Przekład Anna i Jan Mickiewicz



Pobieranie 2.32 Mb.
Strona1/19
Data08.05.2016
Rozmiar2.32 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   19
GWIEZDNE

WOJNY

DZIEDZIC IMPERIUM


TIMOTHY ZAHN




Przekład Anna i Jan Mickiewicz

Tytuł oryginału HEIR TO THE EMPIRE

Redaktor serii ZBIGNIEW FONIOK

Redakcja stylistyczna DANUTA BORUC

Projekt graficzny okładki MAŁGORZATA CEBO-FONIOK

Ilustracja na okładce TOM JUNG

Opracowanie graficzne okładki STUDIO GRAFICZNE WYDAWNICTWA AMBER

Skład WYDAWNICTWO AMBER

KSIĘGARNIA INTERNETOWA WYDAWNICTWA AMBER

Tu znajdziesz informacje o nowościach i wszystkich naszych książkach! Tu kupisz wszystkie nasze książki! http://www.amber.supermedia.pl

Copyright © 1994 by Lucasfilm Ltd. & ™

All rights reserved.

Used Under Authorization. Published originally under the title Heir to the Empire by Bantam Books.

For the Polish edition Copyright © 1994 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 83-7169-350-8

WYDAWNICTWO AMBER Sp. z o.o. 00-108 Warszawa, ul. Zielna 39, tel. 620 40 13, 620 81 62

Warszawa 2001. Wydanie IV Druk: Finidr, s.r.o., Český Těšin

ROZDZIAŁ


1
- Kapitanie Pellaeon? - dobiegł z oddali jakiś głos. Ktoś starał się przekrzyczeć panujący na mostku gwar rozmów. - Wiadomość z patrolowców: statki zwiadowcze wyszły przed chwilą z nadprzestrzeni.

Pellaeon zignorował okrzyk i pochylił się nad monitorem, przy którym siedział oficer techniczny “Chimery”.

- Proszę mi przedstawić zmiany tych wielkości na wy­kresie - rozkazał, dotykając piórem świetlnym ekranu.

- Ale, panie kapitanie...? - Inżynier rzucił mu pytające spojrzenie.

- Słyszałem - przerwał Pellaeon. - Wydałem panu rozkaz, poruczniku.

- Tak jest - odparł posłusznie oficer i zaczął wystuki­wać polecenie dla komputera.

- Kapitanie Pellaeon? - powtórzył głos; tym razem mówiący znajdował się bliżej. Nie spuszczając wzroku z monitora, Pellaeon wyczekał do momentu, gdy usłyszał za sobą odgłos zbliżających się kroków. Wyprostował się i odwrócił; z jego ruchów przebijał cały majestat, jaki dawało pięćdziesiąt lat służby we Flocie Imperialnej.

Młody oficer dyżurny zatrzymał się raptownie.

- O, panie kapitanie... - urwał, spojrzawszy w oczy zwierzchnika.

Pellaeon się nie odezwał. Przez chwilę panowała martwa

cisza. Najbliżej stojący żołnierze odwrócili głowy w ich kie­runku.

- To nie jest targowisko w Shaum Hii, poruczniku Tschel - powiedział w końcu Pellaeon. Jego głos był opanowany, ale brzmiał lodowato. - To jest mostek imperialnego niszczy­ciela gwiezdnego. Tu meldunków nie przekazuje się, krzycząc w kierunku, w którym przypuszczalnie znajduje się ten, do kogo są adresowane. Zrozumiał pan?

Oficer nerwowo przełknął ślinę.

- Tak jest, panie kapitanie.

Pellaeon wpatrywał się w niego przez chwilę, po czym skinął głową.

- A teraz proszę o raport.

- Tak jest, panie kapitanie - powtórzył Tschel. - Przed chwilą patrolowce zawiadomiły nas, że grupa zwiadowcza po­wróciła z rajdu na układ Obroa-skai.

- To dobrze. Czy były jakieś trudności?

- Niewielkie, panie kapitanie. Tubylcom najwyraźniej nie spodobało się, że ktoś przetrząsa ich centralną bazę da­nych. Dowódca zwiadu twierdzi, że wysłali za nim pościg, ale go zgubił.

- Mam nadzieje, że to prawda - rzucił ponuro Pellaeon. Leżący na pograniczu układ Obroa-skai miał olbrzymie znacze­nie strategiczne i - jak donosił wywiad - Nowa Republika usilnie zabiegała o jego członkostwo w sojuszu. Jeśli w czasie rajdu przebywały tam akurat jakieś statki Republiki, to...

“Cóż, wkrótce i tak się o tym przekonam” - przemknęło mu przez głowę.

- Niech dowódca grupy natychmiast po wylądowaniu za­melduje się w kabinie operacyjnej. I ogłosić żółty alarm dla patrolowców. To wszystko. Może pan odejść.

- Tak jest. - Porucznik niezupełnie przepisowo zrobił w tył zwrot i skierował się z powrotem do centrum komunika­cyjnego.

“Młody - pomyślał z goryczą kapitan. - I w tym tkwi cały problem. Dawniej - kiedy Imperium znajdowało się u szczytu potęgi - byłoby nie do pomyślenia, żeby ktoś tak niedoświadczony był oficerem na statku takim jak »Chimera«. A teraz...”

Spojrzał na siedzącego przy monitorze młodego chłopaka.

“A teraz, jak na ironię, na pokładzie »Chimery« służą wy­łącznie młodzi ludzie.”

Pellaeon omiótł wzrokiem mostek. Obudził się w nim daw­ny gniew i nienawiść. Wiedział, że wielu wyższych dowódców floty w skrytości ducha sądziło, że Gwiazda Śmierci miała słu­żyć przede wszystkim ściślejszemu podporządkowaniu sił zbrojnych Imperatorowi, tak żeby - podobnie jak w sprawach politycznych - mógł on o wszystkim decydować osobiście. Fakt, że mimo iż zniszczenie pierwszej stacji bojowej odsłoniło jej wszystkie słabe strony, to Imperator nakazał budowę kolej­nej Gwiazdy Śmierci, jeszcze bardziej wzmógł podejrzenia. Tamta strata nie byłaby tak dotkliwa, gdyby nie fakt, że wraz z nią uległ zagładzie gwiezdny superniszczyciel “Egzekutor”.

Choć od tego czasu minęło już pięć lat, Pellaeon skrzywił się na wspomnienie chwili, gdy dryfujący bezwładnie “Egze­kutor” uderzył w nie dokończoną Gwiazdę Śmierci, a następ­nie uległ dezintegracji w potężnej eksplozji, która rozerwała stację bojową. Utrata superniszczyciela była ciosem tym dot­kliwszym, że statkiem dowodził sam Darth Vader, a mimo iż wybuchy gniewu Czarnego Lorda były wręcz legendarne - i często kończyły się śmiercią któregoś z podwładnych - służbę na “Egzekutorze” uważano powszechnie za najszybszą drogę do awansu.

Na pokładzie superniszczyciela zginął kwiat kadry oficer­skiej niższego i średniego szczebla oraz świetnie wyszkolona załoga. Flota już nigdy nie zdołała się podnieść po tej klęsce.

Pozbawione dowództwa siły imperialne szybko poszły w rozsypkę i bitwa zamieniła się w pogrom. Po stracie jeszcze paru niszczycieli dano wreszcie sygnał do odwrotu. W bitwie zginął kapitan “Chimery”. Starając się opanować sytuację, Pellaeon przejął dowodzenie. Jednak mimo jego intensyw­nych wysiłków flocie nie udało się już odzyskać inicjatywy. Spychana przez Rebeliantów coraz dalej i dalej, w końcu zna­lazła się tu...

Tu - w miejscu, które niegdyś było odległym zakątkiem Imperium. Obecnie ledwie jedna czwarta dawnego terytorium znajdowała się nominalnie pod kontrolą sił imperialnych. Tu - na pokładzie niszczyciela gwiezdnego, którego załogę stanowili niemal wyłącznie młodzi, intensywnie przeszkoleni, ale bar­dzo niedoświadczeni żołnierze. Wielu z nich siłą lub groźbą jej użycia zmuszono do opuszczenia rodzinnych planet i wcielono do służby.

Tu - pod dowództwem najzdolniejszego stratega, jakiego kiedykolwiek oglądało Imperium.

Pellaeon ponownie rozejrzał się po mostku. Na jego ustach pojawił się ledwie dostrzegalny, jadowity uśmiech. “Nie - po­myślał - Imperium nie zostało jeszcze pokonane. A butna i samozwańcza Nowa Republika wkrótce się o tym przekona.”

Spojrzał na zegarek. Była druga piętnaście. Wielki admirał Thrawn zwykł o tej porze oddawać się medytacji w kabinie do­wodzenia... I jeśli wykrzykiwanie meldunków na mostku było wbrew przyjętym w siłach imperialnych zwyczajom, to przery­wanie rozmyślań admirała za pomocą interkomu stanowiło je­szcze poważniejsze naruszenie obowiązujących zasad. Należało zwracać się do niego osobiście albo nie zwracać się wcale.

- Proszę nadal kontrolować zmiany tych wielkości - polecił oficerowi technicznemu Pellaeon, kierując się w stronę wyjścia. - Niedługo wrócę.

Kabina dowodzenia admirała Thrawna znajdowała się

o dwie kondygnacje niżej niż mostek. Urządzono ją w luksusowo wyposażonym pomieszczeniu, które poprzednie­mu dowódcy służyło do wypoczynku. Kiedy Pellaeon odnalazł Thrawna - a właściwie, kiedy Thrawn odnalazł jego - jed­nym z pierwszych posunięć admirała było przejęcie apartamen­tu i przekształcenie go pod względem funkcjonalnym w kopię mostku.

Drugi mostek, pokój do medytacji... a może coś jeszcze... To, że odkąd zakończono przebudowę, wielki admirał spędzał w kabinie dowodzenia bardzo dużo czasu, nie stanowiło dla załogi “Chimery” tajemnicy; sekret tkwił w tym, co właściwie Thrawn robił w ciągu długich godzin, które spędzał samotnie w tym pomieszczeniu.

Podchodząc do drzwi kabiny, Pellaeon obciągnął mundur

i poprawił pas. “Może zaraz się tego dowiem” - pomyślał.

- Melduje się kapitan Pellaeon - powiedział. - Panie admirale, przynoszę informa...

Drzwi się rozsunęły, nim zdążył skończyć. Przygotowując

się psychicznie na spotkanie z Thrawnem, wszedł do słabo oświetlonego przedsionka. Rozejrzał się wokół, ale nie do­strzegł nic ciekawego. Ruszył w stronę odległych o parę me­trów drzwi do głównego pomieszczenia.

Nagle poczuł na karku nieznaczny ruch powietrza.

- Kapitanie Pellaeon - niski, chrapliwy głos, który ode­zwał mu się tuż nad uchem, przypominał trochę miauczenie kota.

Pellaeon podskoczył i błyskawicznie odwrócił się do tyłu. Był zły zarówno na siebie, jak i na niską, chudą postać stojącą

o niecałe pół metra od niego.

- Rukh, do cholery! - wybuchnął. - Co ty wypra­wiasz?

Przez dłuższą chwilę Noghri tylko mierzył go wzrokiem

i kapitan poczuł krople potu spływające mu po plecach. Wpa­trująca się w niego istota miała duże, ciemne oczy, wydatne szczęki i lśniące, ostre kły. W półmroku przypominała bestię rodem z koszmaru - szczególnie komuś takiemu jak Pellae­on, kto doskonale wiedział, do jakich zadań Thrawn używa Rukha i innych Noghrich.

- Wykonuję tylko swoje obowiązki - powiedział w koń­cu Rukh. Niedbale skinął żylastą ręką w kierunku wewnętrz­nych drzwi i kapitan zauważył błysk wąskiego noża, który w jednej chwili zniknął w rękawie Noghriego. Rukh zacisnął, a potem rozluźnił pięść. Pod ciemną skórą wyraźnie widać było pracujące mięśnie. - Może pan wejść.

- Bardzo dziękuję - mruknął Pellaeon. Ponownie obcią­gnął mundur i odwrócił się w stronę drzwi. Te otworzyły się natychmiast, gdy się do nich zbliżył. Wkroczył do środka i znalazł się w... nastrojowo oświetlonym muzeum sztuki.

Stanął jak wryty. Opanowując zdumienie, rozejrzał się do­koła. Ściany i sufit w kształcie kopuły były pokryte malowi­dłami i płaskorzeźbami. Parę z nich przypominało trochę dzieła ludzkich twórców, ale większość była obcego pocho­dzenia. W różnych miejscach kabiny poustawiano rzeźby: część na cokołach, inne wprost na podłodze. Pośrodku, w dwóch kręgach, stały szklane gabloty. Zewnętrzny krąg był nieco wyższy. Na ile Pellaeon mógł dostrzec, w gablotach tak­że znajdowały się dzieła sztuki.

W samym środku podwójnego kręgu, na fotelu będącym

idealną kopią znajdującego się na mostku fotela admiralskiego siedział nieruchomo wielki admirał Thrawn.

Jego granatowoczarne włosy lśniły w półmroku. Blado­niebieska skóra wydawała się lodowata i zupełnie nie pasowa­ła do ludzkiej sylwetki. Opierał głowę o zagłówek, a pod pół­przymkniętymi powiekami błyszczały czerwone źrenice.

Pellaeon zwilżył wargi koniuszkiem języka. Świadomość, iż bezceremonialnie wkroczył do sanktuarium Thrawna, spra­wiła, że nagle poczuł się niepewnie. Jeśli admirał uzna za sto­sowne okazać niezadowolenie, to...

- Proszę wejść, kapitanie - spokojny głos Thrawna przerwał jego rozmyślania. Oczy admirała były wciąż lekko przymknięte. Starannie wyważonym gestem zaprosił gościa do środka. - Co pan o tym sądzi?

- To... bardzo interesujące, panie admirale - Pellaeon nie potrafił wymyślić nic innego. Podszedł do zewnętrznego kręgu gablot.

- Oczywiście, to wszystko hologramy - wyjaśnił Thrawn. Kapitan zauważył nutkę żalu w jego głosie. - I to zarówno malowidła, jak i rzeźby. Część oryginałów uległa zniszczeniu, a większość tych, które ocalały, znajduje się na planetach zaj­mowanych obecnie przez Rebeliantów.

- Rozumiem, panie admirale - przytaknął Pellaeon. - Pomyślałem, że zainteresuje pana wiadomość, że statki zwia­dowcze powróciły z układu Obroa-skai. Za parę minut do­wódca grupy będzie mógł złożyć szczegółowy raport.

Thrawn skinął głową.

- Czy zdołali się podłączyć do centralnej bazy danych?

- Tak, odnieśli spory sukces. Jeszcze nie wiem, czy zdą­żyli skopiować całość informacji - próbowano im w tym przeszkodzić. Wysłano za nimi pościg, ale dowódca zwiadu twierdzi, że go zgubił.

Przez chwilę admirał się nie odzywał.

- Nie - powiedział w końcu - nie wierzę, że mu się to udało. Szczególnie jeśli ścigali go Rebelianci. - Wziął głębo­ki oddech i wyprostował się w fotelu. Po raz pierwszy od wej­ścia Pellaeona otworzył szeroko jarzące się czerwienią oczy.

Kapitan wytrzymał ich spojrzenie i poczuł się z tego dum­ny. Wielu wysokich rangą dowódców i urzędników Imperium nigdy nie nauczyło się spokojnie w nie patrzeć. W obecności Thrawna czuli się nieswojo i zapewne dlatego admirał tak dużo czasu w swojej karierze spędził na Nieznanych Teryto­riach, próbując podporządkować władzy Imperium te na wpół barbarzyńskie obszary galaktyki. Jego olśniewające sukcesy przyniosły mu tytuł lordowski i biały mundur wielkiego admi­rała - był jedynym nieczłowiekiem, który kiedykolwiek do­stąpił tego zaszczytu z woli Imperatora.

Jak na ironię, stał się tym samym jeszcze bardziej niezastą­piony w toczących się na pograniczu wojnach. Pellaeon wielo­krotnie zastanawiał się, jak potoczyłyby się losy bitwy pod En­dor, gdyby to Thrawn, a nie Vader, dowodził “Egzekutorem”.

- Tak jest, panie admirale. Poleciłem już ogłosić żółty alarm dla patrolowców. Czy mamy przejść na czerwony?

- Na razie nie - odparł Thrawn. - Mamy jeszcze parę minut. Proszę mi powiedzieć, czy zna się pan na sztuce, kapi­tanie?

- No... nie bardzo - wyjąkał Pellaeon, zbity z tropu na­głą zmianą tematu. - Nigdy nie miałem czasu na takie rzeczy.

- A powinien pan znaleźć na to czas. - Thrawn wskazał jedną z gablot znajdującą się w wewnętrznym kręgu, po pra­wej stronie. - Malarstwo z Saffy - objaśnił. - Około 1550 do 2200 ery preimperialnej. Proszę zauważyć zmianę stylu... o tu... w następstwie pierwszych kontaktów z cywilizacją z Thennqory. A tam - wskazał na lewo - ma pan przykłady sztuki paonidzkiej. Niech pan zwróci uwagę na podobieństwa z wczesną sztuką saffiańską, a także z płaskorzeźbami z Vaa-thkree z połowy osiemnastego stulecia ery preimperialnej.

- Tak, rzeczywiście - potwierdził Pellaeon bez przeko­nania. - Panie admirale, czy nie powinniśmy...?

Przerwał mu przenikliwy dźwięk dzwonka.

- Mostek do wielkiego admirała Thrawna - rozległ się przez interkom zdenerwowany głos porucznika Tschela. - Panie admirale, zostaliśmy zaatakowani!

Thrawn przełączył komunikator.

- Tu Thrawn - odparł ze spokojem. - Proszę ogłosić czerwony alarm i podać mi szczegóły. Tylko wolno i po kolei, jeśli to możliwe.

- Tak jest. - Zaczęły migać światła alarmowe. Pellaeon

usłyszał przytłumiony odgłos wycia syren. - Nasze czujniki wykryły cztery fregaty szturmowe Nowej Republiki - infor­mował Tschel. Jego głos był wciąż napięty, ale porucznik sta­rał się nad nim panować. - Oraz co najmniej trzy eskadry myśliwców. Tworzą luźną formacje w kształcie klina. Nadla­tują z kierunku, z którego przybyły statki zwiadowcze.

Kapitan zaklął w duchu. Jeden niszczyciel gwiezdny z nie­doświadczoną załogą przeciw czterem fregatom osłanianym przez myśliwce...

- Pełna moc silników - zawołał do interkomu. - Przy­gotować się do skoku w nadprzestrzeń. - Ruszył w stronę drzwi...

- Niech pan się wstrzyma z wykonaniem tego ostatniego rozkazu, poruczniku - polecił ze stoickim spokojem Thrawn. - Załogi myśliwców na miejsca, włączyć pola ochronne.

Pellaeon odwrócił się gwałtownie.

- Ależ, panie admirale...

Thrawn uciszył go machnięciem ręki.

- Niech pan tu podejdzie, kapitanie. Przyjrzyjmy się sy­tuacji...

Wcisnął guzik i w jednej chwili wystawa sztuki zniknęła. Pomieszczenie zamieniło się w miniaturę mostka. Na ścianach i w podwójnym kręgu pojawiły się dane o pozycji statku, sil­nikach i stanie uzbrojenia. Wolną przestrzeń wypełnił holo­gram obrazujący aktualną sytuację taktyczną. Migająca w rogu sfera oznaczała napastników. Tuż obok, na ścianie, wyświetlił się napis informujący, że do nawiązania kontaktu bojowego pozostało dwanaście minut.

- Na szczęście statki zwiadowcze zyskały wystarczającą przewagę i nie są bezpośrednio zagrożone - skomentował Thrawn. - Spróbujmy się zatem dowiedzieć, z kim właści­wie mamy do czynienia. Mostek: niech trzy najbliższe patro­lowce zaatakują nieprzyjaciela.

- Tak jest.

Na hologramie trzy niebieskie punkciki oderwały się od li­nii patrolowców i skierowały w stronę napastników. Kątem oka Pellaeon zauważył, że Thrawn pochylił się do przodu, gdy fregaty i myśliwce republikańskie w odpowiedzi zmieniły swój szyk. Jeden z niebieskich punkcików zgasł...

- Doskonale - stwierdził admirał i opadł na oparcie fote­la. - To mi wystarczy, poruczniku. Proszę odwołać dwie pozo­stałe jednostki i niech wszystkie patrolowce z sektora czwarte­go rozproszą się i postarają zejść nieprzyjacielowi z drogi.

- Tak jest. - Tschel był wyraźnie zaskoczony. Kapitan doskonale rozumiał jego zdziwienie.

- Czy nie powinniśmy przynajmniej zawiadomić reszty floty? - spytał. Nie potrafił opanować drżenia głosu. - “Strzała Śmierci” może tu być za dwadzieścia minut, a więk­szość pozostałych statków w ciągu godziny.

- Ściąganie tutaj naszych statków to ostatnia rzecz, na którą możemy sobie pozwolić - odparł Thrawn. Spojrzał na Pellaeona i na jego twarzy pojawił się leciutki uśmiech. - W końcu nie da się wykluczyć, że ktoś z nich ocaleje, a nie chcemy, aby Rebelianci się o nas dowiedzieli, prawda?

Odwrócił się w kierunku hologramu.

- Mostek: wykonać obrót statkiem o dwadzieścia stopni w lewo i ustawić go górną częścią prostopadle do kursu nie­przyjaciela. Jak tylko jednostki wroga przekroczą granicę pa­trolowania, niech statki z sektora czwartego ponownie sfor­mują się za nimi w linię i zagłuszają ich komunikację.

- T-tak jest. Panie admirale...?

- Nie musi pan rozumieć, poruczniku - głos Thrawna stał się w jednej chwili lodowaty. - Ma pan po prostu wyko­nywać rozkazy.

- Tak jest.

Na hologramie “Chimera” obracała się zgodnie z rozkazem. Pellaeon wziął głęboki oddech.

- Obawiam się, że ja też nic z tego nie rozumiem, panie admirale. Odwracanie się górą w ich kierunku...

Thrawn ponownie uniósł rękę, nakazując mu milczenie.

- Niech pan patrzy i uczy się, kapitanie. Mostek: dosko­nale. Zakończyć obracanie statku i utrzymywać obecną pozy­cję. Wyłączyć pola ochronne przy śluzie i przerzucić moc na pozostałe. Myśliwce startują natychmiast, jak tylko będą goto­we. Po starcie niech przez dwa kilometry oddalają się od “Chi­mery” po linii prostej, a potem zawrócą szeroko rozrzuconą formacją. Atak strefowy, na maksymalnej prędkości.

Uzyskawszy potwierdzenie przyjęcia rozkazów, spojrzał pytająco na Pellaeona.

- Teraz już pan rozumie, kapitanie?

Pellaeon zacisnął usta.

- Niestety, nie - odrzekł. - Wiem już, że obrócił pan statek, żeby osłonić start myśliwców, ale cała reszta to kla­syczny manewr okrążający Marga Sabla. To zbyt proste, żeby dali się nabrać.

- Wręcz przeciwnie - sprostował Thrawn lodowato. - Nabiorą się na to i dzięki temu zostaną całkowicie zniszczeni. Niech pan patrzy uważnie, kapitanie. I uczy się.

Myśliwce wystartowały. Oddalając się od “Chimery”, sto­pniowo nabierały prędkości. W pewnym momencie ostro za­wróciły i przeleciały obok statku niczym pył wodny, który wzbił się z jakiejś kosmicznej fontanny. Nieprzyjacielskie po­jazdy dostrzegły atakujących i skorygowały kurs...

Pellaeon ze zdziwienia zamrugał powiekami.

- Co oni, u licha, robią?

- Próbują jedynej znanej im metody obrony przeciw ma­newrowi Marga Sabla - wyjaśnił admirał, a w jego głosie za­brzmiała nieskrywana satysfakcja. - A raczej, żeby być bar­dziej precyzyjnym, jedynej metody obrony, na jaką pozwala im ich psychika. - Wskazał głową migającą sferę. - Widzi pan, kapitanie, tą grupą dowodzi jakiś Elomita, a Elomici po prostu nie są w stanie poradzić sobie z rozproszonym atakiem przy dobrze wykonanym manewrze Marga Sabla.

Pellaeon wpatrywał się w napastników, którzy wciąż stara­li się przyjąć całkowicie nieskuteczną pozycję obronną. Stop­niowo docierał do niego sens działań admirała.

- Ten atak patrolowców przed paroma minutami... Tylko na tej podstawie był pan w stanie określić, że to statki elomickie?!

- Niech pan zacznie studiować sztukę, kapitanie - od­parł Thrawn z rozmarzeniem. - Kiedy zrozumie się sztukę danej rasy, wie się już o tej rasie wszystko.

Poprawił się w fotelu.

- Mostek: uruchomić boczny silnik. Przyłączamy się do ataku.

W godzinę później było już po wszystkim.

Drzwi kabiny operacyjnej zamknęły się za dowódcą grupy zwiadowczej. Pellaeon jeszcze raz przyjrzał się mapie.

- Z tego, co usłyszeliśmy, wynika, że Obroa-skai to dla nas ślepa uliczka - stwierdził z żalem. - Masowa pacyfika­cja kosztowałaby nas zbyt wielu żołnierzy. Nie możemy sobie na to pozwolić.

- Na razie tak - zgodził się admirał Thrawn. - Ale tyl­ko na razie.

Kapitan spojrzał na niego z ukosa. Thrawn bawił się bezwie­dnie elektroniczną kartą danych. Przesuwał ją między palcem wskazującym a kciukiem, obserwując jednocześnie przez ilumi­nator gwiazdy. Na ustach admirała igrał tajemniczy uśmiech.

- Panie admirale? - zapytał ostrożnie Pellaeon. Thrawn odwrócił głowę, a spojrzenie jego gorejących oczu spoczęło na podwładnym.

- To drugi element układanki, kapitanie - powiedział cicho, unosząc kartę danych. - Szukałem go ponad rok.

Nagle odwrócił się do interkomu i uruchomił go gwałtow­nym ruchem ręki.

- Mostek: tu admirał Thrawn. Proszę nawiązać łączność ze “Strzałą Śmierci” i poinformować kapitana Harbida, że na jakiś czas odłączamy się od floty. Niech kontynuuje taktyczne rozpo­znanie okolicznych układów i - gdzie to możliwe - ściąga informacje z baz danych. Potem proszę obrać kurs na planetę Myrkr; w komputerze nawigacyjnym są dane o jej położeniu.

Kiedy z mostka nadeszło potwierdzenie przyjęcia rozka­zów, Thrawn ponownie zwrócił się do Pellaeona:

- Myślę, że to wszystko nie jest dla pana całkiem jasne. Przypuszczam, że nigdy nie słyszał pan o planecie Myrkr?

Kapitan potrząsnął przecząco głową. Bezskutecznie starał się wyczytać cokolwiek z twarzy admirała.

- A powinienem?

- Chyba nie. To planeta przemytników, włóczęgów i wszystkich innych mętów z całej galaktyki.

Thrawn przerwał i podniósł do ust stojący na biurku kufel. Pociągnął starannie odmierzony łyk napoju - sądząc po za­pachu, było to mocne, forwijskie piwo. Kapitan z trudem po­wstrzymał się, żeby nie zadać admirałowi jakiegoś pytania.

Jeśli Thrawn zamierzał mu coś wyjaśnić, to i tak zrobi to w wybrany przez siebie sposób i w chwili, którą sam uzna za odpowiednią.

- Na pierwszą wzmiankę o niej natknąłem się przez przy­padek jakieś siedem lat temu - ciągnął admirał, odstawiwszy kufel. - Zwróciło wtedy moją uwagę to, że chociaż planeta jest zamieszkana od ponad trzystu lat, to zarówno Stara Repu­blika, jak i żyjący wtedy jeszcze rycerze Jedi starannie ją omi­jali. - Uniósł nieznacznie granatowoczarną brew. - Jaki wniosek by pan z tego wysnuł, kapitanie?

- Taki, że to planeta leżąca na pograniczu, zbyt odległa, żeby ktokolwiek się nią interesował, - Pellaeon wzruszył ra­mionami.

- Bardzo słusznie, kapitanie. Ja też tak na początku sądzi­łem... Ale tak nie jest. W rzeczywistości Myrkr leży o niecałe sto pięćdziesiąt lat świetlnych stąd, w pobliżu naszej obecnej granicy z terenami zajętymi przez Rebeliantów, czyli na tery­torium Starej Republiki. - Thrawn spojrzał na kartę danych, którą wciąż trzymał w dłoni. - Nie, prawdziwe wyjaśnienie jest znacznie ciekawsze. I znacznie dla nas użyteczniejsze.

Pellaeon popatrzył na kartę.

- I stało się pierwszym kawałkiem pańskiej układanki?

Thrawn uśmiechnął się szeroko.

- Jeszcze raz ma pan słuszność, kapitanie. Tak. Myrkr, a konkretnie jeden z żyjących tam gatunków zwierząt, to pierwszy kawałek. Drugi znajduje się na planecie Wayland. - Machnął kartą danych. - Planecie, którą dzięki Obroanom wreszcie udało mi się zlokalizować.

- Moje gratulacje, panie admirale. - Pellaeon nagle po­czuł się zmęczony tą grą. - Czy mogę zapytać, co to za ukła­danka?

Na ustach Thrawna znów pojawił się uśmiech - uśmiech, na widok którego kapitana przeszły ciarki.

- Nie wie pan? To jedyna układanka, którą warto układać - odpowiedział łagodnie admirał. - Całkowite, kompletne i osta­teczne unicestwienie Rebeliantów.




  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   19


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna