R. Glasgow Scotland Sławomir Tomasz Roch



Pobieranie 297.25 Kb.
Strona1/8
Data02.05.2016
Rozmiar297.25 Kb.
  1   2   3   4   5   6   7   8
26.08.2011 r. Glasgow Scotland

Sławomir Tomasz Roch



rycerzniebieski@wp.pl

„[...] W Warszawie wielu jednak wierzyło w możliwość układów i rozmów pokojowych z Chmielnickim. Wobec Kozaków chciano nadal grać rolę panów, ale tym razem już panów łaskawych, a smutna rzeczywistość była taka, że armia polska na wschodzie niemal nie istniała, gdy tymczasem wódź kozacki rósł w siłę. Miał więc książę moralne prawo pisać: „Jeżeli tedy Rzeczpospolita tak nadmierne rany od tych zbójów zadane [...] twardym snem pokryje, nic inszego już sobie obiecywać nie może tylko ostateczną klęskę i zgubę [...] Remedium zatrzymania swawoleństwa tego, ukazać przynajmniej nieprzyjacielowi szablę....[...]” [Jan Widacki, Kniaź Jarema, s. 117-118]



SWOI CZUWAJCIE

GDY HISTORIA ZATOCZY SIĘ KOŁEM - O ZASZŁOŚCIACH DZIEJOWYCH LACHÓW VEL POLAKÓW I RUSINÓW VEL UKRAIŃCÓW
Z historii obu narodów i dotychczasowego doświadczenia wynika, że w interesie Ukrainy i Polski jest żyć w zgodzie. Jednakże zgoda musi mieć swe oparcie we wzajemnym zaufaniu, stan zgody można osiągnąć pod warunkiem usunięcia wszystkich elementów panującego, tak długo braku zaufania i podejrzeń, co do nieszczerych intencji. Ale czy można się dziwić ludziom, którzy zapoznawszy się wcześniej z wielce haniebnymi metodami zwalczania żywiołu polskiego i żydowskiego na Rusi, krzywią się na sam widok Bohdana Chmielnickiego. A przecież ów hetman i wielu jemu podobnych na Ukrainie, zaliczani są do grona największych bohaterów narodowych. Ba, stawia się im okazałe pomniki, a rodzima literatura wynosi ich pod niebiosa, stawiając za wzór dla nowych pokoleń Ukraińców. O zgrozo! Jakie niekiedy myśli mogą się rodzić w niejednym, nie wyrobionym, młodym sercu ukraińskim, wszak wielki batiuszka narodu Bohdan Chmielnicki rezał Żydów i Lachów, aż się wióry sypały (może nie własnoręcznie ale robiły to na potęgę jego wojska kozackie, a On nie umiał albo nie chciał nad tym zapanować). A sławny Szymon Petlura, dobrze znany w Polsce, jako sojusznik Józefa Piłsudskiego na Ukrainie w 1920 r., czy wiedział co działo się na głębokiej prowincji?! Czy umiał i chciał temu zapobiec? W obliczu tak zawiłych problemów z przeszłości i wobec narastających wyzwań współczesnych, pokusiłem się o mały sondaż. Interesowały mnie szczególnie przykłady polsko-ruskiej współpracy, chciałem poznać na ile Rusini byli naszymi przyjaciółmi, a na ile takimi zwać się nie mogą. Badania te zakończyły się bardzo interesującym wnioskiem, który jak sądzę jest bardzo bliski prawdy. Ale o tym przeczytacie już państwo na następnych stronach.
WSI SPOKOJNA WSI WESOŁA

Opisana dalej historia rozgrywa się przed i w trakcie II wojny światowej, a jej epilog to także dzień dzisiejszy. Do 1943 r. Swojczów był niewielką wsią położoną około 15 km na północny wschód od Włodzimierza Wołyńskiego, t.j. około 80 km od Zamościa w Polsce. Osiedle, jak większość na Wołyniu niezbyt duże, po połowie zamieszkane przez Polaków i Ukraińców, ale ważne z racji obecności, łaskami słynącego wizerunku Matki Bożej Śnieżnej, zwanej Swojczowską. Rzymskokatolicka parafia swojczowska powstała w latach 1606-1607, a więc w latach największych triumfów jazdy polskiej. Tam, bardzo daleko na wschodzie, właśnie w roku 1607, pod Kłuszynem, wielki hetman Stanisław Żółkiewski, poprowadził 7 tysięcy rycerzy polskich do wspaniałej szarży. Naprzeciw stało 35 tysięcy wojska, tyle liczyły połączone siły moskiewsko-szwedzkie, pod dowództwem cara Wasyla Szujskiego. Polacy byli w tamtych latach, czołówką europejskiego rycerstwa, a Polska liczyła blisko milion km kw. powierzchni. Krótko potem zwycięski wódz, odbył swój wjazd triumfalny do Moskwy, witany przez prawosławnych bojarów moskiewskich. Kto mógł wtedy przypuszczać, że już 200 lat później, nie będzie Polski na mapach świata, ludziom żyło się dobrze i dostatnio. I choć złoty wiek kultury polskiej, odchodził powoli do lamusa, a nieubłaganie zbliżał się czas rokoszów szlacheckich i nieszczęsnego liberum veto, wciąż fundowano Kościoły i inne pomniki polskiej kultury kresowej. Także w Swojczowie dzięki hojności właścicielki tych dóbr, kasztelanowej wołyńskiej, Ewy z Malina Łahodowskiej, zbudowano drewniany Kościółek, który w 1787 r. podczaszy królewski Feliks Czacki, zamienił na piękną i dużą, murowaną świątynię. [1] [Nasz Dziennik, 07. 09. 1998 r., Zagłada parafii Swojczów na Wołyniu, s. 8-9]

Sama świątynia to jeszcze nie wszystko, aby życie człowieka, a w końcu i całej społeczności, nabrało głębokiego sensu. Aby dzień opływał w mleko i miód, potrzebne jest błogosławieństwo samego Boga, a to mieszkańcy Swojczowa i okolic mieli i to bardzo piękne, a przy tym wymowne. Otóż z pokolenia na pokolenie z wiarą i czcią, przekazywane były następujące legendy: „Dawno, dawno temu wśród lasów, znajdowała się wioska zamieszkała przez zasobnych i pracowitych ludzi, na nich napadały często bandy, rabując i niszcząc zabudowania. Ludność wiejska często wystawiała warty, pilnując i broniąc dobytku. Warty miały swoje hasło, na zapytanie: „Stój! Kto idzie?!”, zapytany odpowiadał swój, odzew brzmiał czuwaj. Druga legenda mówi, że wśród wioski na dużym, starym drzewie lipie ukazała się Matka Boska z dzieciątkiem Jezus na ręku, a przy niej Anioł z mieczem, który jak podają ludzie, miał przemówić tymi oto słowami: ‘Swoi czuwajcie, bo nie znacie dnia ani godziny!’. Po pewnym czasie, ludzie wybudowali na tym miejscu drewniany Kościółek, w nim umieścili obraz Matki Boskiej Swojczowskiej, a samą wioskę nazwano od hasła ‘Swoi-czuwajcie’ Swojczowem.” . [2] [Petronela Władyga Rusiecka, Wspomnienia z Wołynia, s. 1] Oczywiście wciąż pozostaje to tylko legenda, jednak bardzo piękna, przy czym wydarzenia ostatniej wojny światowej, upewniły mnie z synowską ufnością, że jak najbardziej prawdziwa. Tak czy inaczej ludzie tym żyli i tam i dziś, rozsypani po całej Polsce, pamiętając o swoich korzeniach, zachowują żywą wiarę i pamięć o swojej kulturze.

I rzeczywiście, doprawdy trudno się dziwić! Kiedy bowiem słucha się ich opowiadań, to niemal zawsze wyłania się obraz świata, którego właściwie już nie znamy, a który jakże często, własnymi rękami zniszczyliśmy, albo jeszcze do tej pory, pozwalamy na ten proceder, tu i ówdzie. Jaki to jest więc, ten świat który z kolei na naszych oczach, odchodzi do lamusa historii ? To świat pełny miłości, pokoju i wzajemnego poszanowania wśród plonsów, radości, pięknego śpiewu i pysznych korowajów. To świat urodziwych dziewcząt i młodzieńców, bez przekleństw i tandetnego chamstwa, świat wielodzietnych i wielopokoleniowych rodzin. To świat pobożnych nauczycieli, patriotów bez dwóch zdań, oddanych Polsce i wielkich społeczników. Te przykłady na pewno można jeszcze pomnożyć, ale przecież trudno zawrzeć, treść całego opracowania, w krótkim wstępie. Wszystko zaś razem, składało się na bardzo atrakcyjną i zupełnie osobliwą kulturę, która mogła się podobać i rzeczywiście pociągała i „wciąż pociąga” za sobą wielu.

A dziś, iluż z nas coraz częściej tęskni, za spokojnym dniem, wolnym od strachu, złodziei i coraz bardziej chamskiej, niestety przecież rodzimej młodzieży. Iluż z nas tęskni do uśmiechniętych twarzy, szczerej radości i kresowej pieśni bowiem nawet i te zamieniliśmy na pogoń za chlebem i na wygodny telewizor. To wszystko było już tam, ba pięknie i harmonijnie funkcjonowało, rodząc cudowne owoce. Jak piękne, warto posłuchać dla przykładu pana Antoniego Sienkiewicza z Wołynia, oczywiście takich relacji można by w tym miejscu przymnożyć i to nie tylko z okresu międzywojennego 1918 – 1939 , ale z całych wieków naszego współistnienia na Kresach. Darujmy sobie jednak tę przyjemność bowiem nie to jest celem niniejszego opracowania, zainteresowanych mogę jednak zapewnić, że tam na pięknej i zielonej Ukrainie, czas płynął i wciąż płynie wolno. Możecie więc sądzę, jeszcze dziś śmiało pojechać na głęboką wieś ukraińską i choć świat poszedł daleko naprzód, to ludzie tam nie wiele się zmienili i są niemal tacy sami: wierzący, dobrzy, pracowici, usłużni. Ale gdyby: ni stąd, ni z owąd, przyszło do jakiejś większej ruchawki, a pod ręką był Żyd, Lach czy Moskal, bogaty i najlepiej bez broni... to proszę mi wybaczyć: Boże uchowaj!!

Oczywiście jak na każdego prawdziwego chrześcijanina i mieszkańca Zamościa przystało ufam, że tym razem byłoby już inaczej, ale właśnie ta sama nadzieja zobowiązuje mnie do odpowiedzialności za siebie i innych. To znaczy do mężnego stawania w prawdzie o sobie i innych, do nieustannego czuwania nad sobą i tą rzeczywistością, do której powołał mnie sam Bóg Najwyższy. Tak więc, co to właściwie znaczy: być mężnym, każdy głupi wie, że hańbą jest być tchórzem! I w takim razie jak rozumieć słowo: „czuwam” , tu posłuchajmy największego zdaje się, jak dotąd z rodu Polaków, samego Ojca Świętego Jana Pawła II, który w sierpniu 1991 r. na Jasnej Górze, tak wołał do młodych całego świata: „Wy, Młodzi, jesteście przyszłością i nadzieją tego świata. Chrystus potrzebuje Was, pragnie bowiem, aby Ewangelia Zbawienia dotarła do wszystkich zakątków ziemi. Bądźcie gotowi i chętni do spełniania tej misji w duchu prawdziwego synostwa. [...] Świat, który Was otacza, nowożytna cywilizacja, ogromnie wiele przyczyniła się do tego, aby odsunąć od świadomości człowieka do Boże Jestem. Stara się bytować tak, jakby Boga nie było – to jej program. Jeżeli jednak Boga nie ma, to czy ty, człowieku, naprawdę jesteś? Przybyliście tutaj, Drodzy Przyjaciele, aby odnaleźć i potwierdzić do głębi to własne ludzkie jestem wobec Boga. Patrzcie na krzyż, w którym Boże Jestem znaczy Miłość. [...] Co znaczy czuwam? To znaczy, że staram się być człowiekiem sumienia. Że tego sumienia nie zagłuszam i nie zniekształcam. Nazywam po imieniu dobro i zło, a nie zamazuję. Wypracowuję w sobie dobro, a ze zła staram się poprawić, przezwyciężyć je w sobie” [3] [Niedziela Młodych, Częstochowa 15. 08. 1991 r. s. 6]

Oto program każdego prawego człowieka, czy to po tej, czy po tamtej stronie rzeki Bug. Jestem głęboko przekonany, że jeśli tak będziemy żyć i na takim fundamencie będziemy budować naszą wspólną przyszłość na ziemi i pod słońcem, które daje nam Bóg, jeszcze na naszych oczach ziści się marzenie naszych przodków. Nastanie czas wielkiej zgody i pojednania, przyjdą nowi ludzie, a wraz z nimi nastanie rzeczywista nowa era w Europie Środkowo – Wschodniej. Póki co, bardzo daleko nam jeszcze do tego i jeśli nie chwycimy już dziś społem, wszyscy, jak jeden mąż za różaniec, próżne nasze marzenia i wysiłki. Powiem więcej; jeśli nie usłuchamy Madonny z Gietrzwałdu, Anioła z mieczem ze Swojczowa i wielkiego proroka Bożego Jana Pawła II z Jasnej Góry, przyjdzie na nas niechybnie taki czas, gdy wielu będzie znów szczerze wołać: „padnijcie na nas góry, przykryjcie nas pagórki”. Dziś jest jeszcze czas, dziś można jeszcze zbudować lepszą przyszłość, ale jak powiada wielki w swej mądrości Kohelet: „Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem: jest czas rodzenia i czas umierania, czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono [...], czas miłowania i czas nienawiści, czas wojny i czas pokoju. [...]” [4] [Księga Koheleta, 3,2 i 3,8]

Modlę się, aby mój naród i moja rodzina, umiała dobrze i mądrze korzystać z tego dobra, które wypracowało tak wiele pokoleń, skądinąd pobożnych Polaków, aby tego dziedzictwa i tej swoistej kultury nie odrzuciła. Właśnie temu ma służyć także ta książka oraz poniższa relacja pana Antoniego Sienkiewicza. Wsłuchajmy się w to serce bijące po polsku i tak po „swojczowsku” .


ŚWIADECTWO KRESOWIANINA

Nazywam się Antoni Sienkiewicz mam 82 lata, mieszkam we wsi Moroczyn 56, gm. Hrubieszów, powiat Hrubieszów. Urodziłem się 20 lutego 1921 r. w kolonii Piński Most, gm. Werba, powiat Włodzimierz Wołyński. Mój tato miał na imię Michał, a mama Józefa z domu Świstowska. Moja rodzina była polską, miałem trzech braci i jedną siostrę, najstarszy był Hipolit z 1910 r., druga była Leokadia z 1913 r., trzeci był Kazimierz z 1916 r., czwartym dzieckiem byłem ja z 1921 r., najmłodszy był Eugeniusz z 1923 roku. Jako młody chłopak miałem wielu kolegów, przeważnie Polaków, choć jeden był Ukraińcem, nazywał się Piotr Romaniuk i pochodził z kolonii Zarudle. Piński most to była mała kolonia polska, w której mieszkało tylko 12 gospodarzy, ale nie w ilości siła. A jakości w naszej kolonii nie brakowało bowiem kilku z nich, należało do elitarnej organizacji, która nazywała się: „Krakusy”. Należało tam dwóch moich rodzonych braci: Hipolit i Kazimierz oraz Stanisław Hypś i Józef Świstowski. Każdy z nich posiadał swojego konia, swoją Lancę i szablę oraz inne potrzebne uposażenie.

Przed wojną nie raz, przeważnie w niedzielę, mogłem ich podziwiać, właśnie tak jeżdżących i ćwiczących. Na polu Stacha Hypsia była „ujeżdżalnia” i pamiętam dobrze, jak wielu kolegów przyjeżdżało do nich, aby poćwiczyć, czasami nawet z dość oddalonych miejsc. Dla przykładu z Marianpola przyjeżdżał pan Rak, z Mikołajówki pan Stasilewicz, z Turii pan Dobrowolski, a ich szefem był pan Abramowicz lat około 40, który był z Dominopola. Wszyscy należeli do szwadronu Kawalerii we Włodzimierzu Wołyńskim skąd też otrzymali potrzebne uposażenie. Pamiętam, że kiedy się ładnie ubrali to naprawdę było na co popatrzeć, mi osobiście bardzo się podobały specjalne koce pod siodło, na których były biało czerwone chorągiewki i po jednej i po drugiej stronie konia.

Ludności ukraińskiej u nas nie było, za to mieszkała u nas jedna rodzina żydowska o nazwisku Szloma. Stary Żyd miał lat około 70, a jego żona około 65, mieli też trzech synów: Dawid lat około 35, Herszko lat około 30 i Moszko lat ok. 25 oraz jedną córeczkę, której było na imię Łejka lat około 17.


POD SERCEM MARYI ZE SWOJCZOWA

Dla Królestwa Niebieskiego narodziłem się w Kościele p.w. Narodzenia Najświętszej Marii Panny w Swojczowie, gdzie już od wieków czczony był łaskami słynący wizerunek Matki Bożej Śnieżnej. Tam też przystąpiłem do pierwszej Komunii Świętej oraz do sakramentu dojrzałości chrześcijańskiej, do dziś bardzo dobrze pamiętam ten dzień, kiedy udzielono mi sakramentu Bierzmowania. Wraz z licznymi kolegami spotkaliśmy się już przed naszym Sanktuarium, było nas dość dużo i byliśmy poubierani w piękne świąteczne ubrania, ale przecież i chwila jak najbardziej stosowna. Potem razem z księdzem weszliśmy do Kościoła, przybył do nas też ksiądz biskup, który osobiście udzielał nam sakramentu Bierzmowania. Kiedy podszedł do mnie i zobaczył moje kalectwo, stała przy mnie moja mama i powiedziała, że błaga, że modli się o zdrowie dla mnie i o moja niepewną przyszłość. Bardzo martwiła się, jak ja sobie dam radę w życiu. Tymczasem ksiądz biskup pogłaskał mnie czule po głowie i powiedział: „Wszystko w mocy Boga, to nic nie szkodzi, może długo żyć.” I proszę żyję do dziś, mam się całkiem dobrze i moja rodzina także, choć przecież czasy, w których przyszło mi zmagać się ze zwykłą codziennością, rzeczywiście nie należały do najłatwiejszych. Muszę jednak podkreślić, że w najtrudniejszych chwilach zawsze uciekałem się do naszej umiłowanej Matki Bożej Swojczowskiej, a ona zawsze wspierała mnie swoją macierzyńską pomocą. Nawet w dzisiejszych czasach, kiedy tylko mogę, jadę 08 września na uroczysty odpust do Otwocka pod Warszawą. Właśnie tam znalazł swoje miejsce nasz cudowny wizerunek przeczystej i niepokalanej Panienki ze Swojczowa i tam też od lat, pielgrzymują nasze wołyńskie rodziny.

To już losy powojenne, póki co w ołtarzu głównym w naszym Kościele wciąż znajdował się ukochany Obraz Matki Bożej Swojczowskiej. Zwykle zasłonięty był innym obrazem, przedstawiającym Pana Jezusa unoszącego się w powietrzu, a pod nim na ziemi leżało 3 albo 5 ludzi i patrzyli w górę. To było chyba Zesłanie Ducha Świętego. Gdy obraz był odsłaniany, śpiewano piękną pieśń, my w tym czasie klęczeliśmy, a ministranci pięknie dzwonili dzwoneczkami. Obraz odsłaniał kościelny kręcąc korbką, która znajdowała się po lewej stronie Ołtarza, natomiast zakrystia znajdowała się po prawej stronie Ołtarza. W naszym Kościele nie było pięknej tradycji obchodzenia Ołtarza do około, którą można spotkać w innych znanych sanktuariach maryjnych i dawniej i dziś. Oprócz Ołtarza głównego w naszej świątyni było jeszcze dwa piękne ołtarze boczne, ale nie pamiętam już dziś komu były poświęcone. Przy jednym z nich, niekiedy modlił się ks. Symon, przeważnie przyjeżdżał do nas na Odpust. Po wojnie służył w Horodle w kościele św. Jacka i Matki Bożej Różańcowej.
KOCHALIŚMY ŚPIEWAĆ NA WOŁYNIU

Warto dodać, że przy naszym Kościele w Swojczowie był przepiękny chór złożony już z dorosłych osób, które ładnie potrafiły śpiewać, przy czym wtórowały im nasze piękne parafialne organy. Maryjny kult mocno promieniował nie tylko na Swojczów i naszą okolicę, a objawiało się to, nie tylko lgnięciem wiernych do maryjnych nabożeństw, ale przede wszystkim zamiłowaniem do pieśni religijnych, ale i wszystkich innych. W tamtych czasach na Wołyniu naprawdę kochano śpiewać, kochano te wspólne rodzinne spotkania i wieczory kiedy płynęła z piersi radosna i rześka pieśń patriotyczna. To był zarazem piękny model wychowania i niezwykła, swoista kultura i to zarówno Polaków jak i Ukraińców, wszyscy śpiewali. Poszczególne święta w roku miały swoje obrzędy i oczywiście pieśni. Jeszcze przed wojną jako młody chłopak, sam wykonałem gwiazdę i wraz z kolegami chodziliśmy po naszej kolonii oraz po sąsiednich wsiach i kolędowaliśmy. Pamiętam, że wraz ze mną chodził Antoni Dobrowolski z koloni Piński Most oraz parobek u sąsiada, który nazywał się Wieszczak. Kolędowaliśmy przeważnie w koloniach Wandywola i Zarudle, omijaliśmy natomiast bliski Dominopol bowiem tam było dużo podobnych grup, a więc duża konkurencja. W tej pięknej i kultywującej tradycje wsi, wierni robili nawet przedstawienie nazywane: „Herody”, w którym występowały takie postacie jak: śmierć, diabeł rogaty, Marszałek Polski Józef Piłsudski i sam Herod. Nie chodziliśmy dla pieniędzy, raczej dla radości, że w ten sposób mamy drobny wkład w podtrzymywanie pięknych tradycji, śpiewania pięknych kolęd polskich. To zawsze dodawało nam skrzydeł, dlatego kolędowaliśmy nawet podczas II wojny światowej i właściwie nikt, z tego powodu nie robił nam przykrości. Niektórzy w naszych stronach kolędowali jeszcze w roku 1942 r. .


ODPUSTY W SWOJCZOWIE

Największe uroczystości zawsze gromadziły w Swojczowie tłumy wiernych, którzy przyjeżdżali nawet z odległych stron. Szczególnie Odpusty stawały się takim czasem, kiedy mogliśmy spotkać wielu gości, a było u nas dwa odpusty, mniejszy przypadał 15 sierpnia na Matki Bożej Wniebowziętej i trwał tylko jeden dzień. Drugi wypadał 08 września w święto Narodzenia Najświętszej Marii Panny i ten był najważniejszym Odpustem w naszej parafii, który trwał przez trzy dni. Pamiętam, że trwało wtedy uroczyste 40-godzinne nabożeństwo, które zaczynało się o godzinie 18.00 nieszporami, dwa dni przed właściwym Odpustem. Następnego dnia, t.j. 07 września modlitwy trwały przez cały dzień, a nasi wierni z nadzieją i wiarą powierzali Maryi swój los, swoje życie, powołanie, codzienne troski i kłopoty.

W tych dniach, przychodziły do Swojczowa piesze pielgrzymki z takich miejscowości jak: Horodło nad Bugiem, Sielec, Poryck, Kisielin, a nawet z odległego Sokala. Wiele razy widziałem, jak Ci radości i rozmodleni pielgrzymi, całymi grupami wchodzili do naszej wsi, aby pokłonić się naszej pięknej i dobrej Królowej. Na ich czele zwykle kroczył kapłan, gdy byli już blisko na przeciw nich wychodził nasz proboszcz ks. Franciszek Jaworski, w otoczeniu wielu wiernych naszej parafii i radośnie witał w Imię Jezusa Chrystusa, przybyłych pielgrzymów, niemal całował pobożnie ich błogosławione stopy. Uroku tej chwili przydawały jeszcze, radośnie bijące dzwony w przykościelnej dzwonnicy. Trzeciego dnia, tych wielkich świąt w naszej parafii, były już wokół Kościoła prawdziwe tłumy wiernych, rozradowanych i religijnie rozśpiewanych. Ludzie jak zwykle przybywali ubrani bardzo odświętnie, a zarazem bardzo różnie, było więc wesoło i kolorowo. A muszę dodać, że mieliśmy tam na Kresach, piękną i postawną młodzież, chłopcy rośli, a dziewczęta urodziwe. Tak więc choć plac przykościelny był naprawdę dość duży, mimo wszystko, niemal cały zapełniał się furmankami, tak że wielu z tych, którzy przybyli później, musiało już korzystać z łąki naszego organisty, Polaka o nazwisku Jakubicki.

Szczególnie uroczysta była procesja, która odbywała się zarówno podczas małego, jak i wielkiego Odpustu. Jak zawsze na koniec nabożeństwa szliśmy radośnie dookoła naszej świątyni, chyba 3 razy, a razem z nami kroczył sam Pan Jezus. Ludzie nieśli wtedy zwykle nasze sztandary oraz obrazy, a dziewczynki, które w tym roku przystąpiły do pierwszej Komunii Świętej, sypały wdzięcznie kwiatki. Biły radośnie dzwony, a ludzie wyjątkowo głośno i radośnie śpiewali. Na koniec, jak w zwykle, już w Kościele wszyscy otrzymywali szczególne błogosławieństwo, połączone z odpustem zupełnym pod zwykłymi warunkami.

Oczywiście jak Odpust, to tak jak i dziś, tak i w tamtych czasach, zjeżdżało się wielu handlarzy, którzy rozstawiali swoje kiermasze. Tam to dopiero był ruch i prawdziwy jarmark, który robiły przeważnie dzieci, uradowane tak wymyślnymi słodyczami i przeróżnymi zabawkami. Jeden z mieszkańców Wólki Swojczowskiej, która przylegała do Swojczowa Ukrainiec Aleksiej Wydychaj, wpadł na dobry pomysł i postanowił zrobić dobry interes na tych tłumach ludzi. Jako zdolny człowiek zbudował karuzelę, którą w tych dniach stawiał na placu przykościelnym, widać miał pozwolenie księdza i robił na tym niezłe pieniążki, a dzieciaki miały przy tym dodatkową radochę. Karuzela była oczywiście napędzana ręcznie przez same dzieci. Ponieważ nie mieliśmy swojej rodziny w Swojczowie, zaraz wracaliśmy spiesznie do swojego rodzinnego domu, na smaczny i uroczysty obiad
POBOŻNI NAUCZYCIELE I DOBRA SZKOŁA

. W Swojczowie służyłem wiele razy do Mszy Świętej jako ministrant, a zawdzięczam tę łaskę naszym wspaniałym nauczycielom ze Swojczowa, którzy w każde święto prowadzili nas czwórkami, na godzinę 9.00 rano do Kościoła na Mszę Świętą. Była poza tym zrobiona lista, według której kolejne osoby służyły przy ołtarzu, to mi się bardzo podobało. Nie był to jedyny przejaw głębokiej wiary i patriotyzmu naszych wychowawców i nauczycieli. Bardzo miło wspominam także lekcje prowadzone przez naszego dyrektora szkoły, Polaka Stefana Stępień, który o ile dobrze pamiętam, uczył nas języka polskiego. Gdy rozpoczynał lekcje mówił krótko: „modlitwa”, wtedy wszyscy wstawali w klasie w swoich ławkach, a on odwracał się przodem do tablicy nad którą wisiał Krzyż i wspólnie głośno odmawialiśmy modlitwę, oto jej słowa: „Duchu Święty, który oświecasz serca i umysły nasze, dodaj nam ochoty i zdolności, aby ta nauka była pożytkiem doczesnym i wiecznym przez Chrystusa Pana naszego Aman.” Potem wszyscy siadaliśmy na swoich miejscach i trwała normalna lekcja, sytuacja powtarzała się, gdy kończyliśmy już swoją naukę. Znowu wspólnie odmawialiśmy modlitwę, tym razem dziękczynną, dopiero po niej szliśmy do domu. Modliliśmy się wspólnie i nikt się temu nie sprzeciwiał, chociaż w mojej klasie, była nawet jedna Żydówka oraz dwóch Żydów. Jeden z nich miał na imię Abram, a drugi Herszko, obaj pochodzili ze wsi Widełka, od strony Włodzimierza, to były wysokie chłopaki, ale nie wiem co się później z nimi stało. W mojej klasie byli też Niemcy, w tym Herman Negier z kolonii niemieckiej Wandywola oraz Ukraińcy, dla przykładu Liwiniuk ze wsi Wólka Swojczowska. Szczerze mówiąc nie wiem czy modlili się razem a nami, ale nie pamiętam, aby kiedykolwiek żalili się, że ich ktoś prześladuje, albo składali jakieś protesty do dyrekcji naszej szkoły. W szkole odbywała się także religia, przychodził do nas ks. Franciszek Jaworski, a do młodzieży ukraińskiej pop prawosławny ze Swojczowa. Niedaleko szkoły, tylko zaledwie 50 metrów, była wysoka, drewniana i piękna Cerkiew, pamiętam że była pomalowana na zielono i pokryta blachą.


DZIEŁO DOBREGO PASTERZA

Pierwszego kapłana, którego pamiętam w Swojczowie, to był ksiądz Kurowski, ale niestety jego posługa spotkała się z krytyką naszych parafian. Wtedy przyszedł do naszego Kościoła ksiądz staruszek, który tym bardziej, nie dawał sobie rady z posługą w tak wielkiej parafii. Wiem o tym dobrze ponieważ, nasi parafianie publicznie o tym dyskutowali wiele razy. Dopiero gdy do Swojczowa przyszedł ks. Franciszek Jaworski, nasza parafia zaczęła tętnić życiem, już od pierwszych dni można było zauważyć, że wspaniale się u nas czuje i doskonale daje sobie radę. Nasi ludzie także bardzo go polubili i chętnie udzielali wszelkiej pomocy przy rozwoju naszej parafii. Jednym z pierwszych jego dzieł, była więc aktywizacja Kościoła, który budują przecież parafianie i ich rozmodlone serca, potem były następne. Dla przykładu nowa, ładna kaplica zbudowana tuż obok naszej świątyni, o ile dobrze pamiętam poświęcona była Matce Bożej. Stała po lewej stronie Kościoła i była zwrócona przodem do ołtarza głównego. Ks. Franciszek poszerzył tez plac wokół Kościoła oraz zbudował na zewnątrz poddasze, pod którym księża spowiadali tłumy wiernych, szczególnie w czas niepogody. Obok Kościoła stała też murowana, piękna i zabytkowa dzwonnica. Były tam 3 dzwony, jeden z nich był tak duży, że słychać go było bardzo daleko, nawet na odległość 15 km. Niektórzy parafianie mówili, że dzwony ze Swojczowa słychać nawet we wsiach Kowalówka i w Budy Osowskie. Gdy jednej zimy, około 1929 r., mrozy w naszych stronach dochodziły nawet do 40 stopni, jeden z tych dzwonów nie wytrzymał i pękł, wtedy odlaliśmy nowy dzwon. Każdy z nich miał swoje imię, a jeden to był chyba Bartek.

Do piewszej mojej szkoły chodziłem do niedaleko położonej, dużej i pięknej wsi polskiej Dominopol. Tam pod Lasem Świnarzyńskim znajdował się duży drewniany dom pod blachą, który należał do gospodarza Pawła Buczko. Pan Buczko wynajmował swój dom dla potrzeb naszej 4 – klasowej szkoły. Oczywiście w szkole miałem bardzo wielu kolegów i koleżanek, ale znowu prawie wyłącznie Polaków bowiem na około 120 rodzin mieszkających w Dominopolu, prawie wszyscy byli narodowości polskiej. Mieszkało tam tylko dwie rodziny ukraińskie: Stefana Dubczuka i Teodora Dubczuka.




  1   2   3   4   5   6   7   8


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna