Saul, Uriasz Chetyta i Maria Magldalena czyli Zamyślenia nad sobą, społeczeństwem i Bogiem



Pobieranie 113.67 Kb.
Strona1/2
Data07.05.2016
Rozmiar113.67 Kb.
  1   2
Ks. Wojciech Węgrzyniak
Saul, Uriasz Chetyta i Maria Magldalena

czyli

Zamyślenia nad sobą, społeczeństwem i Bogiem
Adwentowe Dni Skupienia dla Civitas Christiana

Kraków-Łagiewniki, 4.12.2009



Parę myśli wstępnych

Opowiadają o Polaku, który uciekł z Syberii. Kilka tygodni przedzierał się przez lasy, góry i odludzia. Kiedy skończył mu się przygotowany zapas żywności, zaczął tracić siły. I pewno, by umarł, gdyby nie napotkał na trasie chatę postawioną na skraju polany. Resztką sił doczołgał się do niej, zakołatał w drzwi i zapytał wychodzącego mu naprzeciw gospodarza:

- Panie, uciekam z Syberii, daleko jeszcze do Polski?

- Człowieku - odpowiada mu gospodarz - przecież to nie w tym kierunku...

Aby dobrze przeżyć nie tylko ten dzień skupienia najpierw postawmy sobie pytanie: „Po co się zbieramy, by posłuchać Słowa Bożego? Skoro bowiem spotykamy się razem, by posłuchać Słowa, musimy mieć w tym jakiś cel, mniej lub bardziej ukryty. Sprawa wydaje się być oczywista. Słuchamy Słowa, bo nie chcemy pomylić w życiu kierunku. Człowiek może zmarnować życie, może zmarnować lata mimo nawet najszczerszych chęci. Mając świadomość, że życie jest jedno i cenne ponad wszystko chcemy wiedzieć, czy kierunek, który obraliśmy jest naprawdę właściwy.
Ktoś jednak mógłby zadać inne pytanie: Po co się więc spotykamy? Przecież wystarczyłoby przeczytać Słowa, skoro chodzi o Słowo. Właśnie, że nie. Bo w Słowie chodzi nie tylko o słuchanie, ale o prawdziwy dialog, a prawdziwy dialog jest tam, gdzie są żywi ludzi. Jesteśmy tutaj razem. Możemy porozmawiać, możemy zadać pytania, możemy zobaczyć nasze twarze, zobaczyć w nich zrozumienie i radość albo wątpliwość i zaniepokojenie. Słowo działa o wiele bardziej między żywymi osobami niż kartkami papieru. Dlatego też postaram się mówić a nie czytać. Jezyk mój mówiony nie jest najpiękniejszy, ale wierzę, że tak będzie lepiej dla sprawy, z powodu, której tutaj jesteśmy.
Jest jeszcze jedno pytanie wstępne, na które należy odpowiedzieć: dlaczego Biblia będzie podstawą naszych rozważań? Otóż, głęboko wierzę i nie jestem w tym osamotniony, że Biblia jest lustrem, lustrem, w którym widać to, czego nie widać bez lustra. A czego nie widać bez lustra? Bez lustra nie można zobaczyć własnej twarzy... Co więcej. To właśnie twarz jest tym elementem naszego ciała, które odróżnia nas od innych w sposób najbardziej widoczny. A więc bierzemy Biblię do ręki, bo chcemy zobaczyć w niej własną twarz, popatrzeć na siebie, poznać siebie i dostrzec, co trzeba jeszcze poprawić w wizerunku naszej własnej osoby.

Biblia jest nie tylko lustrem. Kościół przez dwa tysiące lat wiernie powtarza, że Biblia zawierra prawdę dająca zbawienia. Nie tylko więc pokazuje jacy jesteśmy, ale daje siłę, by wolność i miłość stały się naszym domem.


W ramach wstępu, podzielę się jeszcze jedną uwagą. Otóż będę mówił „na określonej fali”. Będą tacy, którym będą się podobać konferencje, zrozumieją wiele i otworzą się na wiele. Będa też i tacy, którzy woleliby innego księdza i inne słowo. Na to nic nie poradzi. Tak jak mamy wiele stacji radiowych i każdy może coś znaleźć dla siebie, tak samo w Kościele. Mamy wielu głosicieli Słowa i każdy mówi tak jak potrafi. Niemożliwe jest by jeden człowiek mówił tak, aby wszyscy byli zadowoleni. Ważne, by każdy mówił najlepiej jak umie i najbardziej autentycznie jak umie. Chcę być z wami autentyczny, dlatego też proszę o wyrozumiałość tych, którzy może „nie lubią słuchać takiego radia”.

Gwoli jasności, chiałbym też przypomnieć, że nie jestem papieżem i nie mówię ex cathedra. Mogę się mylić. Słowa moje wynikają ze słuchania Słowa Bożego, Kościoła, ludzi, życia i siebie samego, ale mogą być błędne, bo jestem omylny. Słowa więc wypowiedziane nie muszą być stuprocentową prawdą.

Przypomnę jeszcze, że to Bóg jest najważniejszym mówcą. Tak jest zawsze. Postarajmy się Jego słuchać, by zrozumieć, co On chce powiedzieć do każdego z nas: przez czytane fragmenty Pisma świętego, przez prowadzącego dzień skuienia, przez innych, przez ciszę i świętość tego miejsca.

Bóg chce do nas mówić. Więc niech Bóg do nas mówi.



Konferencja I

Saul i pytanie „Kim jestem?”

Saul był synem dzielnego wojownika Kisza z Gibea. Był wysoki i urodziwy. Wzrostem przewyższał cały naród i nie było przystojniejszego człowieka w Izraelu. Pochodził z pokolenia Beniamina, pokolenia nie szczególnie ważnego. Także ród jego ojca nie był jakoś szczególnie znaczący w pokoleniu. Żonaty z Achinoam, miał czterech synów: Jonatana, Malkiszuę, Abinadaba i Iszbaala oraz dwie córki: Merab i Mikal.

Biblia opisuje, że został powołany na wodza zarówno przez Boga jak również przez naród. Naród potrzebował i chciał króla, który by mógł rozprawiać się z ościennymi wrogami. Saul namaszczony przez czcigodnego Samuela, zaczął odnosić pierwsze sukcesy. Udało mu się pobić Ammonitów.

Saul jednak nie umiał słuchać Boga w stu procentach. Po walce z Amalekitami zabrał sobie część łupów, chociaż nie tak obiecał Bogu. Barwne są dzieje jego przyjaźni a potem konfliktu z Dawidem. Początkowy zachwyt zamienił się w zazdrość, a zazdrość przerodziła się w pragnienie zabójstwa. Potrafił zabić 85 kapłanów z Nob za to, że pomogli Dawidowi i to w dobrej wierze. Z czasem stał się samotny, chory, opętany przez złego ducha, szukający radu u wróżki z Endor, bo Pan nie przyjmował jego ofiary, nie komunikował się przez sny, proroctwa ani przez słynne kamienie urim i tummim.

Bóg mówi wprost:

«Żałuję tego, że Saula ustanowiłem królem, gdyż ode mnie odstąpił i nie wypełniał moich przykazań» (1 Sam 15,11).

Ostatecznie Saul i jego trzej synowie giną w walce z Filistynami. Ciało jego powieszono na murze w Bet Szean a potem pochowano w Jabesz w Gileadzie.

Autor Księgi Kronik tak podsumowuje jego życie:

Saul umarł na skutek własnego przewinienia, które popełnił wobec Pana, przeciw słowu Pańskiemu, którego nie strzegł. Zasięgał on nawet rady u wróżbiarki, a nie radził się Pana; On więc zesłał na niego śmierć, a królestwo jego przeniósł na Dawida, syna Jessego. (1 Krn 10,13-14)

Można by podsumować życie Saula bardziej refleksyjnie:



Nie wystarczy, że jesteś dobrze wybrany. Musisz jeszcze dobrze wybierać.
Samuel i jego dziwne losy skłaniają do postawienia pytania: „Kim właściwie ja jestem?” Samuel był wybrany, ale i odrzucony, zwycięski, ale i przegrany, poparty przez Boga i lud, ale i samotny. A co ja mogę powiedzieć o sobie samym?
Pierwszą prawdą o nas samych jest prawda o tym, że jesteśmy wartością.

Zapewne znana jest wszystkim ewangeliczna historia uzdrowienia opętanego z Gerazy. Czytamy w piątym rozdziale Ewangelii wg św. Marka, że Jezus udawszy się na drugą stronę jeziora Galilejskiego uzdrowił człowieka, który był opętany przez wiele demonów, skuty łańcuchami i mieszkający w grotach skalnych. Uzdrowienie o tyle było charakterystyczne, że Jezus wyrzucając złe duchy z człowieka wpędził je w stado świń. Św. Marek precyzuje: „Trzoda około dwutysięczna ruszyła pędem po urwistym zboczu do jeziora. I potonęły w jeziorze” (Mk 5,13).

Przyznam szczerze, że jako licealista nie tylko nie rozumiałem tego zdarzenia, ale i w pewnym sensie ono mnie denerwowało. Bardzo lubię kiełbasę swojską, a przecież kiełbasę w domu rodzinnym robiło się głównie ze świń, stąd zrodziło się proste wnioskowanie: „Boże, ileż byłoby kiełbas z 2000 świń! Dlaczego Pan Jezus zmarnował tyle mięsa! Czy miał coś przeciw świniom? Przecież mógł kazać złym duchom wejść w kamienie! Nikomu nie byłoby żal 2000 kamieni!”

Potem przyszła kalkulacja. „Ile kosztuje świnia? Na jarmarku w Nowym Targu mogła kosztować 500 zł. Ceny się różnią, ale gdyby nawet te 500 zł pomnożyć przez 2000 to daje nam kwotę 1 000 000 zł! Milion złotych polskich! Przecież za to można by dwa dobre domy zbudować! Dlaczego Jezus więc zmarnował tyle pieniędzy”

Dopiero w seminarium przyszło rozwiązanie. Jezus uzdrawiając człowieka opętanego i odrzuconego przez innych pozwolił złym duchom na wejście w świnie i na „zmarnowanie” tego, co było zarobkiem życia pasterzy, by pokazać raz na zawsze światu, że człowiek opętany nawet przez 2000 demonów, odrzucony przez wielu i niechciany przez nikogo jest wartością i to większą niż 2000 świń.

Gdyby ktoś miał wątpliwości, że człowiek jest tyle wart, św. Piotr tłumaczy jasno:

„Wiecie bowiem, że z waszego, odziedziczonego po przodkach, złego postępowania zostaliście wykupieni nie czymś przemijającym, srebrem lub złotem, ale drogocenną krwią Chrystusa, jako baranka niepokalanego i bez zmazy” (1 P 1,18-19).

Jeżeli Bóg „zapłacił” za nas cenę krwi swojego Syna, to nie możemy być zerem! Bóg nie płaciłby aż tak drogiej krwi, gdyby człowiek nie był nic wart! Wielką cenę płaci się za wielką wartość. I Bóg ani nie przepłaca ani nie jest ignorantem ekonomicznym. Bóg wie lepiej niż człowiek, ile człowiek jest wart.

To jest pierwsza, podstawowa prawda o mnie samym: jestem wartością.
Druga prawda o mnie samym jest prawdą misyjną: mam w życiu swoją misję. „Swoją” to znaczy taką, jaką Bóg mi wyznaczył, taką, na jaką mnie stać, taką, która daje mi maksymalnie możliwą realizację samego siebie.

Misją Saula było królowanie i to jest pewne. Czy natomiast my jesteśmy pewni swojej misji, swojego powołania?

W odkrywaniu swojej drogi życiowej wielkim niebezpieczeństwem jest zdanie się na plany kogoś innego, albo próba robienia więcej niż trzeba w imię źle pojętego idealizmu.

Kiedyś przyszła do mnie zrozpaczona maturzystka po nieudanym egzaminie dojrzałości. Dramatem jej była nie tyle ocena niedostateczna co zakaz powrotu do domu w przypadku otrzymania takiej oceny! Jej mama nie miała wykształcenia średniego, ale powiedziała jej jasno: „Nie masz się co pojawiać w domu, jeśli nie zdasz matury”.

Ambicja jest wielką wartością, ale zdecydowanie mniej ważną niż świadomość swoich możliwości.

O co właściwie mi chodzi? Czy wiem po co żyję i na co mnie stać? Czy umiem pokornie zobaczyć to co możliwe, ale i to, na co mnie nigdy stać nie będzie?

Poznać swoją misję, to drugi warunek poznania samego siebie.
Trzecią sprawą w poznaniu siebie jest konieczność kontroli drogi. Czasem wydaje się, że żyjemy z dnia na dzień, zabiegani i zakręceni uciekamy wraz z czasem nie myśląc czy kierunek drogi jest właściwy. A kierunek sprawdzać trzeba, bo nikt nie mam w sercu GPS-u ustawionego raz na zawsze na niebo.

Kontrola drogi zawiera kilka elementów. Po pierwsze nie może zabraknąć czasu na myślenie o sobie i o tym, co ja właściwie robię. Tradycyjnie nazywamy to rachunkiem sumienia. Nawet jeśliby było trudno o codzienny rachunek sumienia, to wydaje się, że raz na jakiś czas (raz na tydzień? raz na miesiąc? w szczególnych sytuacjach?) jest absolutnie koniecznie zadanie sobie pytania „gdzie ja właściwie jadę?” i „jak jadę?”.

Po drugie nie wystarczy pytać samego siebie. Św. Paweł pisze: „Sumienia nie wyrzuca mi wprawdzie niczego, ale to mnie jeszcze nie usprawiedliwia. Pan jest moim sędzią” (1 Kor 4,4). A że Bóg może mówić przez innych ludzi, dlatego również w dialogu z innymi poznajemy siebie. Tu rodzi się pytanie o moją zdolność do rozmowy z innymi na mój temat. Czy jestem w stanie zaakceptować ich uwagi a nawet krytykę? Czy umiem rozmawiać o swoich wadach? Formą szczególną pomocy ze strony drugiego człowieka jest kierownictwo duchowe i może to jest droga, na którą wielu z nas powinno wejść, żeby poznać samego siebie i to co Bóg dla nas zamierzał.

Po trzecie w kontroli drogi konieczna jest postawa otwartości na zmiany. Jeśli bowiem chcę siebie poznać, ale jednocześnie nie chcę nic zmienić, to cała operacja wydaje się bez sensu. To tak jakby ktoś chciał sprawdzać na mapie, gdzie się znajduje, ale gdyby się okazało, że zabłądził, to i tak nie zmieniłby trasy. To tak jakby ktoś chodził do lekarza po to, by się dowiedzieć na co jest chory, ale już nic nie robił, by z tej choroby się wyleczyć.

Pewnym wzorem w tym względzie pozostaje dla mnie jeden z profesorów Papieskiego Instytutu Biblijnego w Rzymie, James Swetnam, emerytowany profesor greki. Co roku zastanawiał się, jak ulepszyć metody nauczania i co roku wprowadzał jakieś zmiany. Nawet w ostatnim roku przed przejściem na emeryturę jeszcze dokonał paru korekt w swoich wykładach ze studentami.
Kolejnym elementem w poznaniu i pokochaniu siebie jest świadomość ograniczeń. „Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie” - mówi Jezus (Łk 12,46). Ale też komu mniej dano od tego mniej się wymaga.

Kościelnemu z Maniów zdarzyło się kiedyś nie zadzwonić dzwonami po śmierci jednego z parafian, chociaż taki jest zwyczaj i jego obowiązek. Po prostu zapomniał. Sam nie wie, jak się to stało, ale w nawale pracy, gdzieś to mu uciekło. Rodzina zmarłego nie była szczęśliwa. Przyszli z pretensjami, obiektywnie słusznymi. Wtedy kościelny im powiedział: „Możecie mi uwierzyć, albo nie, ale ja szczerze mówiąc zapomniałem. Mógłbym wymyśleć jakąś historię, powiedzieć wam kłamstwo, żeby siebie obronić, ale nie chcę was okłamywać. Przykro mi, ale niestety tak się stało”.

Nie należy do najprzyjemniejszych uczuć świadomość ograniczenia, świadomość błędu, ale ona pozwala niesamowicie stanąć w prawdzie i kto wie, czy to nie nasze błędy, słabości, ograniczenia czy grzechy nie uczą nas bardziej prawdy o sobie samym niż nasze zwycięstwa.

Do Leicester po raz pierwszy pojechałem w 2002 roku. Przez 5 tygodni mieszkałem, uczyłem się angielskiego i pomagałem w jednej z parafii tego dosyć dużego miasta należącego do diecezji Nottingham. Zaskoczyła mnie niesamowita organizacji w parafii. Pogratulowałem proboszczowi takiej dobrej wspólnoty. A on na to spokojnie:

„To nie moja zasługa. Bo ja tu jestem dopiero od paru miesięcy. To dzieło poprzednika”.

Tak? Zapytałem – musiał więc to być wielki człowiek.

Tak i nie – uśmiechnął się proboszcz – w sumie to był on alkoholikiem. I wszyscy o tym wiedzieli, ale powiedział ludziom otwarcie: „Jestem chory, walczę z tym, ale nie daje sobie rady. Jeśli mnie przyjmiecie takiego, jaki jestem, będę wam służył tyle ile mogę. Jeśli nie, odejdę”.

Przyjęli. Średnio dwa dni w tygodniu zawalał i nie przychodził do kościoła. Wtedy trzeba było dzwonić po innego księdza. Ale kiedy był trzeźwy… Nawet ludzie, którzy kilka lat nie widzieli kościoła, przychodzili do niego po poradę, Pokochali zranionego pasterza, ale pasterza szczerego.

Każdy z nas jest ograniczony granicą grzechu, słabości czy zwykłej niemożności. Odkryć te granice to nie znaczy zamknąć się w granicach, ale to znaczy umieć wykorzystać maksymalnie to terytorium, w którym rzeczywiście jestem panem.
Kolejną sprawą w procesie właściwego poznania siebie jest problem porównywania się z innymi. Mówię „problem”, bo często zestawienie siebie z innymi nie pomaga w odkryciu naszej osobistej drogi czy wartości, nie pomaga w docenieniu tego, co ja mogę a co inni mogą, tylko prowadzi często do dwóch skrajnych postaw: gardzenia drugim, bo w zestawieniu ze mną jest gorszy, albo gardzenia sobą, bo w porównaniu z drugim ja wydaje się niczym.

Wiele mówiąca w tej materii jest przypowieść o talentach. Znamy ją wszyscy. Było trzech ludzi. Jeden dostał pięć talentów, drugi dwa, trzeci jeden. Ten, co dostał pięć, zyskał drugie pięć i przyniósł na końcu dziesięć. Ten, co dostał dwa, zyskał kolejne dwa i przyniósł ostatecznie swemu panu cztery. Ten, co dostał jeden, zakopał talent, nie zyskał nic i na końcu miał tylko jeden talent. Co jest uderzające, że pan tak samo nagrodził tego, co przyniósł dziesięć jak i tego, który przyniósł cztery! Oczywiście każdy zauważy, że słusznie, bo obydwaj podwoili sumę, czyli uzyskali taki sam zysk – stuprocentowy. Problem sługi z jednym talentem nie polegał na tym, że on miał mało, bo jeśli talent był miarą ponad 30 kg złota, to trudno powiedzieć, że miał mało! Problem jego leżał w porównywaniu się z innymi! Patrząc na tych co dostali więcej, mógł się załamać, że co on biedny przy takich konkurentach jest w stanie zrobić. A przecież pan nie wymagał od niego przyniesienia dziesięciu talentów ani nawet czterech, tylko dwóch.

Jest faktem, że już w szkole uczymy się, że oceny nie dostaje się za to, ile pomnożymy i ile włożymy wysiłku tylko za wynik końcowy, ale Ewangelia nie tak myśli o człowieku!

Mówiąc prościej spróbujmy sobie wyobrazić następująca sytuację.

W pewnym miasteczku urodziło się dwóch ludzi. Jeden urodził się z 5 talentami. Pierwszy talent, jaki otrzymał, to dar życia. Drugi talent, to dobra katolicka rodzina. Trzeci talent to pracowitość. Czwarty talent to zdolność zbierania pieniędzy. A piąty to towarzyskość. Człowiek ten wykorzystał pierwszy talent. Nie odebrał sobie życia. Wykorzystał drugi – dał się wychować po katolicku. Trzeciego nie wykorzystał, bo go duch niemocy zbyt często ogarniał. Ale wykorzystał czwarty, więc chociaż był niepracowity, jakoś miał szczęście do pieniędzy. Miał też wielu przyjaciół, bo był towarzyski.

I ten człowiek, wyobraźcie sobie, że umarł. Pogrzeb miał wspaniały. Księży miał wielu, bo dobry katolik i wychwalali go na kazaniu, dając za przykład młodzieży i dzieciom. Orkiestra dęta zagrała, bo miał pieniądze. Ludzi przyszło wiele, bo był towarzyski. Taki to był ten pierwszy człowiek, co się urodził z pięcioma a umarł z czterema talentami.

Ale w tej samej miejscowości urodził się drugi człowiek i przyszedł na świat tylko z jednym talentem – darem życia. I jedyne co zrobił w życiu, to to, że sobie tego życia nie odebrał. No i umarł, jak ten pierwszy. Nie miał jednak katolickiego pogrzebu, no bo po co, jak nie dał się ochrzcić. Orkiestra nie zagrała, bo za co miał zapłacić. Ludzie nie przyszli, bo nie miał kolegów. Co więcej, nawet straszono młodzież i dzieci, że jak się nie poprawią, to skończą jak ten dziwak. Taki to był ten drugi człowiek, co się urodził z jednym talentem i też z jednym umarł.

Który jednak z nich bardziej wykorzystał życie? Czyż nie ten, które nie zmarnował żadnego talentu? On przynajmniej na minusie nie skończył! I kiedy Pan daje taką samą nagrodę temu, który zyskał dwa talenty jak i temu, co zyskał pięć chce powiedzieć, że nie liczy się, kto ile ma, ale ile pomnoży.

A że nikt z nas nie zna do końca drugiego człowieka, że nikt z nas nie jest w stanie powiedzieć o innych, z iloma darami się urodzili, dlatego mówi Jezus: „Nie sądźcie a nie będziecie sądzenie!”. Bo skąd ty wiesz, że on może w ogóle to zrobić? Może nie jest w stanie pogadać jak człowiek, ugotować obiad tak jak Ci smakuje, dać ci kieszonkowe, pić tak rzadko jak średnia krajowa, wstawać tak wcześnie, jak by się przydało, itd., itd...

Jezus nie wymaga, żeby przyniósł pięć talentów ten, co dostał tylko dwa. Bo komu więcej dano od tego i więcej wymagać się będzie. To jest logika Ewangelii. Poznać siebie to nie porównywać się z innymi, ale z tą miarą jaką w Chrystusie Bóg wyznaczył każdemu z nas. Św. Paweł tłumaczy to w liście do Rzymian:

„Mocą bowiem łaski, jaka została mi dana, mówię każdemu z was: Niech nikt nie ma o sobie wyższego mniemania, niż należy, lecz niech sądzi o sobie trzeźwo - według miary, jaką Bóg każdemu w wierze wyznaczył (Rz 12,3)”.
Pozwólcie jeszcze na jeden element dosyć istotny w poznaniu siebie i pracy nad sobą, chodzi o „robienie czegokolwiek ze sobą”. Prawda o sobie jest szalenie ważna, znajomość ograniczeń również, ale nie ma żadnych szans na rozwój, jeśli nie wykształtuje w sobie człowiek mechanizmu pracy nad sobą.

Nieraz narzekamy, że spowiadamy się z tych samych grzechów, ale zapytajmy się szczerze, kto uczciwe cokolwiek zrobił po ostatniej spowiedzi, żeby tych samych grzechów nie popełniać? Czy cokolwiek zmieniliśmy w codziennym planie, w systemie pracy, modlitwy? Czyż nie jest raczej tak, że generalnie chcemy się poprawić, potem generalnie nie wychodzi i generalnie powtarzamy to samo w czasie sakramentu pokuty. Pewno, że sukcesem jest – naprawdę sukcesem! – jeśli do starych grzechów nie dodaliśmy nowych. Jeśli nie eksperymentujemy za każdym razem z nowymi grzechami, to już jest sukces! Jednak, by wejść w proces poprawy siebie, nawrócenia siebie, człowiek musi zrobić „cokolwiek” ze sobą. I to „cokolwiek” jest wyzwaniem dla każdego z nas, by poznanie siebie budziło optymizm i nadzieję na lepszą przyszłość budowaną na prawdziwym poznaniu samego siebie.


Pytania „kim jestem?” nie można sprowadzić do jednej konferencji. Niech jednak te parę myśli pomoże chociaż trochę w poznaniu siebie, człowieka postawionego na tym świecie, by być szczęśliwym, czyli mówiąc językiem religijnym – by być zbawionym.

Konferencja II

Uriasz Chetyta i pytanie o społeczeństwo
Miał na imię Uriasz. Z pochodzenia był Chetytą, czyli jego potomkowie przywędrowali do Izraela gdzieś z dzisiejszych terenów Turcji. Najwięcej dowiadujemy się o jego losie z jedenastego i dwunastego rozdziału Drugiej Księgi Samuela. Kim właściwe był Uriasz Chetyta? Był żołnierzem króla Dawida. Miał piękną żonę imieniem Batszeba. Jego imię, Urijahu, znaczyło „Pan moim światłem” a historia jego życia nabrała decydujący bieg pewnego popołudnia, kiedy on oblegał ammonickie miasto Rabba a jego król zobaczył jego żonę, kąpiącą się na tarasie ich domu.

Historia grzechu Dawida z Batszebą jest generalnie znana. Zwróćmy jednak uwagę w tej historii na Uriasza.

Otóż mimo obcego pochodzenia służy on królowi Dawidowi. Ale to jeszcze nie jest takie osobliwe. Kiedy zostaje wezwany przez niego i zachęcany do tego, by poszedł do swojego domu, do swojej żony nie godzi się na to, bo chce być wiernym swoim kolegom, współ-żołnierzom i prawu, które zakazywało powstrzymywać się od współżycia w czasie walki wojennej. Kiedy Dawid dowiaduje się, że Uriasz nie realizuje podstępnego planu króla, zaprasza go ponownie i upija go, mając nadzieję, że przynajmniej po pijanemu pójdzie do domu, będzie spał ze swoją żoną a wtedy ciąża Batszeby nie będzie sprawą podejrzaną. Ale Uriasz jest bardziej wierny prawu po pijanemu niż król Dawid, wybrańca Boży, na trzeźwo! Dawid więc wymyśla inny sposób. Pisze list do głównodowodzącego wojska Joaba, w którym mówiąc najprościej nakazuje załatwić Uriasza. Postawić go w takim miejscu walki, gdzie będzie ciężko, a potem go zostawić, żeby go wrogowie zabili. Dawid posyła list do Joaba przez Uriasza, który nic nie podejrzewając, dumny ze swojej wierności i bliskości króla, niesie ze sobą wyrok na siebie! Uriasz ginie a jego żona odbywa żałobę, ale znowu pojawia się rzecz może znamienna. Biblia nie mówi o tym, że Batszeba płakała po swoim mężu, ale że odbyła urzędową żałobę. Autor używając hebrajskiego słowa fasad („odprawić żałobę”) a nie słowa baka („płakać”) może sugerować, że Batszeba wcale nie musiała być do końca zmuszona do grzechu.

Tragedią Uriasza było to, że był on wierny wszystkim, Bogu, królowi, żonie, kolegom w wojsku i prawu, a mimo to został zdradzony w pewnym sensie przez wszystkich. Żona zdradziła go z Dawidem i nawet nie płakała po nim. Król nie dość, że cudzołożył z jego żoną to jeszcze go skazał na śmierć. Koledzy, chociaż był im wierny i nie chciał być od nich wyróżniony, zostawili go samego pod murami ammonickiego Rabba. Nawet Bóg i prawo – proszę nie zrozumieć źle – w pewnym sensie odwrócili się od niego. Przecież w Starym Testamencie Bóg dawał ludziom, którzy żyli zgodnie z Jego wolą Bożą, gwarancję długiego i szczęśliwego życia. Psalmista powie: „Byłem dzieckiem i jestem już starcem, a nie widziałem sprawiedliwego w opuszczeniu” (Ps 37,25). A jednak Uriasz choć sprawiedliwy został opuszczony. Co więcej. Kto dziś pamięta o biednym żołnierzu króla Dawida? Na ilu kazaniach daje się go jako przykład wierności? Wręcz przeciwnie, to Dawid jest wysławiany przez wszystkich i stawiany jako wzór człowieka, który chociaż zgrzeszył, to jednak umiał się nawrócić.

Postać Uriasza Chetyty, człowieka wiernego zasadom społeczeństwa, w którym się żyje, nawet jeśli się jest obcego pochodzenia, wierność ponad własne pragnienia i pragnienia innych, nawet gdyby to były pragnienia własnego króla niech będzie dla nas punktem wyjścia do refleksji nad pytaniem o społeczeństwo. A pytanie o społeczeństwo to pytanie o moją postawę wobec drugiego człowieka.

Proponuję tę problematykę ująć w dziesięć zasad właściwego funkcjonowania w społeczeństwie.

1. Zawsze stawiaj sobie pytanie „Czy to jest miłość?”

Pamiętam dobrze jedno ze spotkań w seminarium. Byłem już księdzem od kilku miesięcy. W ramach formacji kapłańskiej zjechaliśmy do Seminarium, gdzie nie tylko słuchaliśmy dobrego słowa, ale i mieliśmy okazję podzielić się między sobą tym, co nam na sercu leżało. Ja mówiłem duszo o szkole, młodzieży, trudnościach na katechezie. I kiedy tak w żarliwości i zapale wyłuszczałem przy obiedzie jacy ci młodzi nieraz są, kolega zadał mi jedno pytanie: „Wojtek, czy ty ich jeszcze kochasz?”

Jest jedno najważniejsze przykazanie w społeczeństwie. To przykazanie miłości. Można się na kogoś denerwować, złościć, mówić o tym, co nas w innych boli, ale tylko wtedy, kiedy robimy to z miłości. Pytanie jest proste: Co tobą kieruje, kiedy mówisz o innych? Czy naprawdę troska o innych? Czy naprawdę miłość, czyli walka o dobro drugiej osoby? Nieważne czy drugim jest żona czy mąż, czy dziecko czy sąsiad, czy szef w pracy czy polityk. Zasad jest jedna. Najpierw miłość a potem inne uczucia. Jeśli bowiem nie kochasz nie masz racji. Rację bowiem nie mają ci co myślą, że mają rację, ale tylko ci, co kochają.
2. Pytaj siebie „Czy zrobiłbyś to komuś kogo kochasz?”

Z pierwszej zasady wynika i druga. Nie tylko pytam się, czy kieruje mną miłość, ale czy to co robię z innymi zrobiłbym z tymi, którzy są mi bliscy. Przejdźmy do szczegółów. Gdyby ktoś kogo kochasz poprosił cię, żebyś nie zabierał jego rzeczy, czy byś je zabrał? Pewno, nie. To dlaczego na przykład nie mamy wyrzutów sumienia kopiując nielegalnie programy? Skoro ktoś napisał „nie kopiować” i skoro nawet prawo tego zabrania, dlaczego robimy to wbrew intencji właściciela? Czy czasem nie kierujemy się zasadą, że im kogoś mniej znamy, im bardziej obcy, daleki, to tym bardziej można go wykiwać?

Podobna sprawa, chociaż bardzo delikatna, związana jest z panią Alicją Tysiąc. Nie chcę wchodzić w szczegóły dyskusji, zatrzymam się tylko nad artykułem redaktora naczelnego Gościa Niedzielnego, za który został oskarżony o zniesławienie. Oczywiście większość katolików stanęła po jego stronie i przedstawiano go jako symbol walki o życie nienarodzonych. Przeczytawszy jednak jego artykuł zadałem sobie pytanie „czy gdyby Alicja była moją siostrą, czy ja napisałbym taki sam tekst?” I odpowiedź była nie tylko dla mnie jednoznaczna. Nie. Nie napisałbym. Napisałbym, że jest mi przykro, że tak postąpiła. Że się będę modlił za nią. Że jeśli kiedyś będzie potrzebowała opieki, to nie ma sprawy. Ale nigdy, chociażby była na największych antypodach Kościoła nie ośmieliłbym się wspominać w tej sprawie o Hitlerze.

Może to jest kwestia różnicy sumień. Wydaje mi się jednak, że to jest przede wszystkim kwestia miłości. Św. Paweł zaleca, by nakłaniać „starsze kobiety - jak matki; młodsze - jak siostry” (1 Tm 5,2). A Jezus przypomina znaną już wtedy w świecie zasadę: „Jak chcecie, żeby ludzie wam czynili, podobnie wy im czyńcie!” (Łk 6,31).

Zanim napiszę coś o kimś, zanim powiem, zanim podejmę się jakiegoś działania, to chcę zastanowić się, czy tak samo bym postąpił wobec kogoś kto jest mi bliski.
3. Pamiętaj, że w drugim jest Jezus.

Ta zasada jest oczywista przede wszystkim dla wierzących. Jezus powiedział: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili". (Mt 25,40). Można też wrócić do idei stworzenia, kiedy to Bóg stwarza człowieka na swój obraz i podobieństwo (por. Rdz 1). Jeśli ja jestem stworzony na obraz i podobieństwo Boga, to i drugi człowiek jest Jego obrazem.

O wartości człowieka mówiliśmy już na pierwszej konferencji, wartości niezależnej od stanu, wieku, wielkości i pracy. Jeśli więc człowiek jest wielką wartością i jeśli traktowanie bliźniego jest w pewnym sensie traktowaniem Jezusa, to dlaczego klękamy przed tabernakulum a nie klękamy przed drugim człowiekiem?

Wiem. To brzmi jak przesada. Ale pomyślmy. I spróbujmy być konsekwentni. Czy my umiejąc oddać cześć i hołd Bogu ukrytemu pod postacią Chleba, nie zapominamy czasem, że Bóg jest ukryty również w drugim człowieku? W praktyce chodzi o proste pytanie „czy tak bym potraktował monstrancję z Najświętszym Sakramentem jak traktuję drugiego człowieka?” Każdy z nas jest Monstrancją Najświętszego Sakramentu, znaku Boga niewidzialnego w widzialnym człowieku.

Wielkość człowieka poznać można po tym jak traktuje wyższych od siebie i jak niższych. Jeśli traktuje ich tak samo, tak samo dobrze, nie jest daleki od ideału Ewangelii.
4. Pozwól innym być innym.

Zaskakująca jest w pewnym sensie postawa Ojca Syna Marnotrawnego. Daje pieniądze swemu dziecko, pozwala mu odejść, godzi się niejako na to, że Syn może z robić z tym, co on wypracował przez wiele lat wszystko co zechce.

Jeszcze bardziej zaskakująca jest postawa Jezusa w czasie Ostatniej Wieczerzy. Nie próbuje zatrzymać Judasza. Nie tłumaczy mu: „Zastanów się… Nie rób tego… Bo skończysz fatalnie…”. Jezus pozwala swemu uczniowi na zdradę. Podobnie i z Piotrem. Podobnie było już w Kafarnaum, kiedy mówił o tajemnicy swego Ciała i Krwi. Wielu odeszło, bo nie mogli słuchać tej nauki. Jezus nie pobiegł za nimi. Nie zmienił tematu. Nie stawał na głowie, by ludzie w swych głowach nie decydowali się na odejście. Jezus dał wolność. Jezus przyniósł wolność. Nie tylko tę od grzechów, szatana i śmierci, ale i wolność od siebie. Prawo do odejścia.

To jest jedna z ja trudniejszych zasad w kontaktach międzyludzkich – dać wolność tak wielką, że aż godzącą się na odejście. Jak trudno o taką wolność wiedzą dobrze rodzice, których dzieci zostawiają ich samych sobie, albo których dzieci za każdym razem robią wszystko przeciwnie woli rodziców.

Mój pobyt na studiach we Włoszech rozpocząłem od dwumiesięcznej przygody z miejscowością Roccagorga, jakieś 100 km na płd od Rzymu. Już od pierwszej mszy św. denerwowałem się tym, że ludzie rozmawiali w kościele. Nie rozmawiali w czasie Mszy św., ale rozmawiali i przed i po, oczywiście dorośli i oczywiście przyjmujący Komunię św. Kiedy zwracałem im uwagę, że się w kościele nie rozmawia, to nie rozmawiali, ale kiedy im o tym nie przypomniałem, rozmawiali. A ja się irytowałem. Nie znając wtedy dobrze włoskiego umęczyłem się wewnętrznie z powodu takiego traktowania świętego miejsca. Potem zacząłem myśleć. Przecież właściwie oni nie robią nic przeciw Panu Bogu. Pogadają sobie ze sobą a przecież w czasie Eucharystii są naprawdę skupieni. Czy można mieć pretensji do nich o to, że są inni? A może to ja z moją mentalnością wyrzucania młodzieży przeszkadzającej z kościoła chcę narzucić im mój sposób podejścia do sprawy? Może po prostu jesteśmy inni? To co w Polsce byłoby dziwne, tam jest normalne a Bóg się cieszy i z tamtych ludzi jak i z tych. Kiedy już po rozpoczęciu studiów wracałem czasem na tę parafię nie denerwowałem się z powodu ich gadania. Potem sam zacząłem gadać…

Na tym Bożym świecie, w którym spotykają się jak nigdy dotąd różne kultury, rasy, religie i poglądy nie da się żyć bez uznania racji innego do bycia innym. Jakkolwiek pojęta ewangelizacja, troska o szerzenie prawdy czy walka o dobro człowieka musi się zgodzić, że jesteśmy po prostu różni. Może na razie. Może kiedyś mniej. Ale jesteśmy. Jeśli ktoś nie godzi się na to, że i jutro po przebudzeniu będą na świecie ateiści, protestanci, muzułmanie, katolicy, prawosławni, hindusi, kibice i Wisły i Cracovi, komuniści i chadecy, lewica i prawica, już nie mówiąc o rabusiach i paniach w domach publicznych. Będą różni ludzie i jutro. Wiedzieć o tym i zgodzić się z tą prawdą to żyć w realnym świecie.


5. Bliźni partnerem nie pajacem.

Z kwestią wolności drugiego wiąże się pytanie, czy ja czasem nie traktuję drugiego człowieka jak marionetkę, czy mówiąc prościej jak pajaca.

Są ludzie, którzy uwielbiają być dyrektorami teatrzyku lalek. I to jeszcze takimi dyrektorami, którzy nie tylko rządzą całym teatrem, ale jeszcze pociągają za sznurki każdą lalkę: „Ty będziesz w pierwszy akcie. A ty w trzecim. Ty teraz się ukłoń, a ty idź już sobie ze sceny”. I gdyby zdarzyła się jakaś lalka, która nie chciałaby być tam, gdzie zechce dyrektor, zostałaby od razu sprzątnięta, jako lalka, w której podstawowy mechanizm został uszkodzony, mechanizm bycia absolutnie posłusznym dyrektorowi.

Owszem, są ludzie, którzy bardziej nadają się do kierowania i są też tacy, którzy wolą być kierowani. Jeśli jednak ktoś ma tendencje bycia dyrektorem teatrzyku lalek i stawiania całego świata pod siebie, nie może liczyć na dobre relacje ze światem.


6. Pokochaj to, co Twoje.

To, że się różnimy, i że wielu ludzi nie myśli tak jak my, nie musi ani nie powinno degradować tego, co jest nasze. Żeby dobrze współistnieć w społeczeństwie nie tylko trzeba szanować cudze, ale nade wszystko pokochać swoje.

Trudno jest mówić ogólnikami o sytuacji religijnej w poszczególnych krajach, ale to co mnie uderza w Stanach Zjednoczonych to jest normalność bycia katolikiem. Jest miejsce dla wierzących i dla niewierzących dla pokręconych moralnie i dla trzymających się starych zasad. I nikt się tego nie wstydzi. Można zrobić demonstrację za prawami mniejszości seksualnych, ale można też demonstrować przed klinikami aborcyjnymi razem z ruchami Pro Life.

Będąc na kursie języka francuskiego w Angers zaskoczyła mnie pozytywnie postawa studentek amerykańskich, które już na początku pytały się o możliwość uczestniczenia we Mszy św.

Pokochanie tego, co moje, co najdroższe daje solidną gwarancję przeciw różnym fobiom różnej maści.
7. Drugi bardziej biedny niż zły.

Kolejna zasada w życiu społecznym pomaga w podejściu do ludzi, którzy są trudni a czasem wręcz nieznośni. Zauważmy, że w przypowieści o Miłosiernym Samarytaninie zarówno kapłan jak i lewita minęli pobitego człowieka zapewne dlatego, że wydawał się być dla nich kłodą na drodze. Zauważywszy go, obudziły się prawdopodobnie w nich uczucia odpychające: ten człowiek mi przeszkadza, więc go mijam. Miłosierny Samarytanin podszedł do pobitego kierowany innym uczuciem. Ewangelia mówi o tym, że wzruszył się głęboko (por. Łk 10,33).

Wydaje się, że istnieją dwa podstawowe uczucia w konfrontacji z ludźmi, którzy mają jakiś problem. Jeśli ktoś jawi się nam jako człowiek zły, to naturalną reakcją jest nasze zdenerwowanie i obrona. Jeśli natomiast ktoś jest biedny, to naturalną reakcją jest litość i współczucie. Celem więc byłoby takie przestawienie naszej mentalności, byśmy umieli patrzeć na drugiego bardziej jak na biednego a nie jak na złego, nawet jeśli obiektywnie jest zły. Dlaczego? Bo wtedy nam łatwiej będzie z takim człowiekiem wytrzymać czy przynajmniej się skonfrontować.

Znajomy kolega, ksiądz, opowiadał o jego trudnościach w relacji z tatą alkoholikiem. Jeszcze w czasach licealnych wstydził się swego ojca, trząsł się, kiedy ten przychodził pijany, nie potrafił porozmawiać normalnie. Potem przyszło Seminarium, formacji i oddalenie od domu. Po latach zaczął widzieć w ojcu bardziej nieszczęśnika nić złośnika. I chociaż to nie zmieniło ojca, który dalej pił, to jednak zmieniło nastawienie do swego taty! Potrafił już porozmawiać z nim, nie denerwował się, kiedy tata znowu się upił.

W relacjach zwłaszcza rodzinnych czasem nie jest łatwo, a niekiedy wręcz nie do zniesienia. Próba spojrzenia na drugiego jak na biednego a nie jak na złego, jest ostatecznie walką o moje serce. Drugi jest biedny, gdy nie umie kochać, gdy sprawia przykrość, gdy rzuca kłody pod nogi, gdy umie tylko atakować. Staram się zobaczyć w nim bardziej chorego niż przestępcy, bo to zmieni moje nastawienie i może uratować przynajmniej moje serce od nienawiści.
8. Czy jesteś uczciwy?

Kolejną zasadą życia społecznego jest uczciwość. Bez tej zasady nie da się w ogóle współpracować z ludźmi. Dzięki nieuczciwości można ludzi wykorzystać, ale na pewno nie można zbudować z nimi rzetelnej relacji.

Przykład niech płynie ze świata nauki. Jeśli czytam jakąś książkę, dobre opracowanie naukowe, to ja wierzę autorowi, że on nie zmyśla, mogę go zacytować, i mogę poprowadzić dalsze badania opierając się na tym co zrobił, bo nie jesteśmy w stanie ciągle zaczynać badań od nowa! I jeśli naukowiec jest nierzetelny, jeśli nie dba o prawdę, tylko o przekazanie tego, co myśli, to może okazać się, że kolejne dzieła, publikacje, wypowiedzi będą budowane na fałszu!

Parę lat temu w telewizji polskiej wyemitowano dyskusję na temat przyjmowania Komunii świętej, czy do ust czy na rękę. Jeden z obecnych, ksiądz prałat, liturgista - a więc znawca tematu - zaczął tłumaczyć, jak wielkie zamieszanie spowodowałoby alternatywne przyjmowanie Komunii św. Jego zdanie, nie można było zgodzić się na to, by jedni przyjmowali na rękę a inni do ust, bo będzie zamieszanie w kościele. Byłem wtedy we Włoszech. Już dobrych kilka lat. Nie mogłem wierzyć temu, jak on mógł takie rzeczy opowiadać! Mając doświadczenie kilku włoskich parafii i szafowania Eucharystią w czasie uroczystych celebracji na placu św. Piotra w Watykanie nigdy, naprawdę nigdy nie widziałem problemu z tego powodu, że jedni przyjmowali Komunię na rękę a inni do ust. Dlaczego – pytałem siebie – ktoś używa swojego autorytetu bycia prałatem, doświadczonym księdzem i znawcą liturgiki by powiedzieć bzdurę? Przecież tysiące ludzie, słuchając takiej wypowiedzi, pomyśli sobie: to prawda. Skoro ktoś znawca tak mówi, to pewno tak jest. A tak przecież nie jest!

Boli mnie to bardzo, że wielu ludzi, zwłaszcza naukowców i tych, którzy zdobyli już jakiś autorytet społeczny nadużywa swojej pozycji, by mówić nieprawdę. My ludzie wierzący, nie boimy się prawdy i nie chcemy bać się prawdy. Ale czy my możemy zaufać tym, z którzy z nami dyskutują, że również oni szukają tylko prawdy?
9. Nikt inny nie zrobi za ciebie

Czasem uzależniamy powodzenie pewnych projektów a nawet potrafimy uzależnić swoje szczęście od innych. I tak mogą rodzić się łatwo pretensje. To fakt, że nie da się w życiu funkcjonować bez podstawowego zaufanie do ludzi, ale człowiek powinien zdać sobie sprawę, że czasem jak sam się o coś nie postara, nigdy i nikt mu tego nie załatwi.

Weźmy na przykład teoretycznego sąsiada, który jest fatalny. Można z nim się kłócić 20 lat i mieć wieczne pretensje, że gdyby on był inny, to by moja rodzina żyła w spokoju. Tylko, że co to da? Może to pomóc, ale może też prowadzić do tego, że człowiek całe życie będzie się denerwował. A czyż nie byłoby prościej zmienić mieszkanie? Przecież łatwiej poprawić budynek niż człowieka. Oczywiście, wszystko zależy od skali konfliktu, ale czyż nieraz nie tracimy wielu wspaniałych lat ze swego życia z powodów, które dało by się uniknąć, gdybyśmy uwierzyli, że są sprawy, które musimy wziąć w swoje ręce i nikt za nas ich nie zrobi. Czekanie aż drugi się poprawi, może być bardziej długodystansowe od czekania na paruzję.
10. Inni zrobią to za ciebie.

Ostatnia zasada, o której chciałbym wspomnieć zdaje się trochę kłócić z tym, co zostało powiedziane przed chwilą. Kłóci się jednak tylko pozornie. Chodzi o to, że czasem w relacjach międzyludzkich może pojawić się totalny sceptycyzm wobec drugiego. Inny nie umie nic. Inny nie zrobi jak ja. Ja jestem niezastąpiony.

Jeśli chcemy być egoistami, to możemy nawet zostać przy takim myśleniu, nie zdziwieni, że ludzie od nas odchodzą. Ale jeśli chcemy żyć w społeczeństwie, jeśli przykazanie miłości bliźniego chcemy wprowadzić w życie, musimy się zgodzić na drugiego i na to, co on robi. Ta zgoda i akceptacja bliźniego jest otwarciem na jego wartość, na jego cel, na jego świat. Jest zawiązaniem relacji wzajemnej. Jest niejako przerzuceniem mostu. A przerzucić most oznacza pozwolić na ruch dwukierunkowy. Egoistom zostawiamy naloty, nawet gdyby miały być humanitarne. Ludzie, którzy się miłują budują mosty, po których chodzi się w obydwu kierunkach.

Są inni w twoim życiu. Pozwól im żyć. Pozwól im mówić. Pozwól im zrobić coś nie tylko dla ciebie, ale i za ciebie.


  1   2


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna