Recenzja andrew



Pobieranie 17.5 Kb.
Data06.05.2016
Rozmiar17.5 Kb.
RECENZJA – ANDREW

Kiedy dostałem do ręki pierwsze wydanie Apsary, coś mnie tknęło. Wiedziałem już, iż to nasz rodzimy debiut literacki, więc spodziewałem się lżejszej formy; mniejszej objętościowo, gdyż takie właśnie dominują od jakiegoś czasu wśród naszych twórców, nie tylko początkujących. A tu kompletne zaskoczenie - 764 strony bez podziękowań! Od pierwszej chwili przeczuwałem, że ta książka będzie odmienna od wielu, wielu innych.

- Ma faceta jaja! – pomyślałem pewien obaw, gdyż z twórczości polskich prozaików, z jaką miałem możność się zetknąć ostatnimi czasy, zdecydowanie bardziej przypadały mi do gustu dzieła krótsze. Opowiadania, nowelki lub mini powieści, gdzie najważniejszy jest pomysł, gdzie wystarczy odkrywczy punkt widzenia, celna puenta lub jeden inny wybitny rys, by całości nadać sznyt, który zachwyci czytelnika - w tym chyba nasi młodzi, niekoniecznie wiekiem, twórcy czują się najlepiej. Tutaj trafiłem na wiele prawdziwych brylancików. Na dużą nową i dobrą powieść polskiego autora nie trafiłem niestety już od dość dawna. A tu taki debiut; prawdziwa waga ciężka. Prawdziwa odwaga. A może świadomość własnej wartości i tego, co się ma do powiedzenia?

Pomimo wspomnianej niepewności zabrałem się do lektury z dziwną, niczym nie uzasadnioną nadzieją, iż może w końcu trafiłem na coś naprawdę wartego przeczytania.

Apsara jest powieścią dość niekonwencjonalną, co może być pewnym utrudnieniem dla mniej otwartych odbiorców. Nie mamy tu klasycznego, hollywoodzkiego schematu, gdzie wszystko kręci się w nieustającym korowodzie strzelanin, mordobicia i trupów, wokół jednego nieśmiertelnego herosa, lub też wokół pary stworzonej z głównego bohatera i jego wybranki. Zamiast tego autor przygotował nam cztery wiodące postacie; czterech mężczyzn. Ginekolog, pianista, agent muzyczny i zawodowy morderca. Każdy odmienny od pozostałych, a zarazem podobny. Wszyscy czterej uwikłani w wielkie uczucie, wszyscy stający przed wyborami ostatecznymi. Jak się zachowają, jakie podejmą decyzje i jak się potoczą losy ich związków z kobietami, z którymi zetknie ich los, nie będę zdradzał. Jest to bowiem jeden z elementów budujących napięcie i atmosferę Apsary.

Powieść zaczyna się mocnym akordem – jeden gentleman podrzyna drugiemu gardziołko. Przez moment zapowiada się na sensację lub kryminał, szybko jednak się przekonujemy, iż na szczęście nie mamy do czynienia z kolejnym sztampowym bestsellerem akcji na modłę zza Wielkiej Wody. Wątek sensacyjny jest owszem, nawet obecny do samego końca, ale nie stanowi głównego motoru akcji, nie jest osią fabuły. Wszystkim kręci miłość i nieodłączny od niej seks. Napięcie, które towarzyszy czytelnikowi do samego końca lektury, nie jest budowane tylko przez spektakularne zamachy terrorystyczne i działania służb ścigających ich sprawców, przez zemstę i fanatyczną nienawiść, choć to wszystko przecież też znajdziemy w Apsarze, lecz przez uczucie, które zmusza tych, tak różnych przecież, mężczyzn do podjęcia wyzwań, o jakich wcześniej nigdy nie myśleli, do rozstrzygnięcia ogromnych dylematów i podjęcia decyzji nieodwracalnych.

Jeśli już wspominamy o seksie; mam wrażenie, iż co poniektórym będzie on przeszkadzał, gdyż takie głosy krytyki już słyszałem. Większość relacji damsko-męskich w tej powieści jest co najmniej przyprawiona seksem; pożądaniem lub odrzuceniem. Takie jest subiektywne ujęcie autora i żal mi tych, którzy nie potrafią nie tylko odczuwać w ten sposób, ale nawet wyobrazić sobie, iż istnieją ludzie obdarzeni większym temperamentem niż ten, który im przypadł w udziale. Żal mi ludzi, którzy nigdy nie narzekają na nadmiar przemocy, a narzekają na nadmiar seksu. W moim odczuciu nie ma go w tej powieści aż tak dużo. Ot – w sam raz dla pokazania tego, co autor chciał opisać.

Debiutancka książka Marka R. Litmanowicza jest trudna do zaklasyfikowania. Mnie osobiście najbardziej kojarzy się z najlepszymi powieściami szwedzkiej szkoły kryminału społecznego. Jak już wspomniałem, kryminału, czy raczej sensacji, jest w Asparze mniej, więcej natomiast gwałtownego romansu. Wszystko to jednak w moim odczuciu jest, podobnie jak w niedoścignionej trylogii Larssona, tylko pretekstem do ukazania problemów społecznych i przemyśleń autora. Podobnie jak skandynawscy mistrzowie, nasz debiutant pokazuje się jako niezwykle bystry obserwator, który potrafi doskonale ukazać odmienność indywidualności na tle przeciętności stereotypów. Jednocześnie trzeba docenić lekkość jego pióra, która potrafi równie lirycznie oddać rozterki bohaterów i malownicze scenerie, co dosadnie odmalować sceny zbrodni i erotykę, jednak bez popadania w pornograficzne szczegóły, co zwłaszcza w zbrodni, jak w głośnym American Psycho, zawsze pachnie mi raczej chorobą psychiczną twórcy i znajdujących w tym upodobanie czytelników, niż artyzmem i przeżywaniem sztuki. Niestety, nie jest to powieść dla każdego. Jeśli ktoś nie potrafił przebrnąć przez szkolne lektury, gdyż "były dla niego nudne", jeśli klasyków zna tylko z bryków, to i tym razem się zawiedzie, podobnie jak czytelnicy będący w stanie strawić tylko jeden gatunek i oczekujący od powieści zalet reportażu, co też już zdarzyło mi się spotkać w recenzjach dotyczących Apsary.

Autor jest uznanym lekarzem, rozmiłowanym w muzyce, brydżu i podróżach. I to się czuje. Jeszcze nigdy nie spotkałem powieści, w której tak plastycznie, wręcz namacalnie, można przeczytać o muzyce. Nasuwa się, absolutnie pozytywne, skojarzenie z Ręką mistrza (oryg. Duma Key), gdzie King, z podobnym wyczuciem, dzieła pędzla wyczarowuje słowem w wyobraźni czytelnika. Te nasuwające się od razu porównania jednoznacznie stawiają Apsarę wśród najlepszych polskich powieści. Również wątek z pogranicza medical thriller, który napotkamy w powieści Marka Litmanowicza jest najwyższej klasy, choć po polsku specyficzny i odmienny od reszty świata. W całej opowieści widać również wyraźną fascynację pisarza krajami Dalekiego i Bliskiego Wschodu, choć jego sympatia zdaje się leżeć bardziej po stronie tego pierwszego.

Pomimo cudownych opisów pozwalających się przenieść odbiorcy w swej imaginacji i do największej świątyni świata*, i w środek fanatycznego, dyszącego nienawiścią tłumu Arabów, pomimo przekonującego oddania psychiki zakochanego, uczciwego i wrażliwego mężczyzny (tak, tak, nawet killer może być takim, w pewnym zakresie oczywiście), pomimo umiejętnie utrzymywanego do samego końca napięcia, nie jest Apsara, o czym już wcześniej wspomniałem, ani sensacją czy powieścią podróżniczą, ani romansem czy erotyką. Jest powieścią społeczną. Niczym w moim ulubionym Millenium, pod łatwo strawną warstwą rozrywki drzemią tematy trudne, bolesne i aktualne. Tematy, które niejednemu, zwłaszcza Polakowi, uniemożliwią docenienie tej książki.

Powieść Litmanowicza z wyrazistością lśniącego ostrza unaocznia tym wszystkim, którzy tego w Polsce widzieć nie chcą, iż moherowy katolicyzm wcale nie jest lepszy niż fundamentalizm islamski. Oba głoszą piękne hasła, ale oba są wykorzystywane do zniewolenia ludzi, do szerzenia ciemnoty, nietolerancji i nienawiści. Co prawda katolicy w chwili obecnej nie wysadzają synagog i nie kamieniują nierządnic, ale w historycznej skali wcale nie tak dawno dokazywali równie ochoczo jak ekstremiści w imieniu Allacha**, co można zresztą równie dobrze powiedzieć i o judaiźmie, i o wielu innych religiach, choć oczywiście nie wszystkich***. Obnażeniu prawdziwego oblicza Kościoła Katolickiego służy w Apsarze najwyraźniej wątek przerywania ciąży. Widzimy jak Kościół próbuje zmusić całe społeczeństwo do niewolniczego posłuszeństwa dla swych dogmatów, co samo w sobie byłoby może wybaczalne, gdyby dotyczyło tylko wiernych. Nie można natomiast przymykać oczu na takie praktyki, jeżeli dzieją się one z rażącym naruszeniem prawa i kiedy do posłuszeństwa wierze jednych ludzi zmusza się również tych, którzy wierzą w co innego, którzy mają inne poglądy, a taka jest właśnie nasza polska rzeczywistość. Kościół tylko dlatego nie wysyła ludzi na stosy, że w chwili obecnej nie ma takiej możliwości. Zarówno historia, która pokazuje, iż tak robił w przeszłości, nawet stosunkowo niedawnej, jak i teraźniejszość, która ostrzega nas, że cały czas dąży do jak największej władzy, również nad tymi, którzy w Boga nie wierzą, obliguje nas, byśmy nie dali potworowi fanatyzmu dorosnąć do rozmiarów tego z wersji islamskiej. I dlatego, co już widać w niektórych polskich recenzjach, książka jest oceniana źle przez tych, którzy nie potrafią przeboleć wspomnianych prawd. Inna sprawa, że krytyk, który chwali tylko dzieła zgodne z jego linią ideologiczną, bardziej przypomina mi kościelnego (ewentualnie islamskiego lub partyjnego) cenzora, niż krytyka.

Właśnie. I tu dochodzimy do sedna. W moim odczuciu głównym przesłaniem Apsary jest to, iż wszelka wiara od momentu, gdy dostanie do ręki karabin, prawo lub inny środek przymusu, staje się złem ostatecznym. Głosi miłość i w jej imieniu ją właśnie morduje. U Litmanowicza mamy Kambodżę z jej Pol Potem (notabene byłym mnichem) i wiarą w stworzenie nowego społeczeństwa, bezduszną polityczną poprawność Zachodu, islamistów ze swym nienawistnym wobec wszelkich innych światopoglądów fundamentalizmem, a także nasz rodzimy katolicyzm, póki co próbujący drobnymi kroczkami wtrącać się coraz bardziej nie tylko w życie wiernych, ale i ludzi innego światopoglądu. Tuszujący pedofilię i pederastię we własnych szeregach, ale tym chętniej zaglądający w łona cudzych żon i córek, dosłownie i w przenośni. Katolicy wytykają muzułmanom, iż ci zakazują nawet europejskiej muzyki, ale sami nie chcą pamiętać, o czym przewrotnie przypomina Apsara, iż żyjący do 1914 roku papież uznał, iż tango jest haram****. Przygaduje więc kocioł garnkowi. Oczywiście, że w chwili obecnej największym zagrożeniem dla indywidualnej wolności jest wojujący islam. Ale tylko w chwili obecnej.

Wiara jest piękna, dopóki nie stoi za nią przymus, który może w imię szczęścia i miłości pozbawiać na początku właśnie tych wartości, a potem nawet życia. Wiara jest piękna, gdy wierzą ludzie piękni. Jednak jacy ludzie są – każdy wie. Potworów więcej niż aniołów, co dziwne, skorośmy na podobieństwo Pana uczynieni. I właśnie te potwory, gdy skryją się pod płaszczykiem gorliwej wiary, nabierają nietykalności i mocy, gdyż wiary kalać nie wolno. Nawet uczciwi ludzie, pierwotnie dobrzy i miłujący bliźnich, pod ich wpływem stają się armią przepojonych nienawiścią demonów, gdyż nie potrafią oddzielić swej wiary od tego, co z nią robią ich współwyznawcy. Jak tłum kamieniujący grzesznicę wyzbywają się swego własnego sumienia i stają się marionetkami monstrów obleczonych w liturgiczne szaty.

Temat bardzo ciężki, ale pokazany przez naszego debiutanta po mistrzowsku, delikatnie i z wyczuciem, a nie tak jak ja o nim mówię. W problem najcięższy wplecione i inne, między innymi pozycja kobiety w społeczeństwie; w naszym jego modelu i w innych kulturach. Znajdziemy wiele celnych spostrzeżeń, jak choćby to, iż wydawać się zaczyna, że kobiety przesadziły trochę w tym europejsko-amerykańskim równouprawnieniu. Najbardziej nawiedzone tak się zaczynają z samcami równać, że chyba tracą kobiecość. Może zresztą to tylko mężczyźni już nie czują się przy nich męscy, co zresztą na jedno wychodzi. Wszystkim tym przeszkodom do szczęścia Litmanowicz przeciwstawia Miłość. Czy uczucie czterech naszych bohaterów do ich wybranek pokona ortodoksów i fanatyków, różnice kulturowe i złą karmę? Tego Wam nie zdradzę. Przekonajcie się o tym sami.

Powieść udała się bardzo. Mam wrażenie, iż w Polsce jej pozytywny odbiór będzie dość ograniczony, choćby z tego powodu, że dostało się co nieco i moherowym beretom, i polskim środowiskom antyaborcyjnym. Jednak nawet dla katolików, za wyjątkiem pozujących na fanatyków, czytanie jej to wspaniała rozrywka pełna wzruszeń i najróżniejszych tematów do przemyśleń, o czym szczerze i gorąco Was zapewniam

Wasz Andrew









©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna