Prorok I błazen „zwierzenia klowna heinricha bölla



Pobieranie 112.77 Kb.
Strona1/2
Data05.05.2016
Rozmiar112.77 Kb.
  1   2
PROROK I BŁAZEN

„ZWIERZENIA KLOWNA” HEINRICHA BÖLLA
Kobiece ręce są już niemal nie rękami, obojętne, czy smarują chleb masłem, czy odgarniają włosy z czoła. Żadnemu teologowi nie przyszło do głowy wygłosić kazania na temat rąk kobiecych w Ewangelii: ręce Weroniki, Magdaleny, Marii i Marty - wszystko to w Ewangelii ręce kobiet, które okazały Chrystusowi tkliwość. Zamiast tego kaznodzieje rozwodzą się nad ustawami, zasadami ładu, sztuką, państwem.
(Heinrich Böll)
W 1967 roku, u szczytu niemieckiego "cudu gospodarczego", Joseph Ratzinger, niebędący wtedy jeszcze ani kardynałem Sancta Ecclesia Romana, ani Prefektem najważniejszej Kongregacji, wygłosił w Uniwersytecie w Tybindze cykl wykładów, zatytułowany "Wprowadzenie w chrześcijaństwo". Rozpoczął od przypowiastki Sörena Kierkegaarda o błaźnie i pożarze. Oto do pewnej duńskiej wioski przyjeżdża wędrowny cyrk. Artyści rozbijają namiot na skraju wioski i przygotowują się do występu. Nagle w obozowisku wybucha pożar. Dyrektor wysyła klowna, już uszminkowanego i ubranego w swój charakterystyczny strój, do wsi po pomoc, tym bardziej, że grozi niebezpieczeństwo rozprzestrzenienia się ognia po ściernikach, które pozostały po niedawnych żniwach. Klown biegnie i prosi mieszkańców, aby pospieszyli z pomocą. Wieśniacy jednak nie wierzą mu, uznając jego nawoływania za świetny trik reklamowy, który ma ściągnąć jak największą liczbę widzów na przedstawienie. Klaszczą więc i zaśmiewają się do łez, ale nie ruszają się z miejsca. Daremnie błazen biega od jednego do drugiego, tłumaczy, że nie udaje, że mówi o czymś rzeczywistym i poważnym. Jego wysiłki wywołują nowe reakcje śmiechu, ludzie uważają, że świetnie gra swoją rolę. W końcu jest za późno - ogień trawi nie tylko cyrk, ale i wieś.

Ratzinger, za Harveyem Coxem, odnosi obraz klowna do współczesnego teologa. "Nikt nie bierze go na serio w jego błazeńskim stroju ze średniowiecza czy z innej minionej epoki. Cokolwiek by mówił - rola jego nadaje mu etykietę i w pewien sposób go klasyfikuje. Jakkolwiek się zachowuje i jakkolwiek usiłuje ukazać powagę sytuacji, wie się zawsze z góry, że jest to błazen. Wiadomo, o czym mówi, wiadomo, że to jest tylko przedstawienie, która z rzeczywistością ma mało albo w ogóle nic wspólnego".1 Hervey Cox, a za nim duża część przedstawicieli tzw. teologii sekularyzacji, zdaje się sugerować, że wystarczy by teologiczny błazen zmył szminkę, ubrał się po cywilnemu "w język świecki albo bezreligijne chrześcijaństwo, by wszystko było w porządku"; by ludzie przybiegli i z zaangażowaniem pomagali gasić pożar.2 To nie wystarczy - mówi Ratzinger. Już nieraz wszelako na przestrzeni ostatnich lat okazało się, że samo dostosowanie się kerygmy chrześcijańskiej do świeckości, do postępu, do procesów sekularyzacyjnych nie przekonuje współczesnego świata. A sam klown staje się coraz mniej pewny mocy swojego przesłania i zaczyna go – konkluduje Kardynał - dręczy moc niewiary w głębi własnej wiary.

Sądzę jednak, że jest jeszcze coś... Uważny czytelnik tych słów zauważył zapewne, że zarówno Cox, jak i Ratzinger spoglądają na klowna jako na postać dramatyczną, ale jednak jakby minioną. Niepotrzebnie. Pan Bóg nadal uśmiecha się nad światem, Boży cyrk wciąż stoi, a rola klowna, z natury niejako nierozumianego, tragicznego, jest w nim nieodzowna... Takie właśnie myśli przyszły mi do głowy, gdy po raz kolejny sięgnąłem po "Zwierzenia klowna", powieść Heinricha Bölla, opublikowaną w 1963 roku, pod koniec "ery Konrada Adenauera".

Zwierzenia, zwierzenia...
Jest marcowy wieczór 1962 roku, około osiemnastej. Niemcy świętują jeden z ostatnich, hucznie obchodzonych nad Renem, "dni błazeństw".3 Pochodzący z bogatej nadreńskiej rodziny, dwudziestosiedmioletni klown Hans Schnier, wraca kontuzjowany do domu w Bonn. "Kiedy przyjechałem do Bonn - rozpoczyna swoje zwierzenia - było już ciemno. Usiłowałem zwalczyć w sobie automatyzm, wytworzony w ciągu pięciu lat moich nieustannych podróży: schodami w dół, schodami w górę, stawiam walizkę, wyjmuję bilet z kieszeni płaszcza, podnoszę walizkę, oddaję bilet, podchodzę do kiosku, kupuję wieczorne gazety, wychodzę z hali dworca, przywołuję taksówkę. Przez pięć lat prawie co dzień skądś wyjeżdżałem i dokądś przyjeżdżałem, rano schodami w górę i w dół, po południu schodami w dół i w górę, przywoływałem taksówkę, szukałem drobnych w kieszeniach, kupowałem w kiosku wieczorne gazety i w jakimś zakątku świadomości rozkoszowałem się dokładnie wystudiowaną niedbałością tego automatyzmu. Odkąd Maria opuściła mnie, żeby wyjść za Züpfnera, tego katolika, procedura przyjazdów i wyjazdów stała się jeszcze bardziej mechaniczna, nie tracąc nic ze swej niedbałości".4

Maria, to dawna, choć nie dawna; była, choć nie była, dziewczyna Hansa, córka starego Derkuma, ubogiego bońskiego sklepikarza. Przed sześcioma laty, Hans, po pierwszej nocy spędzonej z Marią, opuścił wraz z nią Bonn. Wiedzie odtąd żywot wędrownego klowna, zakochanego, uważającego związek ze swą dziewczyną za małżeństwo, "pobłogosławione" wzajemnymi przyrzeczeniami wierności i wspólnie przeżywaną codziennością, biedą, podróżami. Książka jest zapisem ponad trzygodzinnych rozmyślań Hansa w jego bońskim mieszkaniu o latach jego wędrówek z Marią przez całe Niemcy, występów na podrzędnych scenach i w salkach rozmaitych stowarzyszeń, nocach spędzanych w hotelowych pokojach. To także zbiór wewnętrznych rozmów z Marią, stenogramów telefonów do i od znajomych, opowieści o (praktycznie) tylko jednym spotkaniu - z ojcem oraz wspomnień sięgających czasów wojny aż po ten właśnie kończący się, marcowy dzień, kiedy pijany upadł na scenę, rozbijając sobie kolano i znacząc kres swojej kariery.

Rozmyślania, telefony, rozmowy i wyobrażenia Hansa obracają się wokół dwóch tematów: Jak odzyskać Marię? Jak zdobyć pieniądze na dalsze życie? Książka ma postać opowieści obolałego, rozdrażnionego, na wpół pijanego człowieka. Nawet jeśli inne osoby, jak ojciec Hansa czy prałat Sommerwild, są w niej dopuszczane do głosu, to tylko jako negatywni bohaterowie narracji i jako ofiary ironii, napaści i krytycznych ocen. Właśnie ironia i znakomita satyra, a także ciągłe rozdrażnienie Hansa, kończące się zwykle wybuchami agresji przeciwko rodzinie, członkom "Koła Postępowych Katolików" i tzw. katolicyzmowi społecznemu, nadają swoisty koloryt "Zwierzeniom".

Hans pochodzi z rodziny ewangelickiej, ale już od dawna zerwał ze swoim Kościołem. Maria z kolei jest katoliczką, blisko związaną z wspomnianym "Kołem Postępowych Katolików". Hans, szanując przekonania swojej dziewczyny, a przede wszystkim pragnąc spędzać z nią jak najwięcej czasu, bywa na zebraniach Koła... "Miałem dużo sympatii do katolicyzmu - wspomina - jeszcze i wtedy nawet, kiedy przed czterema laty Maria pierwszy raz zabrała mnie na zebranie tego <>; zależało jej na pokazaniu mi inteligentnych katolików, oczywiście w skrytości myślała także o tym, że kiedyś mógłbym zmienić wyznanie (wszyscy katolicy skrycie o tym myślą). Ale od samego początku czułem się tam okropnie. Przechodziłem wówczas bardzo trudną fazę przygotowywania się do kariery klowna, miałem niespełna dwadzieścia dwa lata i trenowałem całymi dniami. Ogromnie cieszyłem się na ten wieczór, byłem śmiertelnie zmęczony i wyobrażałem sobie, że będzie to przyjemne zebranie towarzyskie z dużą ilością dobrego wina, z dobrym jedzeniem, a może nawet z tańcami (kiepsko nam się wtedy powodziło, nie mogliśmy sobie pozwolić ani na wino, ani na dobre jedzenie). Zamiast tego dano złe wino i tak mniej więcej wyobrażałem sobie uczestniczenie w seminarium z socjologii, prowadzonym przez nudnego profesora. Zebranie było nie tylko męczące, ale męczące w sposób niepotrzebny i nienaturalny".5

Do Koła należą m.in.: Züpfner, z którym później odejdzie Maria, prałat Sommerwild i "szara eminencja niemieckiego katolicyzmu społecznego" Kinkiel. Hans oskarża ich o "porwanie" jego dziewczyny pod pozorem pomocy w rozwiązaniu konfliktu sumienia wynikającego z życia w konkubinacie... Istotnie, trwający sześć lat związek z Marią nie był ani w sensie prawa kościelnego, ani wobec państwa uregulowany, co wywołuje niepokój Marii. Dopiero po pewnym czasie Hans zgadza się na to „uregulownie”. Nie chce jednak przyjąć związanych z tym warunków prawnych, a więc wyrażenia zgody na katolickie wychowanie dzieci. Gdy już ustąpi w tym punkcie, dochodzi do nowego konfliktu: Hans odmawia zawarcia ślubu cywilnego przed ślubem kościelnym, uważając oba przepisy za zbyt dalekie wkraczanie Kościoła i państwa w miłość dwojga osób. Gdy wreszcie i ten punkt zaakceptuje, Maria pod pozorem, że uczynił to bez wewnętrznego przekonania, odchodzi z Züpfnerem, i jak dowiaduje się Hans w rozmowie telefonicznej z prałatem Sommerwildem, spędza właśnie miesiąc miodowy w Rzymie.

"[...] Inaczej sobie wyobrażałem rozmowę z nim. Chciałem wyrwać go ze snu o wpół do trzeciej nad ranem, nawymyślać mu i zagrozić.

- Co mógłbym dla pana zrobić? - zapytał cichym głosem.

- Nic - odpowiedziałem. - Jeśli ksiądz mi powie, że te poufne konferencje w hotelu w Hanowerze miały na celu wyłącznie umocnienie Marii w wierności do mnie - wtedy księdzu uwierzę.



  • Nie docenia pan faktu, że w stosunku panny Derkum do pana nastąpił pewien kryzys.

- A wy musieliście to natychmiast wykorzystać - powiedziałem - i wskazać jej kościelno-prawną lukę, żeby mnie opuściła. Zawsze sądziłem, że Kościół Katolicki jest przeciwny rozwodom.

- A niechże pana, Schnier! - wykrzyknął. Nie może pan przecież wymagać, żebym ja, katolicki duchowny, utwierdzał w kobiecie chęć życia w konkubinacie!

- Dlaczego nie? - spytałem. - Ksiądz wpędza ją w nierząd i wiarołomstwo. Jeśli ksiądz, jako duchowny, bierze to na swoją odpowiedzialność, to bardzo proszę.

- Jestem zaskoczony pańskim antyklerykalizmem. Dotychczas napotykałem go jedynie u katolików.

- Wcale nie jestem antyklerykałem, niech ksiądz sobie tego nie wyobraża, jestem tylko antysommerwildem, ponieważ ksiądz jest nielojalny i podstępny.

- O Boże - przerwał - dlaczego?

- Kiedy człowiek słucha księdza kazań, myśli, że ksiądz ma serce wielkie jak żagiel, a potem okazuje się, że ksiądz spiskuje i intryguje po halach hotelowych. Podczas kiedy ja w pocie czoła pracuję na chleb, ksiądz konferuje z moją żoną nie wysłuchując moich racji. [...] Wszystko, co się w tej drastycznej sprawie mówi, wykłada w kazaniach i czego się uczy, jest oszustwem. [...] Księdza powinni zdumiewać ci bezmyślni łajdacy, którzy traktują swoje żony po prostu jako prawną własność".6

Z podobną niechęcią Hans spogląda na swoją rodzinę. Uczucie to wręcz wybucha w spotkaniu z ojcem. W opisie tego spotkania, najdłuższym "zwierzeniu" całej książki, wyczuwa się nawiązanie do ewangelicznej sceny przyjęcia syna marnotrawnego. Jest to jednak nawiązanie "à rebours", wypełnione od początku do końca mieszanką ironii, bólu i niezagojonych ran. "Zapewne - rozpoczyna Hans - moje powitanie: <> zabrzmiało bardzo patetycznie i wzmogło nasze zakłopotanie, którego i tak nie mogliśmy uniknąć. Ojciec usiadł na jednym z rdzawych foteli i przyglądał mi się kręcąc głową: stałem w ociekających wodą pantoflach, mokrych skarpetkach i o wiele za długim płaszczu kąpielowym, który w dodatku był najniepotrzebniej na świecie ognistoczerwonej barwy".7

Ojciec Hansa tylko niekiedy objawia przebłyski spokojnej, męskiej wspaniałomyślności. W rzeczywistości jest zimnym, "wyliczonym", dobrze "ustawionym" wśród „najlepszych” przemysłowców, „najlepszych” lekarzy, „najlepszych” krytyków teatralnych obywatelem nadreńskiego państwa. W rozmowie z nim Hans kilkakrotnie wraca do wizerunku matki. Nienawidzi jej za głód, który panował w ich bogatym domu; za „wysłanie na śmierć” Henrietty, ukochanej siostry Hansa; za zakłamanie, z jakim po wojnie przewodniczy Głównemu Komitetowi Towarzystw Zwalczania Przesądów Rasowych. "Przypomniało mi się - snuje swoje zwierzenia Hans - jak obrzydliwie się zachowali, kiedy opuściłem z Marią Bonn. Ojciec napisał do mnie wtedy, że ze względów moralnych odmawia mi wszelkiego poparcia i oczekuje, że utrzymam <
> siebie i <>, że, jak mi wiadomo, zawsze bardzo cenił starego Derkuma jako przeciwnika i jako człowieka, i że wywołałem skandal".8 Później - kontynuuje klown - "matka napisała nawet, że się mnie <>. Matka umie robić rzeczy tak niesmaczne, że - idiotyczne, tym razem użyła cytatu z powieści Schitzlera pod tytułem: <>. W powieści tej rodzice <> córki, ponieważ wzbrania się wydać na świat dziecko spłodzone ze <>, zdaje mi się, że aktorem. Matka zacytowała dosłownie zdanie z ósmego rozdziału tej powieści: <>. Uznała to za bardzo odpowiedni cytat. W każdym razie <> mnie. Moim zdaniem zrobiła to tylko dlatego, że była to jedyna droga zaoszczędzenia konfliktów zarówno swojemu sumieniu, jak i kontu bankowemu".9

W "Zwierzeniach" jest i drugi syn z przypowieści - Leon, brat Hansa. Również on stał się przyczyną kolejnego "dramatu rodzinnego" - już po odejściu Hansa, pod wpływem Züpfnera, przeszedł na katolicyzm i wstąpił do seminarium duchownego w Bonn. Jest rzeczowy, sachlich, chce - jak mówi - iść prostą drogą. Gdy pisze listy, to podobnie jak ojciec, pisze, "jakby chodziło o węgiel brunatny".10 On również daje swemu bratu do zrozumienia, że go zawiódł. Od czasu do czasu wspomaga go, ale tylko jakby dla zasady. Ostatnia rozmowa prowadzona przez Hansa w książce, to właśnie rozmowa z bratem. Jemu właśnie Hans wyjawia swoją tożsamość: "jestem klownem i kolekcjonuję chwile".11

"Zwierzenia" kończą się w tym samym miejscu, w którym się rozpoczynały - na schodach bońskiego dworca. Hans maluje twarz, ubiera strój klowna, bierze gitarę do ręki i poduszkę i idzie na dworzec w nadziei spotkania Marii wracającej z Rzymu, a także zarobienia paru marek. "Położyłem poduszkę na trzecim stopniu od dołu - czytamy jakby zapis początków nowego automatyzmu - usiadłem, zdjąłem kapelusz, włożyłem do niego papieros, nie na sam środek i nie blisko brzegu, tak jakby go ktoś wrzucił z góry, i zacząłem śpiewać: <>. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Nie szkodzi. Za godzinę, dwie lub trzy zaczną mnie zauważać. Przerwałem śpiew, kiedy w megafonie dworcowym odezwał się głos. Zapowiedziano przyjazd pociągu z Hamburga. Śpiewałem dalej. Wzdrygnąłem się, kiedy do kapelusza wpadł pierwszy pieniądz: dziesięciofenigówka; trafiła w papierosa i zepchnęła go zanadto ku brzegowi. Przesunąłem papierosa na właściwe miejsce i śpiewałem dalej".12
Przez pryzmat proroctwa
Komuś, kto na co dzień obcuje z Biblią, "Zwierzenia klowna", ich język, tematyka i postać głównego bohatera, mogą w jakimś momencie skojarzyć się z losami, walką i słowami proroków Izraela. Wiadomo skądinąd, że Heinrich Böll jako konsultant katolickiego przekładu Starego Testamentu w RFN w latach 1963-1975 był zafascynowany profetyzmem żydowskim, szczególnie zaś Księgą Proroka Izajasza.13 Echa tej fascynacji odzywają się w także innych powieściach, na przykład w "Bilardzie o wpół do dziesiątej".

Na ogół w sposób albo zbyt pobieżny, albo schematyczny spoglądamy na proroka. To pierwsze ma miejsce wtedy, gdy widzimy w nim tylko pobożnego męża wieszczącego przyszłość, drugie - gdy zdobywając "solidną" wiedzę biblijną, gubimy plastyczność, siłę życia i bogactwo przesłania prorockiego. Być może "Wyznania klowna" są dobrą okazją, a jeszcze bardziej prowokacją, aby na niezwykłe zjawisko profetyzmu żydowskiego spojrzeć szerzej i głębiej.

Szerzej i głębiej... Warto więc pamiętać, że Żydzi w obrębie swojej historii świętej wspominali nawet... proroków kanenejskich, a jednemu z nich - Balaamowi (i jego oślicy) przyznali ważne miejsce w objawieniu prawdziwego Boga i Jego Mesjasza. Mianem nabi określano też jakieś gromady ekstatyków jeszcze z czasów sędziów. Natan i Gad są "widzącymi Dawidowymi" lub "prorokami Dawidowymi", pełniąc - w bliskiej zażyłości z królem - zarazem funkcję nadwornych doradców i stróżów moralności na teokratycznych przecież szczytach władzy. Z kolei Eliasz, prorok par excellence, będzie pozostawał w konflikcie z dworem, jak późniejsi tzw. wolni prorocy (Achaz, Izajasz, Jeremiasz). Eliasz różni się jednak także wyraźnie od tych ostatnich. Oto w przeciwieństwie do nich musi zmagać się jeszcze z ogromną liczbą proroków... Baala. Nie zostawia po sobie żadnych pism i do końca pozostanie skoncentrowany na czystości kultu i wiary, nie wchodząc zbytnio w sprawy społeczne czy polityczne. O Elizeuszu za jego życia zazwyczaj mówi się "mąż Boży". Ale gromadzący się przy nim młodzieńcy są określani jako "uczniowie proroków", a on sam jest później uznawany - prawdopodobnie z racji na swoją działalność cudotwórczą - za wielkiego proroka Izraela. Wreszcie jeszcze w czasach Izajaszowych będą istniały wspomniane społeczności prorockie, których członkowie, najczęściej za opłatą, przepowiadali przyszłość, leczyli, a nawet włączali się w politykę. Wspomina się także tu i ówdzie proroków świątynnych, którzy należeli do personelu świątyni i odsłaniali przed ludem obietnice lub ostrzeżenia ze strony Jahwe.

A więc ogromne, wcale niełatwe do jednoznacznego ujęcia bogactwo. Wszystko to nie zmienia jednak faktu, że mówiąc o prorokach mamy najczęściej na myśli wielkich, autonomicznych proroków Izraela: Ozeasza, Amosa, Izajasza, Ezechiela, Jeremiasza, którzy działali poza obszarem świątyni, występując często przeciwko arystokracji świątynnej i władzy królewskiej. Innymi słowy, pełnili swe zadania nie na mocy otrzymanej od króla funkcji czy namaszczenia kapłańskiego, lecz szczególnego powołania Bożego. Sprostujmy jednak od razu jedno nieporozumienie: proroka często przeciwstawia się kapłanowi i istotnie zwykle staje on w opozycji do niego. Ale przecież nie wolno zapominać, że tak naprawdę miejsce proroka w dziejach przymierza jest określone przez relację do kapłana. Kapłan strzeże przymierza, przywołuje je na pamięć, uobecnia i prorok - podobnie jak cały Izrael - żyje w obrębie tej memorii. Występuje natomiast wtedy, gdy kapłan okazuje słabość, braki. Postawa antyklerykalna proroka - powie André Neher - "nie jest skierowana przeciwko lewicie jako takiemu, ale przeciw dokładnie określonemu typowi kapłana. Amos powstaje przeciwko [...] religii, która stała się raison d'Etat; przeciwko rygoryzmowi kultowemu w społeczeństwie wydanym na łup rozpadu duchowego, moralnego i społecznego (wzrost znaczenia kupiectwa, proletaryzacja chłopstwa, zadłużenie, sprzedaż na licytację, niewolnictwo)".14

Jahwe, przez akt powołania, stawiał proroka w nowej sytuacji, niekiedy na jakiś czas wyrywał go w z kręgu rodzinnego, wytrącał z zajęć i obowiązków zawodowych. Jednak - zauważa Gerhard von Rad - ani dotychczasowa wiara, ani jakaś inna cecha nie predysponują kogoś w oczach Bożych do pełnienia tego posłannictwa. Często jest wręcz odwrotnie: człowiek z natury łagodny, nieśmiały, musi łajać i grozić, jak Jeremiasz; inny, mający naturalną skłonność do surowości, musi kroczyć drogą ocalania i pocieszania, jak Ezechiel. Przepaść pomiędzy życiem sprzed powołania a obecnym jest tak głęboka, że dawniejsza pozycja, powiązania społeczne nie mają żadnego znaczenia. „Jestem pasterzem i tym, który nacina sykomory. Od trzody bowiem wziął mnie Jahwe i rzekł do mnie Jahwe: <>” (Am 7,14n). „Powołany odchodził niejako od społeczeństwa, rezygnował z wszystkich zabezpieczeń społecznych i gospodarczych, które mu ono zapewniało, i wybierał stan niezależności, a raczej niczym nie zabezpieczonej zależności od Jahwe. <> (Jr 15,17)".15

Nie znaczy to, że prorocy byli jakimiś słabymi osobowościami: każdy miał swój własny styl i język, zwracał się do Izraela w momencie szczególnego zagrożenia, krisis, dyskutował z samym Bogiem i odważał skarżyć się na Niego, i tak naprawdę sam stawał się uosobieniem suwerennych praw Jahwe do swego ludu - ludu wybranego i związanego przymierzem. Dlatego do istoty powołania prorockiego należy głoszenie chwały jednego Boga, który nie znosi wielobóstwa, jest potężnym Stwórcą, Bogiem Po-trzykroć-świętym i miłosiernym Sędzią. "W roku śmierci króla Ozjasza - opowiada Izajasz - ujrzałem Pana siedzącego na wysokim i wyniosłym tronie, a tren Jego szaty wypełniał świątynię. Serafiny stały ponad Nim; każdy z nich miał po sześć skrzydeł; dwoma zakrywał swą twarz, dwoma okrywał swoje nogi, a dwoma latał. I wołał jeden do drugiego: <<Święty, Święty, Święty jest Pan Zastępów. Cała ziemia pełna jest Jego chwały>>" (Iz 6, 1-3). Owładnięty wizją i objawieniem jedynego, prawdziwego Boga Izajasz będzie domagał się od Achaza i ludu Izraela zaufania do Jahwe, a nie do potęg politycznych i sojuszy: "Pan zaś rzekł do Izajasza: <

Zaufanie do Bogu jest u proroka źródłem postulatów etycznych: Jahwe daje prawo, ale to prawo jakby szkicuje tylko obszar czynu etycznego i zakreśla jego granice. Dalej decyduje i działa sumienie, serce człowieka, które powinno być nacechowane sprawiedliwością i miłością oraz wypełnione miłosierdziem. Tam gdzie wierzący zdaje się na samo tylko na prawo; gdzie wszechwładnie panuje prawo, a brakuje sumienia, pojawia się szczególnie zwalczany przez proroków legalizm. Prorok woła więc o wrażliwość serca, sumienia, bo prawo nie może pozostawać wypisane na kamiennych tablicach, ale ma znaleźć się w sercu. "Lecz takie będzie przymierze - mówi Bóg ustami Jeremiasza - jakie zawrę z domem Izraela po tych dniach - wyrocznia Pana: Umieszczę swe Prawo w głębi ich jestestwa i wypiszę na ich sercu" (Jr 31, 33). Miernikiem prawości sumienia jest stosunek do ubogich, przybyszów, wdów i sierot:

"<

mówi Pan.

Syt jestem całopalenia kozłów

i łoju tłustych cielców. [...]

Przestańcie czynić zło!

Zaprawiajcie się w dobrem!

Troszczcie się o sprawiedliwość,

wspomagajcie uciśnionego,

oddajcie słuszność sierocie,

w obronie wdowy stawajcie!>>" (Iz 1, 11.17).

Prorok jest zatem szczególnie wrażliwy na zaufanie Jahwe w konkrecie codzienności, a nie na spekulację dotyczącą Jego wewnętrznego życia czy zaświatów. Nie znajduje też w swoim posłannictwie miejsca na podział "sacrum - profanum", a jeszcze bardziej na autonnomię, niezależność polityki od moralności, opartej na woli Bożej. Jego „tak mówi Pan” odnosi się do wszystkich sfer życia. "Według Ernsta Renana Grecja nauczyła nas myśleć, Rzym rozbudował prawo, lecz Jerozolimie zawdzięczamy rozbudzenia sumienia i poczucia sprawiedliwości" – twierdzi Anna Świderkówna, odnosząc to dzieło rozbudzenia sumień wprost do proroków.16



Jak widzi prorok? Z pewnością zdarzają się mu porywające wizje i ekstazy. Ale zazwyczaj jego widzenie jest udręką, bo przecież dostrzega nędzę ludu, przeżywa ból niezrozumienia wizji, dźwiga ciężar konsekwencji... „Chyżo, jakby niecierpliwie - odpowiada von Rad - przesuwają się obrazy przed oczyma jego duszy i ledwie utrwalone, zaraz znikają. W ich opis wplatają się narzekania z powodu trwogi przenikającej duszę proroka i bolesnych skurczów, które chwytają <> (por. Ha 3,16). Cała ta udręka znajduje ostatecznie ulgę w <> (Procksch) obwieszczającym upadek wrogich Bogu potęg tego świata. Wreszcie ów wyczerpany mąż daje wyraz swemu współcierpieniu z własnym, <> ludem, <>".17

Jak mówi prorok? Często odwołuje się do symbolu - w jego czasach o wiele lepiej, bardziej niż dzisiaj rozumianego, przeżywanego jako mowa głęboka, "nie-codzienna". Rozdziera więc płaszcz (Achiasz z Szilo), pojmuje za żonę prostytutkę (Ozeasz), nie przywdziewa żałoby po śmierci żony (Ezechiel), nakłada na szyję drewniane jarzmo (Jeremiasz), przechadza się nago po mieście (Izajasz). Jest człowiekiem żyjącym na granicy ryzyka, na granicy życia i śmierci, ale właśnie to zapewnia mu specyficzną wolność... Może stanąć przed królem i niejako wyzywać go na pojedynek, może piętnować damy Jerozolimy jako "krowy Baszanu", może stawać na publicznych placach, przy bramach miejskich i wyśmiewać się z ludu, że uprawia nierząd, że stał się „oporny jak krowa narowista”; że „z bożkami związał się przyjaźnią”, że „zasiadł w gronie pijaków” (Oz 4, 15-19), dlatego Bóg, który go poślubił mimo tylu słabości, teraz powinien go zostawić...

Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, działania symboliczne proroka przypominają zachowania i działania błazna... Przecież jego wkraczanie w porę i nie w porę nieraz śmieszy prowokacyjnością, a jego zaangażowanie w głoszenie orędzia budzi podejrzenia o chorobę umysłową. Warto sobie uświadomić w tym miejscu, że błazen - podobnie jak prorok - jest jakoś wolny, autonomiczny. Wprawdzie obraca się w „dobrym towarzystwie”, ale nie należy do niego i właściwie mówi mu impertynencje. Jego filozofia polega na tym, że ukazuje jako wątpliwe to, co jest uznawane za niewątpliwe; że wychwytuje sprzeczności w tym, co uważa się za bezsprzecznie pewne; że ośmiesza tzw. pewniki zdrowego rozumu, a w tym co na pozór absurdalne, odkrywa to, co rozumne.18 Ostateczną podstawą jego prowokacji i błazeństwa jest - podobnie jak u proroka - świadomość tego, że bogactwo i ziemski wdzięk to blichtr i ułuda; że istnieje miłość tak paradoksalna, iż przekracza ludzki rozum i ludzką skłonność do zamykania jej w konwenansach...

To się nie może dobrze skończyć... Stąd smutny wzrok Stańczyka, tragiczna twarz klowna z obrazów kubistów czy dramatyczne, niewysłuchane wołanie w zacytowanej na początku powiastce. Prawdziwy prorok, prawdziwy błazen musi być świadom, że jego misja może zamknąć się niepowodzeniem, że zimna logika i konwenanse przynajmniej przez jakiś czas zwyciężają, że spełniają się złe przewidywania czy zapowiedzi. Stąd ten milknący gdzieś na wygnaniu głos Amosa czy Jeremiasza, odzywający się w słowach innego bezimiennego proroka głos Izajasza czy ucięty ostrzem miecza głos Jana Chrzciciela... Taki był zazwyczaj los "nabich" i słowa Jezusa o Jerozolimie, która zabija "swoje proroki", są tego faktu tylko smutnym potwierdzeniem.

W konsekwencji „mąż Boży”, niezrozumiany z powodu głoszonego przesłania, sposobił się na cierpienie, cierpienie przyjmował, z powodu cierpienia skarżył się przed Bogiem swoim... W pieśniach Deutero-Izajasza stanie się wręcz personifikacją cierpiącego zadośćczynnie Sługi, który "usprawiedliwi wielu,/ ich nieprawości On sam dźwigać będzie". Tak jest właśnie w Trzeciej Pieśni Sługi Jahwe (Iz 52,13-53-12), skąd zaczerpnąłem zacytowane właśnie słowa. Na początku Jahwe mówi o przyszłości Sługi:


"Oto się powiedzie mojemu Słudze,

wybije się, wywyższy i wyrośnie bardzo!

Jak wielu osłupiało na jego widok -

tak nieludzko został oszpecony Jego wygląd

i postać Jego była niepodobna do ludzi, -

tak mnogie narody się zdumieją,

królowie zamkną przed nim usta,

bo ujrzą coś, czego im nigdy nie opowiadano,

i pojmą coś niesłychanego" (Iz 52, 13-15).
Dopiero po tych słowach zapowiedzi zostaną przedstawione niesłychane cierpienia Sługi, które przez całe pokolenia chrześcijan, od początku aż po dzień dzisiejszy, zostaną zrozumiane jako prefiguracja cierpień Jezusa Chrystusa. Bóg - komentuje G. von Rad – konfrontując sługę z narodami, kieruje uwagę na wywyższenie Sługi. Ze zdumieniem narody dowiadują się o czymś, „czego im nigdy nie opowiadano”. Taki początek tekstu wydaje się dość osobliwy, bowiem rozpoczyna opis wydarzenia od końca - od wsławienia Sługi i uznania jego światowego znaczenia. W ten sposób jednak zostaje ukazany istotny wymiar pieśni – to, że w historii Sługi chodzi o wydarzenie, które można zrozumieć właściwie jedynie śledząc je od końca; tylko tak postępując, można zobaczyć we właściwym świetle to, co wydarzyło się przedtem.19

Ten koniec widzi już św. Paweł, który w epilogu Listu do Rzymian wprost odnosi się do zapowiedzi Deuteroizajasza. Apostoł, który w Pierwszym Liście do Koryntian rzuci w twarz adresatom: "[...] my głupi dla Chrystusa, wy mądrzy w Chrystusie, my niemocni, wy mocni; wy doznajecie szacunku, a my wzgardy" (4,10), teraz podkreśla, że na podobieństwo kapłanów świątynnych składa ofiarę miłą Bogu. Jego ofiara jest jednak szczególnego rodzaju: "[...] jestem z urzędu sługą Chrystusa Jezusa wobec pogan, sprawującym świętą czynność głoszenia Ewangelii Bożej po to, by poganie stali się ofiarą Bogu przyjemną, uświęconą Duchem Świętym" (Rz 15,16). Posługując się metaforyką kapłańską, Paweł upodabnia się jednak do proroka spełniającego posługę Słowa wśród pogan: "Poczytywałem sobie za punkt honoru głosić Ewangelię jedynie tam, gdzie imię Chrystusa było jeszcze nie znane, by nie budować na fundamencie położonym przez kogo innego, lecz zgodnie z tym co napisane:

"Ci, którym o Nim nie mówiono, zobaczą Go,

i ci, którzy o Nim nie słyszeli, poznają Go" (Rz 15,21).

Zaczyna spełniać się wielka zapowiedź prorocka z Trzeciej Pieśni, narody przyjmują ze zdumieniem i radością niezwykłą logikę Boga, logikę miłości i miłosierdzia, usprawiedliwienia w ranach cierpiącego Sługi. Minęły wieki. Czy "ci, którym o Nim nie mówiono, zobaczyli Go, i ci, którzy o Nim nie słyszeli, poznali Go"? Czy zatem skończyły się dzieje proroków? Czy powinny się skończyć?
Prorok i błazen przeciwko małej stabilizacji
Nieprzypadkowo zatrzymałem się dłużej przy cytacie z Księgi Proroka Izajasza i z Listu do Rzymian, gdyż Böll zamieścił go jako motto swojej książki. Autor przywołuje jeszcze raz te słowa w osiemnastym zwierzeniu, gdy Hans rozmawia ze Strüderem, chorym na schizofrenię księdzem z seminarium w Bonn. Strüder zauważa:

"- Pan jest niewierzący, prawda? Niech pan nie zaprzecza, poznaję po pana głosie, że jest pan niewierzący. Prawda?

- Tak - odparłem.

- To nie szkodzi - powiedział. - Jest taki werset w Proroctwie Izajasza, cytowany nawet przez św. Pawła w Liście do Rzymian: Niech pan uważa: <>. - Zachichotał złośliwie. - Zrozumiał pan?

- Zrozumiałem - powiedziałem słabo".20

Hans jest niewierzący w jakimś zranieniu chrześcijaństwem, w swoim rozczarowaniu Kościołami, natomiast głęboko wierzący w przywiązaniu do istoty wiary, w poszukiwaniu wiary autentycznej. W jego zwierzeniach bliżsi niewiary są "sztandarowi katolicy", którzy zagubili piękno, wrażliwość i prostotę wiary, uprawiają coś w rodzaju estetyzmu chrześcijańskiego albo katolicyzmu społecznego, skoncentrowanego na tzw. pryncypiach lub problemach globalnych, a zamkniętego na ludzkie biedy tu-i-teraz. Przypomnijmy: rzecz dzieje się w stolicy Niemiec, w okresie gospodarczej prosperity. Bohater wyrzuca bogatym i wpływowym ich zakłamanie, a tzw. ludziom Kościoła odejście od prawdy i prostoty Ewangelii. Odwołuje się przy tym do satyry, kpiny, ironii, działań symbolicznych właściwych prorokom... Zza figury klowna w Böllowskich "Zwierzeniach" zdaje się wyłania się nie tylko tragiczny błazen z przypowiastki Kirkegaarda, ale także biblijny prorok. Bowiem prorocy są potrzebni. Należy do nich w naszych czasach i Ojciec Pio, i Abbé Pierre, i Matka Teresa, i Brat Roger, i ks. Guy Gilbert - ludzie, którzy nie wahają się za pomocą szlachetnych a oryginalnych czynów, mądrych a wstrząsających słów, z gotowością na cierpienie, wyprowadzać wspólnotę wierzących ze zbyt utartych kolein, z wygodnego stanu inercji; pokornie zwracać uwagę nawet wielkim tego świata i Kościoła; kreślić nowe perspektywy czynu chrześcijańskiego. Można by ich nazwać "wielkimi prorokami" przełomu tysiącleci. Heinrich Böll zdaje się przypominać o istnieniu "proroków mniejszych", jakby bezimiennych i o wiele bardziej "lokalnych", czasem bardziej śmiesznych, czasem bardziej tragicznych niż ci wielcy (bo każdy prorok jest na swój sposób śmieszny i tragiczny), czasem mniej żarliwych, a nawet niemoralnych, ale jakby bliższym nam, zwyczajnym śmiertelnikom we wspólnocie grzechu.



Hans - "prorok mniejszy" zmaga się na pierwszym miejscu z podwójną moralnością "ustabilizowanej religii", z obłudą, którą dobrze wyraża niemieckie słowo Heuchelei. Żadna religia, w tym także chrześcijaństwo, nie jest wolna od pokusy rutyny - kamienienia swoich form, od pokusy zeświecczenia - pójścia na ugodę ze światem, od pokusy faryzeizmu - ukształtowania się establishmentu religijnego, czerpiącego profity polityczne, ekonomiczne i społeczne z przynależności do królestwa, które miało nie być królestwem z tego świata. W tym właśnie sensie z książki Bölla płynie mocne, "prorockie" przesłanie: matka, która w imię zasad wiary, "wyrzeka się" swego dziecka i upaja się moralnymi względami, nie jest godna Ewangelii; ojciec, który zaprzecza najbardziej wyrazistej z przypowieści - przypowieści o synu marnotrawnym, nie jest godzien Ewangelii; mąż, który traktuje swoją żonę jako prawną własność, nie jest godzien Ewangelii; młody człowiek, który przygotowuje się do służby Chrystusowej, a zabija w sobie naturalne braterstwo, nie jest godzien Ewangelii; etyka społeczna, która powołuje się na "biedaczynę z Asyżu", a toleruje bogactwo zdobywane per fas et nefas, nie jest godna Ewangelii; prawo, które aż tak instytucjonalizuje miłość i małżeństwo, że domaga się od drugiej strony rękojmi katolickiego wychowania potomstwa (a więc w jakiś sposób łamie jego sumienie), nie jest godne Ewangelii.

Heuchelei na obszarze katolickiej koncepcji i praktyki małżeństwa i rodziny - zdaje się być szczególnym wyzwaniem dla Hansa. Relacje kobiety i mężczyzny, małżeństwo i rodzina zazwyczaj łączą się z najbardziej intymnymi sferami życia. Może właśnie dlatego cała książka nosi tytuł: "Zwierzenia..."? Nie sposób, oczywiście, przyjąć poglądów proroka i klowna Hansa Schniera na małżeństwo i rodzinę. W czasie, kiedy rozgrywa się akcja powieści, toczył się jeszcze spór między zwolennikami tradycyjnej nauki Kościoła a zwolennikami liberalizacji w dziedzinie moralności seksualnej. Kilka lat później w mediach, a potem mentalności wielu milionów osób Europy zachodniej nie pozostało już nic z rygoryzmu. Wręcz przeciwnie, zaczęto traktować jako naturalne stosowanie środków antykoncepcyjnych (o czym w "Zwierzeniach" nie ma jeszcze ani słowa), współżycie przedmałżeńskie, wolne związki (cohabitation - jeden z głównych wątków książki - stało się dzisiaj właściwe "niewinnym pojęciem"), rozwody, autoerotyzm, pornografię, obscenę w kinie i telewizji, relacje homoseksualne. Przyniosło to tak wielkie rozbicie ewangelicznego wizerunku rodziny, że jej ratowanie postawił jako jedno z głównych zadań swego pontyfikatu papież Jan Paweł II, a Guy Gilbert, wspomniany wyżej francuski "ksiądz chuligan", daleki od rygoryzmu i nieraz wyrażający inne zdanie niż Magisterium Ecclesiae, stwierdza bez ogródek: "Zarzuca się często Kościołowi, że trochę za bardzo wślizguje się do sypialni. Kościół musi [jednak] ustanawiać prawa dotyczące moralności seksualnej. To jego zasadnicze prawo. I nikt nie zaprzeczy, że proponuje on zasady moralne, które mogą pomóc wielu osobom, które czują się zagubione w dziedzinie uczuciowych i seksualnych relacji".21

Hans wiele z tych zasad kontestuje. "W trzynastym wieku - mówi na przykład w rozmowie z Kinkielem - byłbym lubianym błaznem nadwornym i nawet kardynałowie nie troszczyliby się o to, czy wziąłem z Marią ślub, czy nie. Dziś byle świecki katolik bębni w jej biedne sumienie, wpędza ją w nierządne, wiarołomne życie tylko z powodu jednego głupiego świstka papieru".22 W tym sensie próby uzasadnienia przez Hansa jego związku z Marią są całkowicie nieprzekonywające. Ale gdybyśmy założyli, że związek ten jest symbolem, tak jak symbolem było na przykład małżeństwo Ozeasza? I że w całej książce naprawdę ważne jest to, jak świat tego rozbudowanego symbolu ma się do doświadczenia czytelnika? Wówczas może się okazać, że chodzi o jakieś prorockie wołanie, aby w zastosowaniu regulacji kodeksowych ludzkiej miłości i małżeństwa było więcej dyskrecji i szacunku; aby w wizerunku chrześcijaństwa bardziej dostrzegano małżeńską i rodzinną codzienność; aby tworzyć właściwą Ewangelii teologię czułości i wreszcie aby przykazań dotyczących miłości mężczyzny i kobiety, relacji seksualnych nie traktować jako jedynych przykazań Dekalogu.

Jest jeszcze coś... W wątku Marii i Hansa teologowie literatury (A. Bernath, K.-J. Kuschel) dostrzegają niekiedy pewną symbolikę eklezjologiczną. Chodzi mianowicie o ostrą krytykę katolicyzmu „przeinstytucjonalizowanego”. Podstawą tej krytyki jest wizja Kościoła jako specyficznie pojmowanego mistycznego ciała Chrystusa. Ma się wrażenie, że w "świecie dzieła" Heinricha Bölla naprawdę realnie istnieje tylko Kościół ducha, sumień, serc; Kościół ubogi i ogromny Kościół "anonimowych chrześcijan". Autor przeciwstawia go Kościołowi bogatemu, „upolitycznionemu” i przestetyzowanemu. "Ucieleśnieniem" takiego Kościoła miałaby być pełna wrażliwości Maria; Jan XXIII i Alec Guiness; paru katolików gromadzących się na codziennych Mszach Świętych w brzydkich kościołach - "ostatnich mohikanów przegranej sprawy"; grubi proboszowie, którzy w "nieociosanych kazaniach" usiłują wyjaśnić niepojęte sprawy Boże; ks. Heinrich Behlen, uznający siebie za nieporadnego robotnika Bożej winnicy. Kościół ten został jednak – jak powtarza Hans - anektowany przez "instytucję Kościół". Zdaniem wspomnianych krytyków, właśnie Maria symbolizuje w powieści mistyczne ciało Chrystusa, a Sommerwild, Züpfner i Konkiel, którzy dokonali jej rzekomego "porwania" - bogaty Kościół instytucję.

Wizja ta jest jakimś powrotem do koncepcji nominalistycznych czy skrajnie reformacyjnych Kościoła. Hans, który jest miłosierny dla siebie i tylu innych osób; który domaga się od wszystkich zrozumienia swoich racji, jest wręcz niemiłosierny wobec Kościoła katolickiego. Zdaje się aprobować wyłącznie Ecclesia Krzyża i pokory, mistyków i ubogich, Ecclesia niestawiającą wymagań i wszystko wybaczającą. Trudno oderwać się w tym miejscu od skojarzenia jego poglądów z niektórymi poglądami „eklezjologicznymi” bohaterów Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Oto na przykład w utworze "Jubileusz, Rok Święty" Herling opowiada o Celestynie V, który po gran rifiuto - rezygnacji z tronu papieskiego, zostaje wtrącony do więzienia i tam rozmawia ze swoim następcą Bonifacym VIII. "Chrześcijaństwo - tłumaczy Celestyn - jest rozległe, lecz składa się z dusz, a nie z rzeczy. [...]. Bóg stworzył dusze, nie instytucje. Nieśmiertelne są dusze, a nie królestwa, nie armie, nie Kościoły, nie narody. Ojcze Święty, jeśli wychylisz się z tego okna, zobaczysz na schodach katedry obdartą staruchę, żebraczkę, istotę bez znaczenia w życiu naszego świata: przesiaduje na schodach od rana do wieczora. Lecz za milion lat, za tysiąc milionów lat, istnieć będzie jej dusza, gdyż Bóg stworzył ją nieśmiertelną". A tymczasem instytucje - kończy Celestyn - obrócą się w nicość.23

Herling-Grudziński powraca do tego tematu w "Rozmowach w Neapolu". Są to "dwie różne rzeczy - stwierdza bez ogródek - z jednej strony instytucja Kościoła, a drugiej strony chrześcijaństwo. Z jednej strony jest święta Inkwizycja, święte Oficjum, wyprawy krzyżowe, papieże, synody, kurie i inne instytucje stworzone przez ludzi, a z drugiej strony jest Chrystus wiszący na krzyżu, rozrywany bólem, krwawiący i cierpiący. Dla mnie są to dwa różne porządki. Mnie interesuje tylko porządek religii i o nim mówię".24 Słowa te można by bez obawy nadinterpretacji włożyć w usta Hansa Schniera. Jednakże ludziom autentycznie żyjącym w Kościele, współtworzącym Kościół ze wszystkimi swoimi-jego bólami, słabościami i wadami, trudno zrozumieć tak radykalne oddzielenia istoty chrześcijaństwa, religii Krzyża czy mistycznego ciała Chrystusa od instytucji Kościoła. Mimo to pozostaje jakiś niepokój. Może jednak znowu w książce Bölla nie myślenie o Kościele - pensiero debole, słabe i pretensjonalne, jest najważniejsze? Może znacznie ważniejsze jest to, co kryje się za symbolem-zarzutem "porwania" Marii, jako żywo przypominającym prorockie ostrzeżenia przed niewiernością wobec Jahwe; ostrzeżenia formułowane za pomocą metafor prostytucji i cudzołóstwa? W "Zwierzeniach" wyczuwa się" pragnienie Kościoła bardziej odpowiadającego duchowi Ewangelii, bardziej wiarygodnego wobec "znaków czasu" dawanych przez Ducha Świętego. Wydaje się, że tęsknocie, "wyzierającej" z książki Bölla, najlepiej odpowiadałyby słowa Heinricha Friesa, wybitnego niemieckiego teologa fundamentalnego, który z wielką sympatią odnosił się do życia i dzieła Heinricha Bölla:

"Kościół, który chce być wiarygodny, nie może pojmować siebie jako statycznej i ponadczasowej wielkości, jako skały czy wieży ponad czasem. [...] Powoduje to bowiem utratę poczucia rzeczywistości. Jego przeznaczeniem jest droga i bycie w drodze. Łączy się to z ruchem, z poszukiwaniem i z trudem. Ale tylko w ten sposób może on udowodnić, że jest bliski człowiekowi.

Kościół będzie wiarygodny, jeśli nie przekształci się w instancję orzekającą o wszystkim w sposób pewny, aż absolutny, instancję o ruchu jednokierunkowym z góry na dół, bez wystarczającego i jasnego uzasadnienia; jeśli będzie miejscem dialogu, w którym nie obowiązuje zakaz stawiania pytań; miejscem, w którym wiara i ufność, poszukiwanie i znajdowanie są zobowiązaniem i powołaniem. [...]

Kościół będzie wiarygodny, jeśli nie zechce naśladować modeli współczesnego społeczeństwa i jego organizacji z całą administracyjną biurokracją i przemocą; jeśli okaże się wspólnotą osób wierzących, ufających i kochających [...]; jeśli nie będzie koncentrować się na własnym przeżyciu i dobrobycie; jeśli - jak mówił Karl Rahner - nie będzie podobny do pieca, który ogrzewa sam siebie. [...]

Kościół będzie wiarygodny, gdy będzie przekazywał przesłanie, które nie składa się z zezwoleń, zakazów i nakazów, lecz będzie żył przesłaniem, które znajduje się wypisane na kamieniu węgielnym jednego z nowych Kościołów w Monachium: «Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście utrudzeni. Odetchnijcie i poczujcie się wolnymi». [...]".25

Można w tych słowach słyszeć tylko wołanie starego, rozgoryczonego człowieka. Ale można również wyczuć głos proroka, który wyrzuca Kościołowi "małą stabilizację" i brak radykalizmu. Böll oddaje to samo za pomocą biblijnej metaforyki "czystej - mętnej wody". W rozmowie telefonicznej z Sommerwildem główny bohater jego powieści zarzuca prałatowi:

"[...] Napoiliście Marię jakąś przeklętą, zafałszowaną cieczą. Ja wolę pić czyste płyny: wolę prawdziwą wódkę niż fałszowany koniak. [...].

- Nadejdzie dzień, kiedy pan zrozumie, że pan mnie krzywdzi. Zarówno w tej sprawie, jak i w ogóle. - Jego głos zabrzmiał niemal płaczliwie. - A co się tyczy zafałszowania, pewno nie przyszło panu do głowy, że ludzie czasem odczuwają pragnienie, po prostu pragnienie, i że wolą napić się nawet czegoś zafałszowanego niż w ogóle niczego.

- Ale wasze Pismo Święte mówi przecież o czystej, nie zamąconej wodzie, dlaczego ksiądz nie poi nią spragnionych?

- Może dlatego - powiedział lekko drżącym głosem - że trzymając się pańskiego porównania, stoję na końcu długiego łańcucha, który czerpie wodę ze studni, jestem może setnym albo i tysięcznym ogniwem i woda nie jest już taka świeża. [...]".26

Hans nie może zarzucić księdzu Sommerwildowi całkowitego zakłamania, faryzeizmu - w słowach prałata słychać ton szczerości; przyznaje on, że daje ludziom do picia nieco zafałaszowany napój, ponieważ stoi na końcu długiego łańcucha przekazicieli i "woda nie jest już taka świeża", bywa krytyczny wobec siebie, nie pyszni się otrzymanymi odznaczeniami. Hans nie przyjmuje jednak do wiadomości jego ucieczki od radykalizmu Ewangelii, ucieczki charakterystycznej dla działania wielu księży i zaangażowanych w dzieła Kościoła katolików świeckich w krajach bogatych. Wyraża się ona w postawie swoistego "estetyzmu katolickiego". Zamiast żyć na co dzień w postawie Chrystusowej prostoty i ubóstwa; zamiast głosić z przekonaniem czyste prawdy Ewangelii; zamiast wyrzucać "dobrze się mającym" "obrastanie w tłuszcz" materializmu; zamiast iść do młodych, prostych, zagubionych i wątpiących z przesłaniem Bożej dobroci i miłosierdzia, ludzie Kościoła, żyjąc w komfortowych warunkach, koncentrują swoje działania na estetyce liturgii, na epatowaniu w kazaniach znajomością współczesnej literatury, na uczestniczeniu w tzw. aktualnych debatach telewizyjnych i na wykazywaniu gdzie to tylko możliwe, że "my, katolicy, nie jesteśmy znowu tacy zacofani".27

Najmocniejszym zobrazowaniem postawy "estetyzacji" jest jedno ze zwierzeń Hansa, poświęconego jeszcze raz prałatowi Sommerwildowi. Jeśli chodzi o Sommerwilda - rozmyśla Hans - "zawsze odnoszę wrażenie, że równie dobrze mógłby być dyrektorem zdrojowiska albo filharmonii, szefem reklamy w fabryce obuwia, dobrze prezentującym się piosenkarzem, a może i redaktorem <> redagowanego, modnego czasopisma. Co niedziela wieczorem wygłasza kazania w kościele Św. Korbiniana. Maria zaciągnęła mnie tam dwa razy. Widowisko było tak przykre, że władze Sommerwilda nie powinny do tego dopuszczać. Wolę czytać Rilkego, Hoffmanstahla, Newmana, każdego osobno, niż żeby mi ktoś przyrządzał z nich trzech słodką lemoniadę. [...] Najgorsze było to, że po kazaniu siedzieliśmy w jakiejś kawiarni w pobliżu kościoła Św. Korbiniana i cały lokal zapełnił się ludźmi o artystycznych duszach, którzy wysłuchali kazania Sommerwilda. Potem i on się zjawił, wszyscy otoczyli go i nas wciągnęli do tego koła, po czym jeszcze dwa, trzy czy cztery razy przeżuwali tę taniochę, którą nas poczęstował z ambony".28 Z kolei telewizja - opowiada już na końcu klown - odbiera Sommerwildowi "resztkę poczucia wstydu, którego nie mogę mu odmówić. Jeśli nasz wiek zasługuje na jakąś nazwę, to powinien nazywać się wiekiem prostytucji. Ludzie przyzwyczajają się do słownictwa nierządnic. Spotkałem raz Sommerwilda po takiej dyskusji telewizyjnej (<>) i spytał mnie: <> - słowo w słowo tak, jak te kobiety pytają swoich odchodzących <>".29



  1   2


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna