Ryszard M. Machnikowski Walka z terroryzmem z zamkniętymi szeroko oczami i związanymi rękami, cz. I



Pobieranie 54.35 Kb.
Data29.04.2016
Rozmiar54.35 Kb.
Ryszard M. Machnikowski

Walka z terroryzmem z zamkniętymi szeroko oczami i związanymi rękami, cz. I

Nocą ludzie śpią spokojnie w swoich łóżkach tylko dlatego, że na straży stoją mężczyźni o surowych obliczach, gotowi stosować przemoc w ich imieniu.

George Orwell


2 listopada 2005 r. amerykański opiniotwórczy dziennik liberalnej (lewicowej) amerykańskiej inteligencji Washington Post opublikował obszerny artykuł znanej dziennikarki śledczej Dany Priest p.t. „CIA Holds Terror Suspects in Secret Prisons”, w którym autorka przedstawiła wyniki swego długotrwałego dziennikarskiego śledztwa, dotyczącego kwestii przetrzymywania przez CIA schwytanych po 11 września 2001 r. terrorystów al Kaidy. W pierwszym zdaniu swojego tekstu Priest stwierdziła, że najważniejsi dowódcy al Kaidy są przetrzymywani w tajnych więzieniach w Europie Wschodniej, nie wymieniając jednak nazw krajów, gdzie miałyby znajdować się więzienia. Od czasu publikacji tego artykułu media podjęły głośną debatę nad domniemanymi nadużyciami popełnianymi przez USA w „wojnie z terroryzmem” - łamaniem praw człowieka (torturami stosowanymi jakoby przez śledczych CIA w czasie przesłuchań), łamaniem zarówno prawa amerykańskiego jak i prawa międzynarodowego. Nie trzeba było długo czekać, by całą sprawą zajęły się rządy państw europejskich, organy Unii Europejskiej, organizacje międzynarodowe takie jak Rada Europy oraz organizacje pozarządowe takie jak Human Rights Watch i Amnesty International. Szczególnie kwestia domniemanych tortur stosowanych w czasie przesłuchań terrorystów przez śledczych CIA była wyjątkowo nagłośniana i niesłychanie szeroko dyskutowana na łamach poważnych zachodnich agencji informacyjnych, dzienników, tygodników, stacji telewizyjnych i radiowych oraz portali internetowych.

Ujawnione w toku dyskusji informacje dotyczyły szczegółowych danych rejestracyjnych samolotów, które miała wykorzystywać CIA przy transporcie więźniów oraz szczegółów ich przelotów i lądowań w Europie i na świecie. Tajne więzienia CIA zostały przez niektórych dziennikarzy wdzięcznie nazwane „nowym archipelagiem Gułag”. Gazety i tygodniki niemieckie i włoskie pod koniec listopada nie omieszkały rozpowszechnić wiadomości, że jedno z takich więzień znajdowało się na Mazurach w Starych Kiejkutach, w siedzibie „szkoły” polskiej Agencji Wywiadu. Mieli tam być przetrzymywani właściwie wszyscy najważniejsi schwytani po 11 września 2001 r. dowódcy al Kaidy, w tym Chalid Szejk Muhamed i Abu Zubajda. Informacje te, wraz ze zdjęciami jakoby przetrzymywanych tam terrorystów, zostały podane za amerykańską siecią telewizyjną ABC przez największy polski dziennik - Gazetę Wyborczą (w której znaczne udziały posiadają amerykańscy potentaci medialni) oraz jej tabloidalną wersję, Nowy Dzień, intensywnie nagłaśniające problem domniemanych więzień CIA w Polsce.

14 listopada komisarz UE Franco Frattini pośpiesznie oznajmił, że w wypadku potwierdzenia się informacji o przetrzymywaniu więźniów al Kaidy w państwach należących do Unii, zostaną one pozbawione prawa głosu w unijnych instytucjach, choć nie sprecyzował on, czy sankcja ta miałaby ewentualnie obowiązywać już po wsze czasy. Media niemieckie wiele uwagi poświęciły sprawie Chalida Masriego, obywatela niemieckiego pochodzenia libańskiego, pomyłkowo porwanego przez CIA w Macedonii, dokąd udał się, by zaleczyć swoje problemy małżeńskie (jak przypuszczano, za wiedzą i zgodą władz niemieckich) a który okazał się być całkowicie niegroźny.

15 i 16 grudnia New York Times i Washington Post podały informację, że prezydent Bush po 11 września 2001 r. zezwolił Agencji Bezpieczeństwa Narodowego (NSA), odpowiedzialnej za wywiad elektroniczny, na podsłuchiwanie międzynarodowych rozmów telefonicznych obywateli USA w tym kraju, bez uprzedniego nakazu sądowego, w przypadku podejrzenia ich o działalność terrorystyczną. Następne dni przyniosły kolejne informacje i komentarze na ten temat. Pojawiały się w nich także sugestie, że decyzję tę prezydent podjął bezprawnie, co w przypadku ich potwierdzenia byłoby bardzo ciężkim wobec niego zarzutem. 22 grudnia Michelle Goldberg w niemieckim tygodniku Der Spiegel zauważyła, że Bush złamał prawo w stopniu wystarczającym do wszczęcia procedury impeachmentu, czyli pozbawienia go stanowiska. Na wątpliwe podstawy prawne do decyzji podejmowanych przez Busha w kwestii podsłuchów zwrócił również uwagę raport Biura Badań Kongresu, choć nie określono w nim, czy prezydent postępował całkowicie nielegalnie – stwierdzono jedynie, że nie otrzymał autoryzacji Kongresu dla swych działań. Instytucja ta umyła w ten sposób ręce i odcięła się od przeciwterrorystycznych wysiłków obecnej administracji.

23 grudnia 2005 r. media doniosły, że sąd w Mediolanie wystawił Europejski List Gończy za 22 agentami CIA oskarżonymi o porwanie w lutym 2003 r. w tym mieście radykalnego muzułmańskiego duchownego Abu Omara i jego wywiezienie z Włoch do Egiptu. Zaledwie dzień wcześniej włoska prokuratura, prowadząca dochodzenie w sprawie śmierci w Iraku agenta włoskiego wywiadu Nicoli Calipariego, eskortującego wykupioną przez rząd włoski zakładniczkę, postawiła zarzut umyślnego zabójstwa amerykańskiemu żołnierzowi, który otworzył ogień do samochodu, w którym podróżowali.

Tego samego dnia amerykański dziennik US News and World report przekazał informację, że wkrótce po 11 września 2001 r. FBI oraz podlegające Departamentowi Energetyki Zespoły Szybkiego Reagowania Nuklearnego (NEST) podjęły intensywny program sprawdzania radioaktywności wokół miejsc w których mogli przebywać podejrzani o działalność terrorystyczną muzułmanie, w tym także wokół meczetów.

27 grudnia grecki lewicowy dziennik Proto Thema ujawnił nazwisko brytyjskiego agenta służb wywiadowczych, tzw. MI6 (SIS), domniemanego szefa stacji w Atenach, który uczestniczył w przesłuchiwaniu 28 emigrantów pakistańskich w siedzibie greckich służb bezpieczeństwa EYP po zamachach terrorystycznych w Londynie 7 lipca 2005 r. W przesłuchaniach tych wobec przesłuchiwanych miała być stosowana przemoc fizyczna.

30 grudnia 2005 r. wspomniana wyżej Dana Priest opublikowała w Washington Post kolejny duży artykuł o walce z terroryzmem prowadzonej przez CIA p.t. „Covert CIA Program Withstands New Furor - Anti-Terror Effort Continues to Grow”, w którym m. in. pisała o więzieniach CIA w Europie Wschodniaj tak, jakby ich istnienie było już oczywiste i potwierdzone: „(…) gdy The Washington Post ujawnił istnienie tajnych więzień w kilku wschodnioeuropejskich demokracjach, CIA zamknęła je (podkreślenia autora) ze względu na poruszenie w Europie. Ale zatrzymani zostali przewiezieni do innych podobnych więzień CIA, określanych jako “czarne miejsca” w tajnych dokumentach.”



Z zainteresowaniem należy oczekiwać, jakie kolejne rewelacje na tym polu przyniesie nowy rok 2006. Zaczął się on od publikacji książki dziennikarza New York Timesa, Jamesa Risena p.t. "State of War: The Secret History of the CIA and the Bush Administration," w której autor ten również traktuje istnienie tych więzień jako niemal pewne. Nie trzeba dodawać, że kraje, które miały, według tych doniesień, współpracować z CIA, zostały narażone na znacznie zwiększone niebezpieczeństwo uderzenia odwetowego ze strony terrorystów islamskich. Można sądzić, że dotychczas nie kwestionowana „wojna z terroryzmem” stanie się na długo elementem ostrych walk frakcyjnych w USA, co najprawdopodobniej nie wpłynie pozytywnie na jej efektywność.

Nie sposób nie zauważyć, że w ten sposób zarówno administracja Busha jak i jej bliscy europejscy sojusznicy, zostali przedstawieni przez liberalno - lewicowe zachodnie media w bardzo złym świetle. Stosowanie przemocy, a nawet tortur (choć raczej domniemane, nigdy nie dowiedzione) wobec przesłuchiwanych osób, nielegalne porwania, których CIA miała dokonywać na całym świecie (choć organizacja ta, jak większość służb wywiadowczych na całym świecie, autoryzowana jest do łamania prawa obcych państw), przetrzymywanie podejrzanych bez dostępu do obrońców oraz ich osądzenia przez lata, zgoda na inwigilacje własnego społeczeństwa, rasistowskie działania podejmowane wobec części amerykańskiego społeczeństwa (wszak po 11 września zapewne nie badano ewentualnej podwyższonej radiacji w otoczeniu świątyń katolickich, protestanckich czy buddyjskich) czyli permanentne łamanie praw człowieka, łamanie prawa międzynarodowego i prawa krajowego – wszystkie te bardzo poważne zarzuty zostały wykorzystane w opisywanej wyżej kampanii propagandowej przeciwko administracji prezydenta Busha, jej sojusznikom i prowadzonej przez nich „wojnie z terroryzmem”. Zdaniem części komentatorów, amerykańskie władze niewiele różnić się miały od stalinowskiego wielkiego brata, podsłuchującego wszystkich, uprowadzającego niewinnych ludzi z miejsc ich zamieszkania i wtrącających ich do systemu obozów przez niego stworzonych i przez nikogo nie kontrolowanych. Zręcznie wykorzystano te chwytliwe i, co warte wyraźnego podkreślenia, jednocześnie fałszywe i niesłychanie obraźliwe dla milionów rzeczywistych ofiar brutalnych stalinowskich represji asocjacje znaczeniowe, by podkreślić skalę opisywanego przez media problemu. Sugestie te padły na podatny już i żyzny grunt zarówno rodzimego, amerykańskiego, jak i europejskiego antyamerykanizmu, przygotowany znacznie wcześniej przez skrajną lewicę i jej głośnych ideologów takich jak Michael Moore, Noam Chomsky, Gore Vidal, Ken Livingstone, Harold Pinter czy George Galloway. Jej zdaniem, rzeczywistym wrogiem ludzkości – współczesnym Goliatem - jest aktualna waszyngtońska administracja, nie zaś ci, którzy są przez nią zwalczani – czyli islamscy terroryści, określeni pod koniec 2005 r. przez burmistrza Londynu, miasta, które przeżyło kilka miesięcy wcześniej swój atak terrorystyczny, mianem „niewielkich i słabo zorganizowanych grup niezadowolonych ludzi, a nie międzynarodowego spisku”. Przeciwko tej garstce zagubionych i zdezorientowanych buntowników rząd Tony’ego Blaira najwyraźniej niepotrzebnie wytacza dziś najcięższe działa w postaci kolejny raz nowelizowanej i zaostrzanej ustawy antyterrorystycznej. Rzeczywistym celem tych działań jest oczywiście ograniczenie wolności i poddanie obywateli coraz ściślejszej państwowej kontroli. Zdaniem krytyków, to amerykański „kompleks wywiadowczo-militarny”, a nie al Kaida, jawi się jako rzeczywiste i poważne zagrożenie dla ludzkiej wolności i godności i jemu, a nie terrorystom należy się przeciwstawić.

Po jakimś czasie niektórzy politycy republikańscy zaczęli mówić wprost o skoordynowanym ataku na administrację prezydenta Busha, ze strony wpływowych opiniotwórczych środowisk liberalnych w USA i Europie, mającym na celu jego znaczne osłabienie lub wręcz obalenie. Zwrócili oni uwagę, że pod koniec 2005 r. nastąpiła istotna zmiana w polityce wewnętrznej USA – nie kwestionowane dotąd metody, używane w „wojnie z terroryzmem” stały się przedmiotem publicznego partyjnego sporu, w nadziei, że osłabi on administracje prezydenta Busha i zwiększy szanse wyborcze Demokratów. Nałożył się na to, i został wykorzystany, wewnętrzny spór w instytucjach wywiadowczych amerykańskiego państwa, które ponoszą główny ciężar w „wojnie z terroryzmem”, w tym przede wszystkim w CIA, związany ze znaczącymi zmianami personalnymi, strukturalnymi i mentalnymi w tych organizacjach. Stanowisko to wkrótce znalazło swych popleczników wśród polityków prawicy także w krajach europejskich.

W artykule tym nie chciałbym dalej wgłębiać się w ten „konspiracyjny” wątek, lecz zwrócić uwagę na skutki tych działań. Być może ostatecznym obiektem ataku liberalno - lewicowych zachodnich mediów była ekipa George’a W. Busha, lecz na bezpośredni cel ataku wybrano instytucje bezpieczeństwa państwa – struktury wywiadowcze, stanowiące awangardę w deklarowanej po 11 września 2001 r. „wojnie z terroryzmem”. Nie należy się temu zresztą dziwić, gdyż zdaniem lewicowych krytyków i ich popleczników, to ich działania stanowić mają rzeczywiste zagrożenie dla społeczeństwa. Trudno nie przypuszczać, by nie spowodowało to ich osłabienia i nie utrudniło ich efektywnej działalności, w tym transatlantyckiej współpracy instytucji odpowiadających za bezpieczeństwo obywateli. Zatem ci, którzy przeprowadzili ten atak albo nie zastanawiali się głębiej nad jego konsekwencjami, albo uznali, że ewentualne obniżenie zdolności przeciwterrorystycznych państw koalicji warte jest poświęcenia w imię celu wyższego – politycznego osłabienia obecnej administracji w Waszyngtonie i zagrożenia dla swobód obywatelskich, jakie ona symbolizuje.

Nie wracając już więcej do tego wątku, chciałbym poniżej zająć się kwestią, która wydaje się być meritum tego sporu, a która jednak nie została otwarcie wyartykułowana ani szczegółowo przedyskutowana – problemem metod i środków, które demokratyczne państwo i otwarte społeczeństwo może czy też wręcz musi zastosować w obliczu zagrożenia ze strony przeciwnika, odwołującego się w swej walce do ataków terrorystycznych, których skalę wyznacza atak z 11 września 2001 r. Aby jednak dokładniej odnieść się do tego problemu, konieczne jest scharakteryzowanie natury zagrożenia, w obliczu którego stanęły zachodnie demokratyczne społeczeństwa i państwa. Ponieważ terroryzm jest metodą walki, a nie przeciwnikiem z którym się walczy, należy zastanowić się, kim jest obecny wróg Ameryki i Zachodu. Są nim grupy, a precyzyjniej mówiąc sieci, radykalnych muzułmanów, którzy toczą dżihad – świętą wojnę przeciwko zachodnim społeczeństwom i wpływom, jakie wywierają one w państwach muzułmańskich. Ataków zaś dokonuje się wszędzie tam, gdzie islamistom udało się znaleźć swoich gorliwych popleczników – konflikt ten ma zatem wymiar globalny. Do 11 września 2001 r. głównym przeciwnikiem USA była organizacja Usamy Bin Ladina, zwana w zachodnich mediach al Kaidą. Pomysł walki z kolejnym Wielkim Szatanem przyszedł Bin Ladinowi do głowy prawdopodobnie po wycofaniu się wojsk Związku Sowieckiego z Afganistanu w 1989 r. Realizować go zaczął Bin Ladin dwa lata później, po wygnaniu go z Arabii Saudyjskiej. Wykorzystując zanikanie barier międzyludzkich i możliwości komunikacyjne, związane z procesami gwałtownie przyśpieszającej po zakończeniu zimnej wojny globalizacji, był on w stanie stworzyć organizację logistyczną, wspierającą muzułmańskie ruchy zbrojne od Algierii po Filipiny i skutecznie przyciągającą nowych rekrutów.

Akt otwartego wypowiedzenia wojny Ameryce miał miejsce w sierpniu 1996 r. – mało kto wówczas na zachodzie zwrócił uwagę na ogłoszenie „fatwy” Bin Ladina wzywającej do atakowania Amerykanów i ich sojuszników na całym świecie. Od tego czasu, do ataku z 11 września 2001 r. organizacja Bin Ladina przeprowadziła 3 ataki terrorystyczne przeciwko amerykańskim celom. 11 września, transmitowana przez satelitarne telewizje w czasie realnym na cały świat operacja terrorystyczna przyniosła śmierć blisko 3000 osób w ciągu niespełna 2 godzin. Amerykańska reakcja na ten atak spowodowała przekształcenie organizacji terrorystycznej w zbrojny ruch społeczny, którego preferowaną metodą walki jest atak terrorystyczny. Ten ruch społeczny jest motywowany agresywną ideologią radykalnego islamizmu, a u jego podstaw leży gęsta sieć komórek terrorystycznych, obecna na wszystkich kontynentach, z wyjątkiem Antarktydy. Ruch ten ma swoje cele operacyjne, taktyczne i strategiczne, a zatem strategów, taktyków, dowódców polowych i wykonawców, planuje swoje działania w dłuższej perspektywie czasowej i doskonale wykorzystuje świetną znajomość infrastruktury świata zachodniego do osiągnięcia swoich celów. Członkowie ruchu głęboko wierzą w słuszność swojej walki, mają wysoką motywację ideologiczną do działania (choć nie jest i nie musi być ona spójna), często nie wahają się poświęcić własnego życia (nie mówiąc już o życiu setek przypadkowych ludzi, których zabijają) w imię zwycięstwa swoich pobratymców i wykazują się wielką wytrwałością i pomysłowością w realizacji swoich zamierzeń. Ponieważ nie stanowią regularnej armii, lecz zakonspirowane, niewielkie grupy, są bardzo trudni do wykrycia i unicestwienia.

Niestety, mimo nieustającego zainteresowania mediów tym konfliktem, stosunkowo mało osób na Zachodzie zdaje sobie z powyższego sprawę. Przeciwnik, często dobrze ukryty, nie jest rozumiany – niewiele osób podejmuje wysiłek rozpoznania i zrozumienia drugiej strony tego konfliktu, tym samym niedoceniając jej motywacji, zaangażowania i siły. Wbrew temu, co twierdzi burmistrz Londynu, notabene osobisty przyjaciel kontrowersyjnego muzułmańskiego duchownego Jusufa al Karadawiego, islamistyczne sieci terrorystyczne są rozległe, dobrze zorganizowane, przygotowane i finansowane, skupiają liczne zastępy wysoce umotywowanych ludzi a zasięg ich działania jest międzynarodowy. Ideologiczni towarzysze podróży Livingstone’a, dla których Lenin znalazł kiedyś użyteczne określenie, wolą tego nie dostrzegać, gdyż mogłoby to zburzyć ich konstrukcję myślową, u podstaw której wrogiem ludzkości są imperialistyczne Stany Zjednoczone, zaś ci, którzy przeciwko nim walczą, są w gruncie rzeczy zagubionymi ofiarami amerykańskiego wyzysku i agresji.



Mimo wyraźnych i licznych sukcesów sił bezpieczeństwa państw „antyterrorystycznej koalicji” – aresztowania ponad 3 tysięcy, w tym bardzo wielu czołowych, działaczy organizacji terrorystycznych i zapobieżeniu realizacji dziesiątek ataków, ten trwający już dekadę konflikt nie zmierza do szybkiego zakończenia – na miejsce aresztowanych i zabitych przychodzą wciąż nowi - wiele wskazuje zatem na to, że i kolejna dekada nie będzie od niego wolna. Stąd też problem metod stosowanych w „wojnie z terroryzmem” długo jeszcze pozostanie aktualny i długo będzie budzić poważne kontrowersje – wart jest zatem uważnego i poważnego rozpatrzenia. Charakter tego konfliktu, czyli jego wyraźna „asymetryczność”, szeroki zasięg oddziaływania i jednocześnie tajny charakter uczestników konfliktu, czyni walkę z takim przeciwnikiem niesłychanie trudną. Nie oznacza to jednak, że taki konflikt jest całkowitą nowością – istotnym novum jest jego prawdziwie globalny charakter, lecz nie istota konfliktu. Pewną „nowością” jest także chęć spowodowania maksymalnych możliwych zniszczeń atakowanej przez terrorystów populacji, co podnosi stawkę konfliktu. Jednakże, wiele państw narodowych na wszystkich kontynentach dawno już zetknęło się i do dnia dzisiejszego styka się z zdeterminowanymi „separatystycznymi”, „islamistycznymi” lub „lewackimi” organizacjami terrorystycznymi – przykładem mogą być Algieria, Izrael, Sri Lanka, Indie (Kaszmir), Kolumbia, Peru, a w Europie Wielka Brytania, Hiszpania, Włochy, Francja czy Niemcy, wypracowało zatem sposoby postępowania w sytuacji zagrożenia.

Zasadnicze elementy walki z terroryzmem są dobrze znane, niewiele z nich stanowi całkowitą nowość. Arsenał działań przeciwterrorystycznych jest dość szeroki i różnorodny – składają się nań rozpoznanie i obserwacja przeciwnika czyli działania wywiadowcze i kontrwywiadowcze, jego identyfikacja i zrozumienie zarówno motywów postępowania jak i modus operandi, działania prewencyjne takie jak wykrywanie terrorystycznych spisków i aresztowanie lub, gdy jest to niemożliwe, likwidacja ich uczestników przez siły bezpieczeństwa, zdobywanie informacji - od aresztowanych poprzez wyczerpujące przesłuchania, a od podejrzanych poprzez ich inwigilację, obejmującą także środki elektroniczne – właściwie żadna z metod używanych przez amerykańskie instytucje bezpieczeństwa oraz ich koalicjantów nie jest nieznana ich odpowiednikom w tych państwach europejskich, które zetknęły się z tą formą przemocy politycznej jaką jest terroryzm. Terrorystów rozpoznawano, wyłapywano, przesłuchiwano (także z użyciem tortur – olbrzymie doświadczenie w tym względzie miały np. siły francuskie w Algierii pod koniec lat pięćdziesiątych XX wieku, szczególnie w tak zwanej „bitwie o Algier”, w której Francuzi odnieśli pyrrusowe zwycięstwo), przetrzymywano w miejscach odosobnienia lub bezlitośnie zabijano wszędzie tam, gdzie miano z nimi do czynienia. Zdarzało się, że terroryści ginęli w niewyjaśnionych do końca okolicznościach, jak np. stało się to w październiku 1977 r. z przywódcami Rote Arme Fraction (RAF) osadzonymi w niemieckim więzieniu, gdzie, jak podano oficjalnie, popełnili oni zbiorowe samobójstwo na wieść o udanym szturmie niemieckiej jednostki antyterrorystycznej GSG-9 na porwany samolot Lufthansy stojący na lotnisku w Mogadiszu. Kanclerzem Niemiec Zachodnich był wtedy socjaldemokrata, Helmut Schmidt. Wcześniej, 25 czerwca 1972 r., w wyniku tragicznej w skutkach pomyłki, policja niemiecka zastrzeliła w trakcie próby aresztowania brytyjskiego biznesmena, którego pomyliła ze znanym terrorystą RAF-u. Warto zauważyć, że w szturmie w Mogadiszu Niemcom pomagali doświadczeni brytyjscy instruktorzy z legendarnej formacji specjalnej SAS. Szwadron kontrrewolucyjny SAS wsławił się między innymi zastrzeleniem trzech, jak się okazało później nieuzbrojonych, członków IRA w Gibraltarze w marcu 1988 r. Incydent ten wywołał wielkie kontrowersje i falę krytyki wobec polityki shoot to kill, jaką miał wobec „bojowników” IRA prowadzić rząd Wielkiej Brytanii. Również działacze ETA byli zabijani bez sądu w Hiszpanii przez antyterrorystyczne „szwadrony śmierci” GAL w czasie, gdy krajem tym rządziła partia socjalistyczna – skandal z tym związany przyczynił się do upadku rządu socjalistycznego premiera Felipe Gonzalesa. Jak potwierdzono całkiem niedawno, w latach osiemdziesiątych obywateli francuskich, w tym lewicowych intelektualistów oraz opozycję polityczną, podsłuchiwała bez sądu antyterrorystyczna komórka ulokowana przy Pałacu Elizejskim, dowodzona przez byłego dowódcę elitarnej jednostki antyterrorystycznej żandarmerii GIGN - Christiana Prouteau. Pikanterii temu wydarzeniu dodaje fakt, że jednym z podsłuchiwanym był wtedy prawdopodobnie również Jacques Chirac, lider gaullistów, mer Paryża a także premier Francji, oraz osobisty lekarz socjalistycznego prezydenta Mitteranda, chorego już wtedy na raka, co było jednak skrywaną tajemnicą.

Nikomu nie trzeba chyba także przypominać zarządzonej przez panią premier Izraela Goldę Meir kontrowersyjnej operacji zabijania palestyńskich sprawców masakry izraelskiej reprezentacji olimpijskiej na olimpiadzie w Monachium w 1972 r. należących do związanej z OWP Jasera Arafata terrorystycznej organizacji Czarny Wrzesień, zakończonej prawdopodobnie dopiero w latach 90 XX wieku (wraz ze śmiercią ostatniego terrorysty), czy porwania innej legendy terroryzmu lat 70 - Iljicza Ramireza Sancheza czyli słynnego Carlosa „Szakala”, którego za cichą wiedzą i zgodą władz sudańskich dokonali francuscy tajni agenci w Chartumie w 1994 r. Terrorysta ten odsiaduje obecnie wyrok za zabicie w Paryżu ponad ćwierć wieku temu agentów francuskich służb bezpieczeństwa, podtrzymywany na duchu przez swoją nową żonę – panią adwokat, która broniła go w trakcie tego procesu. Rok później, we wrześniu 1995 r. francuscy żandarmi zastrzelili w obławie uciekającego Khaleda Kelkala, lidera algierskiej grupy terrorystycznej GIA, która prowadziła wówczas intensywną kampanię terrorystyczną przeciwko państwu francuskiemu i jego obywatelom. Dobicie „bezbronnego” terrorysty, transmitowane przez francuskie stacje telewizyjne, sprowokowało gwałtowne zamieszki uliczne muzułmańskiej młodzieży, która w proteście zaczęła palić samochody na ulicach Vaulx-en-Velin. Jak zauważył w interesującej książce „Krwawiąca Europa” (Warszawa 2001) jej autor, Maciej Kuczyński: „Na żandarmów spadły gromy – oskarżano ich o krwiożerczość, brutalność i „lekki cyngiel”. Intelektualiści i obrońcy praw człowieka powszechnie żałowali „ofiary społeczeństwa”, niektórzy chcieli wytoczyć proces żandarmom.” Zachodnie lewicowe media kolejny już raz sympatyzowały z bezwzględnym terrorystą, mającym na sumieniu wielu zabitych cywilów zapominając, że kilka tygodni wcześniej, po licznych zamachach terrorystycznych w lipcu 1995 r. nawoływały, by władze francuskie powstrzymały falę terroru islamistów.

W świetle powyższego, dokonania CIA w walce z al Kaidą prezentują się jako nihil novi – nowa jest być może skala działań i liczba osób biorących, po obu stronach, udział w tym konflikcie. Wydaje się więc, że wszystko już było, bo być, niestety, chyba musiało, także w miłującej prawa człowieka i wolności obywatelskie zachodniej Europie, rządzonej często przez socjalistów wtedy, gdy przychodziło europejskim państwom zmierzyć się z terrorystycznym zagrożeniem. Trzeba uświadomić sobie trudną prawdę - ponieważ terroryzm to forma przemocy politycznej, dzisiaj w dodatku niesłychanie agresywna i brutalna, bo nastawiona na masową eksterminację atakowanej cywilnej populacji, czego kiedyś nie było (chęć zdobycia broni masowego rażenia przez al Kaidę nie jest, niestety, wymysłem i mało kto ma chyba wątpliwości, czy jeżeli Usama Bin Laden miałby w swoich rękach taką broń, to zawahałby się jej użyć) – zwalczanie terroryzmu jest również formą przemocy, tyle, że skierowanej przeciwko tym, którzy ją rozpowszechniają. Prawdopodobnie inaczej być nie może – gdyby można było po prostu poprosić lub przekonać, niegdyś Andreasa Baadera i Ulrike Meinhof, Carlosa „Szakala” czy Imada Mugnije, a dziś Usamę Bin Ladina czy Abu Musaba al Zarkawiego, by ci nie masakrowali cywilów w prowadzonej przez siebie wojnie, być może metody stosowane przez służby bezpieczeństwa mogłyby być nieco łagodniejsze. Gdyby schwytanych terrorystów można było skłonić do ujawnienia planów kolejnych niszczących ataków poprzez zwiększenie przysługującej im racji Kit Katów, zapewne na tym by poprzestano. Nierealistycznym jest jednak oczekiwanie, że masowych morderców, jakimi są współcześni terroryści, co również warto otwarcie zauważyć, da się powstrzymać bez stosowania brutalnych nieraz metod. Komentatorzy w mediach z jednej strony domagają się od swoich państw obrony obywateli i skutecznej walki z terroryzmem, z drugiej strony oburzają się, gdy metody używane w tej wojnie stają się ich zdaniem nazbyt brutalne.

Gdy władze i siły bezpieczeństwa nie zapobiegają atakowi terrorystycznemu w wyniku którego ponoszą śmierć obywatele, media formułują ciężkie zarzuty wobec służb informacyjnych – padają oskarżenia o biurokratyczną indolencje, opieszałość, tolerowanie nieadekwatnego do zagrożenia prawa, co powoduje nieskuteczność działania instytucji, na które podatnicy wydają duże pieniądze – dość przypomnieć w tym miejscu falę krytyki wobec FBI i CIA w USA po zamachach z 11 września. Jeżeli jednak prawo ulega zmianie i zaostrzeniu a służby bezpieczeństwa państwa zaczynają pracować efektywnie, choć nie zawsze efektownie i udaje im się zapobiegać kolejnym zagrożeniem, nastaje atmosfera business as usual – skoro do ataków nie dochodzi, wydaje się, że terroryści znów nie są groźni, po co więc ograniczać prawa obywatelskie, skoro zagrożenie spadło? Nie dostrzega, lub nie chce się dostrzec deterministycznej zależności między metodami używanymi w walce z terroryzmem a ich skutecznością, i nie podejmuje się poważnej, wychodzącej poza znane kalki myślowe dyskusji nad istotnymi problemami - jak zwiększyć bezpieczeństwo obywateli, nie ograniczając nadmiernie ich praw oraz jakie działania może podjąć demokratyczne państwo w samoobronie? Warto zauważyć, że jest to istotny dylemat jedynie dla władz państwa demokratycznego - władcy w tyraniach nie mają oporów w używaniu najbardziej nawet brutalnej przemocy przeciwko swoim wrogom, ani nie troszczą się zbytnio o poddanych ich woli. Przykładem mogą być wydarzenia mające miejsce na początku lat 70-ych w Jordanii (brutalna likwidacja OWP w tym kraju), w listopadzie 1979 r. w Mekce i w lutym 1982 r. w syryjskim mieście Hama. W każdym z tych przypadków w wyniku działań „antyterrorystycznych” zginęły setki, a nawet tysiące ludzi, a kwestia terroryzmu została na długo „rozwiązana”.

Zatem tylko demokracje mają do rozwiązania prastary dylemat bezpieczeństwa – jakich metod i środków mogą użyć władze w obronie swoich obywateli przeciwko ich wrogom? Gdzie przebiega linia, po przekroczeniu której obrońcy społeczeństwa nie akceptowalnie upodobnią się do tych, których zwalczają? W kategoriach bardziej praktycznych mamy do czynienia także z pytaniem – co można zrobić z człowiekiem - schwytanym terrorystą, który może mieć istotną informację mogącą uratować życie dziesiątek ludzi, a czego robić absolutnie nie wolno, nawet, jeśli miałoby to oznaczać narażenie ich życia na szwank. Dylemat wydaje się być stary i uniwersalny, lecz nie ma jednego sposobu jego rozwiązania – obserwujemy tu wyraźny relatywizm w stosunku do czasu i miejsca jego aplikowania. Inaczej rozwiązuje się go w Izraelu, inaczej w Hiszpanii, inaczej rozumiało się go w USA przed 11 września, inaczej zaraz po tym ataku i wiele wskazuje na to, że inaczej rozumie się go dzisiaj.

Przypadek tego ostatniego państwa wydaje się być szczególnie interesujący. Lewicowi krytycy USA podzielają konspiracyjno - mityczną wizję funkcjonowania amerykańskiego „kompleksu bezpieczeństwa”, gdyż wiedzę na jego temat czerpią głownie z hollywoodzkich filmów lub powieści sensacyjnych, rzeczywiście pełnych działań nieustraszonych i wszystkowiedzących agentów CIA czy FBI, którzy z każdej opresji potrafią wyjść cało. Pewna cześć tych obrazów i tekstów eksploatuje wątek konspiracyjny, w którym wszechmocne i wszechwiedzące agencje skutecznie manipulują nic nie rozumiejącymi ofiarami ich podstępnych działań. Obraz amerykańskiego rządu federalnego i jego złowrogich agend jako potężnego i złowrogiego Lewiatana, nie jest odległy od „paranoiczno – konspiracyjnej” wizji podzielanej przez członków radykalnie prawicowych paramilitarnych „milicji obywatelskich” w USA, w myśl których federalny rząd spiskuje wraz z ONZ, by pozbawić obywateli amerykańskich ich wolności i praw, w tym szczególnie prawa do posiadania broni. Daje to w efekcie skłonność do paranoicznego postrzegania rzeczywistości - skoro rząd USA JEST wszechmocny i wszechwiedzący, MUSIAŁ on wiedzieć o zbliżającym się ataku terrorystycznym z 11 września. Skoro nie zrobił nic, by mu zapobiec (a w najbardziej radykalnych wersjach „teorii spiskowych” – był wręcz jego sprawcą) znaczy to, że zamach ten był w gruncie rzeczy w jego interesie – by dać pretekst neokonserwatystom do dalszego brutalnego podboju świata, jego kolonizacji i wyzyskowi. Znamienna jest tu scena opuszczenia Ameryki przez krewnych Usamy Bin Ladina z filmu Michaela Moore’a Fahrenheit 9/11 – w gruncie rzeczy nie wiadomo, co straszliwego miałoby to znaczyć, ale autor sugeruje, że musi być to dowód na jakąś kolejną mroczną konspirację, w którą administracja Busha musi być zaangażowana.

Tymczasem prawda wydaje się być o wiele bardziej trywialna i zdecydowanie mniej mroczna – amerykański kompleks wywiadowczy nie jest ani wszechmocny ani wszechwiedzący. Krytycy USA chętnie zapominają lub nie chcą pamiętać, że Stany Zjednoczone są niekiedy państwem prawa, i że dzisiaj to prawo reguluje postępowaniem agend rządowych, także takich jak CIA, NSA czy FBI. A w wyniku skandali lat 60. i 70., w tym afery Watergate, oraz ujawnionych nadużyć dokonanych za czasów szefa FBI Edgara J. Hoovera, prawo amerykańskie nałożyło bardzo silny kaganiec na poczynania federalnych instytucji bezpieczeństwa, szczególnie w odniesieniu do inwigilacji obywateli tego państwa. Jak zauważa Timothy Naftali w książce pod znamiennym tytułem „The Blind Spot”, będącej przeglądem historii amerykańskiego przeciwterroryzmu od czasów drugiej wojny światowej do dnia dzisiejszego, postanowienia Komisji Churcha, badającej polityczną działalność FBI, odzwierciedlone później w przyjętym prawie, w istotny sposób ograniczyły efektywność działań tej agendy wobec ludzi podejrzewanych o działalność terrorystyczną, którzy jednak nie popełnili jeszcze przestępstwa na terenie USA. Przyjęty w latach 70. akt prawny znany jako FISA (Foreign Intelligence Surveillance Act) szczegółowo regulował sposób stosowania inwigilacji, który bardzo często uniemożliwiał wręcz podejmowanie pewnych czynności wobec osób do czasu, gdy nie ustali się ich przestępczych powiązań z obcymi rządami. Akt ten tłumaczy np. fakt nie sprawdzenia laptopa należącego do domniemanego 20 porywacza z 11 września, aresztowanego przypadkowo w sierpniu 2001 r. przez policję. Walka z członkami al Kaidy, której związki z obcymi rządami są luźne często nie mieściła się w ramach przepisów, które obowiązywały agentów FBI, a ci nie chcieli się narażać na zarzut bezprawnego postępowania, który najprawdopodobniej zakończyłby ich karierę. Naftali opisuje w swojej książce szczegółowo kłopoty prezydenta Clintona, który w połowie lat 90. próbował przeforsować nowe, zaostrzone prawo antyterrorystyczne – kluczowe elementy owej ustawy zostały zablokowane przez ówczesną republikańską większość w Kongresie – ustawa została przyjęta, ale w mocno okrojonej wersji. Do zamachu z 11 września nie została ona ani zmieniona, ani dyskutowana. Prawa, jakie otrzymały wtedy instytucje bezpieczeństwa, nie wystarczały do efektywnej walki z takim przeciwnikiem, jakim była już al Kaida. Okazało się także, co niedawno potwierdził Michael Scheuer, pierwszy szef nowatorskiej wirtualnej stacji CIA, stworzonej by monitorować poczynania Bin Ladina, że tak dziś bulwersujący liberalnych komentatorów program nielegalnych porwań (tzw. extraordinary renditions) terrorystów al Kaidy został zainicjowany właśnie za czasów prezydentury demokratycznego prezydenta – wtedy też zaczęto samolotami przewozić ich do tajnych miejsc odosobnienia tworzonych przez CIA.

Warto pamiętać, że instytucje bezpieczeństwa państwa były i nadal są olbrzymimi machinami biurokratycznymi, w których obok ludzi otwartych, aktywnych, innowacyjnych i skłonnych do większego ryzyka, zatrudniani są zwykli biurokraci, zainteresowani bardziej swoją karierą niż problemami z którymi stykają się w swojej działalności i nie chcący zwiększenia zakresu swojej odpowiedzialności. To działalność biurokratyczna jest ich żywiołem, a nie walka z terrorystami i to w niej się spełniają – tak zapewne należy wytłumaczyć m. in. fakt nie przekazania w FBI wyżej tzw. dokumentu z Phoenix, ostrzegającego przed niektórymi absolwentami szkół lotniczych w USA i jego utkwienia w szufladzie biurka pewnego urzędnika FBI średniego szczebla. Po 11 września 2001 r. inicjatywa ludzka w CIA została nieco odblokowana, co zapewne nie spodobało się tym, którzy dotąd spełniali się w zaciszu swych gabinetów a nie w terenie, co w jakimś stopniu może tłumaczyć walki wewnątrz tej organizacji i wyciek zastrzeżonych informacji do mediów, przekazywanych przez „byłych i obecnych oficjeli zastrzegających anonimowość”. Nie liczą się oni najwyraźniej z bezpieczeństwem swoich kolegów ani z zagrożeniem, jakie sprowadzają na wzmiankowane przez nich państwa współpracujące z USA.



Walka z organizacjami terrorystycznymi pozostaje i długo jeszcze pozostanie właśnie walką, czyli zajęciem brutalnym, ryzykownym i mało komfortowym moralnie – nie sposób w niej nie używać tej czy innej formy przemocy fizycznej wobec tych, których się zwalcza. Zakłada ona także konieczność zdobywania informacji w drodze podsłuchu oraz stosowanie innych czynności śledczych wobec nieokreślonego często dokładnie kręgu osób. Nie da się również zbierać koniecznych informacji, nie naruszając prawa do prywatności obywateli. Jak z każdym rodzajem działalności ludzkiej, i z tym związana jest możliwość popełnienia pomyłek – w tym przypadku jednak mogą być one wyjątkowo kosztowne lub tragiczne w skutkach. Walczące z organizacjami terrorystycznymi władze i instytucje bezpieczeństwa działają w stanie wyższej konieczności – sytuacja ta wymaga wyjątkowo starannego przyglądania się ich poczynaniom, także ze strony publicznych mediów, pełniących istotne funkcje kontrolne w społeczeństwie jako, że może ona rodzić pokusę dokonywania poważnych nadużyć. Także problem metod i środków używanych w walce z terroryzmem, powinien być przedmiotem publicznego zainteresowania i poważnej debaty. Uważam jednak, że pewne kwestie związane ze zwalczaniem terroryzmu powinny pozostać, przynajmniej w chwili prowadzenia tej walki, niejawne, gdyż ich ujawnienie osłabia jej efektywność i naraża na szwank bezpieczeństwo zaangażowanych osób. Nie powinno się też tworzyć wokół nich atmosfery histerycznej sensacji, sprzyjającej przypisywaniu rządzącym z gruntu złych motywów i intencji. W porównani z islamistami, atakowane przez terrorystów zachodnie społeczeństwa otwarte są, niejako ex definitione, o wiele mniej spoiste ideologicznie, o wiele bardziej zróżnicowane społecznie i kulturowo i zdecydowanie mniej przekonane o słuszności walki prowadzonej w ich imieniu, co czyni je szczególnie wrażliwymi i podatnymi na ataki. Niestety, ludzie bezpośrednio zaangażowani w walkę nie mają takiego komfortu, ani nie mogą podzielać wątpliwości, jakie charakteryzują społeczeństwa, w obronie których występują.

Artykuł ten ukazał się w Miesięczniku Politycznym „Komentarz”, styczeń 2006 r., pod tytułem „Zamknięte oczy. Związane ręce.”






©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna