Rok showa 20, drugi miesiąC, 21. Dzień 21 lutego 1945



Pobieranie 63.75 Kb.
Data06.05.2016
Rozmiar63.75 Kb.
Rozdz. 1
WYSPA

ROK SHOWA 20, DRUGI MIESIĄC, 21. DZIEŃ

21 LUTEGO 1945
W bunkrze zapadła cisza. Z sufitu opadał kurz. Wszędzie unosił się siarczany zapach przypominający smród przypalonego jajka.

– Kapitanie?

Odezwał się któryś z szeregowców. Takahashi, Sugita, Kanzaki, Asano, Togawa, Fukuyama, Abe – kto jeszcze pamiętał te imiona? Było ich tak wiele.

– Kapitanie, przestali strzelać. Czy to znaczy, że przejdą do ataku?

– Tak – odparł. – To znaczy, że przejdą do ataku.

Oficer nazywał się Hideki Yano i był kapitanem drugiego batalionu 145. pułku piechoty, dowodzonego przez Yasutakę oraz Ikedę i dołączonego do 109. dywizji pod dowództwem Kuribayashiego.

W niskim bunkrze śmierdziało siarką i kałem, bo żołnierze cierpieli na czerwonkę wywołaną skażoną wodą. Był to typowy obiekt fortyfikacyjny armii cesarskiej, niski betonowy budynek, wzmacniany przez długie miesiące pniami drzew z jedynego, nieistniejącego już dębowego lasu na wyspie, i obsypany piaskiem. W schronie znajdowały się trzy szczeliny strzelnicze, za każdą z nich stał karabin maszynowy 96, posadowiony na trójnogu i obsługiwany przez jednego strzelca oraz dwóch ładowniczych. Pole ostrzału karabinu obejmowało kilkaset metrów piaszczystych wydm niemal pozbawionych roślinności. Bunkier był podzielony na trzy części, niczym muszla łodzika, więc nawet gdyby dwa pozostałe stanowiska strzeleckie uległy zniszczeniu, trzecie mogło walczyć do samego końca. Wnętrze budowli przystrojono kopiami najnowszego rozkazu z kwatery generała Kuribayashiego, dokumentu zwanego „Bitewne zobowiązania”, który określał obowiązki każdego żołnierza względem Strefy.
Przede wszystkim poświęcimy się obronie tej wyspy.

Będziemy przechwytywać bomby, atakować czołgi nieprzyjaciela i niszczyć je.

Przenikniemy przez linie wroga i unicestwimy go.

Każda bez wyjątku salwa zabije naszych nieprzyjaciół.

Każdy żołnierz zabije co najmniej dziesięciu wrogów, nim sam zginie.
– Boję się, panie kapitanie – wyznał szeregowiec.

– Ja też – odrzekł Yano.

Na zewnątrz rozciągało się małe prywatne imperium kapitana. Schron okalało sześć głębokich wykopów; w każdym z nich znajdował się karabin maszynowy Nambu z dwuosobową obsługą oraz dwóch lub trzech dodatkowych strzelców. Nieco dalej ulokowano stanowiska strzeleckie męczenników z karabinami. Ci żołnierze nie mieli żadnych szans na ucieczkę, dobrze wiedzieli, że właściwie są już martwi. Żyli tylko po to, by przed bohaterską śmiercią zabić co najmniej dziesięciu Amerykanów. To właśnie oni byli w najgorszej sytuacji. Do wnętrza bunkra nie mógł przeniknąć żaden pocisk; skorupa ze zbrojonego stalą betonu miała ponad metr dwadzieścia grubości. Jednak na zewnątrz pocisk artyleryjski wystrzelony z okrętów stacjonujących przy wyspie mógł w ciągu sekundy rozerwać człowieka na strzępy. Jeśli wylądował w pobliżu stanowiska strzeleckiego, nikt nie miał nawet czasu na wyrecytowanie wiersza śmierci.

Teraz, gdy zbliżał się atak, kapitan nabrał nagle wigoru. Pozbył się długich miesięcy otępienia, rozpaczy, paskudnego jedzenia, dokuczliwej biegunki i zmartwień. W końcu nadeszła chwila chwały. Tyle że on już nie wierzył w chwałę. Wierzyli w nią tylko głupcy. Dla niego liczył się jedynie obowiązek.

Nie umiał przemawiać, biegał teraz jednak od stanowiska do stanowiska i sprawdzał, czy wszystkie karabiny przygotowane są do walki, czy ładowniczy stoją już w pogotowiu, czy strzelcy czuwają przy broni, by zabić każdego Amerykanina, który pojawi się w ich polu widzenia.

– Kapitanie?

Jakiś chłopiec odciągnął go na bok.

– Tak?


Jak on się nazywał? Jego imienia także nie pamiętał. Ale to były dobre dzieciaki, wszystkie pochodziły z Kagoshimy, bo 145. pułk formowano na Kiusiu, skąd wywodzili się najlepsi japońscy żołnierze.

– Nie boję się śmierci. Pragnę umrzeć za cesarza – wyrecytował chłopak, starszy szeregowy.

– To nasz obowiązek. My sami jesteśmy niczym. Obowiązek jest wszystkim.

Lecz chłopiec wydawał się czymś mocno poruszony.

– Boję się ognia. Okropnie boję się ognia. Zastrzeli mnie pan, kiedy się zapalę?

Wszyscy bali się miotaczy ognia. Ci owłosieni zwyrodnialcy pozbawieni byli honoru. Wyrywali zęba poległym Japończykom, robili sobie z japońskich czaszek popielniczki i wysyłali je do domu, nie zabijali Japończyków w uczciwej walce, karabinami i mieczami – nienawidzili mieczy! – ale z daleka, za pomocą wielkich pocisków artyleryjskich i samolotów, a gdy znaleźli się bliżej, często używali tych strasznych narzędzi, które tryskały płonącą benzyną i smażyły człowieka żywcem, zabijały powoli i boleśnie. Jak wojownik mógł umrzeć honorowo w płomieniach?

– Albo mieczem, panie kapitanie. Błagam. Jeśli zacznę się palić, proszę uciąć mi głowę.

– Jak się nazywasz?

– Sudo. Sudo z Kiusiu.

– Sudo z Kiusiu, nie umrzesz w płomieniach. Obiecuję ci to. Jesteśmy samurajami!

Słowo „samuraj” wciąż dodawało odwagi i wiary każdemu żołnierzami. Oznaczało dumę, honor, poświęcenie. Było warte więcej niż życie. Właśnie tym chciał być każdy żołnierz, dla tego właśnie gotów był umrzeć. Kapitan wiedział o tym przez całe życie, pragnął tego równie mocno jak syna, który byłby godzien tego tytułu.

– Jesteśmy samurajami! – powtórzył chłopiec z przejęciem, bo i on w to wierzył.


Kompania Able szła na pierwszy ogień. Po prostu przyszła na nią kolej; kompanie Charlie, Item i Hotel miały wspierać ją ogniem, prowadzić atak skrzydłami i koordynować ostrzał artyleryjski, ale żołnierze Able szli jako pierwsi. Prowadzili atak. Semper fidelis i wszystkie te piękne bzdury.

Był jednak pewien problem. Zawsze był jakiś problem, a ten dzisiejszy wyglądał następująco: dowódca kompanii Able miał pietra. Dołączył do 28. batalionu niedawno, a plotki mówiły, że to ustosunkowany ojciec załatwił mu dowództwo nad kompanią. Nazywał się Culpepper, był studenciakiem z jakiejś modnej uczelni i mówił trochę jak kobieta. Nikt nie nazwałby go pewnie pedałem, ale był trochę inny niż pozostali oficerowie. Może chodziło o to, że miał bogatych rodziców, mieszkał w wielkim domu, bywał w mocnych miejscach. Czy był w stanie poprowadzić ich do ataku? Nikt tego nie wiedział, ale bunkier musiał paść albo batalion tkwiłby tu cały dzień, a ciężkie karabiny maszynowe z Suribachi masakrowałyby przyczółek. Pułkownik Hobb postanowił więc, że tego ranka Culpepperowi będzie towarzyszyć starszy sierżant Earl Swagger.

– Culpepper, słuchaj sierżanta. To stary wyjadacz. Bywał już w różnych miejscach i lądował na wielu plażach. To najlepszy szturmowiec, jakiego mam.

– Tak jest – odparł Culpepper.

Pułkownik wziął sierżanta na stronę.

– Earl, pomóż Culpepperowi. Nie pozwól, żeby się zatrzymał, poganiaj jego chłopaków. Nie chcę ci tego robić, ale ktoś musi wprowadzić chłopaków na górę, a ty jesteś w tym najlepszy.

– Wprowadzę ich, panie pułkowniku – odparł Swagger, wcielenie wszystkich cnót i zalet amerykańskiego komandosa, szczupły, muskularny mężczyzna w bliżej nieokreślonym wieku, weteran walk z Canal, Tarawy i Saipan, a także, jak twierdzili niektórzy, Troi, Termopil i Azincourt. Mówiono, że nikt nie potrafi strzelać z karabinu maszynowego Thompsona tak, jak starszy sierżant. Mówiono również, że walczył z Japończykami już przed wojną, w Chinach.

Swagger był człowiekiem znikąd. Nie miał rodzinnego miasta, żadnych wspomnień, którymi dzieliłby się z towarzyszami broni, żadnych opowieści ze starych dobrych czasów, jakby w jego życiu nigdy nie było dobrych czasów. Podobno podczas ostatniej wizyty w domu ożenił się z jakąś dziewczyną – wszyscy twierdzili, że to prawdziwa ślicznotka, ale Swagger nigdy nie pokazywał jej zdjęć ani nie mówił za dużo na ten temat. Był przebiegły jak lis, niezmordowany i zawsze skoncentrowany, właściwie niezniszczalny. Profesjonalista w każdym calu, a zarazem człowiek, który potrafił zmobilizować do walki każdego rekruta i niedoświadczonego oficera. Był księciem wojny, a jeśli nawet na każdym kroku ryzykował życie, to wcale o tym nie myślał ani się tym nie przejmował.

Culpepper miał plan.

Swaggerowi ten plan się nie podobał.

– Pan wybaczy, panie kapitanie, ale to za skomplikowane. Skończy się na tym, że pańscy ludzie rozbiegną się na wszystkie strony, a Japończycy będą do nich strzelać jak do kaczek. Nie dzieliłbym Able na drużyny tylko na plutony, prowadziłbym ciągły ostrzał i zaatakował miotaczami ognia z prawej, jak najbliżej. Miotacze ognia, panie kapitanie, to klucz do wygranej.

– Rozumiem – przyznał młody oficer, blady, chudy, poważny i ogromnie przejęty. – Wydaje mi się jednak, że moi ludzie są w stanie…

– Panie kapitanie, gdy tylko Japończycy nas zobaczą, zasypią nas ogniem. To prawdziwi twardziele, którzy dobrze wiedzą, co robią. Jeśli przypuszcza pan, że ludzie zapamiętają poszczególne manewry w powiązaniu z punktami orientacyjnymi, to może się pan rozczarować. To musi być proste i twarde rozwiązanie, niewymagające za dużo myślenia, inaczej Japońce wystrzelają pańskich ludzi co do nogi. Najważniejsze to podejść blisko z miotaczami ognia. Gdyby to ode mnie zależało, wysłałbym najlepszy zespół z miotaczami na prawe skrzydło, wzdłuż tego wąwozu… – Wszyscy spojrzeli na mapę wiszącą w punkcie dowodzenia, położonym kilkaset metrów od miejsca planowanego ataku. – Osłaniałoby ich kilku ludzi z karabinami maszynowymi, w tym przynajmniej z jednym BAR-em, a całością dowodziłby pański najlepszy podoficer. Drugi zespół czekałby na swoją kolej. Jednocześnie prowadziłbym ostrzał ze stanowisk ogniowych. Można by wykorzystać bazooki. Otwory strzelnicze w bunkrze są wąskie, ale gdyby pocisk z bazooki trafił w któryś z nich, na pewno zrobiłoby to wrażenie na Japońcach. Panie kapitanie, może ja mógłbym poprowadzić zespół miotaczy.

– Ale… – próbował protestować młody oficer.

Pułkownik przerwał mu jednak bezceremonialnie:

– Earl poprowadzi ten zespół i wkrótce tu wróci. Potrzebuję go po południu.

Swagger skinął głową i dodał:

– Sierżant Tarsky to dobry żołnierz i podoficer. Zaatakuje z lewej strony, kiedy my już zaczniemy zabawę. Musi prowadzić ciągły ostrzał, tak samo jak ludzie, którzy zostaną na stanowiskach ogniowych. Ja pójdę z zespołem miotaczy na prawą flankę. Japończycy będą kryć się w zamaskowanych okopach, ale ja ich wypatrzę. Wiem, gdzie szukać. BAR zacznie strzelać, kiedy jeszcze będzie poza ich zasięgiem. Podejdziemy bliżej, wykurzymy żółtków z okopów, a potem wejdziemy na górę i spalimy ten bunkier.

Culpepper zawahał się na moment, potem jednak uświadomił sobie, że ten twardy, prosty żołnierz z jakiejś zapomnianej przez Boga i ludzi mieściny na Południu ma rację i jego własne nadęte ego nic tutaj nie znaczy.

– Dobrze. Bierzmy się do roboty, sierżancie.


Karabin maszynowy Type 92 strzelał pociskami smugowymi kaliber 7,7 milimetra. Świetliste smugi przecinały kłęby mgły i pyłu. Przez szczeliny strzelnicze nie dało się dostrzec poszczególnych ludzi, ich obecność była jednak wyczuwalna. Pociski uderzające w ziemię wzbijały obłoczki czarnego piasku.

– Tam – rzucił kapitan, wskazując palcem. Strzelec przesunął broń na prawo, nacisnął spust, łuski posypały się na podłogę, a niewyraźne sylwetki na zboczu zachwiały się i upadły wśród obłoków dymu i smrodu siarki.

– Panie kapitanie! – zawołał ktoś z komory położonej na lewo.

Przytrzymując miecz tak, by nie obijał się o podłogę i ściany, kapitan przebiegł przez tunel łączący komory.

– Tak?

– Panie kapitanie, Yamaki mówi, że widział jakichś ludzi po lewej, sylwetki przesuwające się wzdłuż naszych pozycji.



Pomieszczenie było wypełnione gryzącym dymem, który wżerał się w śluzówki nosa i palił oczy.

– Miotacze ognia?

– Nie widziałem.

Tak, to musiały być miotacze. Amerykański dowódca nie posłałby swoich ludzi prosto na linię ognia. Te owłosione bydlaki nigdy tego nie robiły; nie mieli dość odwagi i nie chcieli umierać. Umierali, jeśli było to konieczne, ale nie pragnęli śmierci. Chwalebna śmierć nie miała dla nich żadnego znaczenia.

Kapitan zastanawiał się nad tym przez dłuższą chwilę.

Zaatakowałby z lewej lub z prawej, a na pierwszy rzut oka lewa flanka wydawała się bardziej oczywistym rozwiązaniem. Rosło tam więcej krzewów, za którymi można się było schować, trudniej też prowadziło się ostrzał, bo zbocze było bardziej strome. Największym zagrożeniem mógł być ostrzał z granatników, ale Amerykanie nie bali się japońskich granatów, bo miały niewielką moc i rzadko trafiały do celu.

Kapitan próbował wczuć się w rolę przeciwnika. Wyobrażał sobie białego człowieka jako kogoś ogromnego, owłosionego i różowego. Nasuwały mu się skojarzenia z kowbojem lub duchem, wiedział jednak, że pod tą nierzeczywistą powłoką kryje się prawdziwa inteligencja. Przykre doświadczenia ostatnich lat nauczyły Japończyków, że nawet jeśli Amerykanie pozbawieni są honoru, to z pewnością nie brakuje im inteligencji.

Atak nadejdzie z prawej czy z lewej strony? Znał już odpowiedź: z prawej. Z jego prawej strony. On sam wysłałby miotacze ognia właśnie tam, bo było to mniej oczywiste rozwiązanie; rosło tam niewiele krzewów, za którymi napastnicy mogli szukać schronienia, po drodze znajdowały się też kryjówki japońskich żołnierzy. Dowódca amerykańskiego oddziału wiedział jednak zapewne, jak sobie z tym poradzić. Wydawało się to niebezpieczne, ale przebiegły i agresywny nieprzyjaciel umiałby wykorzystać zarówno ukształtowanie terenu, jak i element zaskoczenia.

– Ja się tym zajmę. Wy nie przerywajcie ostrzału. Nie zobaczycie konkretnych celów, a jedynie sylwetki. Strzelajcie do sylwetek. Bądźcie samurajami!

– Samuraje!

Kapitan pobiegł z powrotem do głównej komory.

– Mały karabin – rozkazał. – Szybko.

Sierżant przyniósł mu pistolet maszynowy Typ 100, kaliber 8 milimetrów, której konstrukcja niemal w całości została zapożyczona od Niemców. Karabin miał drewniane łoże, wentylowaną lufę i magazynek mocowany poziomo, z lewej strony zamka. Był prawdziwym rarytasem; dostawali go tylko wybrańcy. „Gdybyśmy tylko mieli milion takich karabinów…” – westchnął w duchu kapitan. „Dziś pewnie bylibyśmy już w Nowym Jorku!” Sam osobiście zabiegał u generała Kuribayashiego o taką broń.

Założył pas z granatami i zapasowymi magazynkami, a potem odpiął miecz i ułożył go na podłodze.

– Chcę zasadzić się na oddział z miotaczem ognia. Zaatakuję ich jeszcze w sporej odległości przed naszymi liniami. Osłaniajcie mnie.

Odwrócił się, skinął głową na szeregowca, który otworzył ciężkie stalowe drzwi z tyłu bunkra, po czym wygramolił się na zewnątrz.


– Jak się nazywasz, synu?

– MacReedy, panie sierżancie.

– Potrafisz z tego strzelać? – spytał Earl, wskazując na ośmiokilogramowy karabin maszynowy, który chłopak trzymał w rękach.

– Tak jest, panie sierżancie.

– A ty, synu? Wiesz, jak podawać mu amunicję?

– Tak jest, panie sierżancie – odparł ładowniczy MacReedy’ego, obwieszony pasami z magazynkami do karabinu maszynowego BAR.

– Dobra, powiem wam, co zrobimy. Ja wejdę na ten grzbiet i zajrzę do wąwozu. Kiedy tylko zobaczę jakieś ukryte stanowisko, ostrzelam je pociskami świetlnymi. Wy będziecie się czołgać za mną i strzelać w te same miejsca co ja, po pięć pocisków na stanowisko. Moje naboje nie przebiją belek, za którymi chowają się Japońce, ale wasze trzydziestki spokojnie przez nie przejdą, bo są trzy razy szybsze. Ładowniczy będzie na bieżąco wymieniał magazynki. Zrozumiałeś, synu?

– Tak jest, panie sierżancie.

– Chłopaki od miotaczy, wy zostaniecie z tyłu. Musimy najpierw oczyścić teren, zanim wyjdziecie na grzbiet i zabierzecie się do pracy. Jasne?

Odpowiedziały mu niewyraźne pomruki żołnierzy zgromadzonych za górskim grzbietem, kilka mrukliwych „Tak, panie sierżancie”.

– I jeszcze jedno. Tutaj, gdzie strzelają do nas Japońce, jestem Earl. Zapomnijcie na razie o „panu sierżancie”, zrozumiano?

To powiedziawszy, Earl rozpoczął długą i mozolną wspinaczkę w górę zbocza. Czołgał się przez wulkaniczny popiół i czarny piasek, otoczony kłębami śmierdzącego pyłu, który oblepiał jego nozdrza i język warstwą brudu. Sierżant tulił do siebie broń niczym ukochaną kobietę, od czasu do czasu zerkał na dwóch żołnierzy pełznących jego śladem i na japońskie pociski świetlne przemykające nad grzbietem. Od czasu do czasu eksplodowały pociski moździerzowe, które wzbijały jedynie wielkie tumany kurzu, nie czyniąc nikomu krzywdy.

Earl był szczęśliwy.

Podczas wojny zostawiał wszystko za sobą. Jego wiecznie rozzłoszczony ojciec nie wrzeszczał już na niego, ponura matka nie siedziała nadąsana w kącie, nie był już synem szeryfa, znienawidzonym przez innych tylko dlatego, że bali się jego ojca; był jedynie starszym sierżantem i był szczęśliwy. Korpus amerykańskiej piechoty morskiej zastępował mu teraz ojca i matkę, opiekował się nim, kochał go, wychowywał i robił z niego mężczyznę. Earl nie chciał go zawieść i gotów był walczyć za jego honor na śmierć i życie.

W końcu dotarł do grzbietu wzniesienia i wysunął zza niego głowę. Zobaczył przed sobą piaszczystą fałdę, która prowadziła do wyższego grzbietu, bruzdy stanowiącej podnóże góry Suribachi. Drugi batalion miał za zadanie obejść wulkan, odciąć górę od dostaw amunicji i pożywienia, a potem wspiąć się na zbocze i zdobyć moździerze, stanowiska artyleryjskie, ukryte stanowiska strzeleckie i bunkry, którymi była upstrzona jej nierówna powierzchnia.

Wąwóz wydawał się pusty, dno wąskiego jaru porastały jedynie kępy suchej trawy, winorośl i pojedyncze krzewy eukaliptusowe.

Kiedyś od razu poprowadziłby tutaj swoich ludzi i wszyscy by zginęli. Jednak podobnie jak wielu jego rówieśników zdążył się już nauczyć wojennego rzemiosła.

Wypatrywał teraz splątanych korzeni ukrytych w trawie lub obok krzewów eukaliptusa, kęp trawy cytrynowej lub skarłowaciałych dębów, bo Japończycy mieli wyjątkowy talent do okopywania się pod takimi właśnie elementami krajobrazu, budowania małych jednoosobowych fortec, których nie mogła zniszczyć amerykańska artyleria i z których nie było ucieczki. Żaden z tych miniaturowych bunkrów nie był wyposażony w dodatkowe tylne wejście. Japończycy walczyli do samego końca; nie znali pojęć takich jak kapitulacja czy odwrót.

– Jesteś gotowy, MacReedy?

– Tak, Earl.

– No to do roboty.

Earl oznaczył cel, położoną trzydzieści metrów dalej kępkę roślinności, która wydała mu się zbyt wystudiowana. Wiedział, że w komorze ukrytej za zasłoną paproci czai się człowiek, wystrzelił więc cztery pociski świetlne, które wbiły się w kępkę roślinności i wyrzuciły w górę małe obłoki czarnego piachu. Był tak silny, że mógł utrzymać karabin Thompsona, nie podnosząc się ani trochę nad ziemię; wszystkie pociski kaliber .45 trafiały prosto do celu. Potrafił strzelać z niego do rzutek, kiedyś urządził nawet słynny pokaz dla oficerów marynarki wojennej na pokładzie jednego z okrętów.

MacReedy wpakował w kryjówkę Japończyka kilka cięższych pocisków kaliber .30. Niewielki pagórek wytrysnął gejzerem czarnego piachu.

– Dobra robota. Ten chłopak odszedł już do swoich przodków.

Earl ponownie ruszył w górę zbocza. Dostrzegał rzeczy, które umknęłyby uwadze większości innych obserwatorów. Oznaczał je pociskami świetlnymi, czekał, aż dzieciaki z ciężkim karabinem maszynowym wpakują w nie serię, po czym czołgał się dalej. Po kilku minutach wąwóz był już oczyszczony.

– Teraz najtrudniejsza część. Widzicie, Japońce mają też stanowiska zwrócone w stronę ich własnych pozycji, ukryte tak, że nie zobaczycie ich, dopóki nie zaczną do was strzelać. Tak to sobie wymyślili, spryciarze. Bawią się w to już parę ładnych lat i nauczyli się tego i owego.

– Jak to rozegramy, Earl?

– Zrzucę kilka granatów na to zbocze. Wezmę od was BAR. Kiedy granaty eksplodują, zeskoczę na dół. Wypatrzę wszystkie stanowiska i ostrzelam je. Wy zostaniecie na górze i będziecie osłaniać mnie ogniem z Thompsona. Zrozumieliście?

– Earl, zabiją cię, to pewna śmierć.

– Nie. Żaden żółtek nie jest dość szybki, żeby ustrzelić starego Earla. Dobra, załadujcie i odbezpieczcie karabin. MacReedy, zdejmij też dwójnóg. Przygotujcie sobie granaty. Gotowi?

– Tak, Earl.

– Dobra, kiedy skończę odliczać, wyciągnijcie zawleczki i rzućcie granaty za grzbiet. Jasne?


Biegł przez obłoki pyłu, przez kurz wiszący w powietrzu, przez warstwy siarki. Jego stopy szukały oparcia w czarnym piachu. Huk wystrzałów nie ustawał ani ma moment. Pociski uderzały w piaszczyste zbocze, wzniecały małe obłoki pyłu. W dole widać było jedynie szarą mgłę i rozmazane sylwetki, owłosione bestie, które próbowały przeczołgać się bliżej, na odległość rzutu granatem. Ścigały ich białe pociski smugowe jego żołnierzy.

Biegł od stanowiska do stanowiska.

– Nie przestawajcie strzelać! Odrzucimy ich! Macie amunicję, wodę? Ktoś jest ranny?

Jego ludzie byli wspaniali. Wszyscy wierzyli w sto milionów i w służbę dla chwały cesarza, wszyscy pogodzili się już ze śmiercią i koniecznością ofiary, rozumieli jej nieuchronność i nie zamierzali uciekać; byli najlepszymi żołnierzami na Ziemi. Samurajami!

– Tam, po lewej!

Wskazał we właściwe miejsce, a karabin maszynowy obrócił się na podstawie i posłał serię prosto w zakurzony krzak. Sekundę później wszyscy mieli okazję zobaczyć, jak na ziemię osuwa się bezwładne ciało wroga.

– Wyszukujcie celów, nie przestawajcie strzelać. W końcu się zmęczą i wycofają.

Kapitan Yano dotarł do ostatniej półki. Miał przed sobą kilka metrów otwartej przestrzeni, pozbawionej jakichkolwiek elementów, które mogłyby stanowić osłonę przed ogniem wroga. Musiał ją pokonać.

– Kapitanie, ostrożnie!

– Niech żyje cesarz! – zawołał, jakby chciał przypomnieć im o wyższym celu.

Czy on sam w niego wierzył? Wierzyła jakaś jego część. Poddawała się temu, akceptowała śmierć, nawet bolesną, w ogniu miotaczy, była gotowa na ból, pragnęła rozmyć się w pustce. To ona sprawiała, że biegł przez ogień, wypełniając swój obowiązek i szukając swego przeznaczenia.

Lecz inna cząstka pytała: dlaczego?

Cóż za ogromne marnotrawstwo!

Ci fantastyczni ludzie mogli zrobić tyle dobrego, a umierają w czarnym piachu wulkanicznej wyspy pozbawionej jakiegokolwiek znaczenia. Umierali dla cesarza? Ilu z nich wiedziało, że podobny bogom, wszystkowiedzący cesarz to postać stworzona całkiem niedawno, i że przez trzysta lat imperator był jedynie marionetką rezydującą w Kioto, podczas gdy krajem rządzili z Edo ludzie dysponujący znacznie większą władzą? Ludzie ci tolerowali cesarza jedynie jako użyteczną fikcję, figuranta, którego można było otaczać różnego rodzaju rozpraszającymi (a dzięki temu przydatnymi) ceremoniami.

Kapitan dobrze wiedział, że wojna jest już przegrana. Wszystkie japońskie armie zostały rozbite. Żadna wyspa nie oparła się skutecznie inwazji. Umierali tu bez powodu. Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie było takie głupie. Wszystko to zakrawało na głupi żart, niezrozumiały kawał, z którego śmiało się przy sake siedmiu ludzi rządzących Japonią.

Lecz mimo to kapitan biegł dalej.

Znajdował się na otwartej przestrzeni przez kilka sekund. Amerykanie natychmiast zaczęli do niego strzelać, czuł gorący podmuch pocisków uderzających na prawo i lewo. Ziemia pod jego stopami rozkwitła dziesiątkami maleńkich obłoków piachu, wypełniła powietrze pyłem, który wpływał do jego nozdrzy i ust.

Pocisk, który miał go zabić, tym razem jeszcze go nie znalazł.

Opadł na ziemią za grzbietem pagórka i dyszał ciężko przez chwilę. Potem usłyszał huk wystrzałów dochodzący z wąwozu poniżej.

Podczołgał się do samej krawędzi grzbietu i obserwował z odległości około stu metrów, jak jakiś Amerykanin pędzi w dół zbocza z wielkim karabinem maszynowym w rękach – Amerykanie mieli tyle różnych rodzajów broni! – i posyła serie pocisków w ukryte stanowiska ogniowe, których lokalizację znał tylko sam kapitan, bo sam je przygotowywał.

Kilka sekund później było już po wszystkim.

Wielki owłosiony bydlak krzyknął coś i machnął ręką. Zza grzbietu wyszło najpierw dwóch innych żołnierzy, a potem jeszcze kilku. Dołączyli do Amerykanina stojącego na dnie wąwozu, ustawili się w rzędzie i ruszyli na jego komendę do przodu.

Wtedy kapitan to zobaczył: miotacz ognia.

Dwaj ostatni żołnierze w szeregu mieli miotacz ognia. Jeden z nich niósł go w specjalnej uprzęży, kilka zbiorników ułożonych na plecach, tak ciężkich, że przyginały go do ziemi. W ręce trzymał rurkowatą dyszę z rękojeścią, w której kryła się zapalarka. Właśnie to niewielkie urządzenie zamieniało strumień paliwa w żywy ogień. Zamierzali wejść w górę wąwozu, skręcić w lewo i wypalić stanowiska strzeleckie, a potem wysadzić drzwi bunkra i zmieść ogniem również jego wnętrze.

Kapitan sięgnął po granaty. Były to ręczne granaty odłamkowe o nazwie Typ 97, zawodne i niezbyt skuteczne. Ładunki umieszczone w walcowatym, żebrowanym korpusie z żelaza miały wybuchać z opóźnieniem 4–5 sekund, co oznaczało, że wybuchały z opóźnieniem 1–6 sekund, jeśli w ogóle eksplodowały. Aby je odbezpieczyć – to było naprawdę absurdalne! – należało najpierw wyciągnąć zawleczkę, a potem rozgnieść obudowę bezpiecznika, uderzając nim mocno o hełm, dzięki czemu iglica uderzała w spłonkę, a ta zapalała podsypkę prochową.

Kapitan omal się nie roześmiał.

„Jesteśmy samurajami, a nie potrafimy przygotować porządnego granatu ręcznego”. Jego żołnierze żartowali czasem, że nie pokonają ich Amerykanie, ale ich własne granaty.

Tym razem jednak los uśmiechnął się do niego. Kapitan wyjął zawleczkę z pierwszego granatu i uderzył bezpiecznikiem o kamień, spłonka rozpaliła podsypkę. Yano jeszcze przez sekundę trzymał granat w dłoni (ogromne ryzyko!), a potem przerzucił go za krawędź grzbietu. Następnie sięgnął po drugi granat i usłyszał huk eksplozji, który zagłuszył zapewne krzyk ranionych Amerykanów. Po odbezpieczeniu natychmiast odrzucił drugi granat, kierując się zdroworozsądkową zasadą, że dwa z rzędu nie mogą działać prawidłowo. Okazało się, że była to słuszna decyzja, bo tuż potem ładunek eksplodował.

Kapitan wysunął się zza grzbietu wzniesienia.

Wszyscy Amerykanie leżeli na ziemi. Jeden z chłopców trzymających karabin maszynowy krzyczał przeraźliwie i sięgał do okrwawionego ramienia. Dwaj inni leżeli nieruchomo. Żołnierz z miotaczem ognia próbował podnieść się na równe nogi.

Kapitan zajął się najpierw nim. Wpakował w niego pięć pocisków, następna seria trafiła w jego pomocnika, choć ten i tak nie dawał już znaków życia. Potem odwrócił się do dzieciaka, który próbował podnieść ciężki karabin maszynowy, podczas gdy jego ładowacz pochylał się po porzucony pistolet. Zabił ich obu jedną długą serią. Następnie przeszedł do dowódcy i również wpakował w niego kilka kul. Wrócił do żołnierza z miotaczem, który – choć wydawało się to nieprawdopodobne – wciąż oddychał. Strzelił mu prosto w głowę, starając się nie patrzeć, a przynajmniej nie czuć wstydu, gdy pociski rozrywały jego młodą twarz. Potem wyjął bagnet, odciął dyszę z zapalnikiem i odrzucił ją na bok.

Tego dnia żaden miotacz ognia nie mógł już zagrozić jego ludziom.

Odwrócił się i ruszył biegiem do bunkra.
Earl odzyskał przytomność. Wciąż żył. Próbował przypomnieć sobie, co się wydarzyło, w końcu stwierdził, że był to jakiś zabłąkany pocisk moździerzowy albo granaty. Potrząsnął głową, próbując pozbyć się bolesnego brzęczenia, które jednak wcale nie ucichło. Bolało go biodro. Spojrzał w dół i zobaczył krew. Jego manierka była przedziurawiona w dwóch miejscach, na sprzączce pasa widniało zagłębienie znaczące miejsce, gdzie uderzył pocisk. Co najmniej jedna kula raniła go w bok, na grubej mundurowej koszuli rosła powoli ciemna plama krwi. Sierżant rozejrzał się dokoła.

Zginęli. Wszyscy zginęli.

Kurwa.

W końcu natknął się na Japończyka równie sprytnego jak. Nawet sprytniejszego, niech go piekło pochłonie.



W wąwozie panował spokój, choć niedaleko wciąż było słychać huk wystrzałów. Japończycy nadal tkwili w bunkrze; jego natarcie z flanki zostało odparte. Zginęło czterech ludzi z kompanii Able, a on sam ledwie uszedł z życiem. Dopiero teraz uświadomił sobie, że tuż przed pierwszym wybuchem słyszał brzęk odbezpieczanego japońskiego granatu i że nim stracił przytomność, eksplodowały co najmniej dwa granaty.

Rozejrzał się dokoła; jego karabin maszynowy Thompson leżał kilka metrów dalej. Podniósł go, wydmuchał piasek z mechanizmu spustowego i odbezpieczył. Nie musiał sprawdzać komory, bo przed atakiem zawsze wprowadzał tam pocisk. Ruszył w górę wąwozu.

Wszedł na grzbiet i odwrócił się w miejscu. Przed sobą miał piaszczysty wzgórek porośnięty karłowatą roślinnością.

Przeszedł dalej, okrążył pagórek i znalazł się w odległości około stu metrów od bunkra. Dzieliły go od niego trzy stanowiska strzeleckie obłożone workami z piaskiem. W każdym kryło się kilku żołnierzy, którzy bez ustanku ostrzeliwali atakujących Amerykanów. Terkot broni maszynowej przypominał miarowy pomruk jakiejś wielkiej maszyny.

Earl nie wahał się ani chwili. To nie leżało w jego naturze. Wykorzystał element zaskoczenia i wpadł do pierwszego okopu, nim ukryci tam strzelcy w ogóle go zauważyli. Położył ich wszystkich jedną długą serią.

Japończyk z drugiego stanowiska, odległego o jakieś trzydzieści metrów, wychylił się i strzelił do Earla. Pocisk odbił się od hełmu sierżanta. Earl strzelił z biodra, unieszkodliwił Japończyka i przebiegł do jego kryjówki, strzelając po drodze krótkimi seriami. Gdy dotarł do okopu, skończyła mu się amunicja, wskoczył więc do środka, uderzył kolbą w twarz najbliższego przeciwnika, odwrócił się błyskawicznie i powalił drugiego. Potem zajął się ponownie pierwszym i zabił go kilkoma potężnymi uderzeniami. W jego sercu nie było cienia litości.

Świat wokół stanowiska zapłonął; strzelał do niego karabin maszynowy Nambu z trzeciego okopu. Earl przykucnął, sięgnął po granat, wyjął zawleczkę i rzucił go. Czekając na wybuch, zmieniał pospiesznie magazynek. Gdy granat eksplodował, wychylił się zza krawędzi okopu i zobaczył trzech żołnierzy z Nambu biegnących w jego stronę. I znów położył wszystkich jedną serią. Wyskoczył z okopu, przebiegł do trzeciego stanowiska – później do końca życia zastanawiał się, jakim cudem wówczas nie zginął – i dobił rannych Japończyków ukrytych za workami z piaskiem. Gdy skończyła mu się amunicja, zabił dwóch ostatnich żołnierzy kolbą karabinu; nie było to coś, czym chciałby się chwalić swoim dzieciom, ale musiał to zrobić.

Usiadł na moment, wyczerpany, wciągnął w płuca powietrze przesycone siarczanym zapachem tego przeklętego miejsca. Spoglądał na bunkier położony zaledwie kilka metrów dalej. Wiedział, że musi go wysadzić. Tak, tylko czym? Nie miał już żadnych granatów, żadnych ładunków wybuchowych, rury Bangalore ani miotacza ognia. Pochylił się do przodu, odwrócił ciało jednego z Japończyków – było zdumiewająco lekkie! – i znalazł przy nim torbę granatów. Wiedział, że japońskie granaty są kiepskie, ale może cała ich kiść coś zdziała. Sięgnął po Thompsona i zrozumiał, dlaczego karabin przestał strzelać. Do zamka dostał się piach, który całkiem go zablokował. Musiałby czyścić go przez cały miesiąc, by znów zaczął działać.

Wziął głęboki oddech, dobiegł do bunkra i przesuwał się wzdłuż betonowej ściany, trąc o nią koszulą. Słyszał terkot karabinów maszynowych ukrytych we wnętrzu budowli. Odszukał wejście i ujrzał czarne stalowe drzwi.

Przywarł mocniej do ściany i sięgnął po jeden z japońskich granatów. Wyjął zębami zawleczkę i uderzył nim o ścianę. Czuł, jak spłonka zapala podsypkę, patrzył przez sekundę na strużkę dymu wydobywającą się z wnętrza granatu.

Cholera, te buble były naprawdę przerażające.

Wsunął granat do torby, rzucił ją pod drzwi i pobiegł z powrotem do okopu.

Potrzebował broni.
Kapitan dotarł cało do bunkra. W ciemnym wilgotnym wnętrzu mógł odpocząć na moment od szalejącej na zewnątrz bitwy. Hałas przycichł, zniknęły oślepiające eksplozje, smród siarki zastąpiły inne zapachy.

Ktoś poklepał go po ramieniu, ktoś go uściskał, ktoś płakał z radości.

– Powstrzymałem ich grupę z miotaczem ognia. Mamy ich. Nie wejdą tu dziś. Jesteśmy samurajami!

Oddał karabin Typ 100 sierżantowi i wrócił do swojego kąta. Podniósł miecz, zwykłe niepozorne ostrze wyprodukowane prawdopodobnie w fabryce marynarki wojennej, wypolerowane przez maszynę i złożone przez robotnika. Było jednak zadziwiająco ostre – dwukrotnie już ktoś chciał je od niego kupić. Było w nim coś intrygującego, choć trudnego do zdefiniowania.

Przypiął teraz pochwę do pasa, wyjął miecz i ułożył go przed sobą.

Czuł, że spełnił swój obowiązek. Nikt nie zginie w płomieniach. Wszyscy umrą z godnością.

Wyciągnął pędzel do kaligrafii i zanurzył go w atramencie. Pomyślał o Asano i o tym, co czuł ów możnowładca na kilka chwil przed śmiercią w 1702 roku, gdy musiał ulec naciskom tak potężnym, że trudno je ogarnąć rozumem.

Asano napisał:

Szkoda, że nie zobaczę

końca wiosny,

ale nie żałuję

widoku opadających kwiatów wiśni.

Asano wiedział, co naprawdę jest ważne: koniec wiosny, jego służba; opadające kwiaty wiśni, puste ceremonie. Potem Asano wbił ostrze w brzuch i przeciągnął je z boku na bok, przecinając wnętrzności. Umierał w mękach, w kałuży krwi, aż litościwe uderzenie miecza oddzieliło jego głowę od tułowia.

Yano również wiedział, co powinien teraz zrobić. Musiał opisać wszystko, co się tu wydarzyło, czym było to miejsce, jak dzielnie walczyli ci ludzie, jak wspaniale umierali. Wraz z tą świadomością przyszło natchnienie; kapitan zręcznymi ruchami stawiał na papierze ryżowym znaki kandzi. Wydawało się, że same wypływają z jego pędzla, lekkie, delikatne świadectwo geniuszu artysty w samym środku rzezi. To było coś głęboko ludzkiego.

To był jego wiersz śmierci.

Położył miecz na małym biurku. Czubkiem pędzla nacisnął bambusowy kołek mocujący rękojeść do trzpienia. Rękojeść przesunęła się w górę, Yano nie zdjął jej jednak, lecz owinął wiersz śmierci wokół trzpienia i nasunął rękojeść na miejsce. Potem ponownie wsunął kołek do otworu. „Za luźno” – uznał po krótkim namyśle. Wciąż wilgotnym pędzelkiem naniósł odrobinę atramentu na kołek. Wiedział, że barwnik wniknie do otworu, zgęstnieje niczym lakier, a potem stwardnieje i na stałe już połączy rękojeść z trzpieniem miecza.



Z jakiegoś niezrozumiałego powodu to drobne na pozór zadanie, wykonane w obliczu śmierci, sprawiło mu ogromną satysfakcję. Oznaczało, że ostatnim świadomym aktem jego życia było napisanie wiersza.

Potem świat eksplodował.




©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna