Rozdział XVII



Pobieranie 0.51 Mb.
Strona1/6
Data03.05.2016
Rozmiar0.51 Mb.
  1   2   3   4   5   6
ROZDZIAŁ XVII
Lato bez hamaka. „Ten człowiek ma w środku bombę atomową”. „Ojcze, to oszustwo”. Castelletto del Trebbio. Obcy i na pożyczonym. „Polowanie” na skorpiona. To, co tak realne – dzisiaj, w poniedziałek. „Kuropatwę jeść chcesz, to ją za nos bierz”. Abrainville. Kilka tygodni w Gagliano Aterno. „Così facciamo patria!” Privacy Anglików. „Tenetemelo da conto!” Sant’Ambrogio Olona. Cygarniczka dla księdza Álvaro. Pół stołu do ping-ponga. „Ani nie chcę, ani nie mogę, ani nie będę tego pisać”. Praska wiosna. Wypad do Einsiedeln. Javier układa puzzle. „Poczta” z Mediolanu. Kolejny raz w Villa Gallabresi. Diffidenza. Polowanie na czarownice. Il punto di vista ottimale. „Odpoczywałbym tylko wtedy, gdybym mógł zapomnieć o Dziele”. „Śmieję się, dlatego że odczuwam obecność Bożą”. Clama, ne cesses! Tytoń z przemytu? Caglio, 23 sierpnia. Sprzedawca arbuzów. Civenna. Buty wieśniaka. Jakże samotnie umiera papież! „Álvaro, zaprosisz nas?” Escrivá pociesza Pawła VI.

Kiedy kardynał Pizzardo przebywał z Mons. Escrivą, nie zważając na to, czy obok nich było dużo czy mało osób, brał go za głowę i wyciskał mu na karku głośny pocałunek, wykrzykując równocześnie:

– Dziękuję za to, że ksiądz nauczył mnie odpoczywać!

A jeśli wokół siebie widział zdumione oczy, czynił następujące wyznanie:

– Byłem jednym z tych, którzy uważali, że w tym życiu należy tylko albo pracować, albo tracić czas. Jednak on podarował mi jasną, cudowną ideę – że odpoczynek to nie jest nicnierobienie, to nie bezczynne dolce far niente, tylko zmiana zajęcia, poświęcenie się innej pożytecznej i odprężającej działalności przez pewien czas1.

Pizzardo, ważna osobistość w Watykanie, był sekretarzem Świętego Oficjum i prefektem Kongregacji Seminariów i Uniwersytetów. Dobrze wiedział, co znaczy pracować. Jednak brakowało mu do odrobienia lekcji czynnego wypoczynku, wzbogacającego wypoczynku, wypoczynku niebędącego stratą czasu.

Również Escrivá przez wiele lat, kiedy nalegano, żeby powstrzymał swoją szaloną działalność, odpowiadał: „będę odpoczywał, kiedy mi powiedzą: requiescat in pace*”.

W miarę upływu czasu zrozumiał, że taka ocena była błędem. I mówił w ten sposób: „Nie można utrzymywać ciała i głowy w ciągłym napięciu, dlatego że w końcu się rozpadną”.

Niemniej jednak, do 1958 roku nie mógł zorganizować sobie czasu odpoczynku. Najbardziej bezpośrednią przyczyną był brak odpowiedniego miejsca poza Rzymem. Miejsca te istniały w Opus Dei – domy rekolekcyjne i domy konferencyjne na wsi. Jednak wykorzystywali je jego synowie i córki dla siebie i dla swojego apostolstwa, w kolejno i bez przerwy zmieniających się grupach. A zatem tam nie mógł jechać.

Od 1958 roku Mons. Escrivá zaczął wyjeżdżać latem do Wielkiej Brytanii, Irlandii, Francji i Hiszpanii, zamieszkując w wynajętych lub użyczonych domach. I tak latem 1958, 1959 i 1960 roku spędził po kilka tygodni w lipcu i sierpniu w Woodlands, wynajętej willi w północnej części Hampstead Heath, w głębi Courtenay Avenue w Londynie. Właściciele Woodlands stanowili bardzo malowniczą parę: on zajmował się kinematografią a ona chiromancją i spirytyzmem.W 1961 i 1962 roku Escrivá powrócił do tej samej londyńskiej dzielnicy, ale zamieszkał w innym domu, pod numerem 21 przy West Heath Road, wynajętym od mistera Soskina, sędziego wojennego pochodzenia rosyjsko-żydowskiego.

W czasie tych wszystkich letnich wakacji Josemaría Escrivá łączył wypoczynek, naukę i ożywianie ludzi i dzieł Opus Dei nie tylko w Wielkiej Brytanii i Irlandii, ale również na kontynencie. Jeździł samochodem do różnych miast we Francji, Hiszpanii i Niemczech w 1960 roku, natomiast w 1962 roku pojechał do Austrii, Szwajcarii i Francji.

Latem 1963 roku wypoczywał przez jakiś czas w domu zwanym Reparacea, w Nawarze, między San Sebastián a Pampeluną. Zaś latem 1964 roku w Elorrio, miejscowości w baskijskiej prowincji Vizcaya.

Prosił Álvaro del Portillo i Javiera Echevarríę, którzy zawsze mu towarzyszyli, żeby przedstawiali plany i programy pracy w okresie wakacji w innych dziedzinach, w innych kwestiach niż zwykle. Kiedy wyjeżdżał z Rzymu, robił sobie dobrowolne „pranie mózgu”, zaprzestawał swojej zwyczajnej pracy i delegował w największym możliwym stopniu zadania zarządzania Dziełem. Jednak jego umysł – niezwykłe dynamo idei – nie mógł siedzieć z założonymi rękami.

Wiedeński psychiatra Viktor Frankl, uczeń Freuda i Żyd tak jak on, który umiał w porę dokonać demistyfikacji swojego mistrza, poznał Josemaríę Escrivę. Odwiedziwszy go pewnego dnia w Villa Tevere powiedział: „Ten człowiek nosi w głowie prawdziwą bombę atomową”. A zatem podczas tych letnich wakacji poza czytaniem, studiowaniem i pisaniem Escrivie przychodziły do głowy tysiące, setki śmiałych inicjatyw, wynajdywanych rozwiązań, niespodziewanych odkryć, które on sam zapisywał albo wskazywał tym, którzy mu towarzyszyli, żeby „wprawić je w ruch”, kiedy wróci do Rzymu, na początku nowego okresu pracy.

Być może tym, co najbardziej zwracało uwagę w wakacjach Mons. Escrivy, było jego ubogie wyposażenie, jego oszczędne zaopatrzenie, jego lekki bagaż. Z pewnością nie były to wakacje z pompą. Nie były to również wakacje spędzane na plaży i w hamaku. Ani też wakacje w uzdrowisku i na szezlongu.

Wśród niewielu pakunków, jakie przewoził Fiat 1100 w beżowym kolorze, nie było widać ani przyrządów do łowienia ryb, ani rakiet tenisowych, ani kijów golfowych. Ani rowerów, chociaż pięknie powiedziano, że „rowery są na lato”*.

Escrivá nie miał w swoim życiu czasu, żeby nauczyć się innego sportu niż chodzenie. Niewątpliwie w tej dziedzinie pobił wszelkie rekordy. Z potrzeby, bo nie z zamiłowania – zostawił wiele par zelówek na asfalcie miast, wydeptując je z jednego końca na drugi, kiedy prowadził apostolstwo non stop, bez „drobnych” na autobusy czy tramwaje. Będąc już człowiekiem w podeszłym wieku mógł chodzić, jeśli była taka potrzeba, trzy godziny rano i tyle samo po południu – był do tego przyzwyczajony od bardzo wczesnej młodości. W Saragossie i w Madrycie wykonywał swoją kapłańską pracę poprzez swoje wędrówki. Kiedy był świeżo wyświęconym księdzem, w Perdiguerze, gdy miasteczko przesypiało sjestę, wychodził się przejść, na otwarty teren, odmawiając modlitwę albo ucząc katechizmu syna zakrystiana. Później, podczas swoich podróży po Europie, wydeptując ziemię w krajach, dokąd miało dotrzeć Opus Dei, usiłował chodzić po miastach piechotą. Przypominało to ich osłuchiwanie, ale nie na mapie, tylko na żywo. W ten sposób poznawał te miasta. I w ten sposób modlił się za nie.

Dzięki temu miał muskularne i mocne nogi. Natomiast ramiona tak słabe i wątłe, że trudno było zrobić mu zastrzyk domięśniowy nie dotykając igłą kości.

Kiedy od 1965 roku Mons. Escrivá zaczął spędzać okres święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (ferragosto) poza Rzymem, ale we Włoszech, uprawiał inny „tani” sport z tych, które nie potrzebują specjalnego kortu ani boiska: bocce. Jest to gra w kule, której wdzięk polega bardziej na wyczuciu niż na sile i która wymagała kucania, rzucania kulami, wstawania… Jako że „pole gry” stanowił pusty teren niezarośniętej ziemi a przy bocce wzbijało się dużo kurzu, do rozegrania partyjki codziennie przebierał się od dołu do góry. Zdejmował sutannę i zakładał stare spodnie, znoszoną koszulę i czarne płócienne pantofle.

Bocce nie szły mu zbyt dobrze. Ale były to partie rozgrywane w cztery osoby, parami, a to posiadało pewne emocje rywalizacji. Escrivá zwykle grywał z architektem Javierem Cotelo, członkiem Dzieła, który podczas podróży prowadził jego samochód, przeciwko Álvaro del Portillo i Javierowi Echevarríi. Ten tandem wygrywał wszystkie partie. Zabawna była obserwacja, jak Escrivá stara się, żeby jakoś utrudnić życie urodzonym zwycięzcom. Czasami, kiedy była ich kolej rzucania kulą, popychał ich lekko, żeby nie mogli dobrze wyważyć rzutu.

– To się nie liczy, Ojcze! To oszustwo!

– Słuchaj, Álvaro, to część gry…! Czyż nie chwalicie się tym, że tak dobrze gracie? W takim razie powinniście mieć jakieś utrudnienie…!

Przy innych okazjach, jeśli jakaś kula spośród tych z jego drużyny była bardzo oddalona od celu (małej kulki „świnki”*) i nie dawała punktów, Escrivá brał ją i udając „magiczne zagranie”, mówił łobuzersko: „Czy myśleliście, że ta kula leżała tutaj? No więc nie. Jest… tutaj! ” I z całą bezczelnością umieszczał ją o wiele bliżej.

Jego żarty służyły temu, żeby uczynić tę chwilę sportu sympatyczniejszą. Następnie grało dwóch Javierów. Escrivá y Del Portillo obserwowali mecz na siedząco. Ojciec, jakby był prawdziwym kibicem, dopingował i oklaskiwał Cotelo, właśnie dlatego że ten chłopak miał mniej zręczności i niemal zawsze przegrywał. Jeśli za którymś razem wygrał, Escrivá drażnił Echevarríę:

– Ależ fatalnie grasz, Javi! Jesteś skończony!

Pewnego dnia obie pary grały już dłuższą chwilę. Została do rzucenia jedna kula – Escrivy. Przy odrobinie szczęścia mógłby zdobyć maksymalną punktację, gdyby udało mu się ją umieścić zręcznym rzutem obok „świnki”.

Escrivá rzucił. I ku zdumieniu wszystkich, włącznie z nim samym, kula wylądowała u boku pallino. Wówczas z miną skruszonego chłopca przyznającego się do winy oświadczył na miejscu:

– Nie zrobię tego więcej… To, co uczyniłem teraz, jest gorsze niż zwykłe oszustwa… Czy powiedzieć wam, co zrobiłem?

Pozostała trójka patrzyła na niego wyczekująco. Escrivá ściszył głos, jakby zawstydzony tym, co zamierzał powiedzieć:

– Zanim rzuciłem kulę, zdecydowanie powierzyłem się Aniołowi Stróżowi, żeby mi dobrze poszło… Ale teraz zdaję sobie sprawę, że to głupota mieszać Anioła Stróża w grę niemającą najmniejszego znaczenia.

W 1965 roku Scaretti, przyjaciel Álvaro del Portillo, udostępnił im dom na terenie gospodarstwa rolnego, które miał w Castelletto del Trebbio, w odległości około dwudziestu kilometrów od Florencji, pod warunkiem, że zwolnią go w połowie sierpnia, bo wówczas zamierzał tam pojechać ze swoją rodziną.

Dom nosił ślady starości i zaniedbania i daleko mu było do wygodnego miejsca. Nie miał telefonu ani telewizji. Żeby się do niego dostać, trzeba było wspiąć się na wysokie wzgórze ziemną, niewyasfaltowaną drogą dla bydła. Okolicę stanowiły pola uprawne. Natomiast strefa ta, jak niemal cała Toskania, ma kontynentalny klimat – bardzo zimny w zimie i bardzo gorący w lecie.

Escrivá, Del Portillo, Echevarría i Cotelo mieli spędzić tam, w Il Trebbio, kilka tygodni w lipcu i sierpniu.

Najpierw pojechały tam cztery kobiety z Dzieła: Marga Barturen, Victoria Postigo, Dora del Hoyo i Rosalía López. Miały się zająć prowadzeniem domu i przekształceniem tego zniszczonego mieszkania w wesołe i przytulne miejsce.

Scaretti ostrzegał, że w jadalni zobaczą piękną porcelanę z Capodimonte szacowaną na czterdzieści milionów lirów. Wobec tego tuż po przyjeździe Ojciec polecił, żeby zabrać ją z największą ostrożnością i schować w szafie, której nie będzie trzeba używać, dzięki czemu uniknie się ryzyka jej stłuczenia i zbędnego wydatku.

Tutaj, w Il Trebbio – i w każdym innym domu, gdzie spędzał czas wakacji – Escrivá zachowywał ciągłą świadomość, że korzysta z nieruchomości, mebli i sprzętów, które nie są jego własnością i starał się unikać ich uszkodzenia. Jeśli ze względu na organizację pracy i nauki decydowali się przenieść jakieś meble, polecał Javierowi Cotelo, żeby sporządził „rysunek pokoju tak, jak wyglądał po przyjeździe, żeby zostawić go w takim samym stanie, kiedy będziemy wyjeżdżać”. Starał się również, żeby meble nie rysowały ścian albo żeby zmienić przepaloną żarówkę, choćby pociągało to za sobą konieczność pójścia aż do wsi, żeby ją kupić.

Nie przeszkadzało mu to, że tak się czuł – obcy i na pożyczonym. Raczej pomagało mu to żyć bez rozpierania się i ze świadomością, że jest ubogi. Dbał o cudze jak o własne. Podczas jednego lata w Londynie zdał sobie sprawę, że doskonale zorganizowane mrówki maszerują gęsiego, przychodząc z ogrodu, wchodzą jednymi drzwiami, przechodzą przez salon i wychodzą przez inny balkon. Zawołał Dorę i Rosalíę i poprosił je o odkurzacz. Później, z pomocą Javiera Echevarríi przystąpił do „eksterminacji przez zasysanie” całego tego „wojska”.

Wiele lat później, kiedy spędzał wakacje w Premeno, na północy Włoch, również uczestniczył w podobnej operacji, uzbrojony w potężny kij, podczas gdy Javier Echevarría i Javier Cotelo zniszczyli mrowisko podpalając je przy pomocy benzyny… Jakiż mężczyzna – bez względu na to, jak byłby sławny, uczony czy święty – nie czuje się chłopcem bawiąc się w wojnę, pod pożytecznym pretekstem „niszczenia” insektów?

Właśnie tutaj, w Castelletto del Trebbio, „wrogiem do pokonania” były skorpiony, które miały kryjówkę blisko pokoju Javiera Echevarríi. Escrivá żartował z niego:

– Javito, widać, że masz kamienne serce, dlatego że te skorpiony zawsze idą tam, gdzie jesteś ty…

Kiedy zaś pewnego dnia Javier Echevarría opowiadał, że właśnie zabił kolejnego skorpiona, Escrivá udając poważną troskę powiedział:

– Posłuchaj, nie wiem, czy to prawda, ale słyszałem, że skorpiony zawsze chodzą parami. Jest to powiedzenie z rodzaju mądrości ludowych. W takim razie chodźmy na chwilę do twojego pokoju, żeby poszukać drugiego skorpiona. Żeby nie było tak, że ty zabiłeś jednego, a drugi cię ukąsi – nie z zemsty, tylko dlatego że przyszły dwa…

Jako że przypadkiem znaleźli żywego drugiego skorpiona z tej pary, podczas polowania Escrivá powiedział z wielkim rozbawieniem:

– Widzisz? Widzisz? Mówiłem ci przecież! Problem w tym, że ty mieszkałeś w mieszkaniu w mieście i nie znasz… cudownych przygód związanych z wiejskim życiem.

Podczas tych tygodni Escrivá zorganizował sobie rozkład, w którym był czas na modlitwę, na pracę i na uprawianie sportu, na spacery, wycieczki…

Pracę skoncentrował na poprawianiu własnego tekstu – Instrukcji na temat Dzieła Świętego Gabriela [Instrucción sobre la Obra de San Gabriel], dotyczącej supernumerariuszy Opus Dei i apostolstwa wobec osób żyjących w związkach małżeńskich.

Escrivá zaczął pisać ten tekst w maju 1935 roku i ostatecznie zakończył go we wrześniu 1950 roku. Jednak wówczas nie było kserokopiarek, powielacz był bardzo niskiej jakości, a w Villa Tevere nie było jeszcze drukarni. A zatem, żeby rozprowadzić tekst w różnych krajach, gdzie pracowało Dzieło, przygotowywano kopie przepisywane na maszynie. Niektórzy kopiści niechcący popełniali błędy składniowe i interpunkcyjne, a nawet omijali słowa. To samo stało się z innymi Instrukcjami (na temat Dzieła Świętego Rafała, dotyczącego apostolstwa wśród młodzieży oraz na temat Dzieła Świętego Michała wobec członków Opus Dei, numerariuszy i przyłączonych, zachowujących celibat). Escrivá kazał wycofać wszystkie kopie, żeby przygotować jeden drukowany tekst opublikowany przez drukarnię w Villa Tevere, i właśnie wówczas przygotowywał to wydanie.

Widząc, jak bardzo może się zmienić sens zdania, przez niewłaściwe umieszczenie kropki lub przecinka albo przez pominięcie przysłówka, zwłaszcza kiedy chodzi o teksty, które powinny zachować w całości swój „założycielski” charakter, Escrivá powiedział Álvaro i Javierowi Echevarríi o konieczności „wymagania przez nas wszystkich od siebie samych, żeby dobrze wykańczać prace, dlatego że Bogu nie możemy ofiarować chałtury”. W tych dniach opowiadał im dużo o „ascetyce drobnych rzeczy”.

Robił notatki ze swoich lektur, do projektu książki – Diálogo [Dialog] – na temat życia kontemplacyjnego, która była dosyć zaawansowana, chociaż nigdy nie zdołał jej ukończyć.

Śledził dokumenty II Soboru Watykańskiego. Modlił się za wielkie sprawy, które jeszcze miały być omawiane – zakonników i kapłanów. Dziękował za dokument Lumen Gentium, w którym dało się słyszeć echo niektórych elementów ducha Opus Dei, które stały się w ten sposób nauczaniem Kościoła, uroczyście ogłoszonym i zalecanym. Escrivá spędzał wiele chwil w małej kaplicy, którą zorganizowano tam, w Il Trebbio, dziękując za to potwierdzenie ze strony Kościoła dla tego, co przez tak wiele lat oceniano z nieufnością, czego nie rozumiano i nie akceptowano.

Jako że w domu nie było telewizji a gazeta przychodziła bardzo późno, codziennie, po powrocie ze spaceru Escrivá prosił Álvaro – tak właśnie: „prosił”, żeby włączył radio dla wysłuchania wiadomości o pierwszej po południu. Chciał wiedzieć na bieżąco, co się dzieje na świecie. Kiedy słuchał wiadomości, niemal zawsze wygłaszał jakiś komentarz o nadprzyrodzonej głębi i zachęcał przebywające z nim osoby, żeby modliły się za dany kraj, za daną sytuację, za daną osobę…

Kiedy przebywali prawie tydzień w Castelletto del Trebbio, Escrivá zawołał Margę Barturen, kierowniczkę niewielkiego zespołu administracji. Przy rozmowie był obecny JavierEchevarría. Po przypomnieniu jej stosowności cotygodniowej spowiedzi powiedział:

– Zupełnie swobodnie możecie się udać do proboszcza w najbliższej wiosce albo, jeśli wolicie, do jakiegoś kościoła we Florencji.

Tego samego dnia Marga rozmawiała ponownie z Escrivą:

– Ojcze, przemyślałyśmy to na spokojnie i doszłyśmy do wniosku, że wolimy się wyspowiadać u jakiegoś kapłana z Dzieła.

– Ale u jakiego? Tutaj jesteśmy tylko my – ksiądz Álvaro, ksiądz Javier i ja. A, jak wiesz, Ojciec – za wyjątkiem pilnej konieczności – nie spowiada ani swoich córek, ani swoich synów2. Jeśli chodzi o księdza Álvaro i księdza Javiera, jako że należą do Rady Generalnej, nie chcę, żeby prowadzili tę pracę duszpasterską wobec osób z Dzieła, sprawując funkcje związane z zarządzaniem3. Powtarzam ci więc, że macie absolutnie całkowitą swobodę i możecie się iść wyspowiadać u kogo chcecie…

– Tak, Ojcze, wiemy przecież, że łaska sakramentu przychodzi do nas przez każdego kapłana. Jednak, żeby zadbać o nasze życie wewnętrzne, wolimy otworzyć sumienie wobec osoby żyjącej tą samą duchowością, żeby nie musieć udzielać długich wyjaśnień.

– Bardzo dobrze. Podkreślam jednak, że możecie najzupełniej swobodnie iść do dowolnego kapłana z pobliskiej wsi albo z Florencji. Nie wbijajcie się tylko w dumę, ale powiem wam, że wasze pobożne życie wyświadczy wiele dobra temu, kto wysłucha waszych spowiedzi.

Marga nie ustąpiła łatwo:

– Ojcze, my wolimy, żeby przyjął nas kapłan z Opus Dei.

– Cóż… Jako że w pobliżu nie ma żadnego ośrodka Dzieła, zobaczymy, w jaki sposób uda nam się to rozwiązać.

Kiedy Marga Barturen wyszła z pokoju, Escrivá powiedział do Javiera Echevarríi:

– Trzeba zorganizować to wszystko w ten sposób, żebyś mógł wysłuchać spowiedzi twoich sióstr. To tak ważne zadanie jest jedną z głównych pasji, jakie powinni mieć kapłani Opus Dei. Żeby je spełnić, jak nakazuje Bóg, poleć się Duchowi Świętemu i postaraj się służyć – z wyrzeczeniem! – każdej duszy wiedząc, że jest warta całej Krwi Chrystusa.

I podczas tego całego letniego pobytu już nigdy więcej nie uczynił bodaj najlżejszej wzmianki na temat pełnionej przez Javiera Echevarríę kapłańskiej posługi. W ten sposób po raz kolejny potwierdził niezwykłą troskę, z jaką należy pilnować tajemnicy spowiedzi i tajemnicy kierownictwa duchowego.

Gorąco było coraz większe. Niekiedy panował większy skwar niż w Rzymie. Jednak Escrivá znosił go dobrze, nawet bez odświeżania się w basenie, bez przesypiania sjesty i bez zdejmowania sutanny4.

Raz na tydzień schodzili do Florencji, renesansowej perły, ojczyzny Medyceuszy i Savonaroli, nad rzeką Arno. Niemniej jednak, chociaż księdza Escrivę pasjonowała sztuka, nie uprawiali turystyki. Nie chodzili do muzeów ani nie włóczyli się po mieście, żeby podczas wędrówki podziwiać tak liczne i tak wspaniałe zabytki.

Co ciekawe, większość czasu spędzali modląc się w kościele Santa Maria Novella albo w kościele Świętego Krzyża, obok pomnika Dantego. Dlaczego, mając katedrę i tak wiele innych przepięknych świątyń, ksiądz Escrivá nawiedzał tylko te dwie? Możliwe, że powód był taki, że w kościele Santa Maria Novella znajduje się główna siedziba zakonu dominikanów we Florencji, tak samo jak kościół Świętego Krzyża jest główną siedzibą franciszkanów w tym mieście. Wówczas, w czasach Soboru, Josemaríi Escrivie nie schodziły z myśli ani z serca potrzeby duchowe tych dwóch wielkich i starych rodzin zakonnych.

Po tych tygodniach spędzonych w Castelletto del Trebbio pojechali do Piancastagnaio, gospodarstwa w pobliżu Orte, które również nie posiadało telefonu ani telewizji. Właściciel chciał sprzedać gospodarstwo i użyczył im go na kilka dni.

Escrivá był zainteresowany nabyciem jakiegoś domu z przyległym terenem. Studenci Rzymskiego Kolegium Świętego Krzyża potrzebowali „płuc” na czas wakacji. Przez lata wykorzystywano gospodarstwo Salto di Fondi koło Terraciny, na wybrzeżu Morza Tyrreńskiego. Jednak to, co na początku było samotną plażą, obecnie po inwazji turystów, bardzo przypominało nowojorską Piątą Aleję w godzinach szczytu i było najmniej odpowiednim miejscem na parę dni odpoczynku i formacji.

Tuż po przybyciu do Piancastagnaio zdali sobie sprawę, że to miejsce znajduje się bardzo blisko źródeł wód siarkowych, co powodowało, że powietrzem niemal nie dawało się oddychać.

Od Escrivy nie dało się słyszeć najmniejszej wzmianki o nieprzyjemnych zapachach. Jednakże, kiedy minął termin ustalony z właścicielem, oznajmił, że „po pobycie tam, po tych kilku dniach doświadczenia, rozumiem, że nie jest to miejsce, którego szukaliśmy”.

Tego lata 1966 roku powrócili do Castelletto del Trebbio. Tak jak w poprzednim roku, Escrivá przypomniał swoim córkom o ich całkowitej swobodzie w wyborze spowiednika, jakiego zechcą. Zamiast Margi Barturen, która wyjechała do Stanów Zjednoczonych, zespołem administracyjnym kierowała Blanca Fontán. Odpowiedź była jednomyślna. Wolały, żeby duchowo opiekował się nimi kapłan z Dzieła. Javier Echevarría po raz kolejny przyjął na siebie ten obowiązek.

– Bądź punktualny – polecił mu Ojciec– i bądź do dyspozycji, kiedy tylko cię o to poproszą. Nigdy ich nie zawiedź.

Escrivá spędzał długie chwile w kaplicy. Pragnął rozważyć i przetrawić sposób wprowadzenia w życie wniosków uchwalonych na Kongresie Generalnym Opus Dei, który właśnie się odbył. Ponadto jednak martwił się o Kościół i o autorytet Papieża w owej posoborowej epoce napięć, konfliktów, skrzywionego odczytywania dokumentów soborowych i pełnych nadużyć interpretacji.

Na Soborze została otwarta droga, żeby Opus Dei mogło wreszcie uzyskać odpowiednią formułę prawną jako prałatura. Vaticanum II usankcjonowało coś, co, nawet będąc nowym rozwiązaniem, przedłużało znaną już i stosowaną w Kościele postać – struktury jurysdykcji personalnej.

Escrivá widział już w 1929 roku, że tutaj leży klucz. Tak zanotował w Zapiskach wewnętrznych. I to właśnie powiedział Pedrowi Casciaro pewnego dnia 1936 roku5.

Obecnie prosił Boga o światło, żeby móc złożyć przed Stolicą Świętą dobrze uzasadniony i dobrze udokumentowany wniosek, który pozwoliłby Dziełu „zrzucić skórę węża”, przestać być prawnie tym, czym faktycznie już nie byli: przejść od postaci instytutu świeckiego do prałatury personalnej Opus Dei. Jednak rozumiał, że roztropnie będzie poprosić o to w stosownym czasie, kiedy ustaną posoborowe konwulsje, a reformy okrzepną.

Podczas spacerów odbywanych z księżmi Álvaro i Javierem, rozmawiając niejednokrotnie o tej „szczególnej intencji”, powiedział im:

– Ofiaruję moje życie Bogu, żebyśmy osiągnęli ostateczne rozwiązanie, choćbym ja nie miał go już zobaczyć na ziemi, jeśli Pan zażąda ode mnie takiej ofiary.

Również podczas tych rozmów w gospodarstwie Castelletto del Trebbio, jako że w środowiskach kościelnych i w mass mediach nadużywano słowa „posoborowy”, przedstawiając je jako coś nowatorskiego, nowoczesnego, postępowego… A przede wszystkim jako coś przeciwnego temu, co było do tej pory, ksiądz Escrivá powiedział im:

– Jesteśmy w „czasach posoborowych” od I wieku – od Soboru Jerozolimskiego. Mówienie o „czasach posoborowych” jest nieprecyzyjnym i niewłaściwym terminem, żeby odnosić się tylko do Vaticanum II, dlatego że ten ostatni sobór jest kontynuacją poprzednich i zatwierdza wszystko to, co poprzednie. Nie może być zerwania ciągłości między innymi powszechnymi zgromadzeniami Kościoła, a tym, które zakończyło się w ubiegłym roku.

  1   2   3   4   5   6


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna