Przypadków nie ma



Pobieranie 224.34 Kb.
Strona1/2
Data09.05.2016
Rozmiar224.34 Kb.
  1   2
Przypadków nie ma
W zimie, przed Bożym Narodzeniem 1999 r., dzwoni w moim domu w Pradze telefon. Podnoszę słuchawkę i słyszę na drugim końcu gdzieś za siedmioma podwodnymi kablami czy dziewięcioma satelitami przyjemny męski głos:

- Mówi Mario de Aratanha Mariu dży Aratanja z Brazylii! Moja żona jest przyjaciółką Terezy Taquechel Terezy Takeszel od Reinalda Campos Reynalda Kampusza. Wybieramy się do Europy, także do Pragi. Czy moglibyśmy przyjechać 6 stycznia 2000 na kilka dni do państwa?

Zgadzam się natychmiast, choć jeszcze nie wiem, że Mario de Aratanha Mariu dży Aratanja jest wydawcą najlepszych brazylijskich muzyków i śpiewaków, czyli gwiazd i że pewnego dnia wraz z Jeanne Duarte Zani Duarczy nakręci słynne DVD - Maria Bethânia Marja Betanja i Omara Portuondo. To jest wspaniała rzecz, bo uczestniczy w niej Maria Bethânia Marja Betanja nie pracuje ze wszystkimi i nigdy nie jest z niczego zadowolona!

Chętnie wezmę Brazylijczyków pod swój dach. Potrzebuję porozmawiać po portugalsku, znów mieć blisko siebie niesamowity egzotyczny południowy urok i tamtejszego ducha. Nawet przez te wszystkie lata przyjaciele nie zapominają o mnie, jeszcze wiedzą, że jestem w Pradze „Alena da Interbras“, że dobrze jest pojechać do kogoś, kto przywita Cię z miłością i pokaże ci swój kraj czy miasto tak, jak go lubi. Tereza i Rei wysyłają do mnie Jeanne Żany i Maria. Będzie miła niespodzianka! Uśmiecham się w duszy i pamiętam.

Przypadków nie ma. Przechodzimy przez łańcuchy niewidzialnych skrzyżowań, przychodzą do nas bratnie dusze, zatrzymują się z uśmiechem i ściskają nasze dłonie, tak samo jak pewnego dnia w 1985 roku, kiedy nie poszłam z Nadją Nadżą na obiad do domu handlowego „Kotva”, ale do bistra rosyjskiego „Berjozka” na ulicy „Na příkopech”, aby zjeść prawdziwy rosyjski barszcz z pieczywem.

Jak zwykle, idziemy i rozmawiamy dość głośno, bez skrępowania. Mało kto potrafi zrozumieć nasze słowa. Nagle ktoś puka mnie w ramię. Odwracam się i co widzę? Ciemnowłosą dziewczynę o dużych, głębokich czarnych oczach.

-Jesteś Brazylijką? Você é brasileira? Wose e brazilejra? - pyta mnie pełna podziwu.

-Nie, nie ja - odpowiadam, wskazując na moją przyjaciółkę - ale Nadja Nadża tak.



-To świetnie - mówi Márcia Marsya nazwisko Unti Halluli, bo ma libańskie pochodzenie.

-Naprawdę świetne - śmieje się jej chłopak Jurandy Żurandy.Jego indianskie imię właściwie znaczy Przyniesiony światłem nieba“.

Powiedziano nam, że studiują architekturę, w tym czasie jako stażyści w Niemczech. Przyjechali na wycieczkę do Pragi, bo ktoś powiedział im, że w Europie nie można przegapić tego przepięknego miasta. I wtedy młody człowiek przyznał się nam, że już przez pięć minut idą za nami, sluchając tego, co mówimy, i zbierając się na odwagę, aby z nami porozmawiać, bo nagle przestali czuć się tak opuszczeni i zagubieni w obcym mieście za żelazną kurtyną, mieście tak wspanialym i tak wyjątkowym.

Dłużej niż kilka chwil popijamy razem gorący barszcz w Berjozce. Kiedy Nadja Nadża dowiaduje się, że mieszkają w tanim hotelu studenta „Juventus”, natychmiast zaprasza ich oboje do siebie. Jest bardzo stanowcza. Zaplanowany wcześniej weekend znacznie sie wydłuża. Jurandy Żurandy z Marcią Marsyą bez przerwy chwalą i podziwiają coraz to nowe wspaniałe zakątki, gdzie zwykły turysta się nie dostanie. Ja jestem dobrym przewodnikiem. W pierwszym roku na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Karola uczył mnie słynny historyk i hispanista Josef Polišenský, który oprócz narodów Ameryki Łacińskiej i Półwyspu Iberyjskiego kochał oczywiście Pragę, zaś w soboty i niedziele zapraszał studentów na spacery po zabytkowym mieście, na których przekazywal nam swoją wiedzę o historii narodowej.

Robię więc przewodnika a Nadja Nadża sponsoruje pobyty w kawiarniach, do których prowadzą nas nasze zmęczone nogi. Tam długo w noc rozmawiamy o wszystkim „às altas horas da noite az altasz orazs da nojczy. Jesteśmy zafascynowani nowymi przyjaciółmi, a Marcia Marsya i Jurandy Żurandy są zafascynowani nami. Jakbyśmy znali się od zawsze. I razem jesteśmy oczarowani Pragą, a także odległą Brazylią. Wszystko istnieje jednocześnie.



Potem studenci, pełni entuzjazmu, wpadają na świetny pomysł. Na stażu w Niemczech przebywa wielu ich kolegów. Też chcą na własne oczy zobaczyć Pragę, najpiękniejsze miasto na świecie, a w każdym razie w Europie, ponieważ w Ameryce Łacińskiej jest oczywiście najpiękniejsze Rio - a cidade maravilhosa a sidadży maraviljoza.

Nieważne, że Nadja Nadża po prostu przygotowuje się do wyjazdu na wczasy. Studenci przyjadą do mnie, będą spać w śpiworach na podłodze w moim skromnym mieszkaniu w dzielnicy „Ďáblice”. Wszyscy: Coca lub Cornelia Catarina, która przeszła na judaizm z wielkiej miłości, jej mąż Mario Leindinguer Mariu Lajdynger i siostry Eneida, Edvania i Édia i również Teresa Taquechel Tereza Takeszel i jej mąż Reinaldo Campos Reynaldo Kampusz.

Coca jest kruchą blondynką, wnuczką niemieckich imigrantów i pochodzi z Santa Catarina, przodkowie Mario Mariu prawdopodobnie pochodzą gdzieś z Ukrainy czy Galicji. Po raz pierwszy dowiaduję się więcej szczegółów na temat, który miałam do tej pory związany raczej z Brooklynem i filmami Woodygo Allena (będę uczyć się o tym nawet więcej i więcej), że w Brazylii są liczne społeczności żydowskie, niektóre bardzo ortodoksyjne. Więc Coca, wcześniej Kornelia, teraz oficjalnie Katharina Bat Sara jest "gijoret". Musiała poddać się serii rytuałów, zanurzyć się w mykwie, a nawet nauczyć się trochę języka hebrajskiego. Nie musiała tego robić, ale sama chciała. Potem wzięli ślub pod baldachimem (Chuppą), Mario Mariu wsunął jej pierścień na palec prawej ręki i juz byla mu przeznaczona zgodnie z prawem Mojżesza i Izraela. Rozdeptał też szklany kielich, a zgromadzeni wokół krzyczeli - Maz´l Tov, Maz´l tov! Coca i Mario są zadowoleni! Mają już dwójkę ładnych dzieci, chłopca i dziewczynkę. Kiedy wrócą do São Paulo, postarają się o kolejne. Duża rodzina, to jest to!

Eneida, Edvania i Édia maja również dużą rodzinę w mieście Niterói, usytuowanym naprzeciwko Rio de Janeiro Ryu dży Żanejru. Droga tam biegnie wzdłuż długiego mostu nad poziomem morza. Wiem, jak ten most wygląda, bo jest na wielkim błyszczącym kolorowym zdjęciu w naszym biurze Interbrasu na ścianie w gładkiej lekkiej drewnianej ramie, chodzę obok niego na co dzień.

Brazylijskie siostry mówią mi o swoich braciach, którzy mają na imię Edvaldo, Evaldo i Ednaldo: -Tata i mama nalegałi, że imię dziecka musi zaczynać się od litery „E” - powiedziała mi ze smutkiem Édia. Byłam najmłodsza, rodzice nie mieli już wyobraźni . Byli tak zmęczeni wymyślaniem imion, że po prostu powiedziałi: - É dia! - Jest dzień. Będzie się nazywać Édia.

Eneida, Edvania i Édia również znalazły się dzięki mnie pod wpływem magii Pragi, jej legend oraz historii, o której opowiadalam im w ich języku, począwszy od księżnej Libuszy do Golema. Przed powrotem do Brazylii - po prostu na wakacje do rodzinnego Niterói zapytały mnie, czy ja nie chcę wysłać coś dla Nadji Nadży do Ria.

Po odejściu przyjaciół czują Brazylijczycy coś, co oni nazywaja: saudade saudadży. To więcej niż smutek czy nostalgia. To jest takie uczucie, że nie da się go opisać. Nostalgia i tęsknota, pełna miłości i wieczności. Brazylijczycy, a także Portugalczycy, którzy wymyślili to słowo i wymawiają je saudade saudad, są z niego dumni. To słowo ma dla nich wielkie znaczenie i pojawia się prawie we wszystkich ich piosenkach.

- Wiem, że masz saudade saudadży, czyli tęsknisz za Nadją Nadżą - powiedziała mi Eneida. -Nie chcesz posłać czegoś do Ria?

- Tak - odpowiedziałam i nagrałam na kasecie 60 minut opowiadania.

Wkrótce pocztą dyplomatyczną nadeszła odpowiedź

Alena, nie możesz sobie nawet wyobrazić! Alena, você não pode nem imaginar! Alena, wose nau podży neń imażynar! Zadzwoniła do mnie Eneida Moraes Enejda Morajsz. Pojechałam do nich na obiad w moim żółtym volkswagenie przez długi most do Niterói, powitałi mnie z otwartymi ramionami. Cała ta rodzina z imionami na literę „E”, wszyscy mówią tylko o Pradze i o tobie!

Te słowa wciąż napełniają mnie wzruszeniem i wywołują uśmiech. Za każdym razem pomyślę w takiej chwili: Jest dzień - É dia - jak Édia.



Łańcuch

Odbieram telefon i słyszę: - Dzień dobry. Dzwonimy z Akademii Nauk, doktor „Kampos”, chcę porozmawiać z Panią, proszę..... mówi bezosobowy głos, a ja nie wiem przez ułamek sekundy, kto jest to doktor „Kampos”, ale już wkrótce słyszę miły brazylijski akcent i natychmiast wiem, że Reinaldo Campos Rejnaldu Kampusz, profesor PCU (Papieskiego katolickiego Uniwersyteta w Rio de Janeiro, Pontificia Universidade Catolica do Rio de Janeiro Ponczyfika Uniwerzydadży du Riu dży Żaneiru ) przyjechał po dwudziestu latach na krótko znów do Pragi.

Po godzinie w moim domu jemy już razem na obiad gulasz szegedynski. Właściwie, to późny obiad w brazylijskim stylu, około godziny 17. Nigdzie się nie spieszymy, czas i odległość nie istnieją. Przekonałam się o tym przed chwilą, kiedy spotkaliśmy się pod praskim pomnikiem świętego Wacława na koniu, na placu o tej samej nazwie. Reinaldo Rejnaldu wyszedł z metra, pojawił się spokojnie, jakby zmaterializowany znikąd, bezbłędnie kierując się prosto do mnie. Na skroniach miał pierwsze siwe włosy, jego wąsy były już szpakowate. Poznałam go od razu, choć miał na oczach nową parę okularów. Może ja też nie za bardzo się zmieniłam, tylko kilka zmarszczek na czole i o kilka kilogramów więcej. Wpadliśmy sobie w ramiona. Wielka cisza i milczenie, w tej chwili bez końca, gdzie nagle wszystko było obecne: pierwsze wrażenia z naszego spotkania dawno temu, piękne dni spędzone razem w stolicy, dziesiątki listów ze zdjęciami naszego potomstwa w czasie, kiedy ludzie wciąż pisali do siebie na listy na papierze, wysyłane pocztą lotniczą przez ocean.

Najlepsze są momenty nieoczekiwane, w których zanurzasz się całkowicie i bez strachu, wyrzucając wszystko inne, zapominając o dziennym planie. Na szczęście mój mąż artysta rozumie to, a moje dzieci już bardzo dawno wyrosły z pieluch. Zmierzch spada na miasto Pragę, Reinaldo Rejnaldu i ja idziemy razem na Zamek Praski (z mojego domu to zaledwie dwadzieścia minut pieszo). W moich myślach widzę studenta chemii, który kiedyś przyjechał do mnie, ze swoją żoną Teresą Taquechel Terezą Takeszel, baletnicą kubańskiego pochodzenia, z mapą w ręku, bez GPS i innych gadżetów, w pożyczonym samochodzie i bez wahania trafił do mojego mieszkania.

Teresa i Rei. Wysiedli z samochodu, uśmiechnęli się do mnie tak, jakbyśmy znali się od dawna, wyciągnęli z bagażnika torby i nawet worek z jedzeniem. W mieszkaniu poszli prosto do kuchni, otworzyli lodówkę i zaczęli wkładać do niej różne niemieckie jogurty i inne produkty spożywcze rzadkie w tych dawnych czasach i w Pradze niedostępne.

Szczupła, dziewczęca Teresa Tereza i spokokojem promieniujący Reinaldo Rejnaldu wiedzieli już wówczas dokładnie, czego chcą od życia. Przynajmniej tak mi powiedziano. Dwójka lub trójka dzieci po powrocie do Brazylii, ale baletem Teresa Tereza zajmować się nie przestaje, nigdy nie mógłaby go opuścić, ze względu na swój wzór, którym jest oczywiście słynna primabalerina i choreograf Alicia Ernestina Alonso, czyli de la Caridad del Cobre Martinez Hoya, dyrektor Baletu Narodowego Kuby (będzie pełnić tę funkcję aż do swojej dziewięćdziesiątki w XXI wieku ). Tego Teresa Tereza jeszcze nie wie, ale na pewno wie, że chce otworzyć własną szkołę baletową.

Jak powiedziała, tak i zrobiła. Kilka lat po naszym spotkaniu Reinaldo Rejnaldu w Rio poszedl na urlop macierzyński, a właściwie ojcowski, z małym chłopcem, potem z małą dziewczynką, a Teresa Tereza pojechała do tysiąc mil oddalonej stolicy za swoim marzeniem. Reinaldo Rejnaldu i ja wymienialiśmy się na razie przepisami kulinarnymi, doświadczeniami dotyczącymi butelek do karmienia czy z prania pieluch. Nie wiem, w jakich okolicznościach Teresa Tereza spotkała się później z Jeanne Duarte Żani Duarczy, przyszłą żoną wydawcy muzycznego Mario de Aratanha Mariu dży Aratanja, ale na pewno opowiadala jej o Pradze w takich jasnych kolorach, jakie podziwiala kiedyś, patrząc na płatki kwiatów w przepięknej „Květnicy”, ogrodzie kwiatowym na górze „Petřín”.


W dniu 6 stycznia 2000, w dzień Trzech Króli, idziemy z moim mężem i naszymi dziećmi w wieku ośmiu lat i pięć i pół na lotnisko powitać Brazylijczyków. W pewnym sensie to dla synów wielce ciekawa przygoda. Lotnisko „aeroporto“ aeropórtu znajduje się blisko naszego domu. To miejsce, które rodzice z dziećmi odwiedzają, aby oglądać z rampy przylatujące i startujące hałaśliwe maszyny, a następnie wydawać niesamowite pieniądze w restauracji ze szkła na pierwszym piętrze lub w automatach oferujących Coca-Colę i inne napoje. Tym razem będziemy oszczędzać.

- Czy ty ich rozpoznasz? - pyta mnie mój mąż.



Mówię sobie w myślach, że powinnam przygotować kartonową tabliczkę z wielkim napisem: „Jeanne e Mario, Brasil“ Żani i Mariu, Braziu. Uważnie obserwuję wszelkie możliwe pary mężczyzn i kobiet według miejsca odprawy. Nagle wszystko jest jasne. Zupełnie spokojnie, z uśmiechem na twarzach, pojawiłi się z dużymi walizkami na kółkach. Mała ciemnowłosa Jeanne Żani, bardzo ładna, i jej nieco starszy sympatyczny mąż, ciemne włosy, broda, z ogromną charyzmą. Mario Mariu uśmiecha się, trzymając w ręku pudełko, które wygląda jak pudełko z pizzą, i zaraz wręcza go mojemu starszemu synowi.

„La Galette des Rois”, mówi Jeanne Żani pięknie po francusku. Z Paryża, gdzie spędziłi Sylwestra, przynoszą nam pozdrowienia od Kacpra, Melchiora i Baltazara. W ogóle nie zastanawiają się nad tym, dlaczego prowadzimy ich w stronę przystanku autobusowego, a nie do postoju taksówek, nie dziwią się, że nie pojedziemy jakimś fajnym samochodem słynnej marki europejskiej. Chętnie wsiadają z nami do autobusu nr 119 i w dwadzieścia minut później już maszerujemy naszą ulicą.

Przez cały czas pobytu Brazylijczyków wciąż mam wrażenie, że znamy się od zawsze, a może nawet dłużej. Siedząc w kuchni przy dużym stole, który pamięta trzy pokolenia, wcinamy ciasto królewskie, zaś dzieci oglądają to szeroko otwartymi oczami. Kto znajdzie w swojej porcji fasolę, będzie dzisiaj królem!

Nie jest to fasola ale maleńka zabawka jak „kinder niespodzianka”. Oczywiście Jan ją znalazł i podnosi triumfalnie, Mario Mariu natychmiast uroczyście ukoronował go pozłacaną papierową koroną, która wyczarował znikąd. Więc, o dziwo, Jarek nie zdążył nawet uronić łzę, bo nagle również on znajdzie zabawke i Jeanne Żani szybko włoży mu na głowę dokładnie taką samą koronę. Dziecko uśmiecha się szeroko, widać, że nie ma przednich zębów, szczęśliwie żuje słodki przysmak, dzierżąc w ręku zabawkę, i słucha z zainteresowaniem, jakim językiem matka mówi i od razu tłumaczy.

Coca-cola jest koszerna

W 2007 roku jesteśmy znów na ruzyńskim lotnisku w Pradze i czekamy razem z moim mężem na dwóch chłopców, z których jeden to Herman Erman, syn Jeanne Duarte Żani Duarczy, a drugi Dawid Gandelman, jego przyjaciel. Po rocznym pobycie w Izraelu wracają przez Rzym, Pragę i Londyn do swojej rodzinnej Brazylii.

- Chciałabym, aby spędzili tydzień z wami - napisała do mnie Jeanne Żani - niechaj poznają życie w czeskiej rodzinie. Możesz spokojnie dać im jakieś zajęcie, mogą na przykład sprzątać czy gotować. Herman Erman gotuje bardzo dobrze!

Oczywiście, nie wahałam się ani sekundę. Poprosiłam ją o zdjęcia, abym nie musiała robić kartonowej tabliczki z napisem. To było w grudniu, myślę, że siedemnastego, więc ubraliśmy choinkę dużo wcześniej niż zwykle, posprzątaliśmy też mieszkanie i przygotowaliśmy pokój dla gości.



Samolot z Rzymu już dawno wylądował, wszyscy pasażerowie powoli opuścili obszar obsługi, a Dawida ani Hermana Erman nie widać. Myślałam, że pomyliłam datę lub godzinę przyjazdu, byłam trochę zdenerwowana, w tym samym czasie mój mąż spokojnie wypił kawę z automatu. Po upływie prawie 2 godzin byliśmy rozczarowani, skierowaliśmy się do wyjścia, ja jeszcze po raz ostatni odwróciłam się i wtedy Dawid i Herman Erman z wielkimi plecakami i gitarą w dużym czarnym futerale przepraszająco uśmiechnęłi się do mnie spoza balustrady.

- Zgubili moją gitarę, no prawie zgubili i w końcu ją odnaleźli - odetchnęl z ulgą

Herman Erman z czarnymi, kręconymi włosami, przysadzisty, najwidoczniej człowiek o wesołym usposobieniu, bo zaraz jego twarz rozjaśnił szeroki uśmiech. Na pierwszy rzut oka nas rozpoznał. Poważny, trochę blady, chudy i mały Dawid spojrzał na mnie głębokimi ciemnymi oczami, na głowie miał biały beret, w ręku trzymał grubą marynarkę, pod jego bluzą po obu stronach spadały cicit talita katan, czyli frędzle koszuli noszonej przez ortodoksyjnych żydów na co dzień. Więc pomyślałam, że na próżno przygotowałam polędwicę w śmietanie.

Ponownie udaliśmy się do autobusu i następnie pieszo poszliśmy w kierunku naszej ulicy. Jan i Jarek byli o siedem lat starsi niż wówczas, gdy Jeanne Żani i Mario Mariu dali im ciasto królewskie „La Galette des rois“, nie bylo im już potrzebne moje tłumaczenie z portugalskiego. Wreszcie sama słyszałam, jak dobrze mówią po angielsku. Nic nie przeszkadzało im rozmawiać z naszymi gośćmi tak, jak gdyby byli ich krewniakami, te fajne odważne chłopaki w wieku dziewiętnastu i dwudziestu lat, którzy lubią podróżować.

- Pomyślałem najpierw, że pani jest Brazylijką, która mieszka długo w Pradze - ujawnił Dawid Gandelman nieśmiało. - Skoro tak dobrze nauczyła się pani po portugalsku, to uczyć się hebrajskiego będzie bardzo łatwo - powiedział i następnie opowiedział mi o swoich dziadkach, którzy pochodziłi z miasta Pressburg czyli Bratysławy.

Że Dawid nie będzie jadł moich potraw i że oczywiście nie weźmie do ręki żadnego z moich talerzy lub szklanek, które są rytualnie nieczyste, stało się dla mnie jasne, kiedy wyjął papierowy zestaw dań z kibucu, koszerną kuchenkę do wody, wysuszoną koszerną zupę w torebce, suszone koszerne spaghetti i zaczął przyrządzać na stole swoj skromny obiad. W przeciwieństwie do niego, Herman Erman nie był ortodoksyjny, choć przez wiele lat mówi świetnie po hebrajsku i spędził kilka wakacji z rzędu w obozie młodzieżowym na pustyni Negew, okazał się godnym zjadaczem z apetytem Edudanta*. Zjadł wszystko, co dałam mu na talerz, a następnie umył wszystkie naczynia. Tymczasem Dawid wyciągnął z plecaka czekoladę Milkę i Coca-Colę. Patrzyłam na to ze zdumieniem. Ale powiedziano mi, że Coca-Cola jest koszerna i Milka też, bo nie dotknęła jej w trakcie produkcji ręka ludzka i nawet była wyprodukowana pod nadzorem rabinatu.

No cóż, w odnosieniu do Coca-Coli po prostu wiem, że kiedyś należała do amerykańskich Żydów i Hitler raz nawet wysłał szpiegów, aby ukradli korek z butelki, na którym byly litery רשכ. Na tej podstawie kazał wyrzucić Cola-Colę z Trzeciej Rzeszy i zmusił specjalistów do produkcji napojów, które ją zastąpią i będą lepsze od Coca-Coli, i to był początek Fanty, jak na ironię będącej dziś własnością Coca-Cola Company.

Herman nie rozwiązywał takich problemów. Rozpakował swoją gitarę z pięknego futerału i ku naszej wielkiej radości zaczął grać i śpiewać cudowne brazylijskie bossa novy. Nie trzeba bylo długo zachęcać mojego męża perkusisty, natychmiast u nas w kuchni zrobiło się jak w Rio. Jarek dołączył dżembe i sąsiedzi pelni nienawiści uderzyłi w ścianę. Nie było nawet 21:30 ...

Następnego wieczoru poszliśmy z naszymi gośćmi na świąteczny koncert kolęd i pastorałek do Liceum Akademickiego w Kaplicy Zwierciadlanej kolegium jezuickiego Clementinum na Starym Mieście w Pradze. Brazylijscy chłopcy siedzieli cicho w pierwszym rzędzie całkowicie oczarowani. Jan grał na klarnecie przepięknie, byłam dumna z niego. Zauważyłam, że wszyscy profesorowie oraz cała publiczność z ciekawością obserwują naszych egzotycznych gości i chętnie słuchają niezwykłego języka, którym czasami się posługujemy. Zwłaszcza na Dawida patrzyłi ze zdziwieniem. Chłopiec nie zdjął beretu z głowy, frędzle cicit, przywiązane do czterech rogów talita pod swetrem, spadaly po bokach jego szarych spodni w ośmiu warkoczykach i każdy miał pięć węzłów, które razem symbolizują 613 przykazań Tory. Piękne studentki, członkinie chóru, stały bezpośrednio przed Dawidem i Hermanem Ermanem, za nimi brzmiały organy, światła świec odbijały się w lustrach, szklane ozdoby choinkowe błyszczały i pięknie ubrane dziewczyny śpiewały o małym Jezusku urodzonym w Betlejem.

Po koncercie poszliśmy do miasta. Padał drobny śnieg. Gazowe latarnie świecily w cieniu starożytnych domów a Herman Erman i Dawid patrzyli na to zafascynowani.

- Zrobimy sobie teraz mały spacer - powiedziałam cicho i najkrótszą drogą prowadziłam ich do narożnego domu, gdzie urodził się Franz Kafka. Chłopcy przystanęli oszołomieni. Nagle uświadomili sobie, że znajdują się w mieście człowieka,

o którym z szacunkiem mówi caly wykształcony świat, w tym Brazylia. W drodze do metra przez Plac Mariański znaleźliśmy się pod pomnikiem rabina Jehudy Ben Bezalela.

- Popatrz - zmusiłam delikatnie Dawida, aby podniósł oczy.

- Maharal! - szepnął Dawid oszołomiony. - To jest sam Maharal! Jestem w mieście Maharala!

Od razu wiedziałam, gdzie wysłać Brazylijczyków następnego dnia, aby Maharal był dla nich jeszcze bliżej.



Wkrótce wydawało się, że brazylijscy chłopcy nie różnią się od tych naszych. Rano poszli zwiedzać zabytki Pragi i Dzielnicy Żydowskiej, po południu udali się do pokoju moich synów. Potem słyszałam stamtąd śmiech, muzykę i głośne głosy lub grę na instrumentach muzycznych. I widocznie młodzi ludzie mieli wiele sobie do powiedzenia. Choinka, która świeciła w kuchni przed kolacją, w ogóle im nie przeszkadzała. Śpiewałam przy stole z Dawidem na dwa głosy pieśni hebrajskie „Hine ma tow u´ma-nayim” i „Shalom, chaverim”, podczas gdy Herman Erman przygotowywał specjalny sos do spaghetti, jak nauczył go Mario Mariu, z włoskich pomidorów i jogurtu. Wszyscy potem jedliśmy z apetytem bardzo wielkie porcje w głębokich talerzach, posypane serem, David zjadł tylko trzy kawałki zielonego groszku z koszernej puszki i powiedział, że ma dość, zupełnie jak Francimor*. Przypomniałam sobie o puszce prawdziwej koszernej kawy, którą przysłała mi moja siostra z miasta Fürth niedaleko Norymbergi, gdzie mieszka. Fürth jest nazywany Jerozolimą Franków i co dwa lata gości wspaniały festiwal klezmerski. W tym mieście znajduje się piękne Muzeum Żydowskie, a na parterze kawiarnia „Café kaszer”. Moja siostra chodzi tam często, a w miejscowym sklepie kupuje dla mnie kawę, a dla chłopców cukierki „Gumibärchen”. Na szczęście mój synek Jarek miał dużo zapasów tych słodyczy. Więc Dawid wypił z papierowego kubka gorzką koszerną kawę i zjadł trochę pysznych żelatynowych „Gumibärchen”. Byly one absolutnie koszerne, produkowane pod nadzorem rabina Rabbi O. Y. Westheima. Wydany przez niego stosowny certyfikat został wydrukowany na woreczkach tych cukierków.

Tego roku była okrutna zima, do jakiej brazylijscy chłopcy nie są przyzwyczajeni. Włożyli na siebie kilka warstw odzieży - koszule, swetry, spodnie i dżinsy i co najmniej dwie pary skarpet. Było tak strasznie zimno, że nawet w domu wieczorem nie chcieli niczego zdejmować, aby pójść do wanny. W myślach zadawałam sobie pytanie, w jaki sposób Dawid przeprowadza rytuał oczyszczający. Wydawało mi się, że jest ubrany w talit nawet podczas snu. Pewnego pięknego wieczoru Herman Erman odważnie poszedł do łazienki. Wytarł się dokładnie, następnie z mokrymi jeszcze włosami zrobił w kuchni koncert bossa novy, w tym samym czasie, gdy do łazienki poszedł Dawid. Ostrożnie podkradłam się do pokoju gościnnego wietrzyć pomieszczenie. Na nocnym stoliku zobaczyłam talit katan, który jest noszony pod zwierzchnim odzieniem i powinien być wykonany z białej wełny jagnięcej. To byłoby wspaniałe dla Dawida w zimowej Pradze. Ale on miał tylko lekki brazylijski talit katan lniany. Taki szalik, z boku w połowie zszyty, który przeciąga się przez głowę, widziałam po raz pierwszy. Może miał 3/4 łokci długości i 3 1/2 łokci szerokości, zgodnie z tradycją? Poza talitem leżały tam dwa czarne skórzane pudełeczka tefilin, noszone podczas codziennych modlitw w dni, gdy przywiązuje się je rzemieniem do czoła i lewego ramienia. Nie znam wielu szczegółów na ten temat, ale myślę, że znajdują się w nich ręcznie spisane w języku hebrajskim na jednym kawałku pergaminu cztery ustępy Tory i również modlitwa Szema -Słuchaj, Izraelu! Wiekuisty jest naszym Bogiem, Wiekuisty jest jedyny!

Teraz stało się jasne, dlaczego codziennie budzik dzwoni tak wcześnie rano

o tej samej godzinie. Dawid nie może zaspać błogosławieństwa „Birchot ha-šachar“. Należy dziękować Bogu, że obudził się następnego dnia jako człowiek wolny i pobożny. Mam nadzieję, że wcześniej umył sobie ręce w łazience. Umywalkę mamy też w toalecie, ale to nie jest koszerne.

*Edudant (gruby) a *Francimor (cienki ) postacie ze znanej i w Czechach ulubionej książki dla dzieci „Edudant a Francimor”

- autor Karel Poláček, wybitny czeski pisarz żydowskiego pochodzenia, zginął w obozie koncentracyjnym


Złóż sobie życzenia
- Absolutnie uwielbiam czeskie piwo, „zeli“ i „knedlik“- mówi mi w połowie lat osiemdziesiątych zachwyczona Nadja Nadża, kiedy idziemy na piwo czy na obiad, na kapustę i czeskie knedle: „knedlo-zelo“ lub „gulasz“ do którejś z restauracji trzeciej czy czwartej kategorii cenowej, najczęściej na najwyższym piętrze domu handlowego „Kotwa”.

- Kiedy chodzę po Pradze, wydaje mi się, że spacerowałam tu w poprzednich wcieleniach - śmieje się moja zaufana przyjaciółka „amiga du peito” amiga du pejtu, dla ktorej reinkarnacja jest tak oczywistą rzeczą, jak religijny kult Candomble czy religia katolicka. Niedawno wróciła z Bahii, stolicy Salvadoru, gdzie odwiedziła tradycyjne fantastyczne wielkie święto w kościele Nosso Senhor do Bonfim Nosu Seńor du Bonfiń i przyniosła mi błogosławione kolorowe wstążki z napisem: Pamiątka od naszego Pana z Bonfim z Bahii - Lembrança do Nosso Senhor do Bonfim da Bahia Lembransa du Nosu Seńor du Bonfiń da Baia.

- Popatrz, jakie są te wstążki piękne kolorowe - mówi i pokazuje mi kolejno czarną, fioletową, granatową, jasnoniebieską, ciemnoniebieską zieloną, jasnozieloną, żółtą, pomarańczową, czerwoną, różową i białą wstążkę, wygładza je palcem, wymawiając głośno magiczne słowa:

„Omulu, Nanã Nana, Ogum, Iemanjá Jemanża, Oxossi Oszosi, Ossaim Osaim, Oxum Oszum, Xangô Szango, Exu Eszu, Iansã Jansa, Oxalá Oszala...“

Chyba mam już jakieś wyobrażenie o rzeczach, o które chciałam zapytać dawno temu, czyli o kult Candomble, o bogów Afryki Ioruba Joruba, którzy w katolickiej Brazylii mieszają się łatwo ze świętymi, dlatego Oxalá Oszala jest Nasz Pan z Bonfim - Nosso Senhor do Bonfim Nosu Seńor du Bonfiń i Yemanja Jemanża, boginią mórz i oceanów jest Matka Boska.

Nadja Nadża, prawdziwa Bahijka, wybiera spośród wszystkich kolorów jasnoniebieski kolor bogini mórz i oceanów:

- Złóż sobie życzenia - mówi nagle, ku mojemu zdziwieniu, i owija mi wstążke wokół nadgarstka i to dwukrotnie. - Trzy życzenia, po jednym dla każdego węzła. Nie wolno mówić na głos nikomu! Nie wolno wstążki zdejmować. Zostaw ją, dopóki nie rozpadnie się sama. Wtedy twoje życzenie się spełni.

Właściwie dopiero teraz zauważyłam, że Nadja Nadża ma na prawej ręce różową wstążkę swej patronki, boskiej istoty pani Insa Jansa, królewny pasji, błyskawic, wiatru i wichury, potężnego wojownika, którego symbolem jest ogień i miecz. Ona wprowadza duszę w zaświaty. Teraz rozumiem, skąd Nadja Nadża wziąła swoją niesłabnącą energię i poczucie ezoteryki. Wiem, że pewnego dnia zapytam ją o wszystko, co wiąże się z kultami misteryjnymi, o których tak ładnie napisał świetny pisarz Jorge Amado Żorży Amadu w swojej książce " Bahia de Todos os Santos Baia dżyToduz usz Santusz. Ale zadam to pytanie we właściwym czasie, na razie mogę złożyć życzenia.

Jasnoniebieska wstążka jest piękna, nowa, napis na niej wyrażny.

- Kto wynalazł te tasiemki? - pytam i Nadja Nadża mówi, że takie małe wstążki są noszone jako bransoletki dopiero od lat 60. XX wieku, kiedy bylo to popularne wśród hippisów. Potrząsam głową z niedowierzaniem - hippisi, pobożne Bahijky, katolicy i wielbiciele Candomble, magia oraz ogromna sprzedaż pamiątek dla turystów, co to za mieszanka!

- Wcześniej były te wstążki znacznie większe i nazywano je medidas - miary - wyjaśnia Nadja Nadża, ich długość była taka sama, jak odległość od podniesionej prawicy do serca Pana na obrazie. Parafianie sprzedawali je przed kościołem. Nosso Senhor do Bonfim Nosu Seńor du Bonfiń to najsłynniejszy kościoł w calej Bahii. Schody do niego prowadzące są co roku uroczyście czyszczone od 1773 r.! Zawsze drugi czwartek w styczniu, o dziesiątej rano. Tysiące ludzi, a może setki tysięcy biorą w tym udział. To w Brazylii nie jest problemem. Gromadzą się w pobliżu kościoła Conceição da Praia Konsejsau da Praja. Procesja przejdzie osiem kilometrów na piechotę do kościoła Nosso Senhor do Bonfim Nosu Seńor du Bonfiń. Na czele procesji idą Bahijki, za nimi synowie Gandhiego Filhos de Gandhi Filjusz dży Gándży czyli mężczyźni z jednego religijnego zgromadzenia terreiro dos santos terejro dusz santusz, to takie Candomble na ulicy. Myślę, że istnieje ono już około czterdziestu lat, jego członkowie wyznają zasadę nie stosowania przemocy jak Mahatma Gandhi, w ogóle nie piją alkoholu i w czasie karnawału tworzą jeden blok, taką dużą grupę - afoxé afosze. Kobiety nie mogą tam wejść, dlatego stworzyły swoją własną grupę.

- Więc istnieją synowie Gandhiego Filhos de Gandhi Filjusz dży Gandży i córki Gandhiego Filhas de Gandhi Filjasz dży Gandży?

- Dokładnie. I to piękne! Wszystkie są ubrane na biało, ponieważ biały jest

kolor Oxalá Oszala on jest również Nosso Senhor do Bonfim Nosu Seńor du Bonfiń!

- Ty też byłaś cała w bieli? - pytam z niedowierzaniem i wyobrażam sobie Nadję Nadżę w procesji w typowym stroju Bahijki, który widziałam na zdjęciu w podręczniku portugalskiego, jedynym w calym naszym kraju, a także na wideo z poczty dyplomatycznej.

- Nie bylam ubrana w strój, ale miałam białą sukienkę, jak zawsze w dzień Nowego Roku i przez cały styczeń. Ponadto w styczniu są moje urodziny. Nadja Nadża uśmiecha się słodko i ja już wyobrażam sobie ogromny upał, trzydzieści pięć stopni Celsjusza, Bahijki w Salwadorze, wszystkie o ciemnej lub oliwkowej cerze, i widzę jasno ich twarze, które kontrastują z białymi turbanami i śnieżnobiałymi sukienkami bez rękawów, z szerokimi wykrochmalonymi spódnicami. Z całą pewnością mają te kobiety na szyjach co najmniej dwa naszyjniki i na rękach ogromną ilość bransoletek, takich samych jak te noszone przez piosenkarkę Marię Bethânią, bo ona również urodziła się w stanie Bahia, w Santo Amaro Santu Amaru!

- Ile schodów ma ten kościoł - pytam i już widzę w mojej wyobraźni tłum ludzi obmywających szmatami przedługie schody, szorujących stopnie szczotką ryżową.

- Tylko dziesięć - śmieje się Nadja Nadża - obok stoją tysiące ludzi, prawie milion! To nie oznacza, że wszyscy pracują. Tylko pobożne Bahijki. Trzymają one w rękach wazony z pachnącą wodą i polewają schody. Śpiewają przy tym pieśni w dialekcie afrykańskim i

Filhos de Gandhi Filjusz dży Gándży tańczą. Następnie przyłączają się do nich inni wierzący, mieszkańcy tego miasta, turyści, dziennikarze, kamerzyści, to naprawdę taki mały niebieski i biały karnawał!

- Niebieski i biały? Powiedziałaś, że kolorem Boga Oxalá Oszala jest biały?

- Tak, w tym dniu króluje kolor biały, ale synowie Gandhiego mają oprócz niebiesko-białych turbanów sukienki jak sari i ponadto naszyjniki z niebieskich i białych korali, niebieskie i białe bransoletki i niebiesko-biały znak w turbanie nad czołem.

- Ja już wiem, rzeczywiście widziałam to wszystko na wideo z poczty dyplomatycznej. Takie klipy wideo różnych wokalistów, między innymi Gilberta Gila Żylberta Żyla. Miał taką samą sukienkę! A w tym niebiesko-białym znaku w turbanie nad czołem był portret Gandhiego, z lewej strony niebieski słoń, z prawej zaś niebieski wielbłąd. Dwie jasnoniebieskie gołębice fruwały nad głową Mahatmy, a niżej zostało napisane: Synowie Gandhiego, pokój i miłość.

- Jak możesz pamiętać takie szczegóły?

- Uwielbiam to! Czy Gilberto Gil Żylbertu Żyl jest również z Bahie, bo był tam z nimi?

- Gil Żyl urodził się w samym Salwadorze - mówi mi Nadja Nadża.

- Filhos de Gandhi Filjusz dży Gandży i on tańczyli w takim niezwyklym rytmie - powiedziałam cicho jak we śnie.

- To się nazywa „agogô” - wyjaśnia Nadja Nadża ze zrozumieniem.

- Śpiewała z nimi ciągle jedna bardzo ładna wokalistka! Zauważyłam... myślę, że miala na imię Clara Nunes Klara Ńuńes.

-No więc to ona musiała śpiewać piosenkę Filhos de Gandhi Filjusz dży Gandży! Czy wciąż masz tę taśmę? - zapytała żywo.
- Mam. Ten utwór jest pełen afrykańskich słów! To język Ioruba Joruba?

- Chodźmy szybko! Odtwórz to wideo - każe mi Nadja Nadża.

Jakie to szczęście, że jest samo południe, Igora w biurze nie ma. Mieliśmy trochę czasu.

„Filhos de Gandhi, badauê/Ylê ayiê, malê de balê, otum obá... Filjusz dży Gandży badaue/ ile aje male dż bale otum oba..., śpiewa Clara Nunes Klara Ńuńes a Nadja Nadża ma w tej chwili oczy pełne łez. Ojuladê, katendê, babá obá ożulade, katende, baba oba, słyszę. Nie rozumiem nic, ale jest to piękne. Reszta piosenki jest w języku portugalskim, dźwięki magicznych zaklęć tajemniczej Afryki można usłyszeć tylko w chórze. Nagle zdaję sobie sprawę, że Clara Nunes Klara Ńuńes ma dokładnie taki sam kolor głosu, jak Nadja Nadża. Właściwie to tak, jakby Nadja Nadża sama śpiewała tę piosenkę.


- Bardzo lubiłam Clarę - szepcze moja amiga do peito amiga du pejtu, czyli bardzo bliska przyjaciółka. - Wiesz, że zmarła niepotrzebnie w trakcie banalnej operacji żylaków?
Nie wiedziałam, co powiedzieć. To już druga świetna wielka piosenkarka, o której dowiaduję się, że umarła tak młodo, podobnie jak Elis Regina Carvalho Costa Elis Reżyna Karvalju Kosta. Elis Elis miała 36 lat, Clara 39. Dzięki Bogu, że dusza jest nieśmiertelna i pamięć tych artystek jest wieczna.
  1   2


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna