Rozdział XII od marzeń do rzeczywistości Powrót do Madrytu



Pobieranie 0.53 Mb.
Strona1/9
Data01.05.2016
Rozmiar0.53 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9


Rozdział XII

Od marzeń do rzeczywistości

1. Powrót do Madrytu

Wraz z upływem czasu wzrastała radosna niecierpliwość założyciela Opus Dei, z jaką oczekiwał powrotu do Madrytu. Był świadomy tego, że warunki w stolicy nie sprzyjały ponownemu podjęciu pracy, a mimo to od lutego 1939 roku w jego korespondencji odbija się poczucie wewnętrznej radości. Ale zajęcie Madrytu stało się ostatecznym sygnałem, że wojna się skończyła i że rozpoczyna się nowa epoka dla Dzieła.



To się kończy – pisał don Josemaría do Juana Jiméneza Vargasa. Ta myśl systematycznie powraca w wielu listach. To się kończy, a to co będzie, pozostanie już na zawsze – powtarza z apostolskim zapałem Ricardowi Fernándezowi Vallespínowi. Dla naszej rodziny rozpocznie się epoka intensywnej gorliwości – dodaje w liście do Juana1. To się kończy – powtarza po raz kolejny Ricardowi – i trzeba będzie pracować ze wszystkich sił duszy2.

Nadeszły dni radosnego oczekiwania, w trakcie których don Josemaría rozbudził swój zapał apostolski, przeczuwając szybką ekspansję Dzieła. Marzył, by znaleźć się już w stolicy: Madryt! Niewiadoma, na którą spoglądam z optymizmem, ponieważ wszystkim rządzi mój Ojciec-Bóg. – pisał do Pedra Casciaro3. Z wyprzedzeniem wybiegał myślą do jednego z poważnych problemów, które miały przed nimi stanąć i które musiał rozwiązać. Chodziło o współpracę, jakiej oczekiwał ze strony donii Dolores. Pisząc do Paco Botelli, przedstawił to następująco: Myślę o wszystkich, zwłaszcza o tych w czerwonej strefie. Kiedy będziesz pisał do pozostałych – do wszystkich, powiedz im, żeby prosili Pana, by nam zachował babcię: widzę bardzo jasno, że jej potrzebujemy 4.

W tym czasie nadeszła wiadomość o śmierci papieża Piusa XI. Kiedy w trzy tygodnie później ksiądz, w liście z 3 marca 1939 roku, zawiadamiał Juana Jiméneza Vargasa o wyborze papieża Piusa XII, dało się wyczuć światło uniwersalizmu ukryte w Opus Dei: Papam habemus!* Następnym razem będziemy tam blisko, Ty, ja i inni. Ja to wiem5. (Od 1931 roku wciąż marzył o tej chwili, coraz bliższej: Marzę – pisał w jednej z Katarzynek – o założeniu w Rzymie, kiedy już Dz[ieło] B[oże] będzie dobrze rozwinięte, domu, który stanie się mózgiem całej organizacji6).

W tych dniach obiecał poprowadzić rekolekcje dla seminarzystów z diecezji Vitoria, bo cieszyła go myśl o pracy nad tymi duszami niemal kapłańskimi. Musiał więc wyjaśnić biskupowi przyczyny, które skłoniły go do przełożenia tego kursu rekolekcyjnego:



1. Konieczność pozostania w Burgos w dzień Świętego Józefa, z przyczyn, które Ksiądz Biskup zna. Będzie wielu, którzy przyjadą na nadzwyczajną przepustkę na 24 godziny, nie mając po prostu czasu na to, aby dojechać do Vergary.

2. Możliwość, że zostanie zdobyty Madryt, w czasie gdy ja będę prowadził rekolekcje.

3. W przypadku, gdyby Madryt został zdobyty, a ja nie pojechałbym tam natychmiast, zaniedbałbym swój bezpośredni obowiązek odzyskania Świętej Izabeli, jako rektor tego patronatu (co na pewno niektóre osoby by mi wytknęły), oraz nie spełniłbym dwóch obowiązków, pierwszego, bardzo nadprzyrodzonego, a drugiego wynikającego z pokrewieństwa, to znaczy obowiązku wobec ludzi z Dzieła i wobec mojej matki. Wszyscy oni oczekują mnie niezwłocznie7.

W tym stanie ducha, pełen entuzjazmu, stąpając już po ziemi obiecanej, napisał do swoich synów list okólny, rozpoczynający się od słów:



W imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego oraz Najświętszej Maryi Panny.

Niech Jezus błogosławi moim synom i mi ich zachowa.

Czuję przynaglenie od Boga, by do Was napisać w przeddzień tego zwycięskiego zdobycia Madrytu.

Bliski jest już dzień powrotu do naszego domu i trzeba, żebyśmy pomyśleli o odtworzeniu naszych działań apostolskich8.

Był to dosłownie list okólny, trzeba było bowiem przekazywać go sobie z rąk do rąk, z miasta do miasta, aż do chwili, gdy wszyscy adresaci go przeczytają, ponieważ nie miał on kopii. List ten, niczym wygrywana na trąbce pobudka, miał rozbudzić w jego synach zapał apostolski. Po zakończeniu wojny miała nabrać rozmachu kampania, którą Ojciec tylekroć już zapowiadał: umieszczenie Chrystusa na szczycie wszystkich działalności ludzkich. Chodziło o powszechną mobilizację pod hasłem: Regnare Christum volumus*.



Pragnę, abyście się przygotowywali – mówił im – do starej walki, która jest zarazem służbą wojskową i służbą Kościołowi Jednemu, Rzymskiemu, Katolickiemu i Apostolskiemu, odmawiając w duchu mnicha i wojownika, taka bowiem ma być gorliwość naszego powołania, Psalm Królewskiej Godności Chrystusa:

W każdy wtorek, po wezwaniu swego Anioła Stróża z prośbą, by mu towarzyszył w modlitwie, każdy z Was ucałuje różaniec, na dowód miłości do Matki Bożej i na znak że modlitwa jest naszą najskuteczniejszą bronią. A następnie odmówi po łacinie Psalm 29.

Mówię o walce i wojnie – zwracał im uwagę – a na wojnę potrzeba żołnierzy. Dlatego było konieczne prowadzenie prozelityzmu:

Nigdy nasza młodzież nie była tak szlachetnie pobudzona jak teraz. Byłoby powodem ciężkich wyrzutów sumienia nie wykorzystać tej okazji i nie doprowadzić do wzrostu naszej rodziny, nie wykorzystać zapału i poświęcenia, które bez wątpienia widać (oprócz tylu innych rzeczy, które wolę przemilczeć) w sercach i czynach Waszych kolegów ze studiów i z okopów.

Siejcie więc, a ja Was zapewniam w imieniu Pana, że to żniwo będzie.

Ale siejcie hojnie... I na cały świat!10.

Dla Ojca list ten bez wątpienia był sposobem, by się wyładować. Przenosił na swoich synów zapał apostolski, który miał w sobie, a który nie był mały. Zanim napisał ten list, 23 marca zawiadamiał Albaredę:



Paco napisze Ci szczegółowo: ja ci tylko powiem, że myślę, że już wkrótce ruszę w drogę do domu, aby być bliziutko, gdy otworzą się bramy. Zabiorę ze sobą jedzenie, które mamy przygotowane. Ty będziesz musiał jakoś przywieźć kartotekę i maszynę do pisania.

Mam jeszcze drugi list okólny, który sam nie wiem, kiedy zacznie krążyć: jak przyjedziesz, to go sobie przeczytasz.

Może byś przyjechał w najbliższą niedzielę? Ja chyba wyjadę w poniedziałek11.

W Madrycie i Burgos trwały pertraktacje o warunkach kapitulacji sił republikańskich. Don Josemaría śledził z bliska przebieg wypadków. W poniedziałek 27 marca wyjechał w kierunku Madrytu ciężarówką zaopatrzenia wojskowego, siedząc w kabinie obok kierowcy. Miał ze sobą odpowiednie dokumenty: przepustkę na przejazd oraz zezwolenie kościelne. Noc spędził w Cantalejo, miasteczku koło Segowii oddalonym o ponad sto kilometrów od stolicy. Następnego dnia poddały się wojska republikańskie. Rankiem 28 marca armia zaczęła wkraczać do Madrytu, między żołnierzami był też ubrany w sutannę don Josemaría. Wzruszenie mieszkańców było nieopisane. Możliwe, że był to pierwszy kapłan w sutannie, którego widzieli na ulicy od lipca 1936 roku. Ludzie rzucali się, by całować go po rękach, a don Josemaría podsuwał im krucyfiks12.

Przejechał przez ulicę Ferraz i mógł na własne oczy zobaczyć, w jak opłakanym stanie znajdował się akademik, którego przecież nigdy nie otwarto. Potem skierował się na ulicę Caracas, aby przywitać się z matką i rodzeństwem. Zabrał stamtąd kuferek, w którym przechowywano dokumenty i papiery, składające się na archiwum Dzieła13. Ale jeszcze bardziej niż spotkać się z rodziną, chciał zgromadzić swoich synów duchowych. Natychmiast spotkał się z Isidorem Zorzano i José Maríą Gonzálezem Barredo, którzy przebywali w Madrycie. Potem zjawili się inni. Najpierw Ricardo Fernández Vallespín i Álvaro del Portillo, którzy przyjechali na przepustkę z wojska. 29 marca rankiem wszyscy udali się, by obejrzeć stan rezydencji przy Ferraz 16. Mogli się namacalnie przekonać o jej opłakanym stanie. Zniszczenia spowodowane przez pociski były poważniejsze niż Ojciec przypuszczał, gdy przed rokiem przez lornetkę artyleryjską przyglądał się domowi z pozycji zajmowanych przez baterię z Carabanchel. Dom został obrabowany. Ściany były podziurawione przez odłamki pocisków. Podłoga została zniszczona i zapadła się. Tak naprawdę jedyne, co pozostało z całego budynku to fasada i ściany nośne.

Paco Botella, który przyjechał z Burgos po południu odnalazł ich w Świętej Izabeli, dokąd wszyscy się udali, żeby sprawdzić, w jakim stanie znajduje się klasztor. Kościół był smutnym dowodem na wandalizm podpalaczy. 20 lipca 1936 roku, tuż po wybuchu wojny, rewolucjoniści podłożyli pod niego ogień. Spaliła się posadzka, ławki, ołtarze; płomienie pochłonęły wartościowe dzieła sztuki.14



* * *

Nie będzie dla Was przeszkód nie do pokonania – pisał założyciel Opus Dei do swoich synów – zwłaszcza wtedy, gdy stale będziecie się czuli zjednoczeni, dzięki szczególnej Komunii Świętych, ze wszystkimi wchodzącymi w skład Waszej nadprzyrodzonej rodziny15. Myśl ta podtrzymywała jego optymizm w chwili, gdy stanął przed zrujnowanym domem. I nie jest to czysty przypadek, że gdy don Josemaría znowu odwiedził ulicę Ferraz 21 kwietnia, znalazł pocieszające świadectwo ducha braterstwa, którym tam się żyło. Wśród pozostałości podłogi znalazł pergamin, który kiedyś polecił powiesić. Znajdował się na nim ewangeliczny tekst: Mandatum novum do vobis: ut diligatis invicem, sicut dilexi vos, ut et vos diligatis invicem. In hoc cognoscent omnes quia discipuli mei estis, si dilectionem habueritis ad invicem* (J 13, 34-35)16.

Już następnego dnia po wkroczeniu armii do Madrytu spotkała się w stolicy niewielka grupa członków Dzieła, a ponieważ nie mieli gdzie się zatrzymać, don Josemaría zaprosił ich, by zanocowali w rektoracie Świętej Izabeli. Wieczorem 29 marca zajęli się sprzątaniem tego mieszkania, które było w lepszym stanie niż to przeznaczone dla kapelanów, zajmowane kiedyś przez rodzinę Escrivów. W czasie wojny było tam biuro użytkowane przez komisarzy politycznych, natomiast budynek przyległy, kolegium dziewcząt, służył za koszary saperów. Wszędzie panował bałagan: walające się papiery, rozrzucone kartoteki, połamane stoły i krzesła, rozwalone łóżka i opróżnione szafy. Chociaż meble były w nie najlepszym stanie, zebrali niektóre z nich, by umeblować dom rektora, z zamiarem odmalowania i naprawienia ich w przyszłości17.

Już wkrótce nadawało się ono do zamieszkania. Don Josemaría porozmawiał ze swoją matką i rodzeństwem, uzgadniając, że wszyscy powinni się przeprowadzić do Świętej Izabeli. Faktycznie właśnie w domu rektorskim zaczęła się bezpośrednia współpraca Carmen i donii Dolores w funkcjonowaniu ośrodków Dzieła, ponieważ przez kilka miesięcy rektorat był jedynym mieszkaniem, które mieli w Madrycie. Przestrzeń, jaka pozostawała do ich dyspozycji, była dość skromna. Na jednym końcu mieszkania przygotowali pokój dla donii Dolores i jej córki. Na drugim końcu rektoratu, w niewielkim pokoiku z jednym tapczanem don Josemaría umieścił siebie samego. Natomiast w największym pokoju, nazywanym „wielkim rancho”, umieszczono cztery łóżka18.

Już niedługo potem pojawiła się w Świętej Izabeli matka przełożona augustianek w towarzystwie jednej nowicjuszki z zamiarem zajęcia mieszkania kapelanów, ponieważ reszta klasztoru po pożarze leżała w ruinach. Rektor poszukał dla nich wyjścia bardziej stosownego, by mogły prowadzić życie wspólne z resztą konwentu mniszek, które wówczas znajdowały się poza Madrytem, na czas gdy jeszcze nie odbudowano spalonego kościoła i przyległych budynków19. Mając na względzie to, że sąsiedni klasztor Wniebowzięcia NMP nie doznał żadnego uszczerbku, wspólnota ta czasowo odstąpiła augustyniankom kilka pomieszczeń kolegium żeńskiego. To prowizoryczne rozwiązanie utrzymało się aż do sierpnia, gdy don Josemaría za zgodą Wikariusza Generalnego diecezji madryckiej, don Casimiro Morcillo, dobrowolnie odstąpił mniszkom swoje mieszkanie. Zgodnie z postanowieniami umowy podpisanej 5 sierpnia 1939 roku pomiędzy Rektorem Patronatu Świętej Izabeli a Matką Przełożoną, siostrą Vicentą Maríą od Najświętszego Sakramentu, rektor cedował na Wspólnotę Augustianek Pustelniczek «prawo do przysługującego mu mieszkania w Domu Rektorskim przy ulicy Santa Isabel 48». W umowie cesji zostały ustanowione ponadto pewne klauzule, mające zabezpieczyć prawa przyszłych rektorów do mieszkania przeznaczonego dla nich przy Świętej Izabeli20.

Do rektoratu przenieśli także meble z domu donii Dolores. Nie było tego dużo, jednak nadały pewien charakter rodzinnej elegancji w tym opuszczonym mieszkaniu w rektoracie Świętej Izabeli. Od dnia ich zamieszkania w nowym miejscu, 9 kwietnia, rozpoczyna się okres, który Santiago Escrivá de Balaguer nazywa „etapem przejściowym”, gdy jego matka i siostra pełniły tymczasową posługę w ośrodkach Dzieła, do momentu, gdy kobiety z Opus Dei zajęły się zadaniami związanymi z gospodarstwem domowym21. Bardzie trafne byłoby stwierdzenie, że zarówno w przypadku Carmen, jak i donii Dolores, zgoda na apostolską pomoc miała charakter bezwarunkowy i trwała do końca życia. Podczas tego „etapu przejściowego” życie babci, nadszarpnięte przez znoszone w milczeniu cierpienia fizyczne i moralne, gasło powoli, ale ona sama nie miała nigdy czasu na odpoczynek. Carmen, której aktywna praca prowadzona rok po roku zajęła młodość i gros sił, pozostawała zawsze w gotowości, zawsze do dyspozycji, nie rozgłaszając swojego ukrytego poświęcenia.

Doprowadzenie do czystości i uporządkowanie domu rektorskiego zajęło sporo czasu. Nie tylko z powodu nagromadzonego brudu, ale także dlatego, że trzeba było zgłosić odpowiednim władzom znalezienie magazynu broni oraz fakt straszliwych profanacji popełnionych w znajdujących się w krypcie grobowcach, gdzie fragmenty wywleczonych ciał złączyły się ze sobą w przygnębiającym nieładzie. Konieczne było także wyczyszczenie studni ogrodowej, do której zostały wrzucone ciała kilku osób zamordowanych w czasie wojny22.



* * *

Rozpoczęły się dla don Josemaríi dni największej aktywności. Jak pisał do swoich synów w liście z 9 stycznia 1939 roku, Dzieło, przedsięwzięcie nadprzyrodzone, w okresie wojny zostało sparaliżowane. Było to zatrzymanie „pozorne”, ponieważ rzeczywistość była zupełnie inna. Wszyscy byli teraz lepiej przygotowani do „odnowy” zwykłej działalności apostolskiej23. (Słowo „odnowa” było wówczas często używane, ponieważ szczupłość dóbr materialnych zmuszała do doprowadzenia do stanu używalności tych, które uznano już za stare i niezdatne do użytku. Don Josemaría nadał temu słowu szlachetny odcień ponaglenia: chodziło też o nadrobienie czasu straconego dla działalności apostolskiej w poprzednich latach).

Podjął na nowo to, co przerwał, poczynając od swoich Zapisek wewnętrznych. Pierwsza Katarzynka po wojnie przypada na 13 kwietnia 1939 roku i wspomina o pewnym wyrażeniu pochodzącym od Boga:

Przyłapałem się na tym, podobnie jak przed laty, że powtarzam – zdając sobie z tego sprawę dopiero później – „Dei perfecta sunt opera*”. Równocześnie zyskałem zupełną pewność, bez żadnych wątpliwości, że taka jest odpowiedź mego Boga dla swego grzesznego, choć kochającego, stworzenia. Wszystkiego się spodziewam z Jego strony! Niech będzie błogosławiony!24.

Poprzedniego dnia odnalazł swego dawnego spowiednika i natychmiast udał się, by go odwiedzić: Byłem wczoraj u o. Sáncheza na ulicy Velázquez 28. Jakąż okazał radość! Uściskał mnie mocno i nadal – to widać – wierzy w Dzieło25.

Kolejna wiadomość na temat don Josemaríi, jaką mamy, pochodzi z listu Isidora do Paco Botelli. Jest bardzo krótka. «Dziadek jest zajęty przez 24 godziny na dobę z powodu wizyt». (Nadawca musiał mieć myśli zajęte poważnymi problemami domowymi, poza pilnymi zajęciami apostolskimi: «Od chwili, gdy uporaliśmy się z bałaganem w domu – opisuje dalej Isidoro – zajmujemy się już wcześniej rozpoczętą robotą z listami. Znowu mamy problem z bezpiecznikami. Tym razem problem stanowią myszy, codziennie nam je niszczą. Pamiętasz, w jaki sposób napadliśmy na ich nory? Na nic się to nie zdało. Hodujemy dwa koty, żeby się rozprawiały z tymi bestiami»)26.

Dzięki kartotece, którą niemal całkowicie odtworzyli w Burgos, mogli w Madrycie kontynuować pracę Świętego Rafała. Ojciec przyjmował odwiedzających. Rozmawiał z nimi. Udzielał wykładów formacyjnych członkom Dzieła, którzy zjawiali się w Madrycie na przepustkach. Zajmował się zakonnicami u Świętej Izabeli. Nie ustawała jego stała korespondencja, mobilizował wszystkich, by do niego pisali. Pisał do Ricarda Fernándeza Vallespína:



Kochany Ricardo! Nie wiesz nawet, jak bardzo będę Ci wdzięczny, jeśli nie będziesz się ociągał i pisał do nas bardzo często [...].

Myślę, że jeszcze będziemy błogosławić tę wojnę. Wiele oczekuję dla Kościoła i dla Hiszpanii!

Zacząłem pracować i jestem zadowolony. Na początku po powrocie do Madrytu myślałem, że wdrożenie się będzie mnie wiele kosztować. Ale nie. Tak samo jak w roku 1936, dzięki Bogu.

Mocne uściski i błogosławieństwo dla Ciebie,

Mariano27.

Don Josemaría miał własny sposób na rozważanie znaczenia wojny i tych licznych blizn, które pozostawiła u wszystkich. Wiedziony swoim nadprzyrodzonym optymizmem, nie poprzestawał na kontemplowaniu minionych nieszczęść, ale także zastanawiał się nad pozytywnym faktem, że wojna z wszystkimi jej ewidentnymi okrucieństwami przyczyniła się do zahartowania dusz. Założyciel Opus Dei z nadzieją patrzył w przyszłość, tak jak pisał do Chiquiego:

Zapewniam Cię, że jeśli będziesz wypełniał plan życia, który Ci dałem, będziesz jeszcze błogosławił wojnę, bowiem będziesz miał większe doświadczenie i moc, aby dalej pracować28.

W połowie maja niektórzy biskupi umówili się z don Josemaríą, że ten poprowadzi rekolekcje dla kapłanów i zakonnic29. Pierwsze rekolekcje rozpoczął w czerwcu w Walencji i – zgodnie ze swoim zwyczajem – z wielotygodniowym wyprzedzeniem zaczął polecać Bogu tę pracę apostolską, prosząc o owoce dla uczestników rekolekcji, jak pisał do biskupa Avili Santosa Moro:



Umiłowany Księże Biskupie! Niech Jezus zachowa Księdza Biskupa!

Ten grzesznik zawsze ucieka się do Księdza Biskupa z wyciągniętą ręką. Ojcze, mam zlecone kilka cyklów rekolekcji, niektóre (w Walencji i Madrycie) dla księży... Potrzebuję modlitw Waszej Ekscelencji i Jego błogosławieństwa, jako Ojca i Pasterza.

Z góry dziękuję. Ksiądz Biskup już wie, jak bardzo kocha Go Jego dłużnik

Josemaría30.

Rafael Calvo Serer i don Antonio Rodilla, Wikariusz Generalny archidiecezji Walencji, a także rektor kolegium Błogosławionego Juana de Ribery, w bardzo krótkim czasie zdołali zebrać grupę uczestników rekolekcji spośród studentów. Tak więc początek rekolekcji przesunął się na 5 czerwca. Wówczas do Burjasot, miejscowości położonej niedaleko Walencji, gdzie znajdowała się siedziba kolegium, przybył don Josemaría. Ksiądz przyjechał gotów „zakasać rękawy”, to znaczy poświęcić się całkowicie zadaniom kapłańskim, prosząc Archanioła Rafała, by jego słowa okazały się skutecznymi. Przy okazji postanowił wykorzystać także dla siebie te dni rekolekcji: Korzystam z tego szorowania dusz, aby wyczyścić także moją, której tego bardzo potrzeba31 – powiedział swoim synom.

Studenci przechadzali się małymi grupkami po ogrodzie kolegium, oczekując na przyjazd don Josemaríi, kiedy zobaczyli, jak zbliża się młody, roześmiany ksiądz, wyglądający na zmęczonego długą podróżą. Gdy był już na miejscu, don Antonio Rodilla, który miał u boku kilku studentów, powiedział im, nie owijając w bawełnę: – Ten człowiek czyni cuda...32. Don Josemaría usłyszał to i podszedł natychmiast, by serdecznym gestem dać do zrozumienia, że ten komentarz wcale mu się nie spodobał. Ale wikariusz generalny nie rzucał słów na wiatr. Wiedział dokładnie, co mówi. Przecież don Josemaría otworzył przed nim duszę w Burgos33.

Oglądając kolegium przed rozpoczęciem rekolekcji, don Josemaría odkrył wewnątrz domu plakat z wypisanym następującym zdaniem: „Każdy wędrowiec podąża własną drogą”. Zapytał o jego pochodzenie. Widać było, że budynek został zarekwirowany przez wojsko republikańskie i sporo było jeszcze śladów jego obecności. Chciał, by nie zdejmowano tego plakatu:

Zostawcie to, podoba mi się: to rada od wroga34.

Zdanie to posłużyło mu za motyw przewodni jego medytacji. Sporządziwszy różne glosy i komentarze do niego, mówił o powołaniu chrześcijańskim, o wierności indywidualnemu powołaniu każdego człowieka, o drodze, która wiedzie do ideału ledwie majaczącego w oddali.

Wiedząc, że Ojca można będzie spotkać w Walencji, gdy będzie prowadził rekolekcje najpierw dla studentów, a potem dla księży, Álvaro del Portillo zadzwonił do niego, a potem postarał się o przepustkę i ruszył w podróż, by się z nim zobaczyć. Stacjonował teraz w Olot, w Pirenejach. Dopóki sam tego nie doświadczył, nie wiedział, jak pełna przygód będzie jego podróż. Oddziały republikańskie podczas odwrotu wysadziły mosty w Katalonii oraz na Ebro, szosy były zniszczone, a pociągi kursowały od przypadku do przypadku... Dotarcie do Burjasot zajęło Álvarowi trzy dni. Ostatniego dnia rekolekcji, ku wielkiemu zdumieniu uczestników, do kaplicy wkroczył podporucznik saperów, który udał się do pierwszej ławki, aby wysłuchać medytacji. Podczas poprzedzających nocy Álvaro miał sen, że już za chwilę zaśnie snem błogosławionych35. Ten sen w obliczu Boga stawał się modlitwą, komentował Ojciec. Modlitwą zmęczenia, zmienionego w pragnienie wykorzystania tej odrobiny, która pozostała z rekolekcji.

Podporucznik spędził w Walencji niewiele czasu. Po dwu dniach udał się w drogę powrotną do Olot, gdzie czekał na niego list Ojca datowany na 6 czerwca w Burjasot, to jest zanim jeszcze wyjechał z Olot do Walencji. W tym liście bardzo jasno została wyrażona najbardziej śmiała forma ojcostwa duchowego, jaka kiedykolwiek wyszła spod pióra założyciela Opus Dei:

Saxum*! – pisał do Álvara – wiele od Ciebie oczekuje Twój Ojciec Niebieski (Bóg) i Twój ziemski i niebieski zarazem ojciec (ja)36.

W kilku zaledwie słowach zostało ujęte synostwo chrześcijanina względem naszego Ojca – Boga. Jednocześnie wyrażona została nadprzyrodzona rzeczywistość Boskiego powołania do Opus Dei oraz związane z nią ojcostwo założyciela względem swoich synów, które przekracza granice czasu i śmierci.

W rekolekcjach w Burjasot uczestniczyło czternastu chłopaków. Musieli być bardzo otwarci, skoro Ojciec następnego dnia po przyjeździe z entuzjazmem napisze do Madrytu:

Jestem bardzo zadowolony: naciskajcie na naszego Pana, a wszystko zadziała. Tak samo, jak musi ruszyć z miejsca kwestia domu. Nie brakuje niczego więcej! Z każdą chwilą przepełnia mnie coraz większy optymizm37.

Prosił także inne osoby o pilne wsparcie modlitewne. I rzeczywiście, don Josemaría w końcu zyskał tak oczekiwaną prawdziwą kopalnię powołań do Opus Dei. To działa! – pisał na zakończenie rekolekcji w Burjasot. – Wczoraj zesłał nam Pan kolejnego: w sumie czterech. I to z ulepionych z dobrej gliny. Mam nadzieję, że wytrwają38.

Nie chodziło wyłącznie o tę czwórkę. Po zakończeniu rekolekcji rozmawiał z don Josemaríą młody człowiek, który nie mógł w nich uczestniczyć, a który poznawszy Dzieło był zdecydowany wstąpić do niego: próbuje nawet wyważyć drzwi39 – opowiada założyciel Dzieła. I po miesiącu drzwi puściły:

Niech Jezus mi Cię zachowa.

Co mam Ci powiedzieć, jeśli nie: tak i naprzód! Zdumiewaj się i podziękuj Mu za to, że Cię chce do tak wielkich rzeczy.

Jeśli wytrwacie... Tak dojrzałe i wspaniałe są owoce tej gorącej ziemi walencjańskiej.

Kocham Cię i błogosławię, Twój Ojciec

Mariano40.

José Manuel Casas Torres był na razie ostatnim z tej grupki powołań z Walencji, zainicjowanych przez powołanie Amadeo de Fuenmayora. Don Josemaría, pewien, że nie wyczerpał tej prawdziwej żyły złota, zdecydował się wrócić do Walencji, jak tylko to będzie możliwe, aby urzeczywistnić sen przerwany w 1936 roku, gdy wojna domowa przerwała początki rozprzestrzeniania się pracy apostolskiej po całym kraju.


  1   2   3   4   5   6   7   8   9


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna