Rafai, styczeń 2010 Bandy w Afryce



Pobieranie 36.07 Kb.
Data07.05.2016
Rozmiar36.07 Kb.


Rafai, styczeń 2010

Bandy w Afryce
Świętowaliśmy niedawno Boże Narodzenie.

W żłóbku do osła, woła i owieczek dołączyła w tym roku słonica z małym i żyrafa. Dzieciom do gustu najbardziej przypadły słonie, prawie wszystkie musiały je dotknąć. Niestety, nie we wszystkich wioskach można było świętować przyjęcie naszego Zbawiciela. Zgromadzenie się w kościele mogłoby okazać się ryzykowną pułapką…



Wszystko zaczęło się jakieś 22 tata temu w Ugandzie, zasłynęła wtedy prorokini (medium między światem duchów i żywych) Alica Lakwena. W Afryce proroków nigdy nie brakowało, zwłaszcza w okresie pokolonialnym, ale Alice wprowadziła wielką nowość, stworzyła zbrojną armię. Poprowadziła na wojnę 10 000 ludzi i 140 000 duchów. Kraj miotał się w wojnie domowej. Po rzeźniczych rządach prezydenta Ugandy (1971-1979) Amin (Dada) o prezydencki fotel walczył Milton Obote, Yoweri Museveni (prezydent po dzień dzisiejszy) i Bazilo Okele. Ten ostatni należy do plemienia Acholi, zamieszkujących północ Ugandy. Stolica ostatecznie znalazła się w rękach nie przebierającego w metodach Museveniego, ku wielkiej goryczy ludzi z plemienia Acholi. To właśnie tam, na północy Ugandy, pojawiła się Alica, córka katechety z kościoła Anglikańskiego. Alica jest bezdzietna, z tego powodu porzuca ją trzech kolejnych mężów, za to zostaje wybranką ducha zmarłego włoskiego inżyniera Lakwena (w wierzeniach Acholi to chleb powszedni). Osoba opanowana przez ducha wpada w szaleństwo. Ojciec próbuje wyleczyć córkę przez miejscowych uzdrowicieli. Wszystko na nic. Ostatecznie duch (zmarłego inżyniera) posyła ją do parku narodowego (rezerwat przyrody), gdzie przebywa przez 40 dni i tam zawiera pakt ze zwierzętami i przyrodą. Zwierzęta skarżą się, że żołnierze Museveniego na nie polują. Wody w rzekach czują się splugawione trupami rzucanymi przez krwawe reżimy. Alica ma temu zaradzić. W pierwszej fazie zaczyna od uzdrawiania chorych (fizycznie i psychicznie), jednak bez większych sukcesów. Tworzy ruch: "Holy Spirit Movement" (Ruch Ducha Świętego). To w ramach tego ruchu Alica pod wpływem ducha przechodzi do drugiej fazy - walka ze złem w Ugandzie. Jej ziomkowie przegrali w wyścigu o prezydencki fotel. Zdaniem Alicy przyczyną była nieczystość ich żołnierzy. Jest na to rada, prorokini wie, jak ich oczyścić, co więcej, prowadzi ich przez inicjację zapewniającą żołnierzom nietykalność - stają się niewidoczni dla kul. Ruch zmienia nazwę: "Holy Spirit Mobile Force" (Ruchome siły Ducha Świętego). W kraju despotycznymi metodami rządzi Museveni, wokół Alicy gromadzi się opozycja. Około 10 000 oczyszczonych i nieśmiertelnych wojowników wierzy w moce Alicy Lakwena. Ostatecznie to nie oni będą walczyć, zrobią to za nich liczne duchy. Ich panteon jest zadziwiający, do zmarłych przodków z plemienia Acholi dołączają sprowadzeni przez Alice nowe duchy z Europy, z USA, z Azji. Żywi wojownicy mają całą listę nakazów i zakazów, w tym najciekawszy, zabraniający im korzystania z jakiegokolwiek schronienia (termitiera, drzewo) w czasie ataku. Na wytrwałych i posłusznych czekają sowite nagrody - po tuzinie dzieci, samochód, piękna willa. Armia żywych i duchów wspierana przez zwierzęta (pszczoły i węże) i siły natury (rzeki) ruszyła na Kampale (stolica Ugandy). W momencie ataku, co drugi żołnierz miał karabin (prawie jak pod Stalingradem). Ci bez broni mieli magiczne kamienie, miały wybuchać jak granaty. Przeciwnicy po drugiej stronie frontu podzielali wiarę w nadprzyrodzone siły Alicy, nic dziwnego, że słysząc nadciągające wojsko z hymnami do Ducha świętego, ratowali się ucieczką, zostawiając broń i amunicję. Sława Alicy Lakwena rosła, ale z każdym kilometrem bliżej stolicy robiło się coraz trudniej. Aż w końcu wojsko Museviniego zaatakowało i Ruchome Siły Ducha Świętego straciły wielu z żywych wojowników. Prestiż Alicy zachwiał się w posadach i właśnie wtedy wyłonił się John Kony, przedstawiający się jako kuzyn Alicy. Kony odłączył się od upadającej Alicy, twierdząc, że to nie duchy, lecz żołnierze rządzą ludźmi. W rzeczy samej, kilka tygodni później armia Lakweny poniosła ostateczną klęskę. Alica zbiegła do Kenii, gdzie dziennikarze wytropili ją to w obozach dla uchodźców, to w barach Nairobi. Kony wykorzystał ten moment i pozbierał uciekających rozbitków z Ruchomych sił Ducha

Świętego i pozostałych żołnierzy z plemienia Acholi. Stworzył wtedy najbardziej diaboliczną armię w historii pokolonialnej Afryki zwaną : The Lord's Resistance Army ( Armia Oporu Pana, niektórzy tłumaczą to jako - Armia Boża). Kony urodził się w 1961 roku. Kiedy doszedł do ociekającej krwią władzy, uczynił z wioski Odek, miejsca swojego urodzenia, sanktuarium pielgrzymkowe. Według krążących o nim legend, od dawna był on medium różnych duchów wysłanych przez Boga. Jego misją jest wyzwolenie ludzkości z chorób, cierpienia i złych sił. W krótkim okresie przechodzi diaboliczne dojrzewanie. Nie popełnia błędów Alicy, wie, że to nie duchy będą walczyć, ale są konieczne, na nich wspiera się wiara jego wojska. Zabiera cały arsenał dorobku Alicy: namaszczenia, wodę święconą, nakazy i zakazy Ducha Świętego, wszystko, co ma ich uczynić nietykalnymi, nieśmiertelnymi na polu walki. Udoskonala system. Do pierwszej operacji wojennej ruszają z hymnami na ustach, w końcu przywracają boży porządek na świecie. Podbitym przekazują swoją niezachwianą wiarę, przez co powiększają swoje szeregi. W 1988 po raz pierwszy atakują bezbronną, najzwyklejszą w świecie szkołę. Z gimnazjum zabierają jako zdobycz wojenną dziewczęta, to nagroda dla wyższych rangą. Te małoletnie niewolnice będą też ćwiczone w sztuce wojennej i kiedy zajdzie potrzeba z bronią w ręku pójdą na front. Wszystko wymaga odpowiedniego uzasadnienia, podłoża ideologicznego. Kony, nowy mesjasz, głosi swoje credo: Świat jest zepsuty, ludzkość nie doczeka roku 2000 (jesteśmy w 1988). Dlatego LRA (Armia Oporu Pana) musi porywać dzieci, żeby mogły żyć w nowym świecie, z nowym mesjaszem, stary świat jest zbyt zepsuty, żeby mógł być zbawiony. Nowi rekruci przechodzą inicjację, namaszczenia, poświęcenia, wszystko w rękach Boga. Każdego gotowego do walki wypełnia malaika - anioł w języku kiswahili. Od czasu do czasu adeptom pokazuje się chuda wysoka postać z białą owieczką na smyczy, budzi lęk fascynację, oddanie, to John Kony. LRA łupi okolicę, zabiera dzieci (najmłodszy 5 lat) młodzież, kobiety. Szacuje się, że około 20 000 dzieci zostało porwanych i wcielonych do armii, niektórzy z nich tam dorośli. Szkoły były uprzywilejowanym celem ataków. Przerabianie dzieci na żołnierzy ma zawsze wspólny mianownik, trzeba by dzieciak kogoś zabił, dobrze, żeby był to znajomy, ktoś z rodziny, z wioski, nauczyciel. Ci, którym udało się uciec, opowiadają makabryczne historie typu: „Jednemu z nas udało się zbiec, ale go złapali i zmusili nas, byśmy go zabili kijami. A potem powiedzieli nam, że duch zabitego będzie się mścił, nigdy nas nie zostawi, tylko tu w LRA Kony może nas przed tą zemstą chronić”. Miejscowa ludność próbowała się bronić, kończyło się to jeszcze większą tragedią. Spalono wioski, a ludziom odcinano nosy, uszy, ręce, przebijano wargi i zakładano kłódki. Kony wydał zakaz posiadania rowerów. Rowerem można było w miarę szybko się przemieszczać i powiadomić rządową armię o ruchach LRA. Jeśli wiec znaleziono rower, właścicielowi odcinano nogi, żeby już nigdy więcej nie mógł pedałować. Doszło do tego, że ludzie z wiosek uciekali na noc do miejscowości strzeżonych przez armię. Problem w tym, że te miejscowości nie miały odpowiednich struktur, by przyjąć uciekinierów. Ze 180 szkół w północnej Ugandzie, tylko jedna nie była zamknięta. W okresie gdy LRA była najliczniejsza, mogło ich być 6 może 7 tysięcy, czemu więc dziesięciokrotnie liczniejsza armia rządowa Museweniego nie mogła sobie z nimi poradzić? W pierwszej fazie Uganda była wciągnięta w zawieruchę ludobójstwa między Hutu i Tutsi, z czego korzystała LRA. Kiedy sytuacja w regionie się ustabilizowała i armia Ugandy przeszła do ofensywy ludzie Konyego znaleźli schronienie w sąsiednim Sudanie. Obowiązuje tu zasada, wróg mojego wroga, jest moim sprzymierzeńcem. Otóż do 1990 w Sudanie toczyła się zupełnie inna wojna. W październiku tego roku, do naszej misji w Obo (blisko granicy z Sudanem) codziennie docierały grupy uciekinierów, głównie kobiety i dzieci. Wtedy po raz pierwszy spotkałem się z ludźmi skrzywdzonymi przez wojnę. Sudan od stuleci jest podzielony na dwie części. Muzułmańską północ ze stolicą w Khartoumie i południe z ludnością o wierzeniach tradycyjnych (błędnie nazywa się ich animistami) i chrześcijanie. Khartoum co rusz próbuje wszystkim siłą narzucić swoje poglądy, a południe się broni. Na czele ostatniej rewolty stanął niezwykle dzielny wojownik John Garang, domagający się niepodległości dla południa Sudanu. Garang otrzymywał wsparcie Stanów Zjednoczonych via Uganda i z Izraela (miejscowe pogłoski). Skoro więc Uganda wspiera wroga Khartoumu, to Khartoum wspiera wroga Ugandy - Konyego. Na terenie Sudanu LRA miała kilka baz. Dostali też wojskowe wyposażenie. Khartoum otworzył też przed Konym swój niewolniczy rynek, gdzie LRA sprzedała sporo dzieci w zamian za broń. Mając bezpieczne zaplecze ciągle nękali Ugandę. W marcu 2002 armia Ugandyjska ogłosiła zniszczenie 4 baz w tym jednej w Sudanie. Był to pierwszy cios zadany Konyemu. Daleko jednak do zakończenia problemu. Po raz drugi w 2004 armia Ugandy dostaje zezwolenie na wkroczenie do Sudanu. Tym razem Kony i jego ludzie muszą uciekać, przekroczyli granicę i schowali się w Kongo (były Zair). Sudan jednak nadal był ich zapleczem. Rok później John Garang odniósł zasłużone zwycięstwo (zginęło ponad milion ludzi, zwłaszcza z jego plemienia) - Południowy Sudan otrzymał daleko idącą niezależność, a jego przywódca Garang międzynarodowe uznanie. Dla ludzi Konyego oznaczało to koniec pomocy z Khartumu. Niestety, Kony radzi sobie po swojemu. Rekrutuje, czyli porywa dzieci w Kongo. Uzupełnia też swoje zapasy, wymienia nałożnice w haremie i jak zawsze zabija, pali, sieje terror. Na Boże Narodzenie w Kongo w słomianym kościele zamknięto 200 osób i spalono ich żywcem. Do akcji próbowało wkroczyć ONZ. Ich liczne oddziały stacjonują w Kongu próbując rozwiązać nierozwiązywalne problemy w Kivu. Akcja skończyła się tragicznie, ośmiu żołnierzy z Gwatemali w niebieskich hełmach straciło życie. Trzy lata temu po raz pierwszy docierają do nas wiadomości, że ludzie Konyego są i u nas. Na pograniczu między Sudanem i Kongo złupili wioskę Bambuti, zabrali ludzi jako tragarzy, na szczęście dość szybko ich uwolnili. Panika ogarnęła ludzi z tego rejonu, kto może, ucieka w kierunku Obo. Kilka miesięcy później dramatyczne wieści. LRA zaatakowała Obo. Obo było naszą pierwszą misją, to stosunkowo duże wojewódzkie "miasto", odizolowane od reszty kraju (550 km do najbliższej stacji paliwowej). Ograbili jedną dzielnicę. Zabrali około 80 ludzi, niektórzy z nich wrócili w miarę szybko, inni byli niewolnikami przez lata. Kolejne wioski padały ofiarami, za każdym razem bliżej Rafai. Pojawiło się też wojsko ugandyjskie i odziały armii z RCA (Republiki Środkowej Afryki). Zadaniem wojska rodzimego jest zapewnienie bezpieczeństwa w Obo i większych miejscowościach. Rezultat jest taki, że w okolicach Obo zrobiło się pusto, ludność z wiosek uciekła do miasta. Ci, którzy nie mają rodziny, zamieszkali w szkołach. Skąd dla nich zdobyć żywność? Wojsko z Ugandy znacznie lepiej wyszkolone i w lepszej kondycji fizycznej próbuje wytropić LRA w buszu. Zadanie niezwykle trudne, to gigantyczna przestrzeń, gdzie każdy zakątek może być kryjówką. Na głównej drodze w okolicach miejscowości Mboki, LRA napadła na ciężarówkę należącą do włoskiej organizacji (pozarządowej) "Copi". Liczyli, że znajdą w niej żywność, kilka ciężarówek z żywnością właśnie pojechało do Obo. Tym razem w ciężarówce był tylko cement na remont szkół. Zginął kierowca i 2 pasażerów a ciężarówkę spalono. Wszystkie organizacje humanitarne natychmiast opuściły region. Na początku listopada doszło do walki w okolicach Djema. Ponoć armia ugandyjska odniosła spore zwycięstwo, rzeką popłynęły trupy. Zaledwie dwa tygodnie później w Rafai powiało grozą, dotarła wiadomość o napadzie na wioskę Derbissaka, należącą do naszej parafii. Zabrali 25 ludzi. Prawdopodobieństwo, że LRA dotrze do Rafai jest małe, to dla nich zbyt ryzykowne, w Rafai mogliby trafić na wojsko. Dwa dni później ktoś krzyknął, że bandyci są już 12 km od Rafai. Jakaś zdesperowana matka wtargnęła do szkoły i w panicznych ruchach wyszarpała swoje dziecko. Strach udzielił się pozostałym uczniom, ratuj się kto może, krzyk, płacz, panika. W gimnazjum i liceum to samo, wszyscy uciekają, tylko dokąd? Taka panika, to jak żywioł, nie można z nią nic zrobić, musi się sama rozładować. Najbliższym sąsiadem misji jest rodzina nauczyciela, zatrudniliśmy go dwa miesiące temu. Dla jego żony pierwsze miesiące w nowej miejscowości to tragedia. Po raz pierwszy opuściła swoje rodzinne środowisko, czuje się wyobcowana. W momencie kryzysu jej strach był podwójny. Do miednicy wrzuciła kilka najcenniejszych rzeczy, miskę na głowę, najmłodsze dziecko na plecy a drugie trzyma za rękę. Biedna nie zna topografii Rafai. Chce uciekać, znaleźć schronienie, ale gdzie? Ulokowała się na pace jeepa. Strach, podobnie jak ból, deformuje twarze. Przez następne dwa dni psychoza powoli się rozładowała. W wioskach mężczyźni wyciągnęli strzelby i się z nimi nie rozstawali, a na nocleg wszyscy gromadzili się w jednym miejscu. Bycie razem i broń stworzyły poczucie bezpieczeństwa. Powoli życie zaczęło wracać do normy, żona nauczyciela zeszła z samochodu. Kolejne złe wieści dotarły z Zemio, szykują się na przyjęcie uciekinierów z Konga. Jakieś 200 km po drugiej stronie granicy jest kilka wiosek zagubionych w buszu. Te wioski były regularnie łupione. Ataki miały miejsce o świcie zanim ludzie się rozeszli do zajęć, dlatego napastników nazwano: "Tongo tongo". W języku lingala „tongo” oznacza poranek, a „tonto tongo” - bardzo wczesny poranek, brzask albo świt. Nie mając innego wyjścia ludzie przenieśli się do szałasów i chat na polach (oprócz domu w wiosce prawie wszyscy mają drugi dom, tam, gdzie uprawiają pole). Tongo tongo znaleźli ich i tam. W bliżej nie znanych okolicznościach zginęło 4 ludzi, spalili też kilka domostw. Pozostała tylko ucieczka do buszu. Każdy zabrał tyle, ile był w stanie unieść i schowali się w lesie. Zajęli się nimi misjonarze protestanci. Zaproponowali im obóz uciekinierów w RCA w Zemio, na pewno będzie to lepsze niż las. Pomogła ambasada Stanów Zjednoczonych i ONZ, szybko przygotowano dla nich miejsce w Zemio. Przyszło 3000 ludzi. Sporo pomogli im też miejscowi chrześcijanie z miejscowych kościołów. Ich sytuacja na pewno się poprawiła, ale co dalej? Osiedlić się w RCA? Zabrać się za wycinanie lasu na pole? Dziś ciągle liczą na to, że wrócą. Pod koniec listopada kolejny cios, padła wioska Baroua. Zastrzelili jednego mężczyznę i zabrali 24 ludzi w tym 13 uczniów i dyrektora z naszej szkoły. Kilka godzin po ataku dociera tam zaalarmowane wojsko ugandyjskie. Obecność solidnie uzbrojonych żołnierzy pomaga opanować strach. Djem, Derbissaka, Baroua to ten sam sektor, odizolowany, ciężko dostępny. Dociera tam tylko samochód misji i safari (na polowania). Do naszej parafii należy 100 km tego sektora z siedmioma wioskami (pozostałe należą do Zemio). Przed Bożym Narodzeniem zorganizowaliśmy w parafii, jak za czasów apostolskich, pomoc dla poszkodowanych wiosek, mydło, sól, lekarstwa, ubrania. Próbuję do nich z tym dojechać. Zatrzymałem się w wiosce na trzydziestym kilometrze od głównej drogi, mieszka tu tylko kilka rodzin. Trwało to chwilę, zanim zobaczyłem pierwszych ludzi. Słysząc samochód dla "bezpieczeństwa" woleli się schować. Na tradycyjne pytanie, - co słychać?, wszędzie ta sama odpowiedź: „Tongo tongo”. Co im powiedzieć? Jak dodać odwagi?

- Jeśli przyjdą, nie stawiajcie oporu, jest was za mało. Część zbiorów schowajcie na polach, a tyko część trzymajcie w wiosce, żeby ich nie zdenerwować.



- Ojcze, niech biorą wszystko co chcą, byle nas nie brali.

Planowałem nocleg w dużej wiosce Kossa na 65-tym kilometrze. Tu zupełnie inny nastrój, w wiosce są żołnierze, młodzi, sympatyczni, wysportowani. Nie rozstają się z bronią, taśmy z nabojami noszą na szyi jak wisiorki. Śpią w malutkich namiotach zrobionych z pałatek i słomy. Wielu z nich już od trzech lat nie widziało rodziny biorąc udział w pościgu za LRA. Rozkaz jest prosty, nie wrócą do domu, jak nie skończą z Konym. W wioskach zostawiono małe odziały, większość tropi w buszu Koniego. Następnego dnia przenoszę się do wioski Baroua. Po drodze zabieram żywność, którą dla wojska podrzucił helikopter. W Baroua wokół kościoła powstał obóz z tych maleńkich namiotów. Na pierwszy rzut oka wygląda to sympatycznie. Jeden z żołnierzy gra z chłopcami w piłkę, w innym kącie żołnierzom po posiłku zostało jeszcze coś w garnku i zaprosili maluchy, a te apetycznie wyjadają resztki. Pod jednym z mangowców ktoś sprzedaje wino palmowe. Wśród biesiadników kolejny żołnierz. Przy jego wiklinowym fotelu stoi na dwóch nóżkach ciężki karabin maszynowy, z kolan zwisają mu taśmy z nabojami, a przed nim pół litrowy plastykowy kubek. Broń Boże nie ma to nic wspólnego z pijaństwem, to coś jakby jedno piwo w gorący dzień. (W przeciwieństwie do żołnierzy z RCA, którzy mają chronić Obo i Zemio, a wieczorami o własnych siłach z trudnościami wstają z fotela. Minister spraw wewnętrznych był załamany podczas wizytacji, patrząc na ich gotowość do obrony ojczyzny. Co zupełnie nie przeszkodziło ministrowi głosić w radiu narodowym, że na wschodzie kraju ludzie prowadzą "sielankowy tryb życia"). Od napadu na Barouę upłynęły cztery tygodnie. O trzeciej po południu z różnych miejsc wyszli uzbrojeni ludzie. Do zachodu słońca splądrowali każdy dom, każdy spichlerz, zabierali żywność, ryż, orzeszki ziemne, maniok, sól, odzież. Złapali część ludzi, wyprowadzili ich na polanę za wioską, tam przygotowali ich do wymarszu. Technika jest prosta, mężczyzn trzeba tak obciążyć, by nie mogli uciekać. Zapakowaną w długie płótna żywność przywiązują do nosicieli, na plecy, na brzuch, na ramiona, na głowę (przypomina to logo firmy Michelin). Pozbycie się takiego bagażu nie jest proste. Porwani muszą iść boso, to też ma utrudniać ucieczkę. Wymarsz o czwartej rano, bardzo szybki, stymulowany biczami, chodzi o to, by ich jak najszybciej zmęczyć. Na nocleg więźniów w pozycji leżącej przykrywają dużą plandeką a brzegi plandeki przyciskają bagażami, na których śpią strażnicy. Zmęczenie jest tak wielkie, że nikt nie myśli o ucieczce. Porwany dyrektor szkoły opowiadał, że najgorsze były rany na nogach. Przesadnie ciężki bagaż, zmęczenie, chaszcze, kamienie, co jakiś czas ludzie się przewracają, o własnych siłach nie podniosą się. Dopiero po trzech dniach ostrego marszu dyscyplina nieco się rozluźnia. Czwartego dnia zwolniono pierwszą grupę. Część łupu po drodze została zjedzona, nie potrzeba już tyle tragarzy. I tu rzecz zadziwiająca, na odchodne uwolnieni dostali rację orzeszków na drogę, bez tego pożywienia, mieli niewielkie szanse wrócić żywi. Skąd ten ludzki odruch? 80% tongo tongo to byłe porwane ofiary. Oprócz żołnierzy jest tam trzy razy tyle kobiet i dzieci. Ścigani od lat żyją jak zwierzęta w lesie. Dziś ich problemem jest głód. Tam, gdzie się ukrywają nie brakuje zwierzyny, ale oprócz mięsa, o ile je zdobędą, nie mają niczego. Ci, którzy z Barouły wrócili, choć upłynęło już sporo dni, ciągle mają kłopoty z chodzeniem, zwłaszcza starsi. Mam dla nich pod dostatkiem voltarenu. Pytam sąsiadkę:

- Ciebie też złapali?

- Nie. Jak się zorientowałam co się dzieje, wskoczyłam w krzaki (wskazuje ręką kierunek). Położyłam się na ziemi i leżałam bez ruchu, słyszałam ich, przechodzili koło mnie wiele razy, myślałam, że serce mi wyskoczy.

Do rana tak leżałam.

- A czemu zabili Mikołaja?

- Mówią, że kazali mu oddać maczetę. Jak go złapali, to miał w ręku maczetę i oni chcieli, żeby ją położył na ziemi, a on ją rzucił i zaczął uciekać, no i w tedy strzelili.



Mikołaj miał 25 lat, pamiętam go z pierwszej komunii i bierzmowania. Jego koledzy przynieśli mi pokazać łuskę z naboju, od którego zginął Mikołaj. Łuska kompletnie zardzewiała, miedź tak szybko nie koroduje, chyba, że miała kontakt z potem. To potwierdza pogłoskę, że Kony ma resztkę amunicji, kule zamiast trzymać w magazynkach przekładają z ręki do ręki. Panicznie uciekają przed wojskiem. Od dawna nie zaatakowali miejscowości, gdzie jest choćby trzech uzbrojonych żandarmów. Zdaniem specjalistów Kony chce się przedostać do Darfuru (w Sudanie) To zaczyna się układać w całość, tylko w Sudanie mógłby liczyć na zdobycie amunicji, ale za co? Z porwanych w Derbissace i Baroua wrócili wszyscy dorośli, brakuje najmłodszych. Czyżby mieli być znowu towarem na wymianę? Od tamtych tragicznych dni szkoła jest zamknięta, ale udało mi się zgromadzić wszystkich uczniów w kościele w Sangarigu ( Sangarigu leży między Baroua i Kossa). Miałem dla nich wszystkich impregnowane moskitiery, to akcja jeszcze z zeszłego roku szkolnego. Wziąłem dzienniki od nauczycieli i po kolei wyczytywałem nazwiska. Osiem razy padła odpowiedź: „Zabrali go” („tongo tongo a mu lo”). Podobnie w grupie katechumenów przygotowujących się do chrztu, brakuje dwóch dziewczynek. W Derbissaka było inaczej, to największa wioska (900 mieszkańców), ciągnie się przez 3 km. Tongo tongo nie byli w stanie jej otoczyć, rozpoczęli w jednym końcu, przyciągnął ich tam sklepik szefa wioski. Wieść rozeszła się po wiosce jak błyskawica. Zande to myśliwi, prawie wszyscy mają broń (gorzej z amunicją), oddali kilka strzałów w powietrze zanim uciekli. Okazało się to wystarczające, napastnicy zabrali to, co już im wpadło w ręce i też uciekli. Wtedy w wiosce nikt się nie zorientował, że LRA nie ma najmniejszej ochoty na walkę. Na rzecz napastników działała ich niechlubna sława. W czasie mojego ostatniego dnia pobytu w Derbissace spora zmiana. Wojsko dostało rozkaz przegrupowania się. Mają opuścić wioski Kossa, Sangarigou, Baroua i zgrupować się w Derbissace. Co się dzieje? Krążą różne opinie, najbardziej prawdopodobna to ta, że spodziewają się kolejnego ataku. Po drodze mijam dziarsko maszerujących żołnierzy, jeszcze raz potwierdza się opinia o ich wyszkoleniu. Pokonują bez wysiłku w tropikalnych warunkach 30 km z całym sprzętem, olbrzymi plecak plus broń i amunicja. Nie wzięli do pomocy chłopców z wioski, choć chętnie by z nimi poszli. Jak tylko żołnierze opuścili wioski, ludzie znowu wpadli w panikę. Czemu poszli? Kto ich teraz obroni? Ostatnie dwa napady były o piętnastej, to nowa metoda, w nocy przemieszczanie się jest bardzo trudne, a tym samym zmniejsza się ryzyko powiadomienia wojska. Nie widząc innego wyjścia wszyscy przenieśli się z wiosek na nocleg na pola. Do Sangarigou przyjechałem o szesnastej, nie spotkałem nawet kulawego psa. Sangarigou to bardzo malownicza wioska, szeroka piaszczysta droga, palmy, okrągłe chaty. Wieczorami zawsze tętniło tu życie. Przy chatach kobiety na ogniskach szykują kolację, dzieciaki baraszkują, ich radosny szczebiot tworzy specyficzny nastrój, dziewczynki zaplatają sobie włosy nucąc piosenki, mężczyźni dyskutują przy kończącym się winie palmowym. Tym razem słychać było tylko nocne ptaki, a w powietrzu wisiał smutek. O piątej rano obudziły mnie pierwsze odgłosy wioski. Znowu biegały psy i kozy, wszystko wyglądało normalnie, jak zawsze, jakby nic się nie stało. Myślę teraz o tych wioskach. Na Pasterkę przyjść chyba się nie odważyli. Może za to rano usłyszeli: "Chwała na wysokości Bogu a na ziemi POKÓJ ludziom jego upodobania." A może bardziej przykuła ich uwagę opowieść o ucieczce do Egiptu, bo Herod, bo tongo tongo, bo zawsze pojawi się ktoś o chorych ambicjach i gotów będzie dla władzy zabić nawet dzieci. Boję się, że ta smutna historia wypaczy obraz Afryki, jeden wielki krwawy horror. Tak nie jest. Proszę, zwróćcie uwagę, że ofiarami tej tragedii są Afrykańczycy, kobiety, dzieci, mężczyźni, zwykli, normalni ludzie. Kony i część jego kliki, to jak wrzód na zdrowym organizmie, to jak historia o Hitlerze, Stalinie, Saddamie Hussajnie czy Pol Pocie. Problem w tym, że ona ciągle trwa i nie wiadomo, kiedy się skończy. LRA podzieliła się na małe oddziały, są w Kongo, w okolicach Obo, Zemio, Derbissaki. Kiedy uda się ich wyłapać? Z narodzeniem Jezusa Chrystusa zrodziła się na świecie nadzieja i ona zawieść nie może.
o. Kordian Merta (Republika Środkowej Afryki)







©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna