Robert korczak



Pobieranie 49.94 Kb.
Data07.05.2016
Rozmiar49.94 Kb.
Nigdzie nie przeczyta się o konserwatywnym dzienniku „Die Welt” inaczej niż: prestiżowy, opiniotwórczy, skierowany do elit

Historia na finiszu

ROBERT KORCZAK

Niemieccy czytelnicy nie chcą jednego. Nie chcą mianowicie myśleć” – te słowa wypowiedział Axel Springer, król niemieckiej prasy, który w młodości marzył o tym, by zostać poetą. Wypowiedział, a przejął „Die Welt” – gazetę dla tych, co chcą myśleć. Po półwieczu jej żywot chyli się ku końcowi.
Dziś – od założenia gazety upłynęło 58 lat – określa się „Die Welt” mianem okrętu flagowego wszechpotężnego koncernu Axel Springer. Okręt ten jednak jest chybotliwy, gdzieniegdzie zardzewiały, dziury w kadłubie są coraz większe. Wydawca robi wszystko, by szacowny i szanowany podopieczny trzymał się krzepko, i ładuje na pokład pokłady pieniędzy. Nie opłaca się, ale ładuje. Gdyby pan Axel Springer nie patrzył na to wszystko z zaświatów, można by mu było zadać pytanie, czy przypadkiem statek „Die Welt” jest nie okrętem flagowy, tylko listkiem figowym. I czy ten wielki okręt nie przemierza mórz i oceanów, by zakryć połaciami swego cienia całą armadę łodzi bojowych, strzelających do wszystkiego, co się rusza, a w szczególności do tego, co się nie rusza. Łodzi takich jak „Fakt” czy „Bild”.

„Die Welt” ledwo zipie, ale prócz pieniędzy podtrzymują go pochlebne opinie. Trudno usłyszeć, by ktoś nie mówił o dzienniku Springera z estymą. Poważny, prestiżowy, opiniotwórczy, skierowany do elit światów (tudzież świata) polityki, biznesu i kultury – nigdzie nie przeczyta się o nim inaczej. Za to o tym, iż „Die Welt” wspiera również tradycja, może powiedzieć tylko ten, kto jej nie zna. Nie jest to historia bez skaz.


Obiektywny dziennik przed nosem cenzora


Była wcale nie złota niemiecka jesień 1945 r., kiedy amerykańskie i brytyjskie władze okupacyjne zlikwidowały niewielkie gazety wydawane dla miejscowych. W ich miejsce powołano dwie wysokonakładowe; dla strefy brytyjskiej – „Die Welt” (nakład: 1 mln egz.). Gazeta z siedzibą w Hamburgu zaczęła się ukazywać w kwietniu 1946 r. Firmowana przez administrację brytyjską z miejsca stała się jednym z głównych czynników kształtowania opinii; zyskała sporą popularność. Powstały mutacje w Essen (1946 r.) i Berlinie (1947 r.). Anglicy stawali na głowie, by zapewnić jak najlepszy serwis informacyjny, dostarczając specjalne opracowania autorstwa agencji Reuters. Sęk w tym, że trudno było o dobrych dziennikarzy angielskich, piszących ze swobodą po niemiecku. Toteż w „Die Welt” pracowali głównie miejscowi żurnaliści. Jak piszą historycy, gazeta nie tyle pokazywała brytyjski punkt widzenia, a raczej to, jak sobie go wyobrażano.

Gdy spogląda się na redakcyjne życie sprzed półwiecza, na twarzy może pojawić się uśmiech politowania. Każdy rękopis był przed opublikowaniem wnikliwie czytany przez wojskową cenzurę brytyjską. Redagowano dziennik w skromnych włościach Federalnego Urzędu Prasy i Informacji. Dziennikarze mieli do dyspozycji jedno auto, i to przedwojenne. Volkswagen był klamotem, toteż wstyd było nim jeździć, po dzielnicy dyplomatycznej w szczególności. Dzięki Bogu kierowca miał głowę na karku – zatrzymywał się sto metrów od gmachów ambasad i ministerstw, a dziennikarze niepostrzeżenie wysiadali.

Gazety rozchodziły się lotem błyskawicy. Po traumie wojny ręce i oczy tęskniły za gazetowym papierem, rzetelną informacją. Kierownictwo „Die Welt” wpadło zatem na genialny pomysł: będziemy gazetą obiektywną. Do lat 90. przetrwał umieszczony nad tytułem napis: „Niezależna gazeta ponadpartyjna”. Fakt, „Die Welt” spełniała wymogi względnego obiektywizmu. Mimo prawicowej linii politycznej, nie mieszała z błotem socjaldemokracji. Napis jednakże zniknął; ciekawe dlaczego?

We wrześniu 1953 r. gazetę sprzedano hamburskiemu wydawcy Axelowi Springerowi. Człowiekowi, którego można kochać albo nienawidzić, ale neleży darzyć podziwem. Dziś w stopce redakcyjnej „Die Welt” jego godność jest wyeksponowana, a obok widnieje krzyżyk.



Postrach dzieci pod pachą Springera

Axel Springer (1912 – 1985) zyskał miano „króla niemieckiej prasy”, choć na drugie imię miał Caesar. Król powiedział kiedyś: „Od zakończenia wojny było dla mnie jasne, że czytelnik niemiecki na pewno nie chce jednego, a mianowicie: nie chce myśleć”. (Gdy Axel Springer był mały, chciał być poetą). Dziwne to lub nie, ale taka filozofia nie okazała się przeszkodą dla przejęcia poważnego dziennika. „Die Welt” musiał podporządkować się celom propagandowym wszystkich gazet koncernu Springera. Miał walczyć o pokojowe zjednoczenie Niemiec w warunkach wolności, o zjednoczoną Europę, pojednanie Niemców i Żydów, miał wspierać Izrael, być przeciw totalitaryzmowi i za socjalną gospodarką rynkową.

Co ciekawe, w czasie panowania komunizmu, postrzegano „Die Welt” jako periodyk ultrakonserwatywny i odwetowy, postrach dzieci w NRD. Tak czy owak, gazeta błyskawicznie stała się poważnym orężem politycznym w rękach Axela Springera.

Od 1975 redagowano „publicystyczny okręt flagowy” w Bonn (bońskie biuro otwarto w 1950 r.). W stolicy Niemiec przetrwał do 1993 r., a następnie przeniósł się do Berlina. „Die Welt” stał się pierwszą ponadregionalną gazetą stołeczną. Pozostawał w dobrych stosunkach zarówno z chadecją, jak i socjaldemokratami. Przez długie lata to prestiżowy dziennik Springera był głównym źródłem informacji o tym, co rządowym obozie piszczy.

Dziś „Die Welt” określany jest jako prawicowy, konserwatywny. W pełni ukazuje to w szalenie wyczerpującej publicystyce. Natomiast jeśli spojrzymy wyłącznie na informacje, można przypisać mu względny obiektywizm. Linia polityczna zbliżona jest do CDU/CSU – w redakcji wieją chadeckie wiatry. Nie brak tu jednak rozmaitych punktów widzenia. Ktoś powiedział, że to periodyk tyleż opiniotwórczy, co konserwatywny. Na pewno brak tu radykalizmu (w stosunku do Polski czy Stanów Zjednoczonych), ale też nie jest to gazeta pozbawiona wyrazu.

Gazeta-książka w szponach kryzysu

Jak się rzekło, berliński dziennik – należący do niewielkiego grona ponadregionalnych – przynosi straty. Podczas gdy w 1970 r. drukarnię opuszczało 230 tys. egz., w 1995 r. owa liczba skurczyła się do 205 tys. Potem nakład oscylował w okolicach w okolicach 210 – 220 tys. egz. Jednak systematycznie zmniejszała się sprzedaż. Na przykład w pierwszych trzech miesiącach 2002 r. nakład spadł o 6 proc. w porównaniu z takim samym okresem w 2001 r. Ale też – podkreślmy – wkład w te niepomyślne wieści ma z pewnością największy od II wojny światowej kryzys finansowy na rynku niemieckich mediów. Dziś ukazuje się 200 – 280 tys. egz. dziennika. Sprzedaż wynosi ok. 200 tys. egz. „Die Welt” nieustannie jest deficytowy. We wspomnianym 2001 r. i u schyłku lat 90., gdy redakcji szefował Mathias Döpfner, pojawiały się iskra nadziei, ale wzlot na dłuższą metę nie nastąpił.

Nieuchronna jest impresja, że „Die Welt” to dziennik dla tych, którzy nic nie robią, tylko czytają. Codzienna dawka ponad 30 kolumn. Jeśli czytelnik chce sobie zostawić tę podróż na weekend, niech nie kupuje niedzielnej kontynuacji dziennika, czyli „Welt am Sonntag”. Tam kolumn jest prawie 100, a przecież człowiek nie może żyć bez snu.


Od lewej: redaktor naczelny Jan-Eric Peters, korespondent w Polsce Gerhard Gnauck i czołowy publicysta Hellmuth Karasek
„Welt am Sonntag” kryje zabawny ton i sporą dozę konserwatyzmu. Jeśli „Die Welt” jest listkiem figowym dla Axel Springer Verlag, to „Welt am Sonntag” (przeszło 400 tys. egz. nakładu) daje odsapnąć od poważnego „Die Welt”. Wystarczy nań rzucić okiem – mrowie liter, teksty straszliwie obszerne. Mimo to konserwatyzm to głównie treść, a nie forma. „Die Welt” to nie „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Fotografie są, i to bardzo duże. Skład i łamanie – na piątkę. Przejrzystość, klarowność, klasa. Jeśli taką gazetę położy na biurku ktoś z grupy docelowej, dajmy na to biznesmen, może się rozkoszować, i nawet kawy mu nie trzeba. Zwłaszcza, że język „Die Welt” nie plącze języka. Oczywiście, mogą być utrapienia dotyczące lektury tej „gazety z elementami książki” (chodzi zwłaszcza o grubość) w autobusie. By posłać kłopoty gdzie pieprz rośnie, wynaleziono miniwydanie gazety (format tabloidu). Zwie się „Welt Kompakt”. Skierowane jest do ludzi młodych, wyposażonych w pieniądze i brak czasu. Wszystkich zwanych „mobilnymi”. Numer zamykany jest później niż „Die Welt”, więc bez oporów można nazwać „Welt am Kompakt” gazetą świeżą. Jest też lżejsza, nie tylko w treści. Taki opiniotwórczy dziennik w mniejszym formacie.

Główny grzbiet „Die Welt” mieści – mniej więcej w równych proporcjach – informacje z kraju, zagranicy oraz rubrykę „Magazin”. Specjalne względy ma gospodarka (nie jest w tej dziedzinie „Die Welt” wcale liberalny) – zajmuje ok. 6 kolumn. Tyleż obejmują również finanse. Grzbiet „Feuilleton” to kultura, nauka, program telewizyjny i rubryka „Za całego świata”. Publicystyki jest mnóstwo. Co ważne, znajduje się ona nade wszystko pod koniec gazety. To nie niuans – w „Rzeczpospolitej” najpierw czyta się komentarze, a potem przez ten pryzmat śledzi informacje. Rozwiązanie prezentowane przez „Die Welt” jest z pewnością bliższe jest ideałowi dziennikarstwa. Uwadze nie uchodzą też adresy e-mailowe autorów tekstów, widniejące pod artykułami.



Przedmiot pożądania w wersji elektronicznej

Nietaktem byłoby nie wymienienie „Die Welt” na liście podpisanej „prasa światowa”. O takich gazetach pisze się, że są „przedmiotem zainteresowania międzynarodowej opinii publicznej”. Czytywany jest „Die Welt” w 130 krajach. Ma ponad dwudziestu zagranicznych korespondentów, min. w RPA, Indiach i Kostaryce. Przeciętny czytelnik ma nieprzeciętne dochody, nieprzeciętne wykształcenie i nowoczesne spojrzenie na świat, zwłaszcza przyszły. Redakcja liczy prawie 350 pracowników. Najstarszy ma 85 lat, najmłodszy jest 26-letnią kobietą. Pisuje kilku doktorów. Od 2002 r. w tej samej redakcji rezydują dziennikarze regionalnego dziennika „Berliner Morgenpost”. Jeden zespół odpowiada za dwa tytuły.

„Die Welt” kosztuje od 1,30 do 1,50 euro. A może poprawniej brzmiałoby papierowy „Die Welt”. Od 2003 r. bowiem czołowy tytuł Springera ukazuje się w wersji elektronicznej (www.diewelt.de). Papierowy „Die Welt” przyznaje nagrodę literacką i przedstawia listę 500 największych niemieckich przedsiębiorców. Były spekulacje, że Axel Springer uruchomi nad Wisłą jego polską wersję, ale na spekulacjach się skończyło.

Gdyby Axel Springer chciał, zrobiłby to – bo jest potęgą. Koncern założony w 1946 r. przez Axela Springera wydaje – prócz bulwarowych „Bilda” i „Faktu” – także czasopisma „Maxim”, „Popcorn”, „Na żywo”, „Pani Domu”, Auto Świat”, „Newsweek Polska”. Posiada ponad 40 gazet i czasopism, udziały w kilkudziesięciu innych periodykach krajowych i zagranicznych. Ma firmy kolporterskie, pięć wielkich drukarń i dwa wydawnictwa książkowe. Udziały w telewizjach SAT 1 i DSF. W Polsce obecny jest od 1994 r. Działa na Węgrzech i w Czechach. W planach ma ekspansję do Rosji, Indii i Chin. Przymierzał się do kupna angielskiego dziennika „The Daily Mirror”.

Redaktorem naczelnym „Die Welt”, czołowego przedstawiciela prasy interpretacyjnej, a przy okazji „Welt Kompakt” i „Welt am Sonntag” jest Jan-Eric Peters. Pierwszym szefem gazety był Hans Zehrer. Potem w najważniejszym fotelu siedział m.in. Herbert Kremp, dziś tylko komentator. Kremp pasuje do stereotypowego obrazu Niemca. Powiada, że Niemcy to najsilniejsze państwo NATO w Europie, mocarstwo, które powinno mieć większe możliwości wpływów, a także przemysłowy i handlowy potentat, naród pierwszej wody. Kremp ma 76 lat.



Czy po ponad 50 latach istnienia nadchodzi pora na upadek „Die Welt”?
Nie bez znaczenia jest fakt, iż redakcji przewodzili Lothar Ruehl i Peter Boenisch. Pierwszy był ministrem obrony w rządzie Helmuta Kohla, drugi – był rzecznikiem prasowym w rządzie Helmuta Kohla. Ważna postać to Hellmuth Karasek, autor wielu książek, jeden z najwybitniejszych krytyków, znawca literatury, teatru i filmu.

Korespondentem „Die Welt” w Polsce (gazeta zawsze miała u nas wysłannika) jest od 5 lat Gerhard Gnauck, doktor. Jego poprzednikiem był Ulrich Schmidla. Schmidla swego czasu tłumaczył, że przedstawiciele polskiego Kościoła nie potrafią odnaleźć się po upadku komunizmu. Najbardziej barwną postacią, która reprezentowała „Die Welt” w Polsce był Gustav Stroehm. Gdyby Stroehm poszedł do przychodni, kompetentny lekarz powiedziałby mu, że jest uczulony na komunizm. Też dlatego Eugeniusz Guz w książce „Prasa zwana wolną” pozwolił sobie na uwagę, że „Die Welt” to gazeta uprawiająca politykę w każdym wierszu. Nie da się ukryć, że dziennik miłością do komunizmu nie pałał. A stosunek do niego uwypuklał przede wszystkim Gustav Stroehm.



Zbiór antykomunistycznych korespondencji

Gustav Stroehm był na posterunku już w 1972 r. Wówczas to zawitał do Bremy – jako pierwszy polityk z socjalistycznego państwa – minister spraw zagranicznych PRL Stefan Olszowski. No właśnie, socjalistycznego. „Die Welt” poświęcił wydarzeniu cztery wiersze. Obszerniej informował natomiast o akcji łącznia rodzin – gazeta obawiała się bowiem, że pod tym pretekstem wedrą się z Polski za zachodnią granicę agenci komunistyczni.

Pole do popisu miał Stroehm podczas pierwszej wizyty w ojczyźnie papieża Jana Pawła II. Na spotkanie z Ojcem Świętym w Nowym Targu było 100 tys. osób, ale wg szacunków Stroehma – 800 tys. Na pewnym etapie pielgrzymki obliczono, że z papieżem spotkało się 6 mln rodaków, a Stroehm wyliczył, że było dwa razy tyle. Gdy uzgodniono, że Jan Paweł II podróżować będzie śmigłowcem, korespondent oświadczył, że to z powodu fatalnego stanu dróg w PRL. Kiedy zgodnie z planem przedstawiciele władzy opuścili w pewnym momencie plac przed Grobem Nieznanego Żołnierza, Stroehm podał, że uczynili to demonstracyjnie. Zaś gdy wierni w Częstochowie miętosili gazety, robiąc z nich czapeczki chroniące przed nieznośnym upałem, wysłannik „Die Welt” oznajmił, iż były to gazety partyjne i na dodatek nieprzeczytane.

Dziennik informował, iż papież podkreśla wkład Polski w umocnienie wolności i chrześcijaństwa w Europie. Za przykład podał Jan Paweł II bitwę pod Legnicą (1241 r.), kiedy Mongołowie dostali od nas w skórę. Tytuł sugerował, że ten atak ze wschodu to aluzja do postawy Związku Radzieckiego. Od momentu klęski Mongołowie już się u nas nie pojawili – tak Papież zwieńczył wywód. Tę część wypowiedzi „Die Welt” pominął. Wstawił za to zdanie: „Tego, że w Legnicy znajduje się główna kwatera wojsk radzieckich, nie musi on [papież – dop. R.K.] Ślązakom przypominać”. Stroehm popisał się też za drugiej papieskiej wizyty. Gdy Częstochowa dostała na tę okoliczność dodatkowy przydział trumien, dziennik nie miał wątpliwości, że to na wypadek starć ulicznych.

W 1981 r. odbył się centralny zjazd 2 tys. milicjantów-członków „Solidarności”. Wszystkich stróżów prawa było w kraju 42 tys., z czego Gustav Stroehm wysnuł następujący wniosek: „Tęsknota za demokracją ogarnia również mundurowych – 42 tys. policjantów żąda własnego niezależnego ruchu zawodowego”. Ten wniosek miał postać wielkiego tytułu. Szanowany dziennik pisał ponadto, iż rząd celowo magazynuje żywność, by wziąć naród głodem. Takie opinie przedostawały się i na Zachód, i do Polski (nie było u nas zakazu rozpowszechniania „Die Welt”).

W 1980 r. „Die Welt” napisał, że kto raz skłamie, temu się nie wierzy. W 1983 r. relacjonując Plenum KC PZPR tytuł Springera relacjonował, że Kościół określono jako wróg numer jeden, a Moskwa planuje napaść i zbroi się z myślą o wojnie bakteriologicznej. To nie była prawda.



Łamy przesiąknięte konserwatyzmem

Część artystyczną olimpiady w Moskwie nazwał „Die Welt” aktem tresury. Jeszcze przed półmetkiem zmagań – zdaniem dziennika – impreza nie dorównywała poziomem mistrzostwom Europy. Niedźwiedź Wschodu nie był traktowany ulgowo także potem – gazeta podkreślała, że ma on wciąż pazury i zagraża bezpieczeństwu i współpracy w Europie. A co do igrzysk – dostało się również bokserom z Kuby. Za swe nie lada osiągi zostali nazwani walczącymi maszynami.

W latach 90. „Die Welt” nie ukrywało swych sympatii tudzież antypatii. Dziennik nie omieszkał opublikować danych o ty, że najbogatszą organizacją polityczną w RFN jest Partia Demokratycznego Socjalizmu. Ale też na jego łamach znalazły się pierwsze fragmenty książki Oskara Lafontaine’a o wymownym tytule „Serce bije po lewej stronie

Axel Springer, wydawca „Die Welt”, wciąż reanimuje swój sztandarowy dziennik
Jeśli chodzi o sferę obyczajową, konserwatywny tytuł nie owija w bawełnę. Wyraził sąd, że klonowanie jest zupełnie jak wizja świata Adolfa Hitlera, a aborcja to – ni mniej, ni więcej – tylko zgoda na zabijanie. „Die Welt” wystąpił nawet przeciwko reformie ortografii. Tytuł krytykował szukanie indywidualnego wyzwolenia w niszczeniu uznanych wartości i szydzenie z niemieckiej tradycji dobrego wychowania. „Młodzi mężczyźni, którzy wstają, witając się z kobietą, traktowani są z podszytym irytacją rozbawieniem (...) Kobiety, które oczekują, że pomoże im się przy wkładaniu płaszcza czy przypali papierosa, muszą rzucić palenie i chodzić w swetrze” – tłumaczył na łamach Ansgar Graw.

Kolumny „Die Welt” nadal zdobią echa niegdysiejszych propagandowych celów Axela Springera. Choćby tych, dotyczących kwestii żydowskiej. Dziennik z pewnością nie jest antyizraelski, co – rzecz jasna – nie jest równoznaczne z tym, iż nie waży się krytykować Izraela. W każdym razie, gdy w czerwcu 2002 r. w lewicowej „Süddeutsche Zeitung” ukazał się rysunek, na którym premier Izraela Ariel Szaron stoi przed koparką z gwiazdą Dawida, zgarniającą ciała Palestyńczykówi i krzyczy do misji pokojowej ONZ: „Zjeżdżajcie stąd, wy podglądacze! Jest wojna!”, „Die Welt” zareagował oburzeniem. Nie bez znaczenia jest, że ostatnim laureatem literackiej nagrody przyznawanej przez gazetę jest Amos Oz, pisarz izraelski.




Była oręż propagandowa Axela Springera jest konserwatywna bardziej w treści niż w formie, a mimo to nie tylko z pierwszych stron lekko wieje nudą. Kto to wszystko przeczyta?
Wprawdzie każdy dziennikarz „Die Welt” ma za zadanie angażować się w sprawę stosunków niemiecko – izraelskich, ale ważne jest jeszcze, w jaki sposób. Przy okazji poruszania sprawy mordu w Jedwabnem (marzec 2001 r.), gazeta podkreślała, że Niemcy nie maczali w tym palców. To Polacy – podkreślano – zabijali Żydów cały dzień, a najwięcej z nich zostało – zdaniem dziennika – spalonych w stodole. Takie rozważania okazały się przyczynkiem do wysuwania sądów o antysemityzmie w Polsce. Jak podkreśla „Die Welt”, jest on u nas nadal tolerowany, a antysemita może być jednocześnie porządnym człowiekiem.

W 1979 r. opublikował artykuł „Wielu Polaków wzbogaciło się na Żydach będących w trudnej sytuacji”. Była to reakcja na nazbyt samokrytyczne nastroje Niemców po amerykańskim serialu „Holocaust”. Interesujące, że często dawano pole do popisu Helmutowi Diwaldowi, który głosił, że w Oświęcimiu zginęli tylko nielicznie Żydzi, i to od chorób zakaźnych.



Polski złodziej na pierwszej stronie

Był 1992 r. wizytę w Niemczech złożyła premier Hanna Suchocka. Na pierwszej stronie „Die Welt” zamieścił artykuł o polskich gangach złodziei samochodów. Zdaje się, że to ślady dawnej propagandy pokroju Gustava Stroehma, ale to Polska – uważa gazeta – pozostaje pod wpływem upiornych mocy historii. Pozostajemy pod wpływem PRL-u – taki jest sąd dziennika. Konkretnie: czerpiemy siłę z propagandowego wizerunku Niemca, który czyha na nasze ziemie. Nastroje antyniemieckie są u nas rzekomo także w kręgach liberalnych, bo nikt nie chce być posądzony o zdradę narodowych interesów. Polska nie należy do Zachodu, bo objawiła niewłaściwy stosunek do Niemców – taką opinię wyraził komentator „Die Welt” Raphael Krueger. Cóż takiego zrobiliśmy? Ano protestowaliśmy przeciwko wysuwaniu przez Pruskie Powiernictwo roszczeń majątkowych i idei powstania Centrum przeciw Wypędzeniom w Berlinie.

Jesienią zeszłego roku „Die Welt” doniósł, że w Polsce nie istnieje żadne godne odnotowania lobby na rzecz partnerstwa z Niemcami, a polski sojusz ze Stanami Zjednoczonymi opiera się na traktowaniu ich jako wroga. Pisał, że mniejszość niemiecka nazywana jest u nas „trzecią siłą Czwartej Rzeszy”, a rząd Gerharda Schroedera mamy nad Wisłą za zarządzający spadkiem po Bismarcku i Hitlerze. Polacy – zaznacza „Die Welt” – wykorzystują w grze dawne demony, a na dodatek w nie wierzą. Niemiecka publicystka Helga Hirsch zauważyła na łamach dziennika, że nagle przestaliśmy być tylko ofiarami, bo obecnie dowiadujemy się o naszych winach (chodzi o pomoc nazistom w likwidacji Żydów i pomoc aliantów przy wypędzeniach Niemców). Stąd problem.

Maciej Rybiński, publicysta „Rzeczpospolitej” też jest spostrzegawczy. Nie umknęło jego uwadze, że po tym jak 25 sierpnia ub. r. odbyła w Sejmie debata nad rezolucją w sprawie domagania się od Niemiec reparacji wojennych, „Die Welt” nawet się o dyskusji nie zająknął.

Przypomina się reakcja „Die Welt” na wizytę w Polsce kanclerza Willy’ego Brandta. W 1970 r. ukląkł on przed pomnikiem Bohaterów Getta, a gazeta obawiała się, że układ PRL – RFN zamiast pojednania, doprowadzi do głębokiego rozdźwięku w społeczeństwie niemieckim.

Przełamać lęk, wesprzeć opozycję

Można zapytać: czy prawicowa gazeta niemiecka może kochać Polaków? Ale nie można twierdzić, że takowa Polski nienawidzi.

To właśnie „Die Welt” poinformowało, że w Niemczech znajdują się długo poszukiwane polskie dobra kultury zagrabione w czasie wojny. To „Die Welt” wydrukowało apel w sprawie utworzenia Europejskiego Centrum Przeciwko Wypędzeniom. Właśnie ten niemiecki dziennik przypomniał, że sama Warszawa poniosła w czasie II wojny światowej tyle strat ludzkich, co cała Francja. Gdy na łamach gazety gościł były szef dyplomacji Hans-Dietrich Genscher, często można było czytać o konieczności przełamywania lęków i uprzedzeń i poszukiwaniu równowagi między Polską a Niemcami.

To, że „Die Welt” można określić mianem rzecznika odprężenia i porozumienia między narodami oraz gazety, która nie dąży do wyolbrzymiania obciążeń wojny, może być efektem reakcji na protesty przed Bundestagiem w 50. rocznicę zakończenia II wojny światowej. Demonstranci wołali, że 8 maja to dzień niemieckiej chwały i poniżenia, co „Die Welt” skwitował zdaniem: „W takiej sytuacji człowiek wstydzi się, że jest Niemcem”.

Gerhard Gnauck uważa, że Niemcy nie znają Polaków, a Polacy nie ufają Niemcom. Pyta też, czy nie za wcześnie zaczęliśmy mówić o pojednaniu. Zauważa, że gdy Kohl i Mazowiecki ściskali się w Krzyżowej, nikt nie krzyczał wokół o krzywdach, tak jak teraz. Sam Gnauck, nim przyjechał do Polski, usłyszał że „Polacy są biedni i chętnie tańczą”. Jego kilkuletnia obserwacja zawiera się dziś w słowach: „Polacy kupują coraz więcej samochodów i piją coraz mniej wódki”.

W 1976 r. „Die Welt” wyraził pragnienie, by polska opozycja odniosła sukces. Dzięki Stroehmowi serię artykułów opublikował na łamach gazety Adam Michnik. Był też kontakt z Jackiem Kuroniem. Tytuł patronował interesom Komitetu Obrony Robotników. Gazeta chciała pluralizmu i niekomunistycznego systemu społecznego u swego sąsiada. Oderwania się od „czerwonego bloku”. „Zachód może zapewnić narodowi polskiemu przyszłość tylko wówczas, jeśli będzie on wysuwał żądanie reform, autonomii i samostanowienia” – przekonywał „Die Welt”. I dodawał, że ten sposób myślenia powinien rozlać się na inne państwa socjalistyczne. W stanie wojennym propagowano „Polen Hilfe”. „Die Welt” wnioskował o zniesienie opłat pocztowych na paczki przysyłane do Polski. Odpowiedzią na prasowe apele było 5,2 mln paczek, głównie żywnościowych, o łącznej wartości ok. 0,5 mln marek. Ale też podsycano napięcie w Polsce. Dziennikarze zagraniczni pili wódkę i mówili: czas najwyższy, żeby przyszli Rosjanie – wreszcie coś by się działo.



Lech Wałęsa i wojna o krzyże

Gdy Federalny Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe zadecydował, że obowiązek wieszania krzyży w klasach szkół publicznych w Bawarii, najbardziej katolickim landzie, jest niezgodny z Ustawą Zasadniczą gwarantującą wolność religii, "Die Welt" opublikował komentarz na pierwszej stronie zupełnie odmienny od powszechnych reakcji. Bronił wyroku, zapewniał, że nie stanowi on zamachu na religię chrześcijańską i na Kościół. Wyraził pogląd, iż szkoły państwowe należy trzymać z daleka od symboli religijnych. Niespodziewany sąd z początku lat 90. wywołał wściekłość magnata prasowo-telewizyjnego Leo Kircha, współwłaściciela koncernu Axel Springer. Kirch uznał, że kierownictwo redakcji zlekceważyło pozycję wydawnictwa i gazety w społeczeństwie. „Nie znam przypadku, żeby gazeta niemiecka tak zawiodła swoich stałych czytelników” – napisał.

Głośno o „Die Welt” było także, gdy berlińska gazeta "Tageszeitung" ujawniła, że Peter Grubbe, publicysta m.in. "Die Welt", jest współodpowiedzialny za zamordowanie w czasie drugiej wojny światowej 30 tys. Żydów. I wówczas, kiedy dziennik opublikował streszczenie przemówienia wygłoszonego przez Stalina przed Biurem Politycznym KC KPZR 19 sierpnia 1939 roku. Uzasadniał on w nim celowość i konieczność podpisania paktu z hitlerowskimi Niemcami. Pierwszą korzyścią miało być zachęcenie Hitlera do napaści na Polskę i doprowadzenie do wybuchu wojny. Argumentował, że wojna jest konieczna, gdyż w warunkach pokojowych bolszewizm nie może opanować Zachodu, a pokój jest potencjalnym niebezpieczeństwem dla Związku Radzieckiego.

Zainteresowanie wywołał artykuł Gerharda Gnaucka o ubeckiej przeszłość „papieża niemieckiej krytyki literackiej” Marcela Reich-Ranickiego, być może najbardziej wpływowego człowieka w świecie literatury niemieckiej. Dziennikarz "Die Welt" przestudiował w archiwach IPN jego teczkę, z której dowiedział się, iż niemiecki krytyk nie był w organach bezpieczeństwa na marginesie.

W listopadzie 1993 r. Lech Wałęsa opowiadał "Die Welt" o roli mniejszości niemieckiej w Polsce. Powiedział, że jeśli mniejszościom narodowym nie podoba się w Polsce, mogą wyjechać.

Aleksander Kwaśniewski i makabryczna reanimacja

W marcu 2002 r. opublikowano wywiad z kolejnym prezydentem, Aleksandrem Kwaśniewskim. Znów była burza. „W wielu państwach toczą się teraz spory o wypędzenie Niemców Sudeckich i o dekrety Benesza. Czy taki spór nie mógłby też wybuchnąć pomiędzy Niemcami i Polakami?” – zapytał „Die Welt”. „Gdyby cienie przeszłości, decyzje Hitlera albo Benesza miały blokować drogę naszych państw do UE, to znajdowalibyśmy się w schizofrenicznym świecie” – taka odpowiedź ukazała się w gazecie. Kancelaria Prezydenta RP była czujna; wedle niej prezydent powiedział: „Gdyby cienie przeszłości, decyzje Hitlera lub Benesza, czy też decyzje Roosevelta, Churchilla i Stalina miały zablokować drogę naszych państw do Unii Europejskiej, znaczyłoby to, że znajdujemy się w schizofrenicznym świecie”.




Wcielenia „Die Welt”. Niedzielny odpowiednik (z lewej) jest lekki w formie i treści, ale waży sporo – liczy ok. 100 kolumn. Przyszłość należy do nowej wersji, w formacie tabloidu
W Sejmie zrobiło się gorąco. Roman Giertych powiedział., że najwyższy godnością przedstawiciel państwa polskiego porównał prezydenta Republiki Czechosłowackiej do Hitlera, oraz że podważanie dekretów Benesza jest podważaniem możliwości stanowienia przez państwa alianckie decyzji po II wojnie światowej. Zdaniem Jana Olszewskiego mieliśmy do czynienia z tekstem obraźliwym dla Czechów, natomiast w tym rozwiniętym, sprostowanym tekście – ustawieniem polskiej sytuacji w analogicznym układzie, jak sytuacja Czech. Gerhard Gnauck napisał w liście do prezydenta: „Z wielką przykrością przyjąłem do wiadomości, że część pańskiej odpowiedzi na czwarte pytanie, której nasza gazeta w żaden sposób nie chciała eksponować, po wydrukowaniu zaczęła jakby żyć własnym życiem. Wyrażam ubolewanie z powodu nieporozumień powstałych na skutek niefortunnego skrócenia pańskiej wypowiedzi”.

W 50. rocznicę zakończenia II wojny światowej w „Die Welt” czytano, że "W gruncie rzeczy 8 maja 1945 roku pozostanie najtragiczniejszym i najbardziej wątpliwym paradoksem dla każdego z nas. A dlaczego? Ponieważ byliśmy jednocześnie uwolnieni i zniszczeni". Koniec narodowosocjalistycznego reżimu zastąpił terror wypędzeń. Apel "8 maja - przeciwko zapomnieniu" podpisało przez ponad 200 osób, w tym liczne osobistości życia politycznego, społecznego i kulturalnego Niemiec. Głównym inicjatorem był dziennikarz "Die Welt" Heimo Schwilk. Polityk partii FDP, pani Hildegarde Hamm-Brücher nazwała apel „makabryczną reanimacją politycznej konstelacji z lat 30.”.



Wielka płachta pokryta kurzem

Historię ma „Die Welt” niewątpliwie ciekawą, ale chyba i nieciekawą przyszłość. Na łamach grudniowego wydania czasopisma „Press” medioznawca Jan Krone z Wolnego Uniwersytetu w Berlinie prognozuje, że poczciwy dziennik przetrwa w obecnej formie, czyli formacie płachty nie do czytania w autobusie, najwyżej kilka lat. A wyprze go młodszy braciszek w poręcznym rozmiarze – „Welt Kompakt”.

Wreszcie ktoś bez ogródek powiedział, że okręt jednak tonie.
ROBERT KORCZAK

Bibliografia:

▪ Ewa Stasiak-Jazukiewicz „Informacja masowa w polityce zagranicznej Niemiec”,

Warszawa 1999, Dom Wydawniczy Elipsa

▪ Janusz Adamowski, Bartłomiej Golka, Ewa Stasiak-Jazukiewicz „Wybrane zagraniczne

systemy informacji masowej”, Warszawa 1996, Dom Wydawniczy Elipsa

▪ Eugeniusz Guz „Prasa zwana wolną”, Warszawa 1985, Książka i Wiedza

▪ www.diewelt.de, www.rzeczpospolita.pl, www.gazeta.pl, www.ambasadaniemiec.pl,

www.prezydent.pl, www.msz.gov.pl



▪ „Die Welt”, „Rzeczpospolita”, „Press”.







©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna