Roman Daszyński, Kreda przedostatnia radiostacja



Pobieranie 20.73 Kb.
Data08.05.2016
Rozmiar20.73 Kb.
Roman Daszyński, Kreda – przedostatnia radiostacja, „Gazeta Wyborcza”, 07.10.2010,

Polskie i brytyjskie dowództwo przywiązywało ogromną wagę do jakości wyszkolenia bojowego cichociemnych. W tajnych ośrodkach wojskowych na terenie Wielkiej Brytanii (głównie w Szkocji) przechodzili mordercze treningi kondycyjne i sprawnościowe, uczyli się walki wręcz i szybkiego strzelania. Nie stawali się może komandosami według dzisiejszych kryteriów, ale na pewno mieli sporą przewagę nad większością żołnierzy wroga

''Kreda'' Przemysław Bystrzycki. Pokonuje 3 tys. kilometrów, by uciec z Kazachstanu. Schwytany trafia do sowieckiego więzienia, a stamtąd do armii Andersa. Do Londynu dociera przez Bliski Wschód i Afrykę. Ma 21 lat, gdy skacze do kraju - zostaje dowódcą tajnej radiostacji

Gdy dowództwo odmawia cichociemnemu lotu do Polski, jest to policzek. Nie ma znaczenia, że odmawiają uprzejmie i na zasadzie: "Jesteś nam potrzebny tu, w Anglii. Nie możemy pozbywać się radiotelegrafistów, trzeba przecież szkolić następnych". Przemysław Bystrzycki, pseudonim "Kreda", dostaje taką odmowę trzy razy.

Jest synem zamordowanego przez Sowietów wiceprezydenta Przemyśla, szczupłym 20-latkiem po przejściach na Syberii. Ma nogi poranione od odmrożeń. By wrócić do Polski z karabinem w ręku, nauczył się chodzić i biegać tak, jakby był całkowicie sprawny. Wybrał specjalizację - radiotelegrafista - i został w swoim fachu prymusem. To właśnie go uziemiło. Teraz ze wstydem myśli, że większość kolegów z jego grupy jest już, po skoku, w Polsce.

Dowództwo bierze go do Watford. To miejsce, z którego wielkie zespoły nadawczo-odbiorcze utrzymują łączność z polskimi radiostacjami w okupowanym kraju - jest ich tam prawie sto. Najlepsi fachowcy szkolą tu młodych i "Kreda" też ma się tym zająć. Nakłada na uszy słuchawki. Czeka chwilę. Nagle słyszy! Boże, to Polska!

Szukasz śmierci - wstąp na chwilę

Kolejna próba "załapania się" na skok.

Za stołem trzech oficerów, szumi wentylator. Bystrzycki po raz kolejny opowiada, jakie były jego losy. Mówi o tym, jak Sowieci zabrali go z Przemyśla z mamą, babcią i trzema siostrami. Jak trafili do Kazachstanu, jak głodowali, jak mróz i śnieg wdzierał się do ich ziemianki. Jak umarła babcia, potem mama. Jak próbował uciec z kolegą Mundkiem - synem żydowskiego krawca z Przemyśla. Jak ich złapali po przejściu i przejechaniu 3 tys. km - już pod Kijowem. I jak Sowieci wypuścili go z więzienia, gdy Stalin zgodził się na tworzenie armii Andersa.

- A zatem chce pan walczyć w kraju, tak? Gdzie? Kiedy? Jak?

Dostaje trzy minuty do namysłu, ale ich nie potrzebuje. Odpowiada prawie natychmiast. Komisja wyraża zgodę.

- Przejdzie pan odpowiednie szkolenie.

Gdy zostaje zatwierdzona kandydatura "Kredy", system szkoleń cichociemnych jest już dopięty, minęły czasy improwizacji. Okres pionierów - takich jak Maciej Kalenkiewicz "Kotwicz" - jest wspominany z sentymentem. Szkolenia - dla kilku nacji - trwają w blisko dziesięciu ośrodkach. Polacy w porównaniu z innymi cieszą się dużą autonomią. Za wszystko odpowiada "szóstka", czyli polski kontrwywiad. To oni angażują brytyjskich, a z czasem i polskich instruktorów. Jedno się nie zmieniło: podstawą pozostaje dbałość o sprawność fizyczną i bojową.

- Wystrzelaliśmy każdy chyba około tysiąca pocisków - będzie mówił po wojnie Bystrzycki. - Do tego dochodziły podstawy walki nożem, boksu, dżiu-dżitsu, a także wiedza o zasadach konspiracji na tyłach wroga. Przepędzano kursantów po ścieżce krytej serią z cekaemu przez instruktora. Angielski sierżant lubił niekiedy rzucać pod nogi granat.

Otrzymują pierwszą broń, uroczyście. Cichociemni występują w szeregu i przyklękają. Przełożony wręcza każdemu karabin, mówiąc: - Niech was zaprowadzi do kraju, bądźcie mu wierni!

W Laro-house koło szkockiego Leven - miesięczna zaprawa spadochroniarska w tzw. małpim gaju. W parku stoi wygodna willa, jest boisko sportowe i urządzenia do ćwiczeń. W lesie morderczy tor przeszkód, gdzie trzeba m.in. z biegu przeskoczyć 3-metrową ścianę i pokonywać zasieki z drutu kolczastego. Skoki zaczynają na wieży spadochronowej, kończą - już z samolotów - nauką otwierania czaszy jak najniżej nad ziemią.

Nad bramą wejściową do Laro-house napis: "Szukasz śmierci - wstąp na chwilę". 

Między gajami a płonącą Warszawą

Na dalsze, specjalistyczne, szkolenia, "Kreda" dostaje przydział do wyzwolonych już przez aliantów Włoch. Pracuje ze słuchawkami - to on ma przywilej wywoływania głosu krajowych radiostacji. Gdy któraś z "Wand" nagle milknie, Bystrzycki wyobraża sobie, że tam, na jakimś poddaszu, w komórce czy piwnicy, stało się coś złego. Zastanawia się, czy przypadkiem sam się do tego nie przyczynił.

Jest koniec lipca 1944, wiadomo już, że w Warszawie szykuje się powstanie. Na falach idą apele o zrzuty i pomoc. "Baza 11" pracuje na pełnych obrotach - 99 ludzi przy dwunastu stanowiskach. Radiostacje przepalają się z przeciążenia.

Choć loty do Warszawy są prawie jak samobójstwo, bombowce ze sprzętem dla powstańców wciąż startują z włoskiego Brindisi. Polskich pilotów, którzy nie wrócili z misji, zastępują załogi kanadyjskie i południowoafrykańskie.

- Oby udało się wyekspediować jeszcze jedną maszynę! - emocjonują się polscy łącznościowcy. - Jeszcze dwie! Jeśli wrócą, jutro znów polecą 

Brytyjskie dowództwo patrzy na to, jak na oczywistą stratę ludzi i sprzętu. Nie ma zgody na zwiększenie pomocy dla Warszawy. Straty i tak są ogromne. Ale "Kreda" słyszy przez radiostację, jak powstańcze dowództwo domaga się samolotów niczym koła ratunkowego.






- Nasz wysiłek tu nie gasił łun - powie po latach - nawet nie podtrzymywał na duchu, lecz tylko rozniecał ułudę. Brałem w tym rozniecaniu udział. Otoczeni szmaragdowym morzem, gajami owocowymi, byliśmy bezpieczni. Nieprzyzwoicie bezpieczni.

Z misją do "Niedźwiadka"

"Kreda" wie, że jego szanse na lot do kraju są praktycznie zerowe. Nie wierzy, by to miało sens, ale idzie jeszcze raz do dowództwa prosić o misję. Sceptyczny porucznik słucha próśb i argumentów, po czym zgadza się wysłać go do Loreto, na tzw. stację wyczekiwania. 

Choć wcale nie wiadomo, czy jakikolwiek lot dojdzie do skutku, to jednak "Kreda" dostaje podrobione niemieckie dokumenty na nazwisko lekarza z Przemyśla i uczy się na pamięć fikcyjnego życiorysu. Dni mijają na oczekiwaniu, kończy się gorące, włoskie, lato.

Ale wojna też się kończy i tylko głupcy mogą się łudzić, że Stalin nie położy ręki na Polsce. Powstanie upadło. Sowieci stoją nad Wisłą i wkrótce ją przejdą. Brytyjczycy nie widzą potrzeby dalszego wysyłania skoczków. Sowieci to przecież sojusznicy, choć Polacy myślą inaczej i gotowi są z tymi "sojusznikami" walczyć. 

Nagle do Brindisi przyjeżdża z Londynu rotmistrz Adam Mackus - dotychczasowy szef kursu dywersji dla cichociemnych. Ma specjalną misję - poleci z wiadomościami od Naczelnego Wodza do ukrywającego się w kraju Leopolda Okulickiego ps. "Niedźwiadek". Mackus chce wziąć ze sobą najlepszego łącznościowca - wybiera "Kredę".

18 listopada 1944 mają skakać na południe od Krakowa, między stokami Beskidu Wyspowego i Gorców - ale wracają, bo ziemię pokrywa mgła. Powtórna wyprawa, cztery dni później. Przed odlotem normalny rytuał, oficer operacyjny przypomina: - Nie wolno dać się złapać żywcem ani zostawić rannych nieprzyjacielowi. Pieniądze mogą przepaść, skoczek najważniejszy!

Każdy ma przy sobie od 120 do 180 tys. dolarów amerykańskich w specjalnie uszytych lnianych pasach: banknoty - na piersi, rulony złotych monet - na plecach. To pieniądze dla konspiracji, które cichociemni wożą do kraju od pierwszych misji.

Na koniec skoczkowie dostają po tzw. pastylce L - to silna trucizna, zabija w kilka sekund. 

Startują. 

Przed północą są nad zrzutowiskiem, widoczność tym razem dobra - partyzanci dają znaki latarkami. Najpierw leci w dół kilkanaście kontenerów z zaopatrzeniem. Po nich - sześciu skoczków. Kilka minut później klękają, by ucałować ziemię.



Człowiek z bronią i bez

Wylądowali 12 km od Limanowej, koło wsi Szczawa. Partyzanci podejmują ich w góralskiej chałupie, są niezwykle serdeczni. Na stole talerze z jedzeniem i butelki bimbru. W kącie beztrosko leżą pasy z gotówką - blisko milion dolarów. 

Rotmistrz Mackus ma spotkać się z "Niedźwiadkiem" jako nowym dowódcą AK i zreorganizować łączność radiową z krajem w związku ze spodziewaną okupacją sowiecką. "Kreda" rozstawia radiostację najnowszej generacji AP-4, cudo ówczesnej techniki: pudełko wielkości grubej książki, praktycznie niemożliwe do wykrycia. Nawiązują kontakt.

Mackus spotyka się z "Niedźwiadkiem" w Krakowie. Omawiają zasady przyszłej, antysowieckiej konspiracji. Po spotkaniu "Kreda" i rotmistrz znów zapadają się w teren. W nocy z 26 na 27 grudnia odbierają ostatni zrzut cichociemnych i sprzętu. Po Nowym Roku staczają kilka potyczek z Niemcami, którzy cofają się już przed sowiecką ofensywą zimową.

"Kreda" cały czas nadaje depesze na Zachód. Pracuje w chacie, gdzie po drugiej stronie korytarza siedzi dowództwo sowieckich partyzantów.

- Pewnego razu podniosłem głowę i przez okienko zobaczyłem wojnę: parę metrów od domu biegli sznurem wycofujący się Niemcy - wspomni po latach. - Tuż za nimi szła ofensywa - żołnierze radzieccy napierali z okrzykiem: urraaa urraaa, dochodziły jakieś odgłosy strzelaniny bum bum bum 

19 stycznia "Niedźwiadek" wydaje rozkaz o rozwiązaniu Armii Krajowej. 

"Kreda" idzie z grupą partyzantów na Górę św. Jana. To punkt, w którym mają oddać broń. Stają przed "Powolnym" - por. Ryszardem Nuszkiewiczem, też cichociemnym. "Kreda" czuje ścisk w sercu, ogląda jeszcze rękojeść swojego colta, wącha lufę. W końcu mówi: - Czynię według rozkazu!

"Powolny" obiecuje, że broń zostanie starannie zakonserwowana i ukryta: "Dla przyszłego użytku, w razie potrzeby".


- Pustka i upokorzenie - stwierdzi po latach "Kreda". - Człowiek z bronią i człowiek bez broni to dwaj różni ludzie.

Na górze jeszcze raz rozkłada swoją supernowoczesną radiostację. Nadaje depeszę o sytuacji w ogarniętej sowiecką inwazją Polsce. Do czerwca 1945 nada wiele podobnych meldunków. Jego radiostacja będzie przedostatnia w Państwie Podziemnym. 



Nadawaj, swołocz, i to już!

Koniec wojny, radość i gorycz. Bystrzycki przenosi się do Krakowa, gdzie razem z kolegami myślą; co robić dalej. 23 sierpnia UB urządza nocny nalot na jego mieszkanie. "Kreda" próbuje połknąć tabletkę z trucizną, ale ubek wyrywa ją z ręki. Za kraty trafia też Mackus i dwaj inni AK-owcy. Zostali wydani przez jednego z kolegów. Bicie, straszenie, poniżenie, bicie. UB znajduje broń, szyfry, radiostację. Może być z tego tylko kara śmierci.

Śledztwem interesuje się osobiście szef NKWD w Krakowie, pułkownik Wołkow. Prowadzą "Kredę" na najwyższe piętro siedziby UB. Tam na biurku leży jego superradiostacja do szybkiego nadawania, antena - ustawiona tak, jak trzeba. Obok siedzi sowiecki major.

- Pracuj, skurwysynu, i to już 

- Dlaczego ja, przecież macie radiotelegrafistę 

- Ty, swołocz twoją rękę znają, ty będziesz nadawał!

Siada do aparatu i nadaje. W meldunku zawiera "podwójne i" - ostrzeżenie o wpadce. Cztery dni później znowu go sprowadzają z celi, rozluźnieni, bo przecież poszedł na współpracę. Wykorzystuje chwilę ich nieuwagi i wkłada grafit ołówka w otwór przewidziany przez konstruktorów do szybkiego zniszczenia radiostacji. Grafit podwaja napięcie - przepala się lampa, w Polsce nieosiągalna.

Huk, smród palonej izolacji. "Kreda" czuje się tak, jakby zastrzelił rannego kolegę, który się dostał w ręce wroga. Ubecy i Rosjanin patrzą ogłupiali, po chwili rzucają się na Bystrzyckiego. Jeden wyciąga pistolet.

- Co zrobiłeś, bydlaku?!!?

- Nie wiem - próbuje się tłumaczyć. Może w Krakowie jest inne napięcie niż w Anglii i dlatego maszyna się przepaliła. 

Ubek pyta sowieckiego majora, co o tym sądzi.

- Da, eto możet byt' - odpowiada po namyśle major.



Kreda wykupiony i niezastraszony 

Londyn staje na głowie, by wykupić "Kredę" i Mackusa. Kurier przywozi dużą gotówkę - pieniądze dostaje kilka osób z pułkownikiem NKWD na czele. To prawdopodobnie jedyny taki przypadek w zajętej przez Sowietów Polsce. Adwokat przy okazji rozprawy mówi jednak do "Kredy": - Warszawa nie godzi się, żeby wypuścić was wszystkich.

- Ja mogę zostać - odpowiada Bystrzycki.

Jego koledzy wychodzą na wolność 10 stycznia 1946. On sam siedzi jeszcze pół roku. Wychodzi pod koniec sierpnia i przenosi się do Poznania. 

Bierze ślub, kończy studia, pracuje jako redaktor w kilku periodykach. Rodzą się trzy córki. Choć jest inwigilowany przez bezpiekę, to nie spotykają go poważniejsze nieprzyjemności. Tajniacy nachodzą Bystrzyckich rzadko, a jeśli już przyjdą, potrafi im powiedzieć bez lęku: - W jakiej sprawie panowie? Bardzo się spieszę...

Ma dystans do życia, nie zabiega o zaszczyty. Dziękuje Bogu, że z wojennej hekatomby ocalały wszystkie trzy jego siostry. Najstarsza - Zosia - poznała w ZSRR i poślubiła prominentnego komunistycznego pisarza Jerzego Putramenta. Być może to ma jakieś znaczenie dla względnego spokoju, jaki daje "Kredzie" ubecja.

Dawny cichociemny zostaje pisarzem. Tworzy po kolei kilkanaście tytułów - prawie wszystkie książki zawierają wątki autobiograficzne. Wspomina konspirację, towarzyszy broni i "Lilkę" - najlepszą kurierkę Podhala, która kursując między Krakowem a jednostką w górach, potrafiła zrobić przeszło 50 kilometrów w jedną stronę i to bezdrożami. Torturowana po wojnie przez komunistyczną bezpiekę, popadła na koniec w obłęd i odebrała sobie życie.

Sam Bystrzycki dożył końca komunizmu. Umarł na serce w 2004 r.




©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna