Przełożył Jerzy Prokopiuk



Pobieranie 0.93 Mb.
Strona8/13
Data07.05.2016
Rozmiar0.93 Mb.
1   ...   5   6   7   8   9   10   11   12   13
W ogrodzie nie bawimy się, nie śpiewamy, nie gwiżdżemy, nie opowiadamy baśni. Jeśli będziemy się tak zachowywać, to sadzonki bulw powiedzą: «Co to za zaklęcia? Kiedyś istniały dobre zaklęcia, ale te - cóż to takiego». Sadzonki bulw nie zrozumieją naszej mowy. Nie będą rosnąć"79. Ten sam zakaz obowiązuje w czasie kula. Kiedy zwrócono się do pewnego człowieka, który siedział skulony na granicy wsi na wyspach Amphlett, gdzie odbywały się tańce, odrzucił on z gniewem propozycję przyłączenia się do tańczących, mówiąc: „Moja żona powie­działaby, że się dobrze bawiłem". Jest to w najwyższym stopniu wzbronione.

Ta ponurość jako ceniona cnota wpływa także na to, do jakich granic Dobu posuwają się w swojej zazdrości i podej­rzliwości. Jak widzieliśmy, wejście do domu czy ogrodu sąsiada jest wzbronione. Każdy pozostaje na swoim terenie. Jakiekolwiek spotkanie między mężczyzną a kobietą uważa się za niedozwolone, toteż w praktyce, zgodnie ze zwycza­jem, mężczyzna wykorzystuje fakt, że kobieta, którą spotkał, nie ucieka przed nim. Uważa się za rzecz oczywistą, że sam fakt, iż jest sama, dowodzi jej rozpusty. Zazwyczaj kobieta bierze ze sobą kogoś do towarzystwa, często małe dziecko, i taka „przyzwoitka" chroni ją zarówno przed oskarżeniami, jak i niebezpieczeństwem nadprzyrodzonym. Dlatego też mąż staje zwykle na straży u wejścia do ogrodu, kiedy pracują tam kobiety, zabawiając się rozmową z dzieckiem i pilnując, aby jego żona z nikim nie rozmawiała. Skrupulat­nie oblicza czas jej nieobecności, kiedy udaje się w krzaki dla załatwienia czynności fizjologicznych, a nawet w skraj­nych przypadkach może jej tam towarzyszyć, mimo ogrom­nej pruderii panującej na wyspie Dobu. Godne uwagi, że pruderia Dobuańczyków jest równie skrajna, jak pruderia wczesnych purytanów. Nikt nie obnaży się wobec drugiego, nawet wśród czysto męskiej załogi płynącej łodzią każdy przechodzi na część rufy niewidoczną dla pozostałych, jeśli chce oddać mocz. Ujawnienie swego życia seksualnego jest również zakazane; nie wolno o tym mówić, chyba że obrzuca się kogoś plugawymi obelgami. Dlatego też w konwencji słownej przedślubne zaloty określa się jako czyste, chociaż pieśni i tańce, które dają im wyraz, pełne są nieskrywanej namiętności, a fakty z tej dziedziny znane są każdemu dorosłemu człowiekowi.

Głęboko zakorzenioną pruderię właściwą Dobu znamy dobrze z własnego kręgu kulturowego, a związana z nią ponurość cechująca Dobuańczyków towarzyszyła także pruderii purytanów. Ale istnieją też między nimi pewne różnice. Przyzwyczailiśmy się do kojarzenia tego kompleksu z tłumieniem namiętności i mniejszym akcentowaniem spraw seksualnych. Ale skojarzenie to nie jest nieuniknione. U Dobu ponurość i pruderia idą w parze z przedmałżeńską swobodą seksualną i wielkim uznaniem dla namiętności i techniki płciowej. Zarówno mężczyźni, jak kobiety cenią wysoko zadowolenie płciowe i bardzo zabiegają o osiągniecie go. Nie istnieje u nich konwencjonalna obojętność czy męska solidarność, która by popierała mężczyznę podej­rzewanego przez żonę o zdradę. Wykorzystuje się zmienne przypływy namiętności, podczas gdy np. u Zuni są one łagodzone przez zwyczaje plemienne. Podstawowy sposób utrzymania przy sobie mężów, zawarta w zasobie znajomości spraw seksualnych, jaki kobiety wnoszą do małżeństwa, polega na wykorzystywaniu ich pod tym względem, jak się tylko da. Nie ma śladów jakiegoś umniejszania fizycznych aspektów życia płciowego.

Dobuańczyk jest więc człowiekiem ponurym, pruderyjnym i namiętnym, pożeranym zazdrością, podejrzliwością, pełnym uraz. Uważa on, że każdy sukces musi wyrywać złośliwemu światu w walce, w której pokonuje swego przeciwnika. Dobry człowiek to ten, który może się pochlubić licznymi walkami, co łatwo poznać po tym, że wyszedł z nich cało. To, że kradł, zabijał dzieci i swych bliskich z pomocą czarów, oszukiwał jak mógł, uważa się za rzecz naturalną. Jak wiemy, kradzież i cudzołóstwo są przedmiotem cennych zaklęć ludzi szanowanych w danej społeczności. Jeden z najbardziej szanowanych mieszkańców wyspy dał dr Fortune'owi zaklęcie czyniące czarownika niewidzialnym i dodał takie pouczenie: „Teraz możesz wchodzić do sklepów w Sydney, kraść, co zechcesz, i wychodzić nie zauważony. Wiele razy kradłem gotowanego wieprza. Mieszałem się z grupą ludzi, nie widziany przez nich. I odchodziłem nie widziany z moją ćwiartką wieprza"80. Odprawianie i rzucanie czarów nie jest bynajmniej przestępstwem. Człowiek wartościowy nie mógłby bez nich istnieć. Z drugiej strony, człowiek, który poniósł szkodę na majątku lub na ciele, lub został pokonany w walce, jest człowiekiem bezwartościowym. Człowiek kaleki to zawsze człowiek zły. Nosi w ciele obraz swojej klęski i wszyscy mogą to widzieć.

Dalszym i najbardziej niezwykłym skutkiem istniejącej tu walki na śmierć i życie jest brak u Dobu normalnych form prawnych. Oczywiście istnieje wiele różnorakich sposobów zatwierdzania prawomocnych przepisów w różnych kul­turach. Zobaczymy, że na północno-zachodnim wybrzeżu Ameryki o ustanowieniu prawnej własności nie decyduje dosłowna znajomość rytuału czy drobiazgowa znajomość towarzyszących zabiegów, lecz zabicie właściciela natych­miast przelewa legalnie prawo własności - w inny sposób nieosiągalne - na zabójcę. Nie można skraść rytuału przez podsłuchiwanie, ale czynem uprawnionym, legalnym jest czyn, który w naszej cywilizacji uznalibyśmy za bezprawie. Chodzi o to, że u Indian istnieje czyn nadający czemuś wartość prawną. U Dobu nic takiego nie istnieje. Wszyscy ciągle boją się podsłuchiwania, ponieważ zdobycie jakiegoś zaklęcia w ten sposób jest równie dobre, jak każde inne poznanie. Szanuje się wszystko, co może ujść bezkarnie. Wabuwabu jest praktyką tradycyjną, ale nawet ta zdradziec­ka praktyka, której nie aprobuje żaden obyczaj, nie jest na wyspie Dobu przedmiotem interwencji społecznej. Kilka gruboskórnych jednostek nie poddaje się żałobie po zmar­łym małżonku. Żona może uchylić się od tego tylko wtedy, jeśli jakiś mężczyzna zapragnie, by z nim uciekła, a wówczas wieś zmarłego męża przychodzi do wsi, do której uciekła, i zaśmieca ją liśćmi i gałęziami. Jeśli zaś mężczyzna nie chce święcić żałoby, nie dzieje się nic. Jest to publiczne wyznanie, że jego czary są tak mocne, iż wieś, skąd pochodziła jego żona, jest wobec niego bezsilna.

Ten sam brak organizacji społeczno-prawnej wyraża się w braku instytucji wodza czy skoncentrowania władzy na danej jednostce. W jednej wsi dzięki zbiegowi okoliczności człowiek imieniem Alo zyskał pewien uznany autorytet.

„Sporą część władzy zawdzięczał Alo nie tylko sile swej osobowości i odziedziczonym dzięki pierworództwu czarom, lecz także temu, że jego matka, a także babka, były bardzo płodne. Byt najstarszym z najstarszej linii i jego krewni, bracia i siostry, stanowili większość wśród mieszkańców wsi. Najskromniejszy przejaw organizacji społeczno-prawnej u Dobu zależy od tak rzadkich okoliczności, jak połączenie silnej osobowości z odziedziczeniem czarów w rodzinie wyróżniającej się wiedzą oraz dużą liczbą potomstwa"81.

Zdradzieckiej walki ideału etycznego Dobu nie łagodzą instytucje społeczne, które stanowią podstawę organizacji społeczno-prawnej. Nie osłabia jej także ideał litości czy życzliwości. Broń, którą walczą, wyklucza porażki. Dlatego też nie marnują tchu i nie wdając się w wyzwania i obelgi, nie ryzykują, że ktoś pokrzyżuje ich plany. Obelgi zgodnie z tradycją rzucają jedynie w czasie jedynej, wspomnianej już, uczty rytualnej. W zwykłej rozmowie Dobuańczyk jest łagodny i w namaszczony sposób uprzejmy. „Jeśli chcemy kogoś zabić, zbliżamy się do niego, jemy z nim, pijemy, śpimy, pracujemy i odpoczywamy z nim razem i to może trwać parę miesięcy. Czekamy na właściwy moment i nazywamy go swym przyjacie­lem". Dlatego, kiedy wróżbita zbiera dowody, aby ustalić mordercę, podejrzenie pada na każdego, kto szukał towarzyst­wa zabitego. Uważa się podejrzenie za udowodnione, jeśli okaże się, że zmarły i przyjaciel przebywali razem z powodów, które nie wydają się normalne. Jak powiada dr Fortunę:

„Dobuańczycy wolą być piekielnie wredni niż wcale"82.

Dobuańczyk pod pozorem przyjaźni, pod dowodami współpracy w każdej dziedzinie życia widzi wszędzie jedynie zdradę. Największe wysiłki każdego, zgodnie z ich trady­cjami, są działaniem prowadzącym do niczego. Dlatego, kiedy bierze udział w kula, używa zaklęcia mającego „zamknąć usta temu, który pozostaje w domu". Jest dlań oczywiste, że ci, co pozostali, działają na jego szkodę.

O urazie mówi się ciągle jako o motywacji, która może sprowadzić klęskę. W wielu wypadkach stosowania technik magicznych Dobuańczyk trzyma się pewnego wzorca, zgod­nie z którym zaklęcie wypowiada się tylko nad pierwszymi zasadzonymi bulwami lub pierwszą żywnością i darami-przynętami załadowanymi do łodzi kula. Dr Fortunę spytat o to czarownika. „Bulwy są jak ludzie - wyjaśnił tamten - one rozumieją. Ktoś mówi: «Ta bulwa rzuca czary. A ja co?» O, bulwa gniewa się wtedy i wyrasta wysoko". W po­stępowaniu z ludźmi, jak i obchodzeniu się z sitami nad­przyrodzonymi obowiązują te same zasady.

Jednakże rozżalony człowiek ma jeszcze jedno wyjście, którego żaden Dobuańczyk nie zaliczy do nadprzyrodzo­nych. Może podjąć próbę samobójstwa albo ściąć drzewo, z którego skradziono owoce. Jest to ostatnie wyjście dla człowieka, którego upokorzono, ratuje honor i ma, jak się sądzi, zdobyć mu poparcie jego susu. Próba samobójstwa, jak już widzieliśmy, podejmowana bywa zazwyczaj w kłót­niach małżeńskich i w rzeczywistości skłania klan do pomocy tak rozgoryczonemu małżonkowi, że aż targnął się na własne życie. Zwyczaj ścinania drzewa, z którego skradziono owoce, jest mniej zrozumiały. Ludzie, którzy nie znają zaklęć wywołujących chorobę, które mogliby umieścić na swoich drzewach, nadają im nazwy od nieszczęśliwego wypadku lub poważnej choroby któregoś z bliskich krew­nych, i człowiek, który skradnie owoce z takiego drzewa, narażony jest na ów wypadek lub chorobę. Jeśli ktoś stawi czoło przekleństwu, właściciel drzewa wchodzi na nie i ścina je. Przypomina to zachowanie przy próbie samobójstwa, ale jasne jest, że w obu przypadkach nie chodzi o litość ani pomoc nawet od własnych krewnych. Dobuańczyk w naj­wyższym upokorzeniu przenosi na siebie i na swoją własność złośliwość i żądzę zniszczenia, wymagane we wszystkich zwyczajach jego społeczeństwa. Działa w ramach tej samej metody, chociaż używa jej w tych wypadkach przeciw sobie.

Życie na wyspie Dobu podsyca te skrajne formy wrogości i złośliwości, które większość społeczeństw w swych zwyczajach zminimalizowała. Zwyczaje Dobu natomiast rozwinęły je w najwyższym stopniu. Dobuańczyk żyje, nie tłumiąc najgorszych zmór złej woli wszechświata, a zgodnie z jego poglądem na życie cnota to wybranie ofiary, wobec której można dać upust złośliwości, którą przypisuje i społeczeństwu ludzkiemu, i siłom natury. Całe istnienie przedstawia mu się jako walka na śmierć i życie, w której śmiertelni wrogowie współzawodniczą ze sobą o zdobycie dóbr konsumpcyjnych. Podejrzliwość i okrucień­stwo są mu wierną bronią w tej walce, toteż nie zna litości ani o nią nie prosi.


1   ...   5   6   7   8   9   10   11   12   13


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna