Sekrety życia po życiu



Pobieranie 368.5 Kb.
Strona1/5
Data06.05.2016
Rozmiar368.5 Kb.
  1   2   3   4   5




George G. Ritchie
POWRÓT Z JUTRA

Sekrety życia po życiu

Tytuł oryginału:Return from Tomorrow"

Autor: George G. Ritchie with Elizabeth Sherrill

Przełożył z jęz. angielskiego: Jerzy Łatak

Korektor: Lidia Timofiejczyk

Okładka: Marianna Beleć-Kuskowska

Opracowanie graficzne: Michał Szostak Stanisław Momot

Copyright — Catolic Publishing Canada 1989

Copyright — Wydawnictwo "New Age" Zakopane 1992
Skład: Zakład Składu Tekstów krakSET — Kraków

Druk: Przedsiębiorstwo Poligraficzne DEKA — Kraków

Tym wszystkim którzy ciekawi są

życia po śmierci... tym wszystkim

którzy łakną poznania swego

Zbawiciela., tym wszystkim którzy

poszukują prawdziwego znaczenia

i sensu życia...
W wieku lat 20 George G. Ritchie zmarł w szpitalu wojskowym w Teksasie. Po dziewięciu minutach powrócił do życia. Co tak ważnego stało się w tym czasie, że całkowicie zmienił resztę swego życia?

Dr Raymond A. Moody Jr był tak zafascynowany przeżyciem Georga G. Ritchie, że aż pięć lat poświęcił na badanie podobnych przypadków i opisał je w książce ,,Życie po życiu", którą zadedykował właśnie George G. Ritchie, a przez niego również Temu o którym mu opowiadał.

Powrót z Jutra" jest jednym z najlepiej przed­stawionych i przekonywujących opisów niewidzialnego królestwa.



Wejrzenie do niego odmieniło na lepsze życie dr Georga G. Ritchie i Twoje może odmienić również.
SŁOWO WSTĘPNE

Spoglądając wstecz na historię i rozwój filozofii, równie dobrze można by ją określić jako obsesję śmierci. Śmierć była i jest zagadnieniem podstawowym i głęboko rozważanym przez filozofów.

Niech nas więc nie dziwi, że jako dwudziestoletni student filozofii byłem głęboko zaintrygowany, kiedy w roku 1965 dowiedziałem się o człowieku, który przeszedł śmierć kliniczną, doznał nieprawdopodobnych przeżyć, w czasie kiedy wypełniano formalności po­śmiertne, i ożył, ażeby o tym opowiedzieć.

Ponadto człowiek ten, w czasie kiedy go poznałem, był powszechnie szanowanym lekarzem psychiatrii z od­bytą już czteroletnią praktyką w terapii ogólnej. Co więcej — był chętny do podzielenia się przeżytymi wrażeniami. Nie trzeba dodawać, że skwapliwie skorzy­stałem z okazji wysłuchania go, a to, co usłyszałem, wywarło na mnie głębokie, niezatarte wrażenie. Później dowiedziałem się również o innych podobnych przypad­kach i rozpocząłem ich badanie.

Doktor psychiatrii nazywa się George Ritchie i w ni­niejszej książce opowiada o doznanych przeżyciach. Stanowią one jeden z trzech lub czterech najwspanial­szych i najlepiej udokumentowanych znanych mi przy­padków „śmierci".

Przeżycia doktora Ritchie i wielu innych, którzy znaleźli się w takich samych okolicznościach, nasuwają pytanie, czy rzeczywiście zmarli? Jeżeli przyjmie się definicję śmierci, która wydaje się całkowicie rozsądna

— jako stan organizmu, w którym wznowienie jego funkcji jest niemożliwe — to żaden z tych ludzi nie zmarł. Jakkolwiek cała ta sprawa finalnego diagnozo­wania śmierci jest niewyjaśniona, obecnie powstało wiele kontrowersji wśród specjalistów. Uważam, że dr Ritchie i jemu podobni zbliżyli się do śmierci bardziej niż cała reszta żyjących ludzi. Choćby z tego jednego powodu zawsze chętnie będę słuchał tego, co mają do opowiedzenia. Jest też inne pytanie, które odnosi się do doznanych przeżyć, mianowicie: jaki ona wywarła wpływ na tych, którym się to przydarzyło. Jak to się w niniejszej książce okaże, w przypadku dr Ritchie to wydarzenie miało zasadniczy wpływ na jego życie. Tylko my, którzy żyjemy z nim w bliskiej przyjaźni, możemy prawdziwie ocenić głębię dobroci, zrozumienie i troskę wypływającą z miłości do drugich, charakteryzujące tego niezwykłego człowieka.

Tą uwagą niech mi będzie wolno zakończyć przed­stawienie mojego przyjaciela George'a.

Mam nadzieję, że przez tę książkę również wy go poznacie i pokochacie, jak uczyniła to moja rodzina i ja.

DR RAYMOND A. MOODY

autor książki „Życie po życiu"

I

Przybyłem do pracy wcześniej, jak to zwykle lubiłem robić, żeby mieć jeszcze parę spokojnych minut przed przyjściem pierwszego pacjenta. Rozglądałem się do­okoła po jeszcze zaciemnionym pokoju — biurko, wygodne krzesło, żółta sofa naprzeciw okna. Odczuwa­łem głęboką satysfakcję z pracy w charakterze psychiat­ry. Podczas moich trzynastu lat pracy jako doktor medycyny często miałem odczucie leczenia tylko części osoby, mając do czynienia raczej z objawami choroby niż samą chorobą.

W Szpitalu Pamięci w Richmond w Virginii, gdzie leczyłem, nie było czasu, aby bliżej poznać pacjenta.

Nie było czasu, aby wysłuchać lub zadać pytanie poza formalnymi pytaniami o stan zdrowia pacjenta. Toteż mając lat czterdzieści znowu podjąłem na nowo studia. Nie było to łatwe, zaproponować żonie opuszczenie Richmond i przeniesienie się do Charlottesville, wypisać dzieci ze szkoły, zrezygnować ze stanowiska dyrektora Akademii Leczenia Ogólnego w Richmond i po wielu latach podjąć na nowo studia, na nowo się urządzać. Lecz w ciągu dwunastu lat po podjęciu tej decyzji byłem z tego wielokrotnie bardzo zadowolony, a szczególnie kiedy w ciszy i spokoju rozpoczynałem swój dzień pracy.

Otworzyłem notatnik leżący na biurku i przeleciałem wzrokiem umówione spotkania na dzień dzisiejszy. Milared Brown, Peter Jone — i tu się zatrzymałem.

Moim pierwszym pacjentem po obiedzie był Fred Owen. Przypomniałem sobie, że wczoraj opuścił on klinikę uniwersytecką. Jego lekarz poinformował mnie w zeszłym tygodniu, że ma raka płuc z przerzutami do mózgu. Wiedziałem już wcześniej, że Fred musi umrzeć na raka płuc. Podejrzewałem to już pięć miesięcy wcześniej, kiedy pierwszy raz przyszedł do mnie z ob­jawami ostrej depresji. Depresja, przerywany kaszel, bezustanne palenie nawet w czasie spotkania, wszystko to spowodowało, że skierowałem go na kompletne badania do Uniwersyteckiego Szpitala w Charlottesville. Widocznie jednak Fred nigdy tam nie był. Trzy tygodnie temu moje podejrzenie wzrosło. Postanowiłem go spra­wdzić. Tu w moim gabinecie nie miałem oczywiście należytego wyposażenia, posłużyłem się stetoskopem, co jednak wystarczyło.

Teraz o pierwszej po południu powinien tu być. Czy to możliwe jest, żebym mógł mu pomóc w obliczu jego bliskiej śmierci?

Wprawdzie dokonał on ogromny postęp w ostatnich miesiącach leczenia, ale wiele zostało jeszcze do zrobie­nia. Czas, przede wszystkim czas, był niezbędnie po­trzebny, lecz właśnie czasem Fred już wkrótce nie miał dysponować.

Co więcej, ten złośliwy rak zaatakował teraz, kiedy miał nieco po czterdziestce. Mogło to wydawać się zaprzeczeniem wszystkich wysiłków, jakich dokonał. Jedno dla niego było jasne. Wszystko sprzysięgło się przeciw niemu od urodzenia. Kłopot jednak w tym, że Fred nie był zły... Od czasu kiedy matka go zanied­bywała, przez następstwa spowodowane przez szefów, którzy go wyeksploatowali oraz nieszczęśliwe małżeńst­wo — doszedł do nieudanych stosunków rodzinnych. Poprawa jego zdrowia była naszym celem. Na początku, zaczynając od zaufania do mnie, pierwszy raz w swoim życiu zetknął się z przyjaźnią, i teraz właśnie ma umrzeć!

Ostatecznie los został przypieczętowany, co było, jak sądził, powodem szachrajskiej gry, jaka prowadzona była z nim od samego początku.

Spośród innych zapowiedzianych wizyt tego ranka moja uwaga skupiła się głównie na Fredzie. W czasie lunchu kanapkę zjadłem w gabinecie, na wypadek gdyby przyszedł wcześniej. Lecz minęła pierwsza, pierw­sza piętnaście, a Freda nie było widać. Zjawił się o pierwszej trzydzieści pięć. Pierwszy raz od pięciu miesięcy się spóźnił.

- Nie będę w stanie zapłacić - powiedział, nim zdążył usiąść.

- Porzuciłem dziś pracę - mówiąc to machnął ręką.

- Chcieli, abym został, aż znajdą kogoś na zastępst­wo, ale dlaczego miałbym coś takiego dla nich zrobić. Doktor daje mi cztery miesiące życia! - Podszedł i oparł się na krześle, próbując jeszcze uśmiechnąć się.

- Czy to nie kawał, doktorze? Wszystkie te niepo­wodzenia to przeszłość, w przyszłości będę działał lepiej, tylko że teraz ja już przyszłości nie mam! Te rozmyś­lania o ułożeniu poprawnego współżycia z moją matką i z moją żoną to teraz tylko strata czasu, prawda?

- Przeciwnie - odrzekłem. To jest bardziej pilne teraz, niż kiedykolwiek przedtem. Twoja przyszłość zależy bardziej, niż ci się wydaje od tego, z jakim powodzeniem zdołasz te wzajemne stosunki ułożyć.

Spojrzał na mnie zdziwiony.

- Moja przyszłość? Mówiłem ci, oni dają mi cztery miesiące, co prawdopodobnie znaczy cztery tygodnie, ponieważ doktorzy kłamią jak nikt inny. Szczerze mówiąc, aby to warte było zachodu.

- Ja nie mówię o czterech miesiącach, czterech tygodniach czy czterech latach. Ja mówię o przyszłości, która nie ma wymiaru.

Jak uchylające się przede mną drzwi, ujrzałem otwierające się jego oczy.

- Czy ty mówisz o... niebie i piekle? Daj spokój, doktorze!

Próbowałem utrzymać ton - „do licha z tym". Mogłem jednak zauważyć, że go tym rozzłościłem. Nasza przyjaźń budowana była wolno, całymi tygod­niami, na porozumieniu, że ja byłem w stosunku do niego otwarty. To było bardzo ważne, często powtarzał, że jestem pierwszą osobą, która nigdy nie próbowała go oszukać.

— Nigdy nie pomyślałem, że od ciebie to usłyszę. Jeśli chciałbym posłuchać kiedyś tego kalamburu o ży­ciu bez końca po śmierci, to szedłbym tam, gdzie mi obiecywali skrzydła, harfę i coś tam jeszcze.

Nabrał głębokiego oddechu, starając się dobrać właściwe słowa, a przynajmniej nie złe. Wiedziałem dobrze z jego wcześniejszych opowiadań, że nawet napomknięcie o religii było dla niego klątwą...

Jego okrutni rodzice, którzy uważali się za poboż­nych dlatego, że chodzili systematycznie do kościoła, przekonani byli, że biciem wychowuje się dzieci.

- Nie wiem nic o harfach i skrzydłach - powie­działem. Mogę ci jedynie powiedzieć, co sam widziałem po... — przerwałem w obawie, czy jakieś niebezpieczne słowo nie zerwie wybudowanego między nami zaufania.

Po tym jak zmarłem, powiedziałem w końcu co miałem powiedzieć. Lecz był to człowiek, który lubił kłamać. Toteż w jego oczach mogłem wyglądać teraz jak wyjątkowo udany kłamca.


  • Fred — rozpocząłem z wahaniem. — Był czas, że również z uratowania mnie doktorzy zrezygnowali. Uznano mnie za zmarłego — przykryto prześcieradłem. Fakt, że dziesięć minut później zostałem przywrócony do życia, żeby pozostać nieco dłużej na tej Ziemi, jest dla mnie sprawą marginesową tych wspaniałych wydarzeń.

  • Posłuchaj, Fred — jest to tak piękna sprawa, że chciałbym ci to opowiedzieć.

Fred wyciągnął z paczki papierosa i zapalił drżącymi rękoma.

  • Chcesz, żebym uwierzył, że masz jakąś tam możliwość wejrzenia w przyszłe życie? To, co masz zamiar powiedzieć, czy to nie jest... Zresztą to nie ma znaczenia, nawet gdyby to miało być zwykłe, wszawe oszustwo, bo wszystko i tak się wkrótce skończy.

  • Nie proszę, żebyś w cokolwiek uwierzył. Po prostu mówię ci, w co ja wierzę i wcale nie mam pojęcia, jak to przyszłe życie będzie wyglądać. To, co widziałem, to było tylko spojrzenie z progu i tyle mogę powiedzieć. Lecz to wystarczyło, żeby mnie całkowicie przekonać o dwóch rzeczach.

Po pierwsze, że nasza świadomość nie ulega prze­rwaniu z chwilą fizycznej śmierci, a właściwie to staje się ona bardziej ostra. Po drugie, że to, jak żyjemy tu na Ziemi, jakie wytwarzamy wzajemne stosunki między sobą, ma dużo większe znaczenie, niż możemy sobie wyobrazić.

Po paru minutach Fred był zbyt zły na mnie, żeby mi patrzeć prosto w twarz.



  • Jeżeli nawet byłeś tak chory jak przypuszczasz — pytał, patrząc w brązowo-zielony dywan — jak można mieć pewność, że nie miałeś delirium tremens?

  • Ponieważ, Fred, to, co mi się przydarzyło, było najbardziej realną rzeczą, jaka kiedykolwiek mi się przydarzyła. Od tego czasu miałem możliwość studio­wania snów i halucynacji. Miałem pacjentów, którzy mieli halucynacje. Nie ma tu żadnego podobieństwa.

  • To znaczy, że uczciwie wierzysz, że my... że my będziemy... że znaczy się później?...

  • Mogę ci przysiąc na moje życie, że wszystko, co robiłem przez ostatnie trzydzieści lat: zostanie doktorem psychiatrą, społeczna praca z młodzieżą każdego tygod­nia — wszystko to odnosi się do tego wydarzenia. Nie wierzę, żeby delirium tremens mogło pokierować moim życiem.

— Delirium tremens, nie — przyznał. Ale jeżeli to była chwilowa ułuda?

— Czy ty myślisz, że jestem wariatem?


Śmiałem się, ale pytanie mnie do tego uprawniało.
Obłąkanie najlepiej mu to wszystko wyjaśniło.

— Twardo stawiasz tę sprawę, Fred. Nie przypuszczam, aby ktokolwiek był pewny, że postępuje rozsąd­nie. Tak czy owak, tak niezwykle mnie to zainteresowa­ło, że podjąłem studia na uniwersytecie w Virginii po to, żeby praktykować jako psychiatra.

Stanąłem tam, przed komisją znakomitych nauko­wców, każdy z nich zadawał mi różne pytania. Ponieważ przeżycia, jakie mi się przydarzyły — przypadek śmierci, to, co się następnie stało — były sentencją tego, w co bardzo wierzyłem — czułem, że muszę im to opowie­dzieć i opowiedziałem.

Co o tym znakomici doktorzy myśleli nie wiem, lecz każdy z nich orzekł, że jestem zarówno zdrów, jak i emocjonalnie zrównoważony.

— Dowodzi to, że doktorzy są głupcami — rzekł Fred, lecz uśmiechał się po raz pierwszy, od kiedy tu wszedł. Wiedziałem, że jakkolwiek z rezerwą, gotowy jest jednak mnie wysłuchać.

Historia ta była jednak zbyt długa, żeby mu ją opowiedzieć w czasie jednego czy nawet dwóch seansów, ale czułem, że pomimo tego warto poświęcić na to czas. Fred był tym typem człowieka, któremu niepotrzebna była moja własna interpretacja.

Mógł wysłuchać wszystkich faktów po kolei, a na­stępnie sformułować własną opinię.


  • Nie zamierzam przedstawiać ci moich wniosków, Fred. Po prostu chcę ci opowiedzieć wszystko po kolei, od momentu jak przyjęto mnie do szpitala wojskowego. Później możemy o tym porozmawiać.

  • Szpital wojskowy? — zapytał Fred. Poprawił się na krześle. — Toż to było w czasie drugiej wojny światowej, czy nie tak? Czy to znaczy że zostałeś postrzelony?

— To było w czasie wojny, lecz nie kula mnie powaliła.

Uśmiechnąłem się szeroko, sięgając do pamięci. Była pogoda w zachodnim Teksasie.



II

Przymknąłem oczy, sięgnąłem pamięcią trzydzieści cztery lata wstecz. Przypomniałem sobie długą jazdę pociągiem z Virginii do Abilene w Teksasie razem z setkami młodych rekrutów, takich jak ja, opusz­czających dom po raz pierwszy. Urodziłem się i wy­chowałem w Richmond. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że nigdzie nie ma tak dużo drzew jak u nas.

— Było to we wrześniu 1943 roku — zacząłem.

Byłem w drodze do Camp Barkeley w Teksasie w celu odbycia podstawowego przeszkolenia. Miałem dwadzieścia lat, byłem wysoki, szczupły, dość typowy jak na te czasy, przepełniony ideałami o wygraniu wojny i wychłostaniu nazistów.

Jedyną rzeczą, z którą nie byłem jeszcze przygotowa­ny walczyć, był kurz.

Na stacji w Abilene załadowano nas na samochody ciężarowe, żeby dowieźć do koszar oddalonych o kilka mil. Kurz był tak gęsty, że nie widzieliśmy nic w czasie całej drogi.

Wiedziałem, że Camp Barkeley musi być dużym miastem, ćwiczyło tam 250 000 ludzi. Rozciągnięte mias­to drewnianych baraków sięgało daleko w głąb pustyni i kurzu.

W czasie burzy piaskowej mieliśmy polecenie wkła­dania specjalnych okularów i trzymania ręki na ramie­niu tego z przodu. Mimo tego zderzaliśmy się co chwila.

W listopadzie zaczął padać deszcz i cały ten kurz zamieniał się w bagno. Wiatr mógł jednak wysuszyć powierzchnię tego bagna i wiać tym prosto w twarz. Zwykło się mówić, że jest to jedyne miejsce na Ziemi, gdzie trzeba maszerować w bagnie po kolana i ciągle jeszcze dostawać piaskiem w oczy.

W grudniu na domiar wszystkiego zaczynało się zimno, większe niż kiedykolwiek w Richmond. Dziesią­tego grudnia siedzieliśmy ponad dwie godziny na ziemi w temperaturze dziesięć stopni poniżej zera, kiedy pewien młody porucznik ćwiczył nas, jak należy składać ekwipunek. Tej nocy kaszlał cały pluton. Następnego rana bolało mnie gardło. Zgłosiłem się więc do lekarza. Było raczej pewne, że muszę mieć gorączkę, ale nie była ona zbyt wysoka, około 39°C. Zabrano mnie jednak do szpitala. Szpital był ogromny, na pięć tysięcy łóżek, z których zajętych było nieco ponad dwieście. Niskie drewniane budynki połączone były korytarzami. Ponie­waż miałem gorączkę, przydzielono mnie do oddziału zakaźnego. Były to dwudziestoczterołóżkowe baraki z dyżurką doktora i magazynkiem po jednej stronie, a po drugiej stronie znajdowały się maleńkie jedynki, gdzie kładziono ciężej chorych. Lecz wszystko, co mi dolegało, to była niewielka gorączka, dlatego leżałem na głównej sali.

Jedyną rzeczą, która mnie naprawdę martwiła, było to, że dziś jest 2-go grudnia, a 18-go muszę być w pociągu na trasie do Virginii. Nieoczekiwanie obdarzony zostałem wielką szansą podjęcia nauki od 22 grudnia na Wydziale Medycznym w Virginii i nie chciałem jej stracić przez głupie przeziębienie. Miałem możliwość zostania leka­rzem po odbyciu specjalnych wojskowych studiów. Było to dla mnie tak niezwykłe, że budziłem się w nocy i myślałem, czy to rzeczywiście prawda.

Krótko po Dniu Dziękczynienia wywołano mnie przed oblicza dowódców, wśród których było kilku generałów. Byłem pewien, że jest to sąd wojenny i próbowałem sobie przypomnieć z filmów, czy dają szansę zadzwonienia do rodziców, a potem zabierają i rozstrzeliwują.

Starałem się utrzymać w spokoju drżące kolana, kiedy strzelali do mnie pytaniami. Czy to prawda, że odbyłem kompletne przeszkolenie przedmedyczne w uniwersytecie w Richmond? Czy to prawda, że zostałem przyjęty na studia medyczne na uniwersytecie w Virginii? Jaki był powód mojego wstąpienia do armii, podczas gdy studenci medycyny byli od tego auto­matycznie zwolnieni?

W końcu jeden z oficerów wyjaśnił:



  • Teraz, w czasie zimy 1943 r., odczuwany jest ogromny brak lekarzy, a już w przyszłym roku, o czym każdy wie, będzie miała w Europie miejsce wielka inwazja aliantów. Jak długo potem będzie jeszcze trwała wojna? — Pięć lat. może sześć? Potrzebujemy doktorów szybko, a oczywiste jest, że najszybciej można zrobić ich z żołnierzy, którzy byli już w tym przeszkoleni.

  • Tak jest - odpowiedziałem z uczuciem ulgi.— Studia przedmedyczne ukończyłem poprzedniego lata. Mając lat dziewiętnaście zrobiłem czteroletni kurs w dwa lata, jak to robiło wielu podczas wojny. Prawdą też jest, że moje podanie zostało przyjęte na uniwer­sytecie w Virginii.

A dlaczego wstąpiłem do armii zamiast... była to sprawa osobista, lecz wszyscy patrzyli na mnie czekając na odpowiedź.

— Było to z powodu mojego taty — powiedziałem.


Patrzyli na mnie uważnie, oczekując całego wyjaśnienia, więc mówiłem dalej. Mój tata był ekspertem węglowym w „C i O" Linie Kolejowe. Jeżdżąc do różnych odbior­ców wyjaśnił im, jak należy budować wydajne piece itd. Kiedy nadeszła wojna, „C i O" przekazały ojca do
dyspozycji rządu, który skierował go do inspekcji pieców i kotłów węglowych stosowanych w wojsku na terenie całego kraju. Kiedy inwazja w Europie stała się niemożliwa, został wcielony do armii i przydzielony do grupy przygotowującej paliwo na ,,D-Day".

Mój ojciec należycie wypełniał swoje obowiązki wobec ojczyzny. Już z pierwszą grupą szturmową goto­wy był płynąć za morze, by gromadzić zapasy paliwa. Natomiast ja w wieku dwudziestu lat ciągle chodziłem do szkoły, gdzie nic się nie działo.

Zgłosiłem się więc do wojska jako ochotnik. Wy­słano mnie do Camp Barkeley. Nie powiedziałem oczy­wiście oficerom, że po paru tygodniach w kurzu i błocie zmieniłem zdanie na temat doniosłej wartości piechura na tej wojnie.

Co więcej, czułem, że już na nic nie mogę liczyć i wtedy nadeszła ta nieprawdopodobna wiadomość, że tak czy inaczej idę na studia medyczne i że to armia mnie wysyła.

Leżałem, wpatrując się w drewniany sufit na od­dziale zakaźnym, ubrany w workowatą piżamę, z uczu­ciem satysfakcji, że sprawy przybrały taki obrót. Przy­puszczam, że gdybym był bardziej religijny, mógłbym powiedzieć, że Bóg tak sprawił, ale nie przyszło mi to na myśl. Chodziłem wprawdzie do kościoła, który był w pobliżu domu, ale nie było to dla mnie takie ważne.

Ważne było harcerstwo. Byłem harcerzem od dwu­nastego roku życia, przechodząc wszystkie stopnie od młodzika do orła, a ostatniego lata byłem nawet pomoc­nikiem harcmistrza. Zgłoszenie się do armii na ochot­nika było dobrze widziane, a w nagrodę skierowany zostałem na studia medyczne.

O tym żeby iść na medycynę myślałem chyba przez całe życie, wcześniej nawet niż myślałem o zarabianiu. Dopiero w szkole wyższej dowiedziałem się, że będąc dobrym lekarzem można również dobrze zarabiać. Is­tota sprawy polega na tym, że nie idzie się i nie podejmuje nauki, żeby otrzymać nagrodę. Nagroda jest rezultatem uczciwej i solidnej pracy.

Pielęgniarka zatrzymała się przy moim łóżku i strze­pnęła termometr. Włożyłem go pod język. Spodziewa­łem się dobrego wyniku.

Był piętnasty grudnia. Leżałem już na oddziale cztery dni bez żadnej poprawy i zaczynałem się już martwić, jak dostać się na pociąg osiemnastego grudnia. Nawet po ustaniu gorączki przetrzymywano pacjentów na rekonwalescencji przez kilka następnych dni.

Odczytała termometr i zaznaczyła wynik na dia­gramie.

— Trochę się martwię. Ciągle 39°C — powiedziała z wyrazem współczucia. Opowiedziałem jej o mojej wielkiej szansie. Zarówno ona jak i reszta personelu byli mną głęboko zatroskani.

Byłem wyczerpany tym wyczekiwaniem, dostarczyli mi więc rozkład jazdy, który trzymałem razem ze szklanką wody i nocną lampką. Między nimi leżał rozkład jazdy, który był moim łącznikiem ze światem. Jeślibym osiemnastego nadal musiał pozostać w szpitalu mogłem przestudiować każdy wyjazd, aż do rozpoczęcia zajęć 22 grudnia. Wiedziałem, że dziesiątki innych żołnierzy czekało na moje miejsce, gdybym się nie zjawił. Nawet gdybym jakimś cudem przyjechał po rozpoczęciu zajęć, moje szanse nadrobienia zaległości były znikome. Był to jeden z najbardziej wyśrubowa­nych programów w służbie. Ostrzeżono mnie, że trzecia część studentów zostaje odrzucona w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy.

Połknąłem pastylkę pozostawioną w papierowym kubku przez pielęgniarkę i wróciłem do swoich myśli. Wiedziałem dokładnie, dlaczego naprawdę chcę być lekarzem. Nie dla pieniędzy, ale żeby pomóc dziadkowi Dabney. Dziadek Dabney był ojcem mojej matki. Gdy zamknąłem oczy, widziałem jego niebieskie źrenice i najeżone białe wąsy. Dabneyowie byli francuskimi hugenotami, którzy osiedlili się w Virginii w dziewięt­nastym wieku. W rejonie tym wciąż żyła ich specyficzna mowa. On i babcia Dabney byli dla mnie bardziej rodzicami niż dziadkami. Mama zmarła miesiąc po moim urodzeniu, a tata pracując w "C i O" wiele podróżował. Toteż dziadek i babcia zabrali Mary Jane i mnie do ich drewnianego domu na peryferiach Richmond.

Było to cudowne miejsce do wychowywania młode­go chłopca. Znajdowały się tam wiklinowe krzesła na szerokiej werandzie i bardzo stare dęby w ogrodzie. Do czasu otrzymania zakazu z Prezydium babcia chowała tam także krowę i kury. Była trochę staromodną panią, która zwracała się do męża: „Panie Dabney", i wolała kuchnię opalaną węglem od nowoczesnej kuchni gazo­wej. Każdego ranka byłem budzony stukiem, jaki robiła przy ugniataniu ciasta na chleb. Dziadek Dabney posia­dał największy sklep z obuwiem na południu miasta. Na drugim piętrze, w części z obuwiem dla dzieci, miał gry, które bardzo lubiłem. W inne znów dni brał mnie do warsztatów kolejowych, żeby oglądać montaż silników w parowozowni.

Jeszcze innym członkiem domu była panna Wiliams, pielęgniarka, która przyniosła mnie do domu ze szpita­la, wątłego, chorowitego noworodka, po którym nie spodziewała się, że będzie żył. Dziadzio Dabney lubił opowiadać, że byłem tak mały, iż przyniesiono mnie w pudełku od butów. Panna Wiliams miała okropny gułowaty nos, który niefortunnie został złożony po złamaniu. Wykarmiła mnie ona butelką, co wówczas było niesłychaną innowacją w Richmond. Potem została przy nas i opiekowała się Mary Jane i mną.

Kiedy miałem siedem lat, tato ożenił się ponownie. Wówczas Mary Jane i ja zamieszkaliśmy z tatą i nową mamą w małym domku na ulicy Brook Road, a panna Wiliams odeszła gdzieś do pracy. Ciągle potem każdy weekend spędzałem u dziadka i u babci Dabneyów. W ciągu lat zauważyłem, jak dziadzio coraz bardziej się pochylał na skutek choroby, na którą nikt nie mógł pomóc. Nazwano ją artretyzmem reumatycznym. Kiedy byłem mały, choroba była tylko w jego nogach i chodził o kuli. Następnie rozszerzyła się na ramiona i ręce. Wtedy musiał już być na wózku. Kiedy nabrałem nieco sił, mogłem go przenosić do jego „mobilu" albo do łóżka. Widziałem, jak bardzo cierpiał, był jednak naj­mniej narzekającym człowiekiem na Ziemi.

Bywało, że jego doktor przysłał do niego innych pacjentów w odwiedziny. Wówczas dziadzio miał sposo­bność ich pocieszać. Wtedy podjąłem decyzję zostania doktorem. Było jednak za późno, żeby pomóc dziad­kowi Dabney. Zmarł trzy lata temu, kiedy miałem siedemnaście lat. Pamiętam, gdy wróciłem z harcerskiej wycieczki, znalazłem mego przyrodniego brata Henry'ego i przyrodnią siostrę Bruce pod oknem. Oboje byli zbyt mali, żeby zdać sobie sprawę z tego, co zaszło. Ale zauważyłem, że oboje płakali. Powiedzieli mi, że tata, mama i Mary Jane są w Moss Side.

Wystawiono ciało dziadzia Dabney we frontowym pokoju.

Stałem w drzwiach i czułem jakąś dziwną niechęć wejścia do środka. Szara metalowa trumna stała na stojakach w pobliżu starego edisonowskiego gramofo­nu. W końcu przestąpiłem próg i spojrzałem na dziadka, lecz ta blada, cicha postać nie była dziadkiem Dabney. Był zbyt spokojny i pozbawiony koloru. Szczególnie jego ręce mnie zaszokowały. Nie złożone, kalekie palce leżały wyprostowane płasko na atłasie. Pokrzywione palce dziadka były dla mnie piękne. Te ręce zbyt gładkie, woskowobiałe, wydawały mi się okropne. Nie miałem żadnej szansy pomóc dziadkowi, jednak on rozbudził we mnie świadomość cierpienia ludzi na Ziemi, któremu gorąco pragnąłem jakoś zaradzić. Właś­ciwie to było zabawne, bo skoro tylko dowiedziałem się, że można przy tym zarobić jeszcze pieniądze, od razu zacząłem wyliczać w pamięci, co chciałbym posiadać. Była to dość długa lista, od Cadilaca do łodzi i basenu kąpielowego.

Sanitariusz przyniósł posiłek do jadalni. Odłożyłem marzenia o długim i bogatym życiu, koncentrując się na postawionym przede mną talerzu.

Po posiłku moje myśli powróciły. Dzięki temu przyspieszonemu wojskowemu programowi, spekulowa­łem, będę jednym z najmłodszych lekarzy, jacy kiedykol­wiek uzyskali dyplom, w końcu przecież wojna nie będzie trwała bez końca.

Spojrzałem na rękę. Na owalu z czarnego onyksu umieszczona była złota sowa, przedstawiająca znak bractwa, z napisem „Uniwersytet w Richmond 1945". Jeśli zacznę szkołę medyczną w tym miesiącu i skończę w ciągu trzech lat... Wyobraziłem to sobie jako zupełnie realne, że mając 25 lat mogę mieć Cadillaca.

16 grudnia wyjąłem kolejny raz z szuflady rozkład jazdy i przeleciałem wzrokiem.

Jakkolwiek bym nie obliczał, nie było sposobu na dostanie się z Abilene w Teksasie do Richmond w Virginii w czasie krótszym niż 30 godzin. Natomiast w czasie wojny i na dodatek w okresie Świąt Bożego Narodzenia miałbym szczęście, gdybym się mógł tam dostać w czasie 48 godzin. Z tego wyszło, że 19 grudnia był ostatnim możliwym do przyjęcia dniem wyjazdu. Tymczasem zamiast przeziębienia lekarze nazwali moją chorobę grypą.

Niespodziewanie rano 17 grudnia srebrna rtęć w szklanej rureczce utrzymała się na 36,6°C. Siostra dyżurna zameldowała natychmiast tę dobrą wiadomość lekarzowi dyżurnemu. W ciągu paru minut zjawił się przy moim łóżku. - Biorę cię osobiście na oddział rekonwalescencji — powiedział. Przerzucił moje rzeczy przez drewniany korytarz, a ja poczłapałem za nim w butach i w płaszczu. Byłem głęboko przekonany, że opiekujący się mną personel i wszyscy oficerowie byli gotowi przyspieszyć okres mojej rekonwalescencji i wy­puścić mnie w ciągu kilku dni.

Oddział rekonwalescencji był taki sam jak ten, który opuściłem, 12 łóżek biało emaliowanych wzdłuż każdej ściany — 24 przyłóżkowe stoliki, każdy z nocną lampką. Te same trzy biura, naprzeciw trzy sypialnie. Tyle że stąd można iść do innych oddziałów, przechodząc przez kilka prześwitów między budynkami. Pomimo tego przesiedziałem cały dzień na krawędzi łóżka. Na ze­wnątrz padał śnieg i nie zamierzałem ryzykować ponow­nego przeziębienia w pociągu.

Rozmyślałem o zbliżających się Świętach Bożego Narodzenia. Jak wspaniale byłoby teraz być w Richmond. Pewny byłem, że dają studentom medycyny wolny dzień na Święta, a Święta mógłbym spędzić z rodziną. Tata był daleko, ale mama była na miejscu. Była moją macochą i jakoś dotąd nie ułożyło się jeszcze między nami. Siedząc jednak w tych drewnianych bara­kach czułem, że tęsknię za nią.

Mary Jane i jej mąż mogli nawet przyjechać z Fort Belvair w Virginii. Tęskniłem ogromnie za Mary Jane i nawet za Henrykiem i Bruce Gordon.

Przy zgaszonych światłach pielęgniarka przeszła przez oddział sprawdzając temperaturę i zapisując do notatnika. Było to częścią rutynowych czynności, które wykonywane były w ciągu dnia. Nie myślałem o tym wcale, aż pełniący służbę przyniósł mi ubranie i resztę wyposażenia.

— Idziemy na zakaźny — powiedział.


Skoczyłem do niego: - Coś ty powiedział?

  • Masz gorączkę i mam cię zaprowadzić na oddział zakaźny.

— Moja gorączka przecież minęła, jutro mam być wypisany!

Ze złością poszedł poszukać pielęgniarkę.

Tym razem sprawdziłem temperaturę osobiście: 39,2°C.

Poszedłem za żołnierzem o wiele dłuższym koryta­rzem, chociaż i ten barak wyglądał identycznie jak dwa poprzednie. Miałem nadzieję, że odprowadzi mnie na oddział, który opuściłem tego ranka, gdzie miałem taką miłą opiekę, lecz niestety tak się nie stało.

Dyżurny sanitariusz powiedział, że z powodu na­pływu chorych na grypę każde łóżko jest zajmowane w minutę po opuszczeniu przez poprzedniego pacjenta. Zająłem to, które mi wyznaczył, ale o spaniu nie było mowy. Co ja mogłem począć? Jest 18-sty, nigdy nie pojadę już właściwym pociągiem i nie dostanę się na ten z 19-tego.

Całą noc przewracałem się z boku na bok. Kaszel mój i moich kolegów nie dał mi zasnąć.

Dlaczego moja gorączka nagle podskoczyła? Ze studiów przedmedycznych wiedziałem, że grypa mogła bez szczególnych oznak rozwinąć się w zapalenie płuc, a wtedy niewiele można było poradzić. Kilku doktorów eksperymentowało wprawdzie z nowymi tabletkami, ale nie były one jeszcze w ogólnym użyciu.

Następnego ranka moja gorączka nieco spadła, nie na tyle jednak, abym mógł powrócić na rekonwalescencyjny. Podtrzymało to jednak moją nadzieję.

Opowiedziałem nowej siostrze o moim ostatecznym terminie wyjazdu do Richmond. Okazała się ona równie sympatyczna jak poprzednie. W nocy cały personel z głęboką troską rozważał mój problem. Ktoś znalazł w rozkładzie jazdy jeszcze jeden pociąg wyjeżdżający z Abilene w nocy 19-go. Przy pewnym szczęściu mógł­bym dojechać 20-go o 4-tej rano do Richmond, co mieściło się w czasie.

— Mogę załatwić ci jeepa ze szpitala na dworzec — powiedział mi jeden z doktorów. — Jeśli twoja gorączka będzie spadać, przeniesiemy cię do rekonwalescencyjnego rano, to będzie 19-ty, i będziesz mógł jechać prosto na dworzec, nie zgłaszając się wcale do swojej kompani.

I jakimś cudem moja gorączka powróciła do normy 19-go rano. Zgodnie ze słowem doktora przeniesiony zostałem natychmiast na oddział rekonwalescencyjny. Cały mój ekwipunek i jeep gotowe były do wyjazdu o 3.30 następnego ranka.

Rano ubrałem się w mundur. Próbowałem odpo­cząć, ale byłem zbyt podniecony, żeby usiąść. Około 1700 jakiś facet zaproponował, żeby dla zabicia czasu pójść do kina. Tym razem gotowy byłem to zrobić.

Poszliśmy zaraz po kolacji, ponieważ chcieliśmy położyć się wcześniej spać, nie pamiętam nawet o czym był ten film. Ledwo usiedliśmy, złapał mnie gwałtowny mocny kaszel. Wróciliśmy na oddział o 21.15, tak, żeby być po nocnym obchodzie.

Na służbie był tylko sanitariusz. Odetchnąłem z ulgą.

Napadły mnie myśli, że znowu rośnie gorączka. Nie chciałem widzieć nikogo z termometrem.

Poprosiłem sanitariusza o parę aspiryn, dał mi sześć i trzy tabletki APC (aspiryna, fenactin, cofeina). Były to jedyne lekarstwa, jakimi mógł dysponować. Zabrałem moje ubranie od niego. Razem z wysokimi butami i oliwkowym płaszczem. Ułożyłem to wszystko w no­gach mojego łóżka. Następnie powiesiłem mundur na krześle, tak żeby był gotowy do ubrania w środku nocy.


Jedna z sióstr pożyczyła mi budzik. Sprawdziłem dwu­krotnie, czy jest nastawiony na godz. 3.00. W końcu wziąłem dwie aspiryny i jedną APC i wbrew hałasowi, bo większość żołnierzy wciąż nie spała, położyłem się i zaraz zasnąłem.
III

Obudził mnie spazmatyczny atak kaszlu. Sięgnąłem po spluwaczkę. Bolała mnie głowa, czułem, że klatka piersiowa mi płonie. Na oddziale było cicho i ciemno, tylko małe nocne lampki świeciły z tyłu każdego łóżka. Dwanaście małych żaróweczek wzdłuż każdej ściany.

Która godzina? Spojrzałem na zegarek, ale było za ciemno, żeby dostrzec. Zbliżyłem zegarek do światła.

Północ.


Wypiłem szklankę wody z dzbanka stojącego na stole. Połknąłem dwie następne aspiryny i następną APC. Położyłem się z powrotem, zauważając po raz pierwszy, że moja koszula stała się mokra. Podniosłem się, żeby splunąć do spluwaczki. W końcu musiałem się zdrzemnąć, ponieważ obudziłem się nagle, walcząc o po­wietrze. Kiedy atak kaszlu mi przeszedł, spojrzałem znowu na zegarek. Było dziesięć po drugiej. Do wstania została mi mniej niż godzina. Czułem się potwornie, a serce biło mi jak młot. Wziąłem ostatnią aspirynę i próbowałem zasnąć, ale kaszel nie ustawał. Sięgnąłem po wodę. W końcu poprawiłem poduszkę i usiadłem. Wydawało mi się, że to pomoże na kaszel, ale bolało mnie wszystko i czułem przypływ gorączki. Tak długo, jak nikt się o tym nie dowie, miałem szansę dostać się na pociąg.

Znowu popatrzyłem na zegarek. Czas się ubierać. Wyłączyłem budzik, żeby nie niepokoić innych. Wstałem, myśląc, czy jeżeli włączę światło, to inni się nie pobudzą, ale jeżeli nie obudził ich ten okropny kaszel, to co jeszcze mogło ich obudzić. Zapaliłem światło i prze­szedłem wkoło łóżka. Zauważyłem, że trzęsą mi się nogi. Ubrałem mundur i cofnąłem się ostrożnie do łóżka. Wszystko się koło mnie kręciło. Muszę być ostrożny, żeby kierowca jeepa nic nie zauważył — pomyślałem. Spojrzałem w dół pod stolik. Spluwaczka była wypeł­niona jasnoczerwoną krwią...

Światło przeświecało z pobliskiej dyżurki. Poszedłem tam i spojrzałem do środka. Sanitariusz mający służbę czytał gazetę.

- Daj mi na chwilę termometr — poprosiłem.

Podał mi jeden z półki. Odszedłem parę kroków, włożyłem go do ust. Po minucie odczytałem przy świetle dochodzącym od drzwi magazynku. Zdawało mi się to niemożliwe. Bez względu na to jak obracałem termo­metr, srebrny promień rtęci wypełniał całą rurkę.

— 42°C! — wrzasnął sanitariusz i zanim mogłem go zatrzymać, wybiegł przez podwójne drzwi na korytarz.

W minutę później był z powrotem wraz z siostrą dyżurną. Dali mi drugi termometr pod język, patrzyli na mnie uważnie, podczas gdy ja przeklinałem w myśli moją oczywistą głupotę. Wyjęła mi po chwili z ust termometr.

— Siądź.


Rządziła mną jak małym dzieckiem. - Zostań przy nim — nakazała strażnikowi. — Za­raz będę z powrotem.

  • Nie mogę tu czekać — mówię do sanitariusza. Muszę się ubrać, wyjeżdżam do Abilene! Jeep zabiera mnie za dwadzieścia minut!

  • W porządku — powiedział — posiedź trochę i wszystko będzie grało.

Ten lunatyk nie zwracał na mnie żadnej uwagi. Doktor przyszedł, obstukał mi klatkę piersiową, zaczął mówić o prześwietleniu.

— Nie dojdzie tak daleko — rzekł do siostry — lepiej niech siostra wezwie karetkę.

Siostra dzwoniła, podczas gdy ja starałem się wyjaś­nić, że nie czekam na ambulans, ale na jeepa. Jeszcze ciągle im tłumaczyłem, kiedy nadbiegli dwaj sanitariusze z noszami. Doktor kazał mi się położyć, co było czystą głupotą, gdy miałem się właśnie ubierać. Ale jak tu w wojsku przekonać kapitana. Położyłem się, a oni okryli mnie kocem.

W minutę później na twarzy poczułem powiew zimnego powietrza. Wsunęli mnie na tył ambulansu i popędziliśmy drogą. W chwilę później otworzyły się drzwi ambulansu, poczułem znów lodowate powietrze. Przeniesiono mnie na noszach do gabinetu pełnego maszyn. Człowiek w białym fartuchu pochylił się nade mną.

Omal nie parsknąłem śmiechem, kiedy dwóch sani­tariuszy wzięło mnie pod ramiona i podniosło na nogi. Mogłem stać o wiele dłużej, żebym tylko mógł wydostać się stąd na stację kolejową.

Ciągle trzymając mnie pod ramiona przeprowadzili mnie na prawo, gdzie ustawiono siodłate wgłębienie na wysokości pobródka.

Człowiek w bieli zmierzył mnie oczami.

— Sześć stóp i dwa cale — powiedział.


Obrócił wysięg z wyżłobieniem, podniósł nieco dźwi­gnię.

— W porządku, trzymaj tak przez chwilę.

Puścili mnie wówczas i odstąpili do tyłu za przepie­rzenie. Posłyszałem trzask i turkot, który narastał, czułem go w sobie i czułem go w głowie, moje kolana stawały się jak z gumy, ugięły się i upadłem.

  1   2   3   4   5


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna