknie
Dzieje i toczy...
Lecz odtąd − często
Przymykam oczy.

Dyzio marzyciel
Położył się Dyzio na łące,
Przygląda się niebu błękitnemu
I marzy:
„Jaka szkoda, że te obłoczki płynące

Nie są z waniliowego kremu...

A te różowe -
Że to nie lody malinowe...
A te złociste, pierzaste -
Że to nie stosy ciastek...
I szkoda, że całe niebo
Nie jest z tortu czekoladowego...
Jaki piękny byłby wtedy świat!
Leżałbym sobie, jak leżę,
Na tej murawie świeżej,
Wyciągnąłbym tylko rękę
I jadł...i jadł...i jadł...“


Gabryś
Sitem wodę czerpał, ptaki uczył fruwać,
Poszedł do kowala: kozy chciał podkuwać.

Czapką kwiat nakrywał, kiedy deszczyk rosił,


Liczył dziury w płocie, drwa do lasu nosił.

Zimą domek z lodu zbudował przed chatą:


„Będę miał − powiada − mieszkanie na lato“.
Gdy go słońce piekło, to na słońce dmuchał,
A za topór chwytał, gdy go gryzła mucha.
A tatusia pytał, czy mu księżyc kupi...
Taki był ten Gabryś. A jaki? No, głupi.

Kotek

Miauczy kotek: miau!


− Coś ty, kotku, miał?
− Miałem ja miseczkę mleczka,
Teraz pusta już miseczka,
A jeszcze bym chciał.

Wzdycha kotek: o!


− Co ci, kotku, co?
− Śniła mi się wielka rzeka,
Wielka rzeka pełna mleka
Aż po samo dno.

Pisnął kotek: piii...


− Pij, koteczku, pij!
...Skulił ogon, zmrużył ślipie,
Śpi − i we śnie mleczko chlipie,
Bo znów mu się śni.


Lokomotywa

Stoi na stacji lokomotywa,


Ciężka, ogromna i pot z niej spływa:
Tłusta oliwa.
Stoi i sapie, dyszy i dmucha,
Żar z rozgrzanego jej brzucha bucha:
Uch − jak gorąco!
Puff − jak gorąco!
Uff − jak gorąco!
Wagony do niej podoczepiali
Wielkie i ciężkie, z żelaza, stali,
I pełno ludzi w każdym wagonie,
A w jednym krowy, a w drugim konie,
A w trzecim siedzą same grubasy,
Siedzą i jedzą tłuste kiełbasy,
A czwarty wagon pełen bananów,
A w piątym stoi sześć fortepianów,
W szóstym armata - o! jaka wielka!
Pod każdym kołem żelazna belka!
W siódmym dębowe stoły i szafy,
W ósmym słoń, niedźwiedź i dwie żyrafy,
W dziewiątym - same tuczone świnie,
W dziesiątym - kufry, paki i skrzynie,
A tych wagonów jest ze czterdzieści,
Sam nie wiem, co się w nich jeszcze mieści.
Lecz choćby przyszło tysiąc atletów
I każdy zjadłby tysiąc kotletów,
I każdy nie wiem jak się wytężał,
To nie udźwigną, taki to ciężar.
Nagle - gwizd!
Nagle - świst!

Para - buch!


Koła - w ruch!
Najpierw − powoli − jak żółw − ociężale,
Ruszyła − maszyna − po szynach − ospale,
Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem,
I kręci się, kręci się koło za kołem,
I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej,
I dudni, i stuka, łomoce i pędzi,
A dokąd? A dokąd? A dokąd? Na wprost!
Po torze, po torze, po torze, przez most,
Przez góry, przez tunel, przez pola, przez las,
I spieszy się, spieszy, by zdążyć na czas,
Do taktu turkoce i puka, i stuka to:
Tak to to, tak to to , tak to to, tak to to.
Gładko tak, lekko tak toczy się w dal,
Jak gdyby to była piłeczka, nie stal,
Nie ciężka maszyna, zziajana, zdyszana,
Lecz fraszka, igraszka, zabawka blaszana.
A skądże to, jakże to, czemu tak gna?
A co to to, co to to, kto to tak pcha,
Że pędzi, że wali, że bucha buch, buch?
To para gorąca wprawiła to w ruch,
To para, co z kotła rurami do tłoków,
A tłoki ruszają z dwóch boków
I gnają, i pchają, i pociąg się toczy,
Bo para te tłoki wciąż tłoczy i tłoczy,
I koła turkocą, i puka, i stuka to:
Tak to to, tak to to, tak to to, tak to to!...

Słoń trąbalski
Był sobie słoń wielki − jak słoń.
Zwał się ten słoń Tomasz Trąbalski.
Wszystko, co miał, było jak słoń!
Lecz straszny był Zapominalski.

Sloniową miał głowę i nogi słoniowe,


I kły z prawdziwej kości słoniowej,
I trąbę, którą wspaniale kręcił,
Wszystko słoniowe - oprócz pamięci.

Zaprosił kolegów słoni na karty


Na wpół do czwartej.
Przychodzą − ryczą: „Dzień dobry, kolego!“
Nikt nie odpowiada,
Nie ma Trąbalskiego.
Zapomniał! Wyszedł!
Miał przyjść do państwa Krokodylów
Na filiżankę wody z Nilu:
Zapomniał! Nie przyszedł!

Ma on chłopczyka i dziewczynkę,


Miłego słonika i śliczną słoninkę.
Bardzo kocha te swoje słonięta,
Ale ich imion nie pamięta.
Synek nazywa się Biały Ząbek,
A ojciec woła: „Trąbek! Bombek!“
Córeczce na imię po prostu Kachna,
A ojciec woła: „Grubachna! Wielgachna!“
Nawet gdy własne imię wymawia,
Gdy się na przykład komuś przedstawia,
Często się myli Tomasz Trąbalski
I mówi: „Jestem Tobiasz Bimbalski“.

Żonę ma taką − jakby sześć żon miał!

(Imię jej: Bania, ale zapomniał),
No i ta żona kiedyś powiada:
„Idź do doktora, niechaj cię zbada,
Niech cię wyleczy na stare lata!“

Więc zaraz poszedł − do adwokata.


Potem do szewca i rejenta.
I wszędzie mówi, że nie pamięta!
„Dobrze wiedziałem, lecz zapomniałem,
Może kto z panów wie czego chciałem?“
Błąka się, krąży, jest coraz później,
Aż do kowala trafił, do kuźni.
Ten chciał go podkuć, więc oprzytomniał,
Przypomniał sobie to co zapomniał!
Kowal go zbadał, miechem podmuchał,
Zajrzał do gardła, zajrzał do ucha,
Potem opukał młotem kowalskim
I mówi: „Wiem już, panie Trąbalski!
Co dzień na głowę wody kubełek
oraz na trąbie zrobić supełek“.
I chlust go wodą! Sekundę trwało
I w supeł związał trąbę wspaniałą!

Pędem poleciał Tomasz do domu.


Żona w krzyk: „Co to?!“ − „Nie mów nikomu!
To dla pamięci!“ − „O czym?“ – „No ... chciałem...!“
− „Co chciałeś?“ − „Nie wiem! Już zapomniałem!“
Skakanka
„Żeby kózka nie skakała,
Toby nóżki nie złamała“.
Prawda!

Ale gdyby nie skakała,


Toby smutne życie miała.
Prawda?

Bo figlować − bardzo miło,


A bez tego − toby było
Nudno...

Chociaż teraz musi płakać,


Potem będzie znowu skakać!
Trudno!

Więc gdy cię dorośli straszą,


Że tak będzie, jak z tą naszą
Kozą,
Najpierw grzecznie ich wysłuchaj,
Potem powiedz im do ucha
Prozą:

„A ja znam może dwadzieścia innych kózek, co od rana do wieczora skakały i zdrowe są, i wesołe, i nic im się nie stało, i dalej skaczą! Grunt, żeby się nie bać! Tak skakać, żeby się nic nie stało! Bo inaczej, co by za życie było? Prawda?“ I skacz, ile ci się podoba. Niech dorośli zobaczą, jak się to robi!



1   2   3   4   5   6


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna