Rozdział czterdziesty pierwszy



Pobieranie 70.07 Kb.
Data08.05.2016
Rozmiar70.07 Kb.
ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY PIERWSZY

Tymczasem Hagrid znowu rozmyślał:


- Wydaje mi się, że czuję do Leyli coś więcej niź przyjaźń.
"No co ty. Ona jest za młoda i nie zechce takiego starego trepa jak ty!" dodał rozsądek.
"Ale może, dla niej wiek nie gra roli?"pomyślał Hagrid
"No, ale wygląd chyba się liczy, hmmm... nie? A Ty do najprzystojniejszych nie należysz. Omine to, że jesteś półolbrzymem. Na dodatek masz kiczowatą brodę. A dieta chyba nie jest bolesna... A z fryzjerem i pastą do zębów się pokłóciłeś?" dodała podświadomość.
"Ale ja potrzebuję kogoś... Czuję się samotny..." prowadził dalej konwersację
"No to może się trochę rozejrzysz...?" mówiła podświadomość
"Że co? Niby Hermiona? O nie!! Napewno nie!!" wręcz kłócił się Hagrid
"Zgłupiałeś? Rozejrzyj sie bliżej...." - podświadomość
"Nie rozumiem...." - Hagrid
"No.... Pomyśl.... Co jest w Twoim najbliższym otoczeniu...? No...? Dobrze myślisz... Tak Hagrid, tak - zwierzęta..."

Harry ze swojego rodzaju smutkiem spostrzegł, że ferie się skończyły. Siedział teraz w przedziale pociągu Hogwart's Express i pustym wzrokiem wertował obraz za oknem. Cały czas milczał. Luna natomiast obserwowała go z zafascynowaniem myśląc, o tym, jak bardzo go kocha. Pociąg sunął się ospale w stronę Hogwartu mijając pola, lasy i rzeki. Powoli zapadał zmrok i Harry poznał już okolice Hogwartu. Maszyna wciąż zwalniała, a Harry nadal siedział i patrzył w okno.


- Harry, wysiadamy. - powiedziała delikatnie Luna gdy pociąg całkowicie stanął.
- Już. - powiedział Harry odrywając wzrok od okna.
Gdy wyszedł z pociągu poczuł jak chłodne, wieczorne powietrze uderza go w twarz. Przystanął na chwilę. Czuł się tak dziwnie. Cały czas rozmyślał o wizycie w domu Luny. Zdawało mu się, że nie przypadł ojcu Luny do gustu.
- Wszystko ok? - spytała troskliwie Luna patrząc na ukochanego
- Tak. - powiedział Harry uśmiechając się do niej i obejmując ją czule w pasie.

„ Hogwart znów wypełniły głosy i śmiechy, wypoczętych uczniów. Oczywiście piąto i siódmoklasiści, byli mniej szczęśliwi, ale ogólnie wszystkim dopisywał niebywały, jeszcze świąteczny humor. Ron wpakował się do domatorium i ze świstem przecinanego powietrza wylądował na łóżku. To były udane święta. Zbyt udane...zapomniał...zapomniał o Hermione. Nie, nie było innej. Ale on...zwykle zapominalski i roztargniony... „Nie broń go! Zapomnieć o swojej ukochanej, orzechowo włosej! Skandal! Napiszemy od MINISTRA!” – pisnęło sumienie z oburzeniem. Ron, który raczej nie przejmował się przemądrzałym zmysłem. Przymknął oczy i przywołał wspomnienia związane z feriami....

Hermiona z uśmiechem, prześwietliła Pokój Wspólny. Lecz, już ze smutną mina, nie dostrzegła Rona, ani Harrego. Z grymasem złości wtaszczyła kufer do domatorium....

Harry wszedł do PW i żwawym krokiem, podążył ku domatorium, w celu pogadania sobie z Ronem...

Hagrid podlewał rzodkiewki(albo inne tego typu rośliny)...

Nauczyciele(nie licząc Snape’a) rozprawiali o balu na zakończenie roku...jakby czekali na niego z utęsknieniem...

Leyla z zawzięciem rozmawiała z Draconem, próbując nakłonić go do wyjawienia, ojcu iż należy do Armii Lorda...

Luna gawędziła koleżankami, które z westchnieniem słuchały jej opowieści o świętach z Potterem...

Ogólnie wszyscy się rozumieją i kochają zawzięcie, ale....zawsze jest jakieś „ale”. Tym razem to „ale” miało ziemistą i cieką jak pergamin skórę i ogromne czerwone oczyska, z których aż kapała nienawiść...

Lord siedział w ciemnym kącie pokoju i z zamiłowaniem słuchał ciszy, która go otaczała...wiedział, że Leyla go nie zawiedzie...jest aktorka doskonałą. Nikt. Absolutnie nikt. Nie wiedział, że wszystko zostało ukartowane. Najpierw ratowanie Pottera, później, ta niby egzekucja. No i dotarcie do Hogrwatu. Ma władzę, wszyscy wierzą w jej zmianę...ale ona jak wąż w trawie...jest ukrytym niebezpieczeństwem.


A Lord właśnie dziś, ja wykorzysta do realizacji, nowego, planu....”
ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY DRUGI

Harry obudził się w nocy z ostrym bólem blizny na czole. Syknął z bólu i zwinął się na łóżku. Podkulił kolana i przytrzymał je rękami stękając z bólu. "Co jest?" spytał głosik. "Cieszy się" odpowiedział mu Harry. "Cholernie się cieszy!" krzyknął tak głośno, że wszyscy w dormitorium obudzili się.


- Harry! Nie można ciszej?! - spytał zdenerwowany Dean. Ron spojrzał na Harry'ego z przejęciem i domyślił się, że chodzi o bliznę. Chciał o to zapytać, ale nie przy świadkach. Tak więc złapał Harry'ego za rękę i wyprowadził do Pokoju Wspólnego.
- Blizna? - spytał rzeczowo.
- Tak. - odpowiedział Harry z wymalowanym bólem na twarzy.
- Idziemy do Dumlerore'a. - odparł władczo rudzielec i popchnał Harry'ego w stronę dziury w portrecie.
- Nie ma mowy! On mi nie ufa! - zdenerwował się Harry - Zaraz powie, że udaję ból blizny!
- Nie Harry, idziemy do niego i już.- Nie dawał za wygraną Ron.

***


Voldemort właśnie rozkoszował się swoim okrucieństwem. Już prawie wszystko było dopięte na ostatni guzik. Jeszcze tylko parę godzin, a wszystko będzie inaczej. W końcu pozbędzie się Pottera i Dumbledore'a. Wszyscy zobaczą jak ogromną jest potęgą! Nawet Dumbledore nie da mu rady. Nikt niczego się nie spodziewa i to dzięki Leyli. Jakie to szczęście mieć tą dziewczynę za swojego wiernego sługę.
- Ha ha ha ha! - w pustym i cichym pokoju rozległ się nagle okropny śmiech. To Czarny Lord już cieszył się ze zwycięstwa.

***


Harry opadł ciężko na podłogę, a zdezorientowany Ron zaczął bić go po twarzy.
- Harry wstawaj! Nie mamy czasu na omdlenia. - mówił chaotycznie, ale głośno i wyraźnie.
Harry odszedł gdzieś daleko w swym śnie. Znalazł się w pustym i cichym pokoju. Nagle weszła do niego jakaś postać. Druga siedziała za biurkiem, ale Harry zauważył ją dopiero, gdy ta pierwsza do niej przemówiła.
- Panie, już prawie wszystko gotowe. - Harry rozpoznał głos Leyli. Druga postać odwróciła się tak, że Harry mógł zobaczyć jej twarz. Harry natychmiast spostrzegł, że to Voldemort. Chłopak zaczął oddychać bardzo szybko i płytko. Wciąż dokładnie przyglądając się sytuacji.
- Ha ha ha ha! - zaśmiał się Czarny Pan - Koniec jest już bliski. - dodał z diabelskim uśmiechem. Leyla rónież wybuchnęła śmiechem i ściągnęła kaptur. Teraz Harry nie miał już wątpliwości, że cały czas pracowała dla Voldemorta.

Harry usłyszał głos Rona, dobiegający jakby z oddali:


- Harry, Harry, wstawaj!
Harry powoli podnósł się z podłogi. Próbował przypomnieć sobie co się stało. Ból blizny... omdlenie... Voldemort... Leyla... Nagle jakby coś się w nim odblokowało. Zawołał:
- Ron! Leyla nadal pracjuje dla Voldemorta!
- Można się było tego spodziewać - mruknął i zdenerwowany zawołał:
- W takim razie tym bardziej musimy iść do Dumbledora!
Pociągnął Harrego za sobą, a Harry nawet nie miał siły by się mu przeciwstawić.
Gdy dochodzili już do chimery, która odsłaniała ukryte schody do gabinetu Dumbledora, zobaczyli czyjś cień za rogiem korytarza i usłyszeli echo kroków zbliżających się do nich...

„ Czyjś donośny głos, przerwał ciszę Hogwartu. Był to kobiecy szept. Melodyjny, pewny siebie, ale lekko uniżony. Mówiła do kogoś. Ron i Harry wsłuchiwali się w jej słowa. Chodź dochodziły do nich zaledwie strzępki wyrazów, próbowali poskładać to w całość.


- Doskonale. – wyraźna pochwała. Rozniosła się po korytarzu doniosłym męskim głosem. Harry poczuł jak pieczenie blizny się wzmacnia. Lord był u szczytu euforii radości.
- Ojcze... – to słowo przenikało, ich umysły z przerażeniem. Ktoś zwracał się do LORDA VOLDEMORTA, słowami: OJCZE?!?! To było straszne. Czy jest możliwe, żeby Czarny Pan miał dziecko?!
- Dobrze. Teraz twoja kolej, Deleylah. – wtem nastało głuche milczenie. Ucichły nawet oddechy. Ron chciał szepnąć hasło, ale ubiegło go inne słowo.
- Silencio! – Leyla ze słodkim uśmiechem, zbliżała się do przyjaciół. Harry głośno przełknął ślinę i zaczął szukać różdżki. Nie ma! O boże! Dlaczego akurat dziś?! Lecz panna Vero. Stanęła przy Harrym i położyła mu dłoń na czole. Harry poczuł jak przynosi mu, ulgę jej dotyk. Odpływał. Poczuła delikatny powiew powietrza.
Nagle coś wdarło się do jego umysłu. Przeszukiwało go z szybkością światła i wyrzucało miłe wspomnienia. Lunę, Hermionę, Rona....wszystkich których kochał. Harry zaczął drżeć. Zapominał o nich. Ich obrazy traciły wyraźność.
Wtem cos pisnęło. Wyrwało się z jego głowy i odbiegło w pośpiechu.
Harry uchylił powieki. Ujrzał uśmiechniętą Leyle. A koło niej wysokiego chłopaka, o włosach w kolorze rdzy.
- Harry lunatykowałeś! – powiedziała spokojnie. – Ron chciał już biec po dyrektora. – powiedział i pomogła mu wstać z posadzki. Harry nic nie zrozumiał. Co za Ron?!
- Jaki Ron?! – zapytał. Leyla spojrzała na niego z uśmiechem.
- Nie rób sobie jaj! Ron! Ten rudy Wesley...zresztą wszyscy Wesley’owie się rudzi. - rzuciła ze śmiechem.
- Harry to ja! Co Ci?! – zapytał ten chłopak. Harry nie mógł poznać jego twarzy. Głowę przepełniały mu dziwne obrazy. Śmierć. Znaki. Krew. Śmiech. Sierociniec. Co to za obrazy?!
- Potter! – ktoś wrzasnął donośnie. Wtedy wszystko spłynęło na Harrego jak grom z jasnego nieba. Przed oczami przeleciały mu wszystkie chwile, całe życie. A po tamtych wspomnieniach nie było śladu. Sam nie wiedział co się dzieje.

- Harry... – jeszcze raz. Ron stał nad Harrym z przerażoną miną.- Musimy wejść do dyrektora. – powiedział.


- Nie! Nie musimy...idziemy spać! – powiedział Harry groźnie i zaczął iść prosto.
- Harry! Musimy! – powiedział Ron. – Leyla...pracuje dla Voldemorta! Sam tak mówiłeś.
- Mówiłem?! Nie przypominam sobie. A teraz już chodźmy! Nie będziemy staremu dyrektorowi, głowy zawracać... – powiedział. Nie mógł zapanować nad sobą. Słowa same płynęły z jego ust. Nie miał nad niemi władzy! Nie miał! Ktoś za niego niemi kierował. Kto? To już zapewne wiecie....”
ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY TRZECI

Ron był przerażony, nie wiedział co się dzieje z Harrym, nie wiedział co Leyla mu zrobiła. Wiedział tylko jedno. Jak najprędzej musi iść do Dumbledora. Złapał Harrego za rękę i pociągnął go za sobą, a Harry nie oponował tylko dlatego, że był potwornie zdziwiony, jak taki obcy, rudy i piegowaty chłopak śmie ciągnąć go za sobą! Cicho się zaśmiał gdy pomyślał jakie zaklęcie może rzucić na tego jak mu tam było... aaa Rona.


Ronowi natomiast wcale nie było do śmiechu. Szybko mruknął hasło i popędził po schodach do gabinetu Dumbledora.
Puk, puk - Dumbledore usłyszał głośne pukanie do drzwi.
- Proszę - zawołał
Do gabinetu wpadł Ron.
- Coś się stało? - zapytał lekko zdenerwowany, gdy zobaczył Rona i Harrego, który nucąc pod nosem jakąś piosenkę, ciekawie rozglądał się po jego gabinecie.
Ron w miarę streścił to co się wydarzyło przed chimerą.
- Hmm, myślę, że twojego przyjaciela opętał Lord Voldemort, przy czym dostał lekkiego... hmm... zaniku pamięci - stwierdził Dumbledore po chwili namysłu, gdy już wysłuchał całej opowieści Rona.
Ron oburzył się. Harrego opętał Voldemort, a on o tym mówi, tak jakby mówił o tym, że dziś czwartek! Również nasunęła mu się myśl, że może da się pomóc Harremu. Zapytał Dumbledora:
- Czy są na to jakieś zaklęcia lub eliksiry?...

„Leyla siedziała na ławce. W rękach trzymała jakiś list i uśmiechała się dziwnie. Teraz nie musiała udawać niewinnej dziewczynki. „Lord nieźle da popalić, temu smarkaczowi...” – powiedziała do siebie. „Przecież jesteście rówieśnikami...” – mruknęła podświadomość. Leyla uśmiechnęła się w duchu i zagłębiła się w lekturze, niezwykle długiego listu, którego autorem był Dracon...

„Drogi Ojcze.
Postanowiłem poinformować Cię, ze wstąpiłem, do niezwykle prestiżowej, organizacji. Tak. Jest to Armii Czarnego Pana. Jestem Śmierciożerca. Jestem niesamowicie z tego dumny gdyż poszedłem w twoje ślady. Ślady kogoś kto jest dla mnie wzorem do naśladownictwa. Doskonałość jaką jesteś odziany, wpływa pozytywnie na twój wizerunek. Moc, którą posiadasz, znacznie przewyższa przeciętność.
Twoja ideologia jest godna najwyższych zaszczytów i wielbić Cię z to, będą pokolenia.
Twój, Jedyny Syn. Dracon.”

Leyla zaśmiała się serdecznie. Dracon jeszcze nigdy tak nie kłamał. A to jego...HAHAHHAHAH! No cóż...HAHHAHA! Ty ......HAHAHH! Tylko się śmieć!

Snape trzaskając drzwiami, wyszedł z gabinetu McGonagall! „Znów! Znów proszą Cię, byś pomagał temu prostakowi, Potter’owi!”- pisnął głosik ego. „Nie rób tego. To idiota!” – rzuciła duma. Snape , usiadł na ławce i schował twarz w dłoniach. Nie! Nie będzie pomagał temu bachorowi. To syn Jamesa. Tak bardzo podobny do niego i tej szlamy Evans. Nienawiść. Czy jest silniejsza od jakiejś dziwnej siły, która każe, mu pomagać tej ofermie? Nie. On i tak pomoże temu, nie wydarzonemu dzieciakowi. Ale dlaczego?
Co go do tego nakłaniało. Może to, że sam miał podobne dzieciństwo. Pełne męki i ciągłego strachu o jutro? Może. Ale teraz musi znaleźć eliksir oczyszczający. Poczuł się w tej sytuacji śmiesznie, bo jak ogrodnik z chaczką, przed ogrodem pełnym chwastów...

A co z Lordem? A... On jak każdy normalny, wolny, obywatel Wielkiej Brytanii. Siedział teraz w pokoju i z wężowym uśmieszkiem, powoli i z rozmysłem, planował co zrobi z Potter’em.


Teraz ma, nieograniczony, dostęp do umysłu Harrego.
Głupi chłopiec, nic nie pamięta. Jest w jego władzy. Jego władzy. „Najpierw zniszczymy jego przyjaźnie....” – mruknęła podświadomość. „Zaiste!” – zaplauzowała to duma.
Lord posłał już Harremu instrukcję....

Leyla poczuła jakiś dziwny smutek. Może dlatego, że Ron zwymyślał ja od najgorszych, a ona dała mu w twarz? Nie. Może... Przecież była lojalna. Ale czy wobec siebie też. Nie była sobą. Nie była Śmierciożerczynią. Ani tez dobrym człowiekiem. Była zdrajczynią. „O boże! Ja tu wyjechałam da jeden dzień. JEDEN! A ty już wróciłaś do swoich nawyków. Jeszcze nie przekonał, cię, ten czas w Hogwarcie, że trzeba być po dobrej stronie?!” – zaskrzeczała Dobra Strona. Leyla nie wiedziała czy dobrze zrobiła, ale wiedziała jedno. Dopełniła przysięgi. Miała dać Lordowi władzę nad Potter’em. I dała. Ale może ją zabrać...ta myśl...przywróciła jej uśmiech. Wstała i pognała do dyrektora.

Wpadła do gabinetu. Harry siedział na fotelu i patrzył się przed siebie. Koło niego siedział, nie, spał Ron, opierając się o biurko. Dyrektora nie było. Leyla prześliznęła się delikatnie koło Rona i wyładowała przy Harrym.
- Potter. Spójrz na mnie. – powiedziała. On leniwie przewrócił wzrok.
- Teraz słuchaj. Admonitio Vocem Nullius! – szepnęła. (w przekładzie to znaczy – powracają myśli właściciela)

Wtedy oczy Harrego przymknęły się gwałtownie. Pisnął strachliwie. Ron podskoczył, nagle wyrwany z snu. Już chciał cos powiedzieć, ale...


Harrym zaczęło telepać. Nagle nad jego głowa ukazała się czaszka i rozpłynęła się w kłębach dymu. Harry otworzył oczy.
- Leyla? Ron? Co tu się dzieje? – zapytał rzeczowo. Leyla wstała. Poczym zauważyła dziwne wzroki, ludzi...jacy zebrali się (skąd oni tu?!) w gabinecie. Snape, Ron, dyrektor, McGonagall...Leyla rzuciła jeszcze spojrzenie na Harrego i wyszła.
„Jesteś najbardziej pokręcona osobą na całym tym rąbniętym świecie!” – zauważył rozsądek. Leyla prychnęła. Rzeczywiście. Cały czas dążyła do jednego celu, zachowywała pozory, grała i torowała sobie drogę. Ale teraz. Zaprzepaściłaś to ratując życie Potter’owi. Dlatego czuła się prze...świetnie? „Ze co?! Zdradzałaś Lorda i czujesz się świetnie?” – krzyknęła Zła Strona. Tak. Była wolna. A Lord i tak nie wie. Kto wygonił go z łepetyny Harrego.
Oparła się o ścianę. Nagle usłyszała głuchy stukot butów, a koło niej znalazł się Ron. Miał mieszaną minę i wyraźnie skruszony wzrok.
- JA przep-ra-szam....nie-c-h-ciiałem...jes-t-es loj-a-lna... – wymamrotał w swoistym stylu, czyli totalnie bez sensu. Leyla uśmiechnęła się z politowaniem.
- Powtórz, ale bardziej zrozumiale. – rzekła. Ron poczuł jak czerwienieją mu uczy. Co wywołało u Leyli wypełźnięcie na usta wężowego uśmieszku.
- Przepraszam. Za to co powiedziałem. Jesteś lojalna. Uratowałaś Harrego. Znów. – powiedział wyraźnie.
- No cóż. Nie da się ukryć. – rzekła skromnie. Uścisnęła Rona, nawet nie wiedziała po kie licho. Tylko tak po prostu. Wyczuła zmieszanie chłopaka.
- To już. To idź, do Harrego, bo pewnie nic nie wie. – powiedziała. Ron z głupkowatą mina, opuścił korytarz.
„Och, jaka Ty jesteś pomylona....” – piknął rozsądek.”

Kilka dni później, gdy Harry przestał co chwila przepraszać Rona "Ron, sorry, że się tak zachowywałem. Musiałem cię strasznie urazić", a Ron nie musiał mu już co chwila odpowiadać "Daj spokój Harry, przecież to nie twoja wina, że Sam-wiesz-kto cię opętał". No więc kika dni później, pod wieczór, kiedy udało im się wreszcie skończyć wypracowanie dla Snape'a ( z drobną pomocą Hermiony, która w końcu zlitowała się nad nimi ) Ron, Harry i Hermiona zastanawiali się jak sprawdzić czy Malfoy naprawdę jest śmierciożercą. W pewnej chwili Rona oświeciło:


- Harry, wiem jak to sprawdzić! Możemy zrobić to co w drugiej klasie!
- Co? Mam zabić bazyliszka? - zapytał Harry, który był już bardzo śpiący
- Nie. Możemy zrobić eliksir Wielosokowy! - odpowiedział Ron
- Ale w kogo się przemienimy? - zapytała Hermiona sceptycznym tonem
- No... Jak to w kogo? W Crabbe'a i Goyle'a. - stwierdził Ron zdziwiony jej pytaniem
- Ty myślisz, że on powierzyłby TAKĄ tajemnicę, TAKIM przygłupom?...
ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY CZWARTY

Hermiona zachichotała dziwnie.


- To może....(śmiech)...przemienię się w Leylę...(śmiech).. – rżała, ale nagle zamilkła czując ich wzrok na sobie. Harry odchrząknął i przytaknął.
- A my dalej możemy być tymi głuchonomami. - dodał. Ron robiąc swoistą, dziwaczną minę pomachał głową.
- Ale chłopaki...ja żartowałam... – powiedziała wykrętnie.
- Boisz się... – zadrwił Ron.
Nagle zapadła między nimi niezręczna cisza. Ron pierwszy raz zakpił z Hermiony, od czasu, gdy są razem. Hermiona poczuła jak wraca jej ta zawziętość, która kiedyś miała. Poczuła, że wraca z Ronem do standardu. To nie spodobało się jej...ale...
- Dobra! Żeby zaoszczędzić na czasie zwiniemy eliksir Snape’owi. Idziemy. – rzekł Harry, przełamując ciszę. Hermiona ruszyła w przedzie, a Ron z tyłu. Cały czas nie wiedział, co w niego wstąpiło... „Ale miło było, tak sobie od serca cos palnąć! Co, nie?” – zagadnęła podświadomość. Ron wykrzywił tylko twarz, bo doszli do gabinetu tego batmana z różdżką.
+++20 minut później+++
- Uffff.... – jęknął Harry, gdy zatrzymali się przed łazienką Marty. Przeklinał w myślach swoją głupotę, przez która mogli być wyeksmitowani z Hogwartu, pod zarzutem kradzieży. No, ale na szczęście, Snape się nie obudził. A Ron, przeprosił Hermionę, w razie gdyby się już nigdy nie zobaczyli. Więc wszystko gra. Teraz tylko skombinować odrobinę „Leyli, Goyle’a i Crabbe’a” i wszystko w porzo.

- Najgorzej będzie z Leylą. Ona mieszka w jakimś tajnym apartamencie. A poza tym to jest czujna jak gazela i dobra w czarnej magii... – zasępił się Ron.


- I nie poleci na ciastka.. – dodał Harry. Hermiona tylko pstryknęła palcami.
- Harry, daj mi Mapę i godzinę. A będę miała komplet. – powiedziała. Harry wyciągną z kieszeni pergamin. Westchnął ciężko i dał go jej.
- Będę o 19. Narta! – i zniknęła za rogiem. Ron pokręcił głowa i poszedł z Bilznowatym, szukać tych dwóch kretynów...ech...świty tlenionego....

+++Koło pokoju Leyli+++


Hermiona. Stanęła przed nim i przekręciła głowę w lewo.
- Cos tu nie gra. Tu powinny znajdować się drzwi. – szepnęła do siebie. Wyciągnęła różdżkę, szepnęła coś, a z różdżki wyleciało światło i ...przebiło się przez ścianę! Hermiona usłyszała jeszcze brzęk drewna. Zastanowiła się chwilę, i przelazła przez ścianę.
Znalazła się przy ładnych, bukowych drzwiach z wyrzeźbionym księżycem. Pośpiesznie sprawdziła gdzie jej Leyla(w WS) i nacisnęła klamkę.
Weszła powoli do ciemnego pomieszczenia. Było...cudowne! Ozdobione masą gustownych drobiazgów i jeszcze do tego wszystko doskonale(wręcz pedantycznie), wyczyszczone i poukładane. Satynowa czarno-srebrna pościel. Piękne lustro na ścianie i hebanowe meble. Tworzyły aurę mroczną i straszliwą.
Hermiona dopadła do szafy i wyciągnęła stamtąd śliczną spódniczkę, bluzkę...na ramiączkach...
- Nie...tak się nie ubiorę... – jęknęła, przeglądając ciuchy. - ...przecież to są strzępy rzeczy...co niby zakrywa ta bluzka...a może to stanik....? – zastanawiała się. Po kilku minutach dokopała się do spodni i bluzy. Niestety spodnie, to były szare dżinsy, a bluza była zielonkawa z czarnym napisem: „Hate! It’s my idea!” Hermiona wzruszyła ramionami i wbiła się w ciuchy z niesmakiem stwierdzając, że śmierciożerczyni jest od niej szczuplejsza.
Skubnęła jeszcze jej włos i wybyła z pokoju.

+++U Jęczącej Martuśińskiej+++


Hermiona weszła do łazienki i zastała tam już Rona i Harrego. Oni, natomiast, na dźwięk jej zielonkawych obcasów odwrócili się. Wyglądała świetnie.
- Wiesz...pasują ci te kolory... – odezwał się Harry. Hermiona wykrzywiła usta w uśmiechu.
- No śpieszmy się! – rzuciła i łyknęła eliksiru...

+++Po przemianie+++


Hermiona spojrzała w lustro, które przedstawiało piętnastoletnią Deleylah Vero. Przyjrzała jej się dokładniej. Rzeczywiście była bardzo ładna...jej kruczoczarne włosy opadały delikatnie na plecy...a oczy migotały szafirowym blaskiem...
Wyszli w trójkę z łazienki. Ron cały czas z rozbawianiem, przyglądał się swojej dziewczynie, która kryła się w ciele Leyli. Chciał chwycić ją za rękę, ale wiedział, że to nie wyglądało by dobrze. Oni szli korytarzami...podczas gdy Leyla siedziała u dyrektora...a ci dwaj, miel szlaban u McGonagall....
W lochach jak zawsze panował mrok, a powietrze było chłodne. Dotarli do wejścia do PW. Hermiona oparła się o ścianę.
- Crabbe podasz hasło? – zapytała z ironia, która nadzwyczaj łatwo jej przyszła. Ron(Crabbe) uśmiechnął się głupkowato. Poczym dźgnął Harrego(Goyle’a) w zebro.
- Może ty...co? – zapytał carbbe’owym głosem.
- Dobra, głupole, popróbujmy... – rzekła Hermiona. Harry i Ron nie znacznie wykrzywili twarz, w grymasie nie zadowolenia z „komplementu”. Poczym nerwowo przeszukiwali głowę w celu odnalezienia jakiegoś hasła.
- Pewnie Malfoy wymyślał hasło...więc może być... – jęknął Ron.
- Ta... no to? - ponagliła go Hermiona.
- „Blondyni góra”? „Używaj żelu SUPER ULIZANIEC!”? „WIELKI_PANICZ_CZYSTA_KERW?” – rzucał hasła pojedynczo. Nic. Chwili cisz, która przerwał szmer. NA horyzoncie pojawiła się Pansy Parkinson. Uśmiechnęła się do Hermiony(Leyli).
- Zapomnieli hasła? Normalka... – westchnęła. – Szlamy. – wysyczała z obrzydzeniem, a ścina ustąpiła.
Weszli do PW. Pansy zwiała do domatorium, a w PW, było pusto. Ale ktoś siedział na sofie. Trio podreptało do kominka i ujrzało blondyna za książką.
Czarna okładka i wielki napis : „Najciemniejsze z uroków”. Mówiły same za siebie.
- Leyla! – szepnął i poderwał się na równe nogi. Hermiona w ciele czarnowłosej, poczuła nagła fale gorąca. – Siadaj! – usłyszała zaproszenie i osunęła się na sofę z uśmiechem.- A wy co się tak gapicie? Mówiłem, wam już coś...wyjdźcie...musimy pogadać... – mówił, powoli ważąc słowa. Ron zamachał przecząco głową.
- Nie możemy zostać? – zapytał Harry.
- Nie... – wyszczerzył kły Dracon. Hermiona kiwnęła na nich, a oni przeszli na schody do domatorium...ale wychylili się zza nich, by coś niezauważenie podejrzeć...
Dracon świdrował Hermionę(Leylę) wzrokiem.
- Chciałaś coś powiedzieć? – zapytał, widząc jak nieznacznie uchyliła usta. – Tak? – ponaglił ją.
- Tak...ech...chodzi...o... – bełkotała. Dracon wyszczerzył się. „Tak! Powie to! Powie!” – myślał. „Pomóż jej...no dalej...przecież widzisz jak się męczy...” – rzucił głosik.
- Wiem o co chodzi... – powiedział. Zacisnął jej dłoń na ramieniu i nachylił się...
Hermionie świat zawirował. On zraz ja pocałuje. I.....AAAAA! Stało się! STAŁO! Nie....to się DZIEJE!
Ich usta połączyły się w magicznym pocałunku. Hermiona odruchowo zamknęła oczy. Jej organizm doszukał się w tej chwili ogromnej....przyjemności?! O nie! NIE!

„NIE! O FUCK! Ona cię ZDRADZA!” – piszczała podświadomość Rona. Wezbrał się w nim gniew, zerwał się z miejsca, ale zanim cokolwiek zrobił do PW weszła Leyla...


(A ELIKSIR PRZESTAWAŁ DZIAŁAĆ!!!!!!)

Podeszła do sofy i pisnęła przeraźliwie, jak na widok najohydniejszej bestii...


Dracon oderwał się do Hermiony. W jednej chwili, czas stanął. Usłyszał jak ktoś przełyka ślinę, odwrócił się, a z tyłu stali Ron i Harry. Harry cały czas trzymał Rona za rękę, by ten mu się nie wyrwał. Draco powoli spojrzał na Hermionę. To była Hermiona. „Całowałeś szlamę! FUJ! I jeszcze na oczach Leyli! DUPEK!” – wrzasnęła podświadomość. Draco zerknął na Leylę. Jej oczy zastygły w bezruchu, wpatrując się w niego palącym wzrokiem. Zobaczył...tak zobaczył w jej oczach...łzy...
Nagle wszystko ożyło. Leyla zatrzepotała powiekami.
- Masz gust Malfoy nie ma co. Nie przeszkadzam już. – powiedziała. Poczym powoli wyszła z PW.
- Ron... – jęknęła, przerażona Hermiona. Lecz wzrok rudzielca, był nie ubłagany i zimny.
- Nie mamy o czym mówić. – powiedział i wyrwawszy się z uścisku Harrego wyszedł z PW Ślizgonów.
- Coś ty najlepszego zrobiła?! – wrzasnął Harry i puścił się za Ronem.
W PW została tylko Hermiona i Dracon. Dracon wstał i podbiegł do drzwi. Poczym opuścił pokuj w błyskawicznym tempie.
A w pustym Pokoju, słychać było tylko cichy szloch...Hermiony.”

„ Ron leżał pod łóżkiem. Patrzył rozmyślając w zdjęcie swojej...no właśnie czy jeszcze jego dziewczyny...jeszcze bagatela...15 minut temu, już DRUGI raz, wiedział ją w Ślizgońskich objęciach. Nie mógł pojąć co się dzieje, czy ona nie mogła go PO PROSTU odepchnąć?! To takie łatwe, a przynajmniej pokazałaby, że nie zależy jej na tym idiocie! Lecz nie...ona tylko... „TYLKO?! – podchwyciła podświadomość – ONA BESZCZELNIE CAŁOWAŁA SIĘ Z TYM...OCH...TYM! NA TWOICH OCZACH...A TY MÓWISZ TYLKO?!?!?!” – wściekłość podświadomości sięgnęła zenitu. „Wyrzuć jej zdjęcia!” – dodała duma. „I prezenty!” – rzuciło ego. „Wyrzuć ją ze swojego serca i PAMIĘCI!” – pisnęła Dobra Storna. „Ejj! Nareszcie gadasz z sensem, siostro!” – pochwaliła Zła Strona. Rudzielec wytoczyła się spod łóżka i przeszedł kilka kroków.


Nagle wyrżnął o coś i z impetem uderzył o ziemię. Zaklął pod nosem i obejrzał się leniwie.
- Nevill!! Ja Cię sprzątać nauczę! – pisnął i pomacał obolałą głowę, ale co to?! „O matko! Następna sensacja, tym razem kolejny Wesley ma kłopoty...sercowe...” – skomentowała żwawo podświadomość.
Ron przesunął wielką księgę, o która się potknął i wziął do ręki koszulkę. Myślisz, że to raczej normalne... o ile nie fakt, że koło łóżka Nevilla, leżała sobie pognieciona, jedwabna koszulka .... małej Wesley’ówny!
„Ginny, ale co ona tu robiła?! O boże...” – pomyślała z przerażeniem Ron i wyleciał z domaorium z miną ZABORCZEGO, STARSZEGO BARCISZKA!

Leyla wpatrywała się, pustym wzrokiem w taflę jeziora. Cóż za bolesne obrazy przelatywały jej, jak strzały, przez umysł! Ten widok. Ta jedna chwila, która zniszczyła jej cały świat... w jednej sekundzie, w jednym geście...


To bezsens...ona...nie może ...kochać...więc czemu teraz siedziała kamieniu i płacze...
PŁACZE! Pierwszy raz w życiu roni łzy... czyżby tak bardzo zależało jej na Draconie...
„No cóż, nie oszukujmy się! To drań! Zdradził cię ze szlamą!” – pisnęła Zła Strona.
„CZY TO WAŻNE Z KIM?! CZY JAK ZDRADZIŁBY MNIE Z NA PRZYKŁAD PANSY...TO BYŁO BY MI ŁAWTIEJ?!?!?! NIE!!!” – wrzasnęła w myślach.
Miała rację... czy ze szlamą, czy z czysto krwistą... nie ma różnicy...boli tak samo...tak samo...
Lecz jej przemyślenia przerwał donośny szloch, który wybuchł nagle i z rozmachem. Wstała. „Co się dzieje...miękniesz...miękniesz jak wosk...” – szeptała Zła Strona ze złością. Leyla doszła do drzewa, odgarnęła gałąź i zdębiała...
Hermiona Granger siedziała na ziemi i szlochała. Leyla nie poczuła złości...ona też kogoś straciła...przez tego obrzydliwego Malfoy’a! Podeszła do niej cicho, ale ona i tak ja usłyszała. Powoli podniosła zapłakane oczy.
- To nie...moja – płakała. Leyla uśmiechnęła się i usiała koło niej. Hermiona poczuła się dziwnie, czyżby śmierciożerczynie tez miały serca?! Możliwe!
- Nie tłumacz się....domyślam co się stało... – powiedziała. – Mnie też nie jest lekko... – powiedziała. Hermiona spojrzała na nią uważnie...jakież ludzkie uczucia może posiadać morderczynie...
- Kochasz go? – zapytała jednym tchem.
- Tak samo, jak ty Rona. – powiedziała. Hermiona objęła ja ramieniem.
I kot by pomyślał. Szlama i czysto krwista. Przyszła członkini Zakonu Feniksa i była śmiecriożerczyni. Co je połączyło w tym uścisku...zwykła rzecz...strata i ból...

Tymczasem płomiennowłosa Gryfonka opierała się głową o szybę okna, w domatorium. Jej piegowata twarz, ozdobiona była ślicznym uśmiechem szczęścia. Co się stało? Nie...nie to co myślicie! Po prostu się zakochała. Tak nagle...znała go już od czterech lat...a tu Bum! I uczucie wybuchło szybko i niespodziewanie. Jakże szybko zapomniała o Potter’ze. Wystarczyła jedna jedyna sytuacja, która zmieniła jej życie i przewróciła jej o 180 stopni!


Co to było?! Jaka sytuacja i kogo ona dotyczy?
A więc...

+++Parapet na korytarzu, 5 maj, 22.45+++

Czarne włosy Nevilla rozwiały się. Unoszone lekko przez nocny wiatr. Jego oczy błyskały, dotykane przez blask księżyca. Wyglądał bardzo przystojnie. Inaczej niż zawsze. Bardzo tajemniczo i uwodzicielsko. Komuś kto go znał, mogłoby się to wydawać śmieszne. Nevill i taki wygląd. Ale jednak. Wpatrywał się nieprzerwanie w gwiazdy i bynajmniej nie znajdował się myślami na ziemi.
Wtem błoga ciszę, przerwał stukot czyjś butów. Obejrzał się nie chętnie. Jego oczy, zanotowały kobieca postać o rdzawych włosach. Która jakby dotknięta jego wzrokiem stanęła i spojrzała na niego. Jej wzrok przesycał zawód i smutek. Nevill zerwał się z parapetu i podszedł do niej.
- Ginny...co jest? – zapytał bez ogródek. Przecież nie potrzebował jakiejś gry wstępnej, znali się. Widział, że dzieje się z nią cos strasznego. Wtem wpadła mu w obcięcia zanosząc się płaczem. Nie rozumiał...ale po co...nie musiał...ważne, że był dla niej oparciem.
- Już dobrze... – wyszeptał jej do ucha. Uspokajała się powoli. Objęła go mocniej dłońmi za kark i spojrzała w oczy.
- Nic już nie będzie dobrze... – rzuciła dławiąc się łzami.
- Chodzi o Harr...
- NIE WYMAWIAJ PRZY MNIE TEGO IMIENIA! NIGDY! – wrzasnęła i wbiła mu paznokcie w skórę.
- Więc chodzi o Potter’a. – dodał uśmiechając się. Przytaknęła. – Nie przejmuj się nim. Nie wie co tarcie. Jesteś prześliczna i inteligentna. Nie ma takiej drugiej. – mówił powoli i delikatnie. Ginny wtuliła się w niego.
- Tylko...dlaczego nikt mnie nie chce... – zapytała cicho.
- A kogo pytałaś? – zapytał rozbawiony. Podniosła głowę i wpatrywała się w niego z zacięciem.
Nagle poczuła jego dłoń na szyi. Powoli przesunął ją wyżej i pogładził jej policzek. Ginny odskoczyła. Co się dzieje?! To Nevill więc skąd tego przyśpieszony puls?
- Mam przestać? – zapytał. I poczuł jak fala gorąca rozmywa mu wszystkie myśli. Ginny dalej lekko zdezorientowana, zaprzeczyła.
- Nie... – szepnęła. Jego dłoń spoczęła na jej gorącym policzku. Jego usta zbliżyły się powoli...
Jedna chwila i jeden gest...mogą zmienić teraźniejszość, ale...
...JEDNO UCZUCIE POTRAFI ZMIENC CAŁY ŚWIAT...

+++End+++

Jej uśmiech nadal ciepły, zmienił się gdyż. Po tym pocałunku, ona po prostu zwiała. Dzisiaj mamy 8 maj, a ona unika Nevilla jak ognia. Była co prawda w jego domatorium, ale nie spotkała go tam, ale o mało nie wpadła. Bo weszli Harry i Ron. A ona jeszcze na domiar złego zostawiła swoja koszulkę koło łóżka Nevilla! Miejmy nadzieje, że nie pozna. Ale co dalej czy zawsze i ciągle będzie się tak ukrywać?! To Nie Jest ROZWIĄZANIE...”

Tymczasem Luna pomyslała sobie, że potrzebuje świeżego powietrza. Uwielbiała wieczorne spacery, tyle tylko, że z Harry'm. A jego nie było. Takwięc poszła sama.


Wyszła na błonia, owiał ją lekki, wiosenny, ciepły wietrzyk. Podeszła do jeziorka i zobaczyła Leylę z Hermioną. "OBoże!" pomyślała sobie. "Co ona wyprawia?" Po chwili zastanowienia podeszła do nich i usiadła koło Hermiony.
- Czesć - powiedziała na powitanie - co się stało? - Dodała, zauważając napuchnięte i czerwone oczy Hermiony.
- Nic takiego - Odpowiedziałą jej Leyla. - Mogłabyś nas zostawić same? przeszkadzasz nam. - Powiedziałą jej niezwykle chłodno Leyla.
Luna bez słowa odeszłą i ruszyła w stronę Szkoły.
- Trochę za chłopdno ją potraktowałaś - powiedziała po chwili hermiona.
- Niech się nie wtrąca.
Tymczasem i rona wzięło na spacery. Wziął Harry'ego i ruzyli na błonia. Na schodach Harry spotkał Lunę.
- Cześć...... - miał powiedzieć kochanie, ale Luna przerwała mu tylko chłodnym "cześć" nawet na niego nie patrząc.
- Harry? Czy z tobą i Luną wszystko gra?
- Ale Harry'ego już koło noego nie było. Pobiegł za Luną.
Tak więc Ron poszedł na błonoa sam...

ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY PIĄTY

Hermiona wstała i zataczając się podeszła do kominka. Zacisnęła palce na marmurze i patrzyła się pusto w przestrzeń... Jej dusza rozdzierała się na kawałeczki i wracała do pierwotnej postaci...niechlujnie, sklejana....mętna nadzieją. Niestety, ale wszystko jest nie tak! Źle, fatalnie i okropnie.

Już 2 dni minęły od tego „rozbicia”, tego co było między szóstką ludzi. Tak skrajnych, a jednakże jak podobnych. Co ich upodabniało? Co sprawiło, że trójka dziewcząt i trójka mężczyzn stali się podobni?


Co sprawiło, że rudzielec o turkusowych oczach, blondyn o szaroniebieskich tęczówkach i brunet z zielonymi ślepkami, mieli coś ze sobą wspólnego? Tak samo, jak dziewczyna Pozbawiona Szlachetnych Korzeni Rodzinnych, pół sierota i śmierciożerczyni, zbliżyły się do siebie tak bardzo...w ciągu głupich 48 godzin...?!
Można by powiedzieć, że strata...cholerna strata. Błąd i jedno uczucie. Ciekawość i ....zaufanie? Możliwe.

Gdy Hermiona stała w PW. Luna z nietrzeźwą mina siedziała na kamiennych schodach. Na jej ramieniu leżała, głowa, szczodrze obdarzona, lśniącymi czarnymi włosami. Śliczne czarne włosy, rozsiane były na całej twarzy i przykrywały jej policzki, ale pośród nich.... Delikatnie, błyszczały dwa szmaragdy...pospolicie zwane oczami.


Za to dwa niebieskie, narządy wzroku, Luny, wbite były w sufit. Jej ciemnawe włosy, opatulały szyję, wdzięcznym kręgiem, a pojedyncze, psotnie wywijały się na ramiona. Cisza, opleciona jedynie ich oddechami, zniknęła, zlękniona głosu Leyli.
- Luna, jesteś naprawdę...szalona. – powiedziała, ostrożnie, z gracją manipulując smutnym głosem. luna uśmiechnęła się do siebie. Cóż.... wiele się zdarzyło. W ciągu tych dwóch dni. Za dużo.
- Za to, ty najzłośliwszą istota na świecie. – szepnęła. Leyla wylała na twarz uśmiech.
- Dobra, dosyć tych pochlebstw. – powiedziała z nuta rozbawienia w głosie.
Leyla wstała i chwyciła się ostentacyjnie poręczy. Nagle jej oczom ukazała się blond czupryna....Dracona. Jej serce zgrzytnęło nieznacznie i pisnęło...uciekając w popłochu. Leyla odwróciła się nerwowo. W jej oczach skakały, delikatne iskierki bólu i strachu. Luna podskoczyła i rozejrzała się.
Rzeczywiście blond drań, zbliża się do nich. Luna spojrzała na Leylę.
- Zmywaj się. – powiedziała szybko. Leyla uśmiechnęła się jeszcze i zbiegła po schodach, rozpływając się w mroku korytarza...
Draco dobiegł do schodów i zaklął. A Luna dalej siedziała na schodach.
- Te...Lovegood...gdzie pobiegła Deleylah? – zapytał, ostrym tonem. Luna uniosła głowę i spojrzała na niego z obrzydzeniem. „Co za cham! Najpierw ją zdradza...teraz...szuja!” – grzmiała podświadomość Luny.
- Hym? – zapytała z niechęcią. Dracon wbił w nią wściekły wzrok.
- Była! Tu! Przed! Sekundą! Gdzie jest???!!! – wrzasnął, jego policzki zaczerwieniły się gwałtownie, a źrenice rozszerzyły. Wyglądał żałośnie. Jeszcze do tego niechlujna fryzura. Pognieciona szata. I jeszcze to co ostatnio się z nim działo...udowadniało jedno. Naprawdę, zależy mu na Leyli. Luna uśmiechnęła się złośliwie.
- Aaaa.... – zaczęła. – Chodzi o Leylę Vero. – powiedziała. – A właściwie to o Deleylah Rachele Tonę Vero? – zapytała, chichocząc w duszy. Draco zrobił wściekłą minę.
- Tak, tak! Gdzie jest?! – zapytał zniecierpliwiony. Ona zrobiła zamyśloną minę, ukrywając uśmiech.
- Eeee....zaraz, zaraz...ma takie czarne włosy i duże szafirowe oczy? – zapytała. Draco kiwnął z niezadowoloną miną. – Śmierciożerczyni, która dotrzymała przysięgi, którą złożyła, że nie będzie kochać? Że porzuci wszystko i będzie służyć Lordowi. Który był i jest jej jak ojciec. Że zabije Potter’a? – pytała, a Draco stawał się coraz bardziej zdziwiony. – Tą Leylę, która przydział się szlam i mi podobnych. Ta, która pomogła Lordowi omamić umysł Potter’a? – zapytała ostatecznie. Draco, przełknął głośno ślinę i przytaknął. Luna spojrzała na niego, z jeszcze większa ochotą na wymioty.
- Nie. – rzekła, ale Draco dalej stał. Czuła, że to nie koniec. Miał racją....
- Ale widziałam...śliczną kruczowłosą dziewczynę o pięknych ślepkach, które nawiedzają łzy. Widziałam śmierciożerczynie, która odeszła od Lorda, która uratowała życie Potter’owi. Wiem gdzie jest Leyla, która się zakochała i została brutalnie oszukana i zdradzona. Wiem...gdzie jest moja przyjaciółka...prawdziwa, twarda, sztuka z klasą....która pomogła dziewczynie, która pocałował, chłopak, w którym się zakochała.. – powiedziała z wyrzutem. Wstała i zeszła na dół.
Dracon usiadł na schodach. „Pomogła? Płakała? Zakochała się?” – słowa same obijały się w jego uszach. Nie mógł sobie wybaczyć....nie mógł.... teraz, wszystko stracone.....

Ron stanął kilka metrów od Hermiony. Czuła przerażający chłód, który od niej bił. Kto by się spodziewał, ale on się wszystkiego dowiedział. Lecz mimo to, mimo, że wiedział, że to Malfoy....że Ona tego nie chciała i nie zdążyła się do niego uwolnić... „Wesley! To brzmi żałośnie! Nie usprawiedliwiaj jej, ale wybacz jej.... „ – rzuciła rozsądek. Jego oczy podniosły się szybko i uchwyciły jej, palący wzrok.


- Ron... – wyszeptała ochryple. Jej zbielała twarz, wykrzywiła się w uśmiechu. Oczy ożywiły się, ale dalej wyglądały okropnie, w zestawie z potarganymi włosami. Zbliżyła się momentalnie do niego.
- Ron...ja...naprawdę... – szeptała. Lecz jej ciało wykonało dziwny ruch, Hermiona zachwiała się i już miała upaść... gdy silne ramiona Rona, chwyciły ją. Przytulił ja mocno i usiedli na ziemi. Hermiona chłonęła jego bliskość.
- Kocham Cię. – powiedziała cicho. Podniosła głowę. – I żałuję, jak cholera, tego co się stało. Nigdy sobie nie wybaczę. – powiedziała już raźniej. Ron uśmiechnął się. Poczym delikatnie musnął jej policzek ustami.
NAGLE przerażający wrzask rozdarł powietrze....a dochodził on z dołu....”

Luna widząc, że Harry za nią podąża przyspieszyła kroku. Ogarnęła ją histeria.


Chciała być przez chwilę sama. Potrzebowała tego. Wszyscy na kogo dzisiaj nie spojrzał byli dla nie mili. Tak jak wtedy w Hogwardzie.
- Luna zaczekaj - krzyknął Harry.
Dziewczyna się zatrzymała, odwróciła i popatrzyła na niego z wyrzutem. Westchnęła otarła łzy.
- Fajny jesteś harry - wybąkała ocierając łzy - ale nie naprawisz wszystkiego.
- Czy coś się stało? Ty i dziewczyny... znaczy Harmiona i... - zakłopotał się.
- Nie pytaj. To moja sprawa. Nie chcę abyś był obrońcą wszystkich zakłopotanych dusz.
- Czym? - zdziwił się Harry. - Podszedł do Luny. Chciał ją objąć, pocieszyć, ale ona się odsunęła i popatrzyła w niebo.
- Będzie burza. – szepnęła - Chmury są ciemne. Będzie burza na ziemi i na niebie. - powiedziała tajemniczo.
- Słucham? - zapytał głośno harry.
- "Ciemne drogi przyjaźni" strona 408 rozdział dziewiąty. - szepnęła mu na ucho - Książki zawsze mówią prawdę.
- Nie mów tak. Niektóre to fikcja. Nie można im wierzyć. Ustawione na sprzedaż... – wywnioskował.
- Jakie?! - burknęła Luna
Harry się zamyślił. Wiedział, że zna odpowiedź, że jest na końcu języka. Tylko jaka była nazwa autora, twórcy. Ta rozmowa nie ma sensu. Luna się dziwnie zachowuje. O co jej chodzi? Im więcej z nią przebywa, tym bardziej mu się wydaje, że oda rzeczywiście jest taka, taka tajemnicza. Taka jak on. Osamotniona, zagubiona w gąszczu zawiłego świata. Taka...
- I co? - rzekła niecierpliwie Luna - Wszystkie książki są prawdziwe, bo piszą je ważni profesorowie!!!
Luna odwróciła się na pięcie i zaczęła wspinać się na wzgórze, za którym widniał zamek. Harry patrzył jak odchodziła. Niebo rozświetliło się od błyskawic. Pierwsze, ciężkie krople zaczęły się sypać jak ulęgałki. Naszemu bohaterowi zrobiło się zimno.
Harry w oddali zobaczył Rona, który też postanowił wrócić już do zamku. W przeciwieństwie do niego szedł bardzo szybko i głośno rozpaczał.
- Nie mogę zrozumieć, dlaczego. - powiedział Ron podbiegając do Harrego.
- Co? - mruknął posępnie Harry.
- Dlaczego nie możemy używać czarów poza Hogwartem?
- Bo jesteśmy niepełnoletni, a zresztą to po co ci czary?
- Wyczrowałbym sobie parasol.
- No... wazon prędzej - zarechotał harry.
- Co z luną? - zapytał nieśmiało Ron.
- Ano, jak w brazylijskiej telenowelii.
- W czym? - zdziwił się.
- To ze świata mugoli. Takie, tam.
- A! – rudzielec podniósł palec na znak oświecenia - To coś związane z tym telifonidłem, czy jak mu tam, do rozmawiania.
- Telefonem - poprawił harry - nie to nie to. Między mną a luną nie układa się najlepiej, zresztą wszyscy ostatnio się kłócimy, złościmy się na siebie. Ja, Harmiona, Luna, Leya – harry rzucił spojrzenie przekonujące spojrzenia na Rona. Co się stało z naszą przyjaźnią?
- Ciągle jest - rzekł Ron i przyspieszył kroku - szybcie Harry, bo zmokniemy.
- Już jestem mokry. - wymamrotał pod nosem Harry.
- Luna powiedziała mi, że w książkach jest prawda. Coś wypowiedziała, jakby proroctwo.
- Pro...?
- Z jakiejś książki zdanie. Coś, że nadejdzie burza na dole i górze. Jakoś tak. Wyglądała jak opętena. Jak wtedy w Hogwarcie. Wierzyła w to. Czułem… czułem, że muszę coś zrobić. Coś jak...
- Pocieszyć ją – podsunął Ron.
- Właśnie. Więc ja jej powiedziałem, że nie wszystkie książki mówią prawdę, a ona się rozryczała i poszła.

- Tak jak te książki tego palanta Gilderoya Lockharta?! Prawdy tam...


- Właśnie to chciałem jej powiedzieć - burknął Harry - tylko nie mogłem sobie przypomnieć nazwiska.
- Będzie jeszcze okazja.

Przyjaciele powędrowali smętnie w strone zamku. O tej porze zamek wyglądał bardzo smętnie, nawet strasznie. W jednym oknie paliło się światło. Harry rozpoznał sylwetkę Harmiony i Leyy. dziewczyny wymachiwały rękami. Czyżby się kłóciły?


- No to mamy burze - uśmiechnął się Ron. Harmiona wkurzona! Super!- na jegotwarzy Harry dostrzegł rumieńce - Może lepiej nie wracajmy, co Harry?
- Wracajmy do zamku chłopcy! - rozległ się głos za ich plecami. W strugach deszczu stał pan Lovegood. Był suchy. Krople go omijały. Napewno zastosował jakieś czary - pomyślał Harry.
- Tak... wracamy - wypowiedzieli szczerząc zęby.
- Nie widzieliście Luny?
- A nie ma jej w zamku? – odpowiedział pytaniem Harry.
- Nie. Szukałem, ale...
- Napewno się znajdzie - rzekł pocieszająco Ron - W końcu widzieliśmy jak wracała.
Pan Lovegood otworzył drzwi zamku i wpuścił chłopców do środka.
- AVIRA! KASETRA!!! AVIRA! KASETRA! - krzyknął pan Lovegood.
Harry poczuł ciepły powiew na całym ciele. Jego ubranie było już suche, a włosy... cóż, sterczały bardziej niż zwykle.
- Luna pewnie jest w swojej samotni - westchnął pan Lovegood - zawsze tam chodzi. Ogarnijcie się i przyjdźcie na kolacje.
- Jasne! – uśmiechnął się Ron – Co będzie?
- Skrzaty… - urwał - Znaczy przygotowałem… kurczaka – powiedział pan Lovegood.
Chłopcy popatrzyli po sobie. Uśmiechnęli się.
- No dalej. Migiem! – klasnął w dłonie pan Lovegood.
Kiedy Harry z Ronem wspinali się po schodach burza rozpętała się na dobre. Srugi deszczu uderzały o dach.
- Harmiona będzie zadowolona nie? WESZ! Powrót WSZY! Ha – powiedział Ron.
- Daj spokój. Nie mów jej.
- Jak chcesz, harry. Ale to by było fajne!
- Przestań. Widzisz co się dzieje. Jesteśmy gośćmi pana Lovegooda. Nie można tak.
- Przepraszam. Żartowałem… Ach… gdybym mógł użyć czarów, to w sekundę bym ułożył włosy, bez grzebienia – westchnął.
Harry chciał dodać. Prędzej byś podpalił, ale się powstrzymał.

Harry idąc z Ronem po schodach zastanawiał się co pan Lovegood robi w Hogwarcie. W końcu, wizyty rodziców w szkole nie były czymś normalnym, zjawiali się oni tylko wtedy, kiedy ich dzieci miały poważne kłopoty. "Luna ma poważne kłopoty?" pomyślał z zaniepokojeniem i nieco przyśpieszył kroku.


- Ej, Harry. Czekaj! - usłyszał głos Rona. - Zwolnij trochę!
Ale Harry nie posłuchał i chciał tylko jak najszybciej trafić na Lunę. "Gdzie ona może teraz być?" pomyślał. "W Wielkiej Sali, na kolacji idioto!" pwiedział głosik. Harry zawrócił gwałtownie i ruszył w kierunku Wielkiej Sali nie zwracając uwagi na Rona i resztę otoczenia. Nagle coś wyrwało go z biegu. Było to zderzenie z ulizanym, blondwłosym chłopakiem.
- Potter, co ty robisz?- spytał Malfoy patrząc na niego z obrzydzeniem.
- Wypadek. - syknął Harry z nienawiścią. Spojrzał na Dracona z równie ogromnym obrzydzeniem jak on na niego przed sekundą i nagle jego wzrok zatrzymał się na dłoni Ślizgona, w której spoczywała kempka czarnych, błyszczących włosów.
- Co ty tam masz? - spytał Harry wskazując ręką na włosy.
- Nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy. - odparł Dracon i zaczął iśc w górę schodów.
"Włosy Leyli" pomyślał Harry. Jednak nie miał teraz czasu by martwić sie o Leylę więc ruszył do WS by złapać Lunę. Jednak jego szaleńczy sprint ponownie coś przerwało. Była to płacząca Leyla, która siedziała na schodach i trzymała się głowę.
- Leyla? Co się stało? - spytał troskliwe zatrzymując się przy dziewczynie.
- M-a-a-a-l-f-o-o-o-y- wypowiedziała przez płacz Leyla.
- Co Malfoy? - spytał zaciekawiony, a za razem zniecierpliwiony Harry
- Wytargał mnie za włosy! - odparła ze złością Leyla gwałtownie przestając płakać. Harry nie wiedział co odpowiedzieć. Była to najgłupsza i zarazem najdziwniejsza rzecz o jakiej ostatnio słyszał.
- Opowiedz dokładnie co się wydarzyło. - odparł Harry po chwili udając psychologa.
- Pokłóciliśmy się o Hermionę. Wiesz, o co chodzi.. - Harry skinął głową gdy Leyla spojrzała na niego. - No i w końcu chciał rzucić na mnie jakieś zaklęcie, ale ja mu wyrwałam i połamałam różdżkę, a on pociągnął mnie za włosy. - powiedziała, przy czym gdy wypowiadała ostatnie trzy słowa zaczęła płakać. - A potem krzyknęłam tak głośno, że zbiegło się pół szkoły. - dodała wciaż płacząc.
- Eee... - Harry był w całkowitym szoku. - Wybacz, ale muszę teraz iść do WS. Wszystko będzie dobrze. Trzymaj się! - rzucił i ruszył jak najszybciej mógł by tylko znaleźć się jak najdalej od Leyli.

***


Wchodząc do WS Harry automatycznie skierował wzrok w stronę stołu Krokonów gdzie wypatrzył Lune. Następnie spojrzął na stół nauczycielski gdzie siedział pan Lovegood. "Ufff" pomyślał. "Chyba wszystko dobrze" odparło coś w jego głowie. "Ale naiwniak" syknął wredny głosik. "Pogadaj z nią" poradziło sumienie, a Harry postanowił, że pójdzie za jago radą.
Harry zjadł pośpiesznie kolację i gdy zobaczył, że Luna opuszcza WS pobiegł za nią.
- Luna, czekaj! - krzyknał. - Musimy pogadać!
Luna spojrzała w jego stronę z niewyraźną miną i zatrzymała się. Harry dobiegł do niej i zaczął rozmowę:
- Ostatnio dość dziwnie się zachowywałaś. I co robi tu twój tata? - dodał po chwili
- Tak wiem, Harry, że moje zachowanie mogło cię ostatnio zdziwić. Jest coś o czym powinieneś wiedzieć. To jest naprawdę ważne. Wczesniej nie miałam odwagi ci powiedzieć... - odparła spoglądając na niego bardzo sutnie i poważnie.
- Słucham. - odparł Harry, czując jak Luna ciągnie go w stronę komórki na miotły gdzie po chwili ich zamknęła.
- To musi być rozmowa bez świadków. - odparła wyjaśniająco.
- No mów... - pośpieszał ją Harry
- Pamiętasz co wydarzyło się po wypadzie do Hogsmeade w Sali Życzeń? Wtedy, kiedy spędziliśmy tam noc i zrobiliśmy TO? - powiedziała z pewną trudnością Luna.
- Ehe. - odpowiedział Harry czując jak serce skacze mu do gardła.
- Wtedy... nie uważaliśmy. - odparła smutnie Luna
Harry odczekał chwilę, by upewnić się, czy to, co przed chwilą usłyszał do niego dotarło.
- Wiec czy to oznacza, że ty jesteś...? No wiesz... - spytał z niepokjem
- Niezupełnie. - powiedziała niepewnie dziewczyna. - Tak właściwie to byłam.
- Jak to byłaś? Usunęłaś? - spytał Harry zszokowany.
Luna skinęła głową i łza pociekła jej po policzku.
- Ale jak? - spytał Harry - Czemu nic nie powiedziałaś? Kto wykonał zabieg?
- No właśnie to jest wytłumaczenie wizyty mojego ojca... No bo widzisz, on kiedyś pracował u św. Munga. I... i... - przerwała - I on jest emerytowanym ginekologiem. Ja mu o wszystkim powiedziałam i poprosiłam o aborcję. - wyrzuciła z siebie jednym tchem. - Wtedy nie chciałam z tobą rozmawiać, bo bałam się, że coś zauważysz i...
Ale Harry już nie słuchał co Luna mówi dalej. Był w ogromnym szoku i wydawało mu się, że to tylko wyjątkowo głupawy i kretyński sen.
- Uszczypnij mnie. - powiedział do Luny. Dziewczyna spojrzłała na niego pytająco. - No uszczypnij mnie, kobieto! - ryknął ze złością.
Luna uszczypnęła go i nic się nie wydarzyło. Dzisiejszy dzień nie okazał się snem, a te wszystkie głupie zdarzenia miały miejsce w rzeczywistości.


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna