Skanowała: hurka Tytuł oryginału: Many lives, many masters



Pobieranie 0.65 Mb.
Strona1/8
Data04.05.2016
Rozmiar0.65 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8





skanowała: hurka Tytuł oryginału: Many lives, many masters







Wstęp

Wiem, że wszystko ma swoją przyczynę. Zapewne w chwili, kiedy coś się dzieje, nie domyślamy się ani wyobrażamy sobie, jaka jest tego przyczyna, jeśli jednak uzbroimy się w cierpliwość, po pewnym czasie objawi się nam.

Tak też było z Katarzyną. Po raz pierwszy spotkałem się z nią w 1980, kiedy miała dwadzieścia siedem lat. Zgłosiła się do mnie, ponieważ cierpiała na stany lęko­we, ataki strachu i fobie. Chociaż te objawy występowa­ły u niej już w dzieciństwie, ostatnio znacznie się nasiliły. Z każdym dniem występowały coraz większe zaburzenia w sferze emocjonalnej, coraz trudniej było jej normalnie żyć i pracować. Była tym przerażona i rzecz jasna bardzo zgnębiona.

W przeciwieństwie do chaosu, jaki panował w jej życiu, moje płynęło spokojnie. Miałem udane małżeńst­wo, dwoje małych dzieci i dobrze rozwijającą się prak­tykę lekarską.

Od samego początku moje życie układało się bez wstrząsów. Wyrosłem w kochającej rodzinie. Studia ukoń­czyłem z łatwością i na drugim roku w college'u po­stanowiłem zostać psychiatrą.

Studia na Uniwersytecie Columbia skończyłem magna cum laude w 1966. Potem przeniosłem się na Wydział Medyczny Uniwersytetu Yale, gdzie w 1970 zrobiłem doktorat. Po odbyciu praktyki w Centrum Medycznym Nowojorskiego Uniwersytetu Bellevue wróciłem do Ya­le, żeby zrobić specjalizację z psychiatrii. Następnie jako psychiatra pracowałem na Uniwersytecie Pittsburgskim. W dwa lata później objąłem kierownictwo działu psycho-farmakologicznego na uniwersytecie w Miami. Tutaj zyskałem sobie rozgłos w całych Stanach z powodu osiągnięć na polu psychiatrii biologicznej i publikacji dotyczących skutków nadużywania leków. Po czterech latach pracy na tym uniwersytecie otrzymałem stanowis­ko docenta psychiatrii na wydziale medycznym i zo­stałem mianowany kierownikiem oddziału psychiatrycz­nego dużego szpitala, afiliowanego przy uniwersytecie w Miami. W tym okresie ogłosiłem trzydzieści siedem prac naukowych z mojej dziedziny.

Lata studiów wymagających wielkiej dyscypliny spra­wiły, że rozumowałem jak naukowiec i lekarz i kroczy­łem w moim zawodzie wąską ścieżką profesjonalnego konserwatyzmu. Nie wierzyłem w nic, czego nie można było dowieść tradycyjnymi metodami naukowymi. Wie­działem, że w niektórych znaczniejszych uniwersytetach naszego kraju są prowadzone jakieś badania z dziedziny parapsychologii, ale nie zwróciłem na to uwagi. Było to dla mnie zbyt odległe.

I wtedy moją pacjentką została Katarzyną. Przez osiemnaście miesięcy stosowałem konwencjonalne me­tody terapeutyczne, żeby ją wyleczyć. Kiedy wszystko zawiodło, zacząłem stosować hipnozę. W czasie serii seansów Katarzyna przypomniała sobie dawne prze­życia z innych wcieleń, które, jak się okazało, były przy­czyną jej dolegliwości. Była też pośredniczką w przeka­zywaniu informacji od wyżej ewoluowanych „ducho­wych istot" i dzięki nim odkryła mi wiele tajemnic życia i śmierci. W ciągu kilku miesięcy niepokojące objawy ustąpiły i jak nigdy dotąd żyła wreszcie spokojnie i szczęśliwie.

Nic w mojej przeszłości nie przygotowało mnie do tego. Nie potrafiłem też znaleźć żadnych naukowych wyjaśnień zjawisk, których byłem świadkiem. Istnieje bardzo wiele rzeczy dotyczących ducha umysłu ludz­kiego, które przekraczają nasze zrozumienie. Zapewne Katarzyna pod wpływem hipnozy była w stanie skon­centrować się na tej części swej podświadomości, która gromadziła wspomnienia sprzed jej obecnego życia, a może włączyła się w to, co psychoanalityk Carl Jung określił jako zbiorową podświadomość, źródło energii, które nas otacza i zawiera wspomnienia całej ludzkiej rasy.

Uczeni zaczynają szukać na to odpowiedzi. My jako społeczeństwo możemy wiele dowiedzieć się z badań nad tajemnicami umysłu, duszy i wpływie przeżyć w dawnych wcieleniach na obecne nasze zachowanie. Oczywiście możliwości powiązań z różnymi dziedzina­mi nauki są niezliczone, zwłaszcza z medycyną, psy­chiatrią, teologią i filozofią.

Mimo to ściśle naukowe badania w tej materii są w powijakach. Poczyniono znaczny postęp w odkrywa­niu przeróżnych zjawisk, ale proces ten jest powolny i spotyka się z dużym sprzeciwem zarówno naukowców, jak i zwykłych ludzi.

W ciągu swych dziejów ludzkość opornie przyjmowa­ła zmiany i nowe poglądy. Wiedza historyczna pełna jest takich przykładów. Kiedy Galileusz odkrył księżyce wokół Jowisza, ówcześni astronomowie odrzucili ist­nienie tych satelitów, ba, nawet nie chcieli na nie spoj­rzeć, ponieważ ich istnienie stało w sprzeczności z przy­jętymi przez nich poglądami. Podobnie jest teraz z psy­chiatrami oraz innymi terapeutami, którzy nie chcą zbadać i przeanalizować istotnych dowodów, jakie ze­brano na temat życia po cielesnej śmierci i wspomnień z innych wcieleń. Oni po prostu mocno zamykają oczy na te sprawy.

Książka ta jest moim skromnym wkładem w obecnie prowadzone badania na polu parapsychologii, zwłasz­cza w dziedzinie dotyczącej naszych przeżyć przed naro­dzinami i po śmierci. Każde słowo, które tu przeczyta­cie, jest prawdą. Nic nie dodałem, usunąłem tylko te fragmenty, które się powtarzały. Szczegóły dotyczące tożsamości Katarzyny nieznacznie zmieniłem, żeby za­pewnić jej anonimowość. Cztery lata zajęło mi, żeby opisać to, co się wydarzyło, cztery długie lata, żeby ze­brać się na odwagę i ryzykując zawodową opinią, opu­blikować te nieortodoksyjne materiały.

Pewnego wieczoru, kiedy byłem pod prysznicem, po­czułem nagle, że muszę przelać na papier to, czego się dowiedziałem. Byłem przekonany, że nadeszła właściwa chwila, że nie mogę dłużej ukrywać uzyskanej wiedzy i muszę się podzielić nią z innymi, że nie wolno mi jej taić. Zdobyłem ją dzięki Katarzynie, a teraz tym, co wiem, muszę się podzielić z innymi ludźmi. Miałem pełną świadomość, że ewentualne konsekwencje, jakie mogą mi grozić, są niczym, a gdybym zataił to, co wiem na temat nieśmiertelności i prawdziwego znaczenia ży­cia, byłby to czyn karygodny.

Wybiegłem z łazienki i usiadłem przy biurku, w któ­rym trzymałem taśmy magnetofonowe nagrane podczas moich seansów z Katarzyną. Nad ranem pomyślałem o moim węgierskim dziadku, który zmarł, kiedy byłem jeszcze chłopcem. Ilekroć mówiłem mu, że się boję podejmować ryzyko, z serdecznym uśmiechem dodawał mi otuchy, powtarzając z kiepskim akcentem swój ulu­biony angielski zwrot: „Do diabła z torpedami, cała naprzód!"
Rozdział pierwszy

Kiedy pierwszy raz ujrzałem Katarzynę, ubrana była w czerwoną sukienkę i przerzucała kartki jakiegoś ma­gazynu w mojej poczekalni. Wyraźnie z trudem od­dychała. Przedtem ze dwadzieścia minut nerwowo prze­mierzała korytarz przed wejściem na oddział psychiatrii, walcząc z chęcią ucieczki.

Powitałem ją, wymieniając uścisk ręki. Zauważyłem, że jej dłonie są zimne i wilgotne, co świadczyło o silnym zdenerwowaniu. Przez dwa miesiące nie odważyła się przyjść do mnie, mimo że usilnie namawiało ją na to dwóch lekarzy, którym całkowicie wierzyła. Wreszcie przyszła.

Katarzyna jest niezwykle atrakcyjną kobietą, blon­dynką o dość długich włosach i brązowych oczach. W tym czasie pracowała jako laborantka w szpitalu, w któ­rym byłem ordynatorem oddziału psychiatrycznego, po­za tym dodatkowo zarabiała jako modelka reklamująca kostiumy kąpielowe.

Wprowadziłem ją do mego gabinetu, gdzie znajdowa­ła się leżanka i wielki skórzany fotel. Usiedliśmy na­przeciw siebie, rozdzieleni tylko blatem biurka. Katarzy­na milcząc oparła się w fotelu, nie wiedząc jak zacząć. Czekałem, gdyż wolałem, żeby to ona pierwsza się odezwała, ale wreszcie zacząłem wypytywać ją o jej prze­szłość, o to, kim jest i dlaczego do mnie przyszła.

Z odpowiedzi poznałem historię życia Katarzyny. Była jednym z trojga dzieci w katolickiej rodzinie, w małym miasteczku w stanie Massachusetts. Jej brat, starszy o trzy lata, był bardzo wysportowany i cieszył się swobodą, na jaką jej nigdy nie pozwalano. Młodsza siostra była ulubienicą obojga rodziców.

Kiedy zaczęliśmy rozmawiać o jej dolegliwościach, wyraźnie stała się spięta i nerwowa. Mówiła szybko i pochylała się w przód, opierając łokciami o biurko. Całe życie była przytłoczona strachem. Tak bardzo bała się udusić, że nie mogła przełknąć żadnej pigułki, bała się wody, samolotów, ciemności, przerażała ją śmierć. Często spała w garderobie na ubranie. Ostatnio te stany lękowe nasiliły się. Mijały zwykle dwie, trzy godziny, nim mogła zasnąć. A kiedy już spała, spała bardzo lekko, często się budząc. Koszmary i wędrówki we śnie, które były plagą jej dzieciństwa, znowu powróciły. Po­nieważ te lęki oraz inne objawy paraliżowały ją, po­grążała się w coraz głębszej depresji.

Kiedy Katarzyna wszystko to opowiadała mi, widzia­łem, jak bardzo cierpi. Podczas mej praktyki pomogłem wielu ludziom takim jak ona, byłem więc pewien, że i tym razem mi się to uda. Postanowiłem, że przede wszystkim sięgniemy do jej dzieciństwa, szukając tam źródła wszystkich problemów. Zwykle tego rodzaju ana­liza pomaga usunąć lęk. Gdyby to było konieczne i gdy­by mogła łykać tabletki na poprawę samopoczucia, zapisałbym jakieś łagodne leki przeciwlękowe. Na podstawie symptomów Katarzyny byłaby to typowa kura­cja podręcznikowa, a ja nigdy nie wahałem się stosować środków uspokajających lub nawet antydepresyjnych, lecząc chroniczne, poważne stany lękowe. Obecnie uży­wam tych leków o wiele rzadziej i tylko przejściowo, jeśli w ogóle ich używam. Żadne lekarstwo nie może sięgnąć do prawdziwych przyczyn tych objawów. Do­wiodło tego moje doświadczenie z Katarzyną oraz po­dobnymi do niej innymi pacjentami. Teraz wiem, że trzeba stosować odpowiednią kurację, a nie tylko usu­wać lub tłumić objawy.

W czasie pierwszej wizyty starałem się delikatnie ją skłonić,- żeby się cofnęła do dzieciństwa. Ponieważ Ka­tarzyna pamiętała zdumiewająco małą ilość wydarzeń z pierwszych lat swego życia, pomyślałem, że być może należałoby zastosować terapię hipnozą jako środek, żeby opanować to zahamowanie. Nie mogła sobie przy­pomnieć żadnych konkretnych bolesnych momentów w dzieciństwie, które wyjaśniałyby późniejsze napady lęku.

Kiedy z wysiłkiem starała się ożywić dawne wspo­mnienia, zaczęły się pojawiać poszczególne fragmenty. W wieku pięciu lat wpadła w panikę, ponieważ ktoś ją zrzucił z trampoliny do basenu. Powiedziała mi, że jednak nawet przed tym zdarzeniem nigdy nie czuła się bezpiecznie w wodzie. Kiedy Katarzyna miała jedenaś­cie lat, jej matka zapadła na ciężką depresję i wyłączyła się z życia rodzinnego co spowodowało, że musiała się leczyć u psychiatry, który przepisał jej elektrowstrząsy. Kuracja ta fatalnie wpłynęła na pamięć matki, co bar­dzo przeraziło Katarzynę, ale kiedy matce się polepszyło i znowu stała się „sobą", Katarzyna powiedziała mi, że jej lęk ustąpił. Ojciec przez długie lata nadużywał al­koholu, tak że brat Katarzyny często musiał go zabierać pijanego z lokalnego baru. Nasilający się nałóg był przyczyną wielu kłótni z matką, która potem była bardzo smutna i milcząca. Dla Katarzyny było to jed­nak zjawisko oczywiste w życiu rodzinnym.

Poza domem życie jej układało się lepiej. W szkole średniej miała randki i łatwo zawierała przyjaźnie, któ­rych większość trwała wiele lat. Mimo to była raczej nieufna wobec ludzi, zwłaszcza tych spoza swego małe­go kręgu przyjaciół.

Przekonania religijne miała proste i nie podlegające wątpliwościom. Od dzieciństwa wychowywana była tak, że wierzyła bez reszty w dogmaty katolickie i prze­strzegała praktyk religijnych. W rezultacie nigdy nie wątpiła w zasady swojej wiary. Była głęboko przekona­na, że jeśli człowiek jest dobrym katolikiem i żyje zgodnie z wszelkimi kanonami, zostanie nagrodzony i pójdzie do nieba, jeśli nie, będzie skazany na czyściec lub piekło. To Bóg Ojciec i Jego Syn podejmowali tę ostateczną decyzję. Później dowiedziałem się, że Kata­rzyna nie wierzyła w reinkarnację, w rzeczywistości bardzo niewiele o tym wiedziała, choć coś tam czytała na temat hinduizmu. Reinkarnacja była ideą całkowicie sprzeczną z jej wychowaniem i poglądami. Nigdy nie czytała żadnej literatury metafizycznej czy okultystycz­nej, ponieważ ją to nie interesowało. Słowem, była nie­złomna w swojej wierze.

Po szkole średniej Katarzyna skończyła dwuletni kurs dla techników laboratoryjnych. Zdobywszy zawód i za­chęcona tym, że jej brat przeniósł się do Tampa, Kata­rzyna postarała się o pracę w klinice uniwersyteckiej wydziału medycznego w Miami. Do Miami przeniosła się wiosną 1974, mając dwadzieścia jeden lat.

Życie w Miami okazało się dla niej trudniejsze niż w małym miasteczku, ale mimo to była zadowolona, że uciekła od rodzinnych problemów.

W czasie pierwszego roku pobytu w Miami, Katarzy­na spotkała Stuarta, Żyda, człowieka żonatego, ojca dwojga dzieci. Różnił się on całkowicie od chłopców, z którymi chodziła na randki. Był to wzięty lekarz, o mocnym charakterze, agresywny. Czuli do siebie wielki pociąg fizyczny, ale ich romans był burzliwy, pełen konfliktów. Miała wrażenie jakby ją zaczarował. W okresie, kiedy Katarzyna zaczęła kurację, jej związek ze Stuartem trwał szósty rok i był bardzo silny, mimo że nie zawsze działo się dobrze. Katarzyna nie potrafiła się oprzeć Stuartowi, choć czasem traktował ją bardzo źle, gniewało ją to, że ją okłamuje, nie dotrzymuje słowa i jest wobec niej dwulicowy.

Kilka miesięcy przed przyjściem do mnie Katarzyna musiała się poddać zabiegowi usunięcia łagodnego guz­ka na strunie głosowej. Bała się zabiegu, ale była wręcz przerażona, kiedy się po nim obudziła. Wiele godzin trwało, nim personel medyczny ją uspokoił. Po tym zdarzeniu udała się do doktora Edwarda Poole'a. Ed z zawodu był pediatrą, człowiekiem bardzo sympatycz­nym, Katarzyna poznała go podczas pracy w szpitalu. Oboje poczuli do siebie sympatię i nawiązała się między nimi bliska przyjaźń. Katarzyna szczerze opowiedziała Edowi o swych lękach, o związku ze Stuartem i o tym, że czuje, jak traci kontrolę nad swoim życiem. Ed poradził jej, żeby się ze mną, i tylko ze mną, umówiła, nie z żadnym z moich asystentów. Kiedy Ed do mnie wpadł i opowiedział o niej, stwierdził, że jego zdaniem tylko ja mogę naprawdę zrozumieć Katarzynę, mimo że inni psychiatrzy też mają znakomite kwalifikacje i są zdolnymi terapeutami. Jednak wtedy Katarzyna nie zgłosiła się.

Minęło osiem tygodni. W wirze spraw związanych z faktem, że byłem kierownikiem oddziału psychiatrycz­nego, zapomniałem o wizycie Eda. A lęki i fobie Ka­tarzyny narastały. Doktor Frank Acker, szef chirurgii znał Katarzynę od kilku lat, często żartowali ze sobą, kiedy wpadał do laboratorium, w którym pracowała. Zauważył więc jej zły nastrój i napięcie, w jakim żyła. Kilkakrotnie chciał coś powiedzieć na ten temat, ale się nie odważył. Pewnego popołudnia Frank jechał samo­chodem do małego szpitala poza miastem, żeby wygłosić tam wykład. W drodze zauważył jadącą do domu Ka­tarzynę, która mieszkała w pobliżu tego właśnie szpita­la, wychylił się przez okno i pomachał do niej ręką, wołając przy tym:

- Chcę, żebyś jak najszybciej zobaczyła się z dok­torem Weissem. Nie zwlekaj!

Choć chirurdzy muszą często działać pod wpływem impulsu, sam Frank był zdziwiony tym co zrobił.

U Katarzyny ataki lęku i paniki stawały się coraz częstsze i coraz dłuższe. Zaczęła mieć powtarzające się koszmarne sny. W jednym z nich zawalił się most, przez który jechała samochodem. Jej wóz wpadł do wody, a ona uwięziona w nim, utonęła. W drugim śnie zam-knięta była w ciemnym jak smoła pokoju i potykając się wpadając na meble, nie mogła znaleźć wyjścia. W konsekwencji postanowiła się ze mną zobaczyć.

Podczas pierwszego spotkania z Katarzyną nie miałem pojęcia, że wkrótce moje całe życie wywróci się do góry nogami, że ta przerażona, pozbawiona równowagi siedząca naprzeciw mnie młoda kobieta będzie katalizatorem niezwykłych zmian i że ja sam nigdy więcej nie będę taki jak przedtem.
Rozdział drugi

Minęło osiemnaście miesięcy intensywnej terapii, kiedy Katarzyna przychodziła do mego gabinetu lekarskiego raz lub dwa razy w tygodniu. Była ona pacjentką dobrą, komunikatywną, obdarzoną intuicją i bardzo pragnęła wyzdrowieć.

Podczas tego okresu badaliśmy jej uczucia, myśli i sny. Zrozumiała własne powtarzające się wzorce za­chowania. Przypominała sobie coraz więcej ważnych szczegółów z dawnych lat, takich na przykład jak długie okresy nieobecności ojca, marynarza floty handlowej, i jego awanturowanie się po nadmiernym pijaństwie. Coraz lepiej zaczęła rozumieć swój gwałtowny związek ze Stuartem i w sposób coraz bardziej właściwy wyraża­ła swój gniew. Wiedziałem, że teraz powinna nastąpić znaczna poprawa. Pacjentom zwykle wtedy się polepsza, kiedy przypominają sobie przykre fakty z przeszłości, kiedy uczą się rozpoznawać i poprawiać złe wzorce swego zachowania, kiedy z dalszej, bardziej oderwanej perspektywy wnikliwie patrzą na swoje problemy. Ale stan Katarzyny nie poprawiał się.

Nadal dręczyły ją ataki panicznego lęku, nadal się pojawiały bardzo wyraziste koszmary senne, nadal też bała się ciemności, wody i zamknięcia. Sen jej ciągle był urywany i nie przynosił odpoczynku. Miewała przy­spieszone bicie serca. Nie chciała brać żadnych lekarstw w obawie, że zakrztusi się pastylkami. Miałem takie uczucie, jakbym natrafił na mur, i żebym nie wiem co robił, ten mur pozostawał tak wysoki, iż żadne z nas nie było w stanie go pokonać. Ale choć bardzo się martwiłem tą sytuacją, postanowiłem, że w jakiś sposób muszę pomóc Katarzynie.

I wtedy zdarzyła się dziwna rzecz. Choć tak bardzo bała się latać samolotem, że w czasie lotu musiała dodawać sobie odwagi kilkoma drinkami, wiosną 1982 poleciała ze Stuartem do Chicago. Podczas pobytu tam namówiła go, żeby poszli do muzeum sztuki i zwiedzili wystawę zabytków starożytnego Egiptu. W muzeum przyłączyli się do grupy oprowadzanej przez przewod­nika.

Katarzyna zawsze interesowała się starożytnym Egip­tem i fotografiami zabytków z tego okresu. Nie była specjalistką w tej dziedzinie i nigdy nie studiowała tego właśnie okresu historii, ale jakoś bardzo ją pociągał.

Kiedy zaś przewodnik zaczął omawiać pewne przed­mioty z owych czasów, nagle zaczęła go poprawiać... i miała rację! Przewodnik był tym zdumiony, Katarzyna zaskoczona. Skąd wiedziała to wszystko? Dlaczego ży­wiła tak silne przekonanie, że ma rację i publicznie po­prawiała przewodnika? Może były to jakieś szczegóły, które zapomniała w dzieciństwie?

Podczas naszego następnego spotkania opowiedziała mi, co zaszło. Kilka tygodni przedtem proponowałem Katarzynie hipnozę, ale ona bała się tego i odmówiła.

Teraz, po wydarzeniu na wystawie sztuki staroegipskiej, choć opornie, ale zgodziła się.

Hipnoza jest znakomitą metodą, by pomóc pacjen­towi przypomnieć dawno zapomniane zdarzenia. Nie ma w tym nic tajemniczego. Chodzi po prostu o wywo­łanie stanu wielkiej koncentracji. Pod wpływem wskazó­wek doświadczonego hipnotyzera ciało pacjenta rozluź­nia się, a pamięć nabiera ostrości. Hipnotyzowałem setki pacjentów i przekonałem się, że dzięki tej metodzie można opanować stany lękowe, wyeliminować fobie, zmienić złe przyzwyczajenia i przywołać odsuwane w głąb niepamięci zdarzenia. Udawało mi się cofnąć pac­jentów do ich wczesnego dzieciństwa, kiedy mieli dwa, trzy lata, w ten sposób ukazując dawno zapomniane urazy, które miały fatalny wpływ na ich życie. Dlatego byłem przekonany, że hipnoza pomoże Katarzynie.

Poleciłem jej położyć się na kanapce, z głową na małej poduszce i lekko przymknąć oczy. Najpierw zajęliśmy się jej oddechem. Z każdym wydechem usuwała na­gromadzone napięcie i lęk, z każdym wdechem jeszcze bardziej rozluźniała się. Po kilku minutach ćwiczeń oddechowych poleciłem jej, żeby wyobraziła sobie, iż kolejno rozluźniają się jej mięśnie, począwszy od mięśni twarzy, potem szyi i ramion, rąk, mięśni brzucha i ple­ców, i wreszcie nóg, aż poczuje, że jej ciało zanurza się coraz głębiej i głębiej w leżankę.

Następnie poleciłem, żeby sobie wyobraziła jasne bia­łe światło na czubku swej głowy, wewnątrz ciała. I po­tem kiedy to światło sprowadzałem coraz niżej, ono całkowicie odprężało każdy mięsień, nerw, każdy narząd — całe jej ciało — wprowadzając ją w stan coraz głębszego relaksu i spokoju. Czuła się coraz bardziej śpiąca, coraz bardziej uspokojona. Wreszcie na moje polecenie światło wypełniło ją całą i otoczyło.

Powoli zacząłem liczyć od dziesięciu do jednego. Przy każdej cyfrze osiągała coraz głębszą fazę odprężenia. Była w stanie skoncentrować się na moim głosie i wy­kluczyć wszystkie dźwięki tła. Przy cyfrze jeden była już w średnio głębokim stanie hipnozy. Cały ten proces trwał około dwudziestu minut.

Potem zaczął się etap powrotu do przeszłości, po­prosiłem ją, żeby przypomniała sobie stopniowo, to co pamięta z wczesnych lat swego życia. Mimo że była pogrążona w głębokim śnie hipnotycznym, mogła mó­wić i odpowiadać na moje pytania. Pamiętała bolesną wizytę u dentysty, kiedy miała sześć lat. Bardzo wyraź­nie pamiętała swój wielki strach, kiedy mając pięć lat została zepchnięta z trampoliny do basenu. Zakrztusiła się wtedy połykając wodę, i teraz kiedy mówiła o tym w moim gabinecie, zaczęła się okropnie krztusić. Powie­działem jej, że już jest po wszystkim, że nie jest w wo­dzie. Krztuszenie natychmiast ustąpiło, zaczęła normal­nie oddychać. Ciągle była w głębokim transie.

Kiedy miała trzy lata wydarzyła się jej najgorsza przygoda. Obudziła się wtedy w swoim ciemnym pokoju i wiedziała, że jest w nim pijany ojciec. Śmierdział alkoholem, a ona teraz nawet czuła ten zapach. Dotykał ją i głaskał, nawet „tam, nisko". Przerażona rozpłakała się, usta więc zakrył jej szorstką dłonią. Nie mogła oddychać. W moim gabinecie, na leżance w dwadzieścia pięć lat później Katarzyna zaczęła łkać. Wiedziałem, że mamy teraz informację, klucz do tajemnicy. Byłem pewien, że odtąd niepokojące objawy szybko ustąpią. Cichym głosem powiedziałem, że to wszystko dawno minęło, że nie jest w swoim dziecinnym pokoju, lecz spokojnie leży pogrążona nadal w transie. Przestała płakać. Teraz wprowadziłem ją w teraźniejszość, a na­stępnie obudziłem, przedtem wydając polecenie, żeby zapamiętała wszystko, co mi opowiedziała. Resztę czasu poświęciliśmy na rozmowę o tym bardzo żywym i boles­nym incydencie z ojcem. Starałem się pomóc, żeby zaakceptowała i przyjęła tę „nową" wiedzę. Dopiero teraz zrozumiała swój stosunek do ojca, jego postępo­wanie wobec niej, jego wyniosłość i własny lęk. Kiedy wychodziła z mego gabinetu, jeszcze się trzęsła, ale ja byłem pewien, że to, czego się dowiedziała, warte było tego chwilowego szoku.

Podczas trudnych chwil odkrywania jej bolesnych głęboko ukrytych wspomnień, całkiem zapomniałem o tym, żeby szukać w jej dzieciństwie jakichś związków ze starożytnym Egiptem. Teraz, kiedy przypomniała sobie te przerażające wydarzenia, spodziewałem się, że nastąpi znaczna poprawa w stanie jej zdrowia.

Mimo to, jak mi powiedziała tydzień później, sym­ptomy nadal były takie same, równie dotkliwe jak poprzednio. Byłem zdumiony. Nie wiedziałem, gdzie się krył błąd. Czy mogło się wydarzyć coś, nim ukończyła trzeci rok życia? Odkryliśmy całkiem wystarczające po­wody, czemu bała się uduszenia w wodzie, ciemności i zamknięcia, a mimo to dokuczliwy lęk i ataki nieopanowanego strachu nadal trapiły ją, gdy się budziła. Również koszmary senne były tak samo okropne jak przedtem. Postanowiłem więc, że będę ją wprowadzać w dalszą jeszcze przeszłość.

Podczas hipnozy moja pacjentka mówiła szeptem powoli i z namysłem. Dzięki temu mogłem dosłownie zapisywać każde jej słowo, a następnie cytować Kata­rzynie wszystko co powiedziała.

Powoli wprowadziłem ją w czasy, kiedy ukończyła dwa lata", ale nie miała żadnych istotnych wspomnień z tego okresu. Wydałem jej więc stanowcze i wyraźne polecenie:


  • Cofnij się do tego okresu, który był przyczyną twoich objawów. — Jednak całkowicie byłem nie przy­gotowany na to, co usłyszałem.

  • Widzę białe stopnie prowadzące do wielkiego bu­dynku z kolumnami, otwartego z przodu, nie ma tam drzwi wejściowych. Mam na sobie długą suknię... worek z jakiegoś surowego materiału. Mam długie blond wło­sy, splecione w warkocz.

Byłem całkiem zaskoczony, nie wiedziałem, co się dzieje, spytałem wiec, który to jest rok i jak ma na imię. Odparła:

- Aronda... mam osiemnaście lat. Przed tym budyn­kiem widzę targowisko. Wiele koszy... są noszone na plecach. Mieszkamy w dolinie... Tam nie ma wody. Jest rok 1863 przed Chrystusem. Okolica jest pustynna, piaszczysta, jest gorąco. Nie ma rzeki, mamy tylko


jedną studnię. Woda spływa z gór w doliny.

Kiedy mi jeszcze podała kilka dalszych szczegółów topograficznych, poleciłem, żeby się przeniosła o kilka lat w przód i powiedziała, co widzi.

- Drzewa i kamienną drogę. Coś się gotuje w ogniu. Mam blond włosy. Noszę długą, szorstką brązową suk­nię i sandały. Mam dwadzieścia pięć lat. Mam córeczkę, której na imię jest Kleastra... To Rachel. [Rachel jest bratanicą Katarzyny, są bardzo ze sobą zżyte]. Jest bardzo gorąco.

Byłem zdumiony. Poczułem dziwny ucisk w żołądku, zrobiło mi się zimno. To, co opisywała, jej wspomnienia, były bardzo wyraźne. Wcale nie były naciągane. Imiona, daty, opisy ubrania, drzewa - wszystko widziała bar­dzo wyraźnie! Co się działo? Jak to dziecko mogło być teraz jej bratanicą? Byłem całkowicie zagubiony. Jako psychiatra zbadałem tysiące pacjentów, wielu z nich pod działaniem hipnozy, ale nigdy dotąd nie napotkałem na coś tak fantastycznego, nawet w opisywanych mi snach. Poleciłem jej, żeby przesunęła się w czasie i opowiedziała o swej śmierci. Nie bardzo wiedziałem, jak przeprowa­dzać wywiad z kimś, kto znajdował się najwyraźniej w świecie fantazji albo wspomnień, ale musiałem do­trzeć do tych jej bolesnych przeżyć, które mogły być przyczyną stanów lękowych oraz innych symptomów. A zdarzenia związane z okolicznościami jej śmierci mog­ły być bardzo bolesne, ponieważ powódź a może fala przypływu, zniszczyła wieś.

— Wielkie fale wyrywają drzewa, nie ma gdzie ucie­kać. Jest zimno, woda jest zimna. Chcę ratować swoje dziecko, ale nie mogę... mogę tylko mocno tulić je do siebie. Tonę, dusi mnie woda. Nie mogę oddychać, nie mogę przełknąć... woda jest słona. Woda wyrywa mi dziecko z objęć. — Katarzyna opowiadając to, co wi­dzi, ledwie łapała powietrze, miała trudności z oddycha­niem. Nagle jej ciało całkowicie się odprężyło, oddech stał się głęboki, równy. — Widzę chmury... Jest ze mną moje dziecko oraz inni mieszkańcy wioski. Widzę swe­go brata.

Odpoczywała, jej życie się skończyło. Nadal była w głębokim transie. Byłem zaskoczony! Poprzednie wciele­nie? Reinkarnacja? Mój kliniczny umysł mówił mi, że ona nie fantazjuje, że nie wymyśliła tej opowieści. Jej myśli, często zmieniający się wyraz twarzy, troska o szczegóły, wszystko to było całkiem inne niż wtedy, kiedy była w pełni świadomości, ale ani stan jej psychiki, ani struktura charakterologiczna nie tłumaczyły tych rewelacji. Schizofrenia? Nie, nigdy nie miała żadnych zaburzeń świadomości ani urojeń. Kiedy była przytom­na, nigdy nie miała halucynacji słuchowych ani wzroko­wych, w ogóle żadnych objawów psychotycznych. Nie miała przywidzeń, nigdy też nie traciła kontaktu z rze­czywistością. Nie miała wielorakiej czy rozszczepionej osobowości. Była tylko jedna Katarzyna i jej świadomy umysł w pełni zdawał sobie z tego sprawę. Nie miała tendencji socjopatycznych. Nie była aktorką. Nie zaży­wała narkotyków ani nie przyjmowała substancji halu­cynogennych. Alkoholu piła minimalnie. Nie miała schorzeń ani neurologicznych, ani psychicznych, które mogłyby wyjaśnić to niezwykle żywe, bezpośrednie prze­życie w stanie hipnozy.

Były to swego rodzaju wspomnienia, ale skąd sięwzięły? Miałem wewnętrzne przekonanie, że natrafiłem na coś, o czym bardzo niewiele wiedziałem, a mianowi­cie na reinkarnację i wspomnienia z poprzedniego wcie­lenia. Ale to niemożliwe, mówiłem sobie, a utwierdzał mnie w tym mój umysł naukowca. Ale to coś działo się na moich oczach. Nie mogłem ani tego wyjaśnić, ani zaprzeczyć realności zjawiska.

- Proszę, mów dalej — powiedziałem nieco zde­nerwowany, ale też zafascynowany tym, czego byłem świadkiem. — Czy pamiętasz coś jeszcze?

Pamiętała fragmenty swoich dwóch innych wcieleń.

— Mam na sobie suknię z czarną koronką i czarną koronkę na głowie, mam ciemne, nieco posiwiałe włosy. Jest rok 1756 [po Chrystusie]. Jestem Hiszpanką. Na imię mi Luiza, mam pięćdziesiąt sześć lat. Właśnie tańczę, inni wokół też tańczą. [Długa przerwa]. Jestem chora. Mam gorączkę, zimne poty... Wiele osób choru­je, umiera... Lekarze nie wiedzą, że to jest z wody. - Poleciłem jej przenieść się w przyszłość. — Odzys­kałam zdrowie, ale ciągle boli mnie głowa, bolą oczy... ciągle boli mnie głowa z powodu gorączki, wody... Wiele osób umiera.

Potem wyznała, że w tym wcieleniu była prostytutką, ale nie podała mi tej informacji, gdyż się wstydziła. Najwidoczniej podczas hipnozy Katarzyna potrafiła ce­nzurować niektóre przekazywane wspomnienia.

Ponieważ rozpoznawała swoją bratanicę w starożyt­nym Egipcie, impulsywnie spytałem, czy byłem obecny w którymś z jej wcieleń? Ciekawiło mnie, jaka była w nich moja rola (jeśli była). Odpowiedziała szybko, w przeciwieństwie do poprzednich bardzo powolnych i z namysłem relacjonowanych wspomnień:

— Jesteś moim nauczycielem, siedzisz na występie skalnym. Uczysz nas z książek. Jesteś stary, całkiem siwy. Nosisz białą suknię, togę ze złotą lamówką. Na­zywasz się Diogenes. Uczysz nas symboli, o trójkątach. Jesteś bardzo mądry,- ale ja tego nie rozumiem. To się dzieje w roku 1565 przed Chrystusem. (Działo się to mniej więcej dwieście lat przed słynnym greckim cyni­kiem, filozofem Diogenesem. Imię to było wówczas dość powszechne.)

Pierwszy tego rodzaju seans skończył się. Następne miały być jeszcze bardziej zdumiewające.

Po wyjściu Katarzyny i przez następne kilka dni za­stanawiałem się nad szczegółami jej hipnotycznej wę­drówki w przeszłość. To było naturalne z mojej strony. Nawet po „normalnej" terapii niewiele uchodziło mojej obsesyjnej analizie, a ten seans w żadnym razie nie był „normalny". W dodatku byłem bardzo sceptycznie na­stawiony do życia po śmierci, reinkarnacji, przeżyć „spoza ciała" i zjawisk pokrewnych. Ostatecznie — roz­ważała logiczna część mego umysłu — mogła to sobie wymyśleć. Nie byłem przecież w stanie sprawdzić żad­nego z jej stwierdzeń ani opisów. Ale nurtowała mnie także inna myśl. Miej otwarty umysł — mówił mi rozsądek, prawdziwa nauka opiera się na obserwacji. „Wspomnienia" Katarzyny mogą nie być wytwo­rem imaginacji. Może się w tym kryć coś więcej, niż widzi oko, czy postrzega któryś inny zmysł. Pilnie wszy­stko obserwuj. Zbierz więcej danych.

I jeszcze jedna myśl dręczyła mnie. Czy Katarzyna tak łatwo ulegająca strachom i lękom, zdecyduje się raz jeszcze poddać hipnozie? Postanowiłem, że nie będę do niej dzwonił. Niech ona także przetrawi to doświadczenie. Zaczekam do przyszłego tygodnia.


Rozdział trzeci

Tydzień później Katarzyna przyszła do mnie na następ­ny seans. Wyglądała prześlicznie i była w świetnym nastroju. Na wstępie z radością stwierdziła, że zniknął strach przed utonięciem, który prześladował ją całe życie. Zmniejszyła się też obawa uduszenia. Już nie budziła się w nocy z koszmaru, że zawala się pod nią most. Chociaż pamiętała szczegóły swych dawnych wcieleń, nie przyswoiła w pełni całego materiału.

Wiara w dawne wcielenia, w reinkarnację, była nie­zgodna z jej światopoglądem, a mimo to jej wpomnienia były tak żywe, obrazy, dźwięki i zapachy tak wyraźne, przekonanie, że naprawdę tam była, tak mocne i bez­pośrednie, iż czuła, że musiało tak kiedyś być. I dla­tego nie wątpiła w te przeżycia, były one zbyt wyraźne. Nadal jednak martwiła się, jak to pogodzić z wiarą, w której została wychowana, z jej zasadami.

Podczas minionego tygodnia przejrzałem mój pod­ręcznik z wykładów religioznawstwa porównawczego, jakie miałem podczas drugiego roku studiów na Uni­wersytecie Columbia. W Starym i Nowym Testamencie były jednak wzmianki o reinkarnacji. Ale w Roku Pańskim 325 rzymski cesarz Konstantyn Wielki wraz ze swą matką Heleną usunął je z Nowego Testamentu.

Drugi Sobór w Konstantynopolu, w 553 roku, wyraził na to zgodę i ogłosił wiarę w reinkarnację za herezję. Najwidoczniej obawiano się, iż może ona osłabić ros­nącą potęgę Kościoła, dając ludziom zbyt wiele czasu na poszukiwanie zbawienia. Jednak istniały fakty: wczesny Kościół przyjął pojęcie reinkarnacji. Wcześni gnostycy z Aleksandrii, Orygenes, święty Jeremiasz i wielu innych wierzyło w to, że przedtem żyli i żyć będą ponownie.

Jednak ja nigdy nie wierzyłem w reinkarnację, nawet nie zaprzątałem sobie tym głowy. Chociaż moje wczesne religijne wychowanie nauczyło mnie, że istnieje jakaś nieokreślona „dusza" po śmierci, nie bardzo w to wie­rzyłem.

Bylem najstarszy z czworga rodzeństwa. Należeliśmy do konserwatywnej żydowskiej synagogi w miejscowości Red Bank, małym miasteczku w stanie New Jersey, leżącym niedaleko Atlantyku. W rodzinie naszej byłem dyplomatą i rozjemcą. Mój ojciec najbardziej z nas wszystkich przestrzegał nakazów religijnych i traktował to bardzo poważnie, jak zresztą wszystko w życiu. Bardzo łatwo przejmował się konfliktami rodzinnymi, a wtedy usuwał się na bok, mnie zostawiając przy­wrócenie zgody. Chociaż okazało się to świetnym tre­ningiem dla obranego przeze mnie zawodu psychiatry, tak jak teraz na to patrzę, dzieciństwo moje było trud­ne, obarczone nadmierną odpowiedzialnością. W wy­niku tego stałem się bardzo poważnym młodzieńcem, który przywykł brać na swoje barki zbyt wielkie ciężary.

Matka zawsze była bardzo spontaniczna w okazywa­niu swych uczuć. Bardziej prostoduszna niż mój ojciec, impulsywnie dzieliła ze swymi dziećmi ich przeżycia: winę, cierpienie, zakłopotanie, przy tym była bardzo pogodna i zawsze mogliśmy liczyć na jej miłość i pomoc.

Ojciec pracował jako fotograf przemysłowy i choć nigdy nie brakowało u nas dobrego jedzenia, z pienię­dzmi było krucho. Mój najmłodszy brat Piotr urodził się, kiedy miałem dziewięć lat. Musieliśmy się pomieścić w sześcioro w naszym małym mieszkaniu na parterze z dwoma sypialniami.

Życie w nim było nerwowe i hałaśliwe, a ja szukałem ucieczki w książkach. Czytałem mnóstwo, kiedy nie grałem w baseball i koszykówkę, które w dzieciństwie również były moją życiową pasją. Wiedziałem, że wy­kształcenie jest jedyną drogą, która wyprowadzi mnie z tego małego bez perspektyw, choć nawet miłego mias­teczka, i dlatego zawsze w mojej klasie byłem pierwszym albo drugim uczniem.

W okresie, kiedy otrzymałem stypendium Uniwer­sytetu Columbia, byłem poważnym i bardzo pracowi­tym młodzieńcem. Na wyższej uczelni również powiodło mi się. Specjalizowałem się w chemii i skończyłem studia z wyróżnieniem. Postanowiłem wybrać psychiatrię, po­nieważ ta dziedzina łączyła moje zainteresowanie nauką z fascynacją działaniem ludzkiego umysłu. Poza tym dzięki medycynie mogłem wyrazić moje współczucie i troskę dla innych ludzi. W tym też czasie spotkałem Carole podczas letnich wakacji w górach Catskill, gdzie w hotelu pracowałem jako pomocnik kelnera, a ona była tam gościem. Od pierwszego wejrzenia poczuliśmy do siebie wielką sympatię, byliśmy sobie bliscy. Naj­pierw zaczęliśmy korespondować, potem spotykać się, wreszcie zakochaliśmy się i kiedy byłem w Columbii na drugim roku, nastąpiły zaręczyny. Carole była inteligen­tna i piękna. Wszystko zdawało się układać wspaniale. Rzadko kiedy młodzi ludzie interesują się życiem i śmier­cią albo życiem po śmierci, i ja nie byłem tu wyjątkiem. Obrałem drogę kariery naukowej i nauczyłem się ro­zumować w logiczny, pozbawiony uczuć, empiryczny sposób.

Studia medyczne i praca adiunkta na Uniwersytecie Yale jeszcze bardziej utwierdziły mnie w tym stylu myślenia. Pracę dyplomową pisałem na temat chemii mózgu i roli neurotransmiterów, które są chemicznymi przenośnikami w tkance mózgowej.

Dołączyłem do nowej grupy psychiatrów-biologów, którzy łączyli tradycyjne techniki i teorie psychiatryczne z nową wiedzą o chemii mózgowej. Napisałem wiele prac naukowych, miałem wykłady na miejscowych i ogólnoamerykańskich sympozjach i stałem się w tej dziedzinie specjalistą dużej klasy. Byłem przy tym nieco jednotorowy, nazbyt gorliwy i nieustępliwy, ale można to poczytać jako zalety lekarza. Sądziłem, że jestem w pełni przygotowany, żeby leczyć każdego pacjenta, który przyjdzie po poradę do mego gabinetu.

I oto nagle Katarzyna stała się Arondą, dziewczyną, która żyła w roku 1863 przed Chrystusem. A może było jakieś inne wytłumaczenie? I oto zjawiła się u mnie znowu, wesoła jak nigdy przedtem.

Moje obawy, że nie zechce dalej stosować dotych­czasowej terapii, od razu się rozwiały, była gotowa poddać się hipnozie i szybko zapadła w trans.

— Rzucam wianki z kwiatów na wodę. To wielka uroczystość. Włosy mam blond, splecione w warkocz. Noszę brązową suknię wyszywaną złotą nitką i sandały. Ktoś umarł, ktoś należący do rodziny królewskiej... matka. Jestem służącą w rodzinie królewskiej i zajmuję się jedzeniem... Kładziemy ciała do solanki na trzydzieści dni, kiedy wyschną, usuwamy wewnętrzne organy.


Czuję zapach tych ciał. Spontanicznie wcieliła się znowu w Arondę, ale tym razem na innym etapie, kiedy obo­wiązkiem jej było przygotowywanie ciał po śmierci. - Widzę ciała w oddzielnie stojącym budynku — mówiła dalej Katarzyna. — Owijamy je. Dusza przechodzi do innego świata. Każdy zmarły zabiera ze sobą to, co do niego należało, żeby być przygotowanym do następ­nego, lepszego życia. — To, co mówiła, przypominało egipską koncepcję śmierci i życia po niej, całkiem różną od naszych wierzeń. Wedle tej religii zmarły mógł zabrać na tamten świat swoją własność.

Urwała, żeby odpocząć. Trwało to kilka minut, nim cofnęła się w bardzo odległe czasy.

— Widzę lód, wiszący w jaskini... skały... — Niezbyt dokładnie opisała ciemne i nędzne schronienie i wyraź­nie była zmieszana. Potem opisała, jak widzi siebie: — Jestem brzydka, brudna, śmierdzę. — I może dla­tego przeniosła się w inne czasy. — Widzę jakieś budow­le i wóz z kamiennymi kołami, mam ciemne włosy czymś przykryte. Wieziemy słomę. Jestem wesoła. Siedzę obok ojca... Przytula mnie. To jest... to jest Edward [pediatra, który tak nalegał, żeby Katarzyna przyszła do mnie]. To on jest moim o j c e m. Mieszkamy w doli­nie, gdzie rosną drzewa. To oliwki i figowce. Ludzie piszą na papierze. Stawiają na nim śmieszne znaczki, podobne do liter. Ludzie piszą całymi dniami, powstaje biblioteka. Jest rok 1536 przed Chrystusem. Ziemia tu jest nieurodzajna. Mój ojciec nazywa się Perseusz.

Rok się nie zgadzał, ale byłem pewien, że jest w tym samym wcieleniu, o którym opowiadała podczas seansu tydzień temu. Powiedziałem, żeby poszła naprzód w czasie, pozostając jednak w tym samym wcieleniu.

- Mój ojciec cię zna [ma na myśli Diogenesa]. Obaj rozmawiacie o zbiorach, prawie i rządzie. On mówi, że ty jesteś bardzo mądry i że ja powinnam ciebie słuchać. — Jeszcze bardziej kazałem jej posunąć się naprzód w czasie. — On [ojciec] leży w ciemnym pokoju. Jest stary i chory. Bardzo mi zimno... Jestem całkiem pusta wewnętrznie. — I przeszła do własnej śmierci. — Teraz jestem stara i bardzo słaba. Przy moim łóżku czuwa córka. Mój mąż już umarł. Są też moje wnuki i zięć. Dużo w tej izbie obecnych jest ludzi.

Tym razem śmierć miała spokojną. Po chwili uniosła się w powietrze. To mi przypomniało relacje dr. Raymonda Moody'ego o ludziach, którzy byli na progu śmierci. Jego pacjenci także mówili o unoszeniu się i o tym, że następnie zostali „wciągnięci" do swego ciała. Kilka lat temu czytałem jego książkę i teraz postanowiłem do niej wrócić. Ciekaw byłem, czy Kata­rzyna pamięta coś więcej o tym, co działo się tuż po jej śmierci, ale ona powiedziała tylko: „Po prostu unoszę się". Obudziłem ją i tak skończył się ten seans.

Postanowiłem zaspokoić swój głód naukowy na temat reinkarnacji i zacząłem grzebać w medycznych biblio­tekach. Przestudiowałem prace dr. medycyny lana Stevensona, cenionego profesora psychiatrii na Uniwersy­tecie Wirginia, który opublikował bardzo wiele prac z dziedziny literatury psychiatrycznej. Dr Stevenson zebrał ponad dwa tysiące przypadków dzieci pamiętają­cych zdarzenia i przeżycia z innego wcielenia. Wiele z nich w transie hipnotycznym przejawiało znajomość obcych języków, których w ogóle nie znało. Jego opisy poszczególnych przypadków są bardzo dokładnie nau­kowo opracowane i godne uwagi.

Przeczytałem również świetne opracowanie Edgara Mitchella. Z wielkim zainteresowaniem przejrzałem pu­blikacje Uniwersytetu Duke i prace prof. C. J. Ducasse z Uniwersytetu Brown, jak również z uwagą przeczyta­łem prace, które opublikowali: dr Martin Ebon, Helen Wambach, dr Gertrudę Schmeidler, dr Frederick Lenz i dr Edith Fiore. A im więcej czytałem, tym więcej chciałem czytać. Zacząłem zdawać sobie sprawę, że choć uważałem siebie za człowieka dobrze wykształconego w każdej dziedzinie dotyczącej naszego umysłu, moja wiedza była bardzo ograniczona. W bibliotekach mnóst­wo jest prac badawczych i literatury, o czym wie mało osób. Wiele tych badań było prowadzonych, weryfiko­wanych i powtarzanych przez znanych klinicystów i naukowców. Czyżby wszyscy oni mylili się albo zostali oszukani? Dowodów było mnóstwo, i to bardzo przekonujących, ale ja nadal wątpiłem. Przekonujące czy nie, trudno mi było w nie uwierzyć. Oboje z Katarzyną, każde na swój sposób, byliśmy pod głębokim wrażeniem tych seansów. Stan emocjonalny Katarzyny poprawiał się, a ja rozszerzałem swoje horyzonty umysłowe. Kata­rzyna, która wiele lat cierpiała na stany lękowe, naresz­cie częściowo się od nich uwolniła. Wszystko jedno, czy były to prawdziwe wspomnienia, czy tylko wytwór jej bujnej fantazji, znalazłem sposób, żeby jej pomóc, i nie zamierzałem na tym etapie się zatrzymać.

Myślałem o tym wszystkim przez krótki moment, kiedy Katarzyna zapadała w trans na początku następ­nego seansu. Podczas wstępnej rozmowy opowiedziała mi o śnie, w którym bawiła się w jakąś grę na starych kamiennych schodach, gdzie znajdowała się szachow­nica z otworami. Sen był niezwykle wyrazisty. Powie­działem jej, żeby cofnęła się poza normalne granice czasu i przestrzeni i sprawdziła, czy sen miał swe źródło w jakimś jej poprzednim wcieleniu.

— Widzę schody prowadzące do wieży... znajdującej się ponad górami, ale widzę także morze. Jestem chłop­cem... Mam jasne włosy... dziwne włosy. Moim ubra­niem są zszyte brązowe i białe skóry zwierzęce. Na szczycie wieży znajduje się kilku mężczyzn, obserwują... to są strażnicy. Są brudni. Grają w jakąś grę podobną do szachów, ale to nie są szachy. Deska jest okrągła, a nie kwadratowa. Grają ostrymi jak sztylety pionkami, które pasują do otworów. Te pionki zakończone są zwierzęcymi głowami. Ta kraina to Kirustan [wymowa fonetyczna] w Niderlandach, około roku 1473.

Spytałem ją o nazwę miejscowości, w której żyła, i czy może zobaczyć albo usłyszeć rok.

— Jestem teraz w nadmorskim porcie. Widzę tu fortecę... i wodę. Widzę też chatę... moja matka gotuje w glinianym garnku. Nazywam się Johan.

W swej relacji zbliżała się do śmierci. W tej fazie naszych seansów nadal starałem się znaleźć jakieś boles­ne wydarzenia, które albo spowodowały, albo wyjaś­niłyby jej obecne symptomy. Jeśli nawet te niezwykle wyraźne obrazy były wytworem jej fantazji, a wcale nie byłem tego taki pewien, wszystko, w co wierzyła, albo co uważała za prawdę, nadal mogło być przyczyną jej dolegliwości. Niektórzy ludzie nie pamiętają, czy ból przeżyty w dzieciństwie naprawdę wtedy się wydarzył, czy tylko we śnie, jednak wspomnienie urazu nęka ich nawet w dorosłym życiu.

Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie w pełni sprawy, jak wielkie znaczenie mają codziennie powtarzające się zjawiska, na przykład ustawiczna krytyka rodzicielska, które mogą zadać większe rany psychiczne niż jeden dotkliwy uraz. Tego rodzaju wpływy trudniej jest naj­pierw przypomnieć sobie, a potem wymazać z pamięci, ponieważ są wpisane w codzienne tło naszego życia. Stale krytykowane dziecko może tak samo utracić wia­rę w siebie i poczucie własnej wartości, jak to, które pamięta jedno straszne upokorzenie, przeżyte konkret­nego dnia. Dziecko z bardzo biednej rodziny, które codziennie jest niedożywione, może cierpieć na te same psychologiczne problemy jak to, które tylko raz było bliskie śmierci głodowej. Wkrótce zrozumiałem, że codzienne regularne występowanie negatywnych wpływów trzeba traktować i rozwiązywać z taką samą troską, jaką się poświęca jednemu niezwykle bolesnemu zda­rzeniu.

Katarzyna znowu zaczęła mówić:

Widzę łodzie, podobne do kanu, kolorowo poma­lowane. Jesteśmy uzbrojeni we włócznie, proce, łuki i strzały. Na łodziach ludzie mają dziwne duże wiosła... wszyscy muszą wiosłować. Możemy zginąć, ściemnia się. Nie ma świateł. Boję się. Są też inne łodzie. [Najwidocz­niej szykował się napad.] Boję się zwierząt. Śpimy na brudnych, śmierdzących skórach zwierzęcych. Jesteśmy zawszeni. Mam śmieszne buty, wyglądają jak worki... związane w kostkach... ze skór zwierzęcych. [Długa przerwa.] Moja twarz jest gorąca od ognia. Nasi ludzie zabijają tych innych, ale ja nie. Ja nie chcę zabijać. W ręku trzymam nóż.

Nagle zaczęła bełkotać, z trudem chwytać oddech. Powiedziała, że nieprzyjacielski wojownik chwycił ją z tyłu za kark i poderżnął jej gardło nożem. Przed śmiercią zobaczyła twarz swego zabójcy. To był Stuart. Wtedy wyglądał inaczej, ale ona wiedziała, że to on. Johan zmarł w wieku dwudziestu jeden lat.

W chwilę później unosiła się nad swoim ciałem, bar­dzo przejęta obserwując to, co działo się w dole. A na­stępnie odpłynęła w stronę chmur. Nagle poczuła, że została wciągnięta w „małą ciepłą" przestrzeń. Wkrótce miała się urodzić.

— Ktoś mnie trzyma -- wyszeptała powoli i jakby sennie — ktoś, kto pomagał przy moich narodzinach. Ona ma na sobie zieloną suknię i biały fartuch, ma bia­łe nakrycie głowy zagięte na rogach. W pokoju są śmieszne okna... z wielu części. Dom zbudowany jest z kamienia. Moja matka ma długie ciemne włosy. Chce mnie wziąć na ręce, jest w śmiesznej długiej nocnej koszuli, która mnie drapie. Jak miło jest znowu być w słońcu i cieple... To... to ta sama matka, jaką mam teraz!

Podczas poprzedniego seansu prosiłem Katarzynę, żeby w swoich wcieleniach starannie przyglądała się ważniejszym ludziom, po to, by mogła zidentyfikować ich jako osoby istotne w jej obecnym życiu. Zdaniem wielu autorów dusze tworzące grupy starają się wielo­krotnie razem wcielać, współdziałając w ten sposób dla swojej karmy1, żeby spłacić dług zaciągnięty wobec innych ludzi i samych siebie lub żeby zdobyć nową wiedzę duchową w trakcie licznych reinkarnacji.


1 Karma — w buddyzmie i hinduizmie suma etycznych skutków dobrych albo złych myśli, słów i uczynków człowieka, wyznaczająca jego los w nowej reinkarnacji, a potem kolejno w dalszych, do czasu osiągnięcia pełnego wyzwolenia. (W. Kopaliński, Słownik mitów i tra­dycji kultury. Warszawa 1985, s. 466)
Kiedy starałem się zrozumieć ten dziwny, tak spek­takularny dramat, który odgrywał się na moich oczach, niedostępny dla reszty świata, w moim spokojnym, słabo oświetlonym gabinecie lekarskim, postanowiłem sprawdzić tę informację. Pragnąłem zastosować tę sa­mą naukową metodę, której tak rygorystycznie prze­strzegałem w trakcie moich badań podczas minionych piętnastu lat, po to, by ocenić ten niezwykły materiał przekazywany mi ustami Katarzyny.

A Katarzyna między seansami zaczęła przejawiać coraz większą wrażliwość, coraz większą intuicję wobec ludzi i zdarzeń. W trakcie hipnozy często zdarzało się, że uprzedzała moje pytania. Wiele z jej snów miało cechy przepowiedni lub przeczuć.

Któregoś dnia, kiedy przyjechali do niej z wizytą rodzice, ojciec wyraził wątpliwości co do jej nowo od­krytych uzdolnień. Żeby mu dowieść, że mówi prawdę, Katarzyna wzięła go na wyścigi. Tutaj na jego oczach w każdej gonitwie wskazywała konia, który zwyciężał. Ojciec był całkowicie tym oszołomiony. Kiedy zaś do­wiodła swych możliwości, wszystkie pieniądze, jakie wygrała w tym dniu, oddała pierwszemu biedakowi, jakiego spotkała po drodze. Intuicyjnie czuła, że ta nowa siła duchowa nie może służyć jej korzyściom materialnym. Dla niej miało to o wiele większe znacze­nie. Opowiedziała mi później, że sukces, jaki wtedy odniosła, przestraszył ją, ale że była tak szczęśliwa z powodu postępów, jakie zrobiła, iż zamierzała w dal­szym ciągu wracać w przeszłość. Byłem jednocześnie zdumiony i zafascynowany jej niezwykłymi uzdolnie­niami, zwłaszcza tymi, które objawiła na wyścigach konnych. To był namacalny dowód. Wygrała w każdej gonitwie. To nie był zbieg okoliczności. Coś niezwyk­łego wydarzyło się w ciągu ostatnich kilku tygodni, a ja za wszelką cenę starałem się zachować właściwą per­spektywę. W każdym razie nie mogłem temu zaprzeczyć. A jeśli jej uzdolnienia były prawdziwe i dostarczały namacalnych dowodów, to czyż wspomnienia z po­przednich wcieleń również nie mogły być prawdziwe?

Teraz wróciła do wcielenia, w którym się właśnie urodziła. Było ono znacznie bliższe naszym czasom, ale nie potrafiła sprecyzować roku. Na imię miała Elżbieta.

— Jestem teraz starsza, mam brata i dwie siostry. Siedzimy przy stole... Obecny jest mój ojciec... to Ed­ward [pediatra, który raz jeszcze objawia się jako jej ojciec]. Moja matka i ojciec znowu się kłócą. Na stole stoi fasola i ziemniaki. Ojciec się gniewa, bo jedzenie jest zimne. Bardzo głośno się kłócą. Ojciec stale pije... Uderza matkę. [Katarzyna mówi to z przerażeniem, wyraźnie trzęsie się.] Odtrąca dzieci. Nie jest taki jak dawniej, to nie ten sam człowiek. Nie lubię go. Chciała­bym, żeby sobie poszedł. — Mówiła to jak dziecko.

Pytania, jakie jej zadawałem podczas tych seansów, różniły się całkiem od tych, które zadawałem podczas konwencjonalnej psychoterapii. Dla Katarzyny byłem raczej przewodnikiem i próbowałem w ciągu tej godziny czy dwóch, dokonać przeglądu jednego jej życia, szuka­jąc bolesnych przeżyć i dotkliwych zdarzeń, mogących wyjaśnić obecne dolegliwości. Terapia konwencjonalna prowadzona jest znacznie wolniej i bardziej szczegóło­wo. Każde słowo, jakie powie pacjent, trzeba przeanali­zować pod kątem niuansów i ukrytych znaczeń. Każdy grymas twarzy, każdy gest, każdą zmianę intonacji w głosie trzeba zauważyć i zinterpretować, każdą reak­cję uczuciową dokładnie zbadać, a wzorce zachowań złożyć w całość. Jednak u Katarzyny lata mijały w ciągu paru minut. Seanse z nią przypominały prowadzenie wyścigowego wozu z maksymalną szybkością... i jedno­czesnym szukaniem czyjejś twarzy w tłumie.

Skierowałem znów moją uwagę na Katarzynę i po­prosiłem, żeby przesunęła się naprzód w czasie.

- Jestem teraz mężatką. W naszym domu jest jeden bardzo duży pokój. Mój mąż ma jasne włosy. Nie znam go. [To znaczy, że nie występował w obecnym życiu Katarzyny.] Dotąd nie mamy dzieci... Jest dla mnie bardzo dobry. Bardzo się kochamy i jesteśmy szczęśliwi.

— Najwyraźniej udało jej się oderwać od prześladowań w rodzinnym domu. Spytałem, czy może zidentyfiko­wać miejsce, w którym mieszkała.

- Brennington? — szepnęła Katarzyna z wahaniem. — Widzę książki w śmiesznych starych okładkach. Jed­na, największa zamyka się na rzemień. — I w tym miejscu wypowiedziała kilka słów, których nie zrozumiałem. Czy były w języku gaelickim, czy nie, nie mam


pojęcia.

— Mieszkamy w głębi lądu, niezbyt blisko morza. Hrabstwo... Brennington? Widzę farmę, są tu świnie i jagnięta. To nasza farma. — Poszła w przód w czasie.



  • Mamy dwóch synów... Starszy ma się żenić. Widzę dzwonnicę kościelną... bardzo starą kamienną budowlę.

  • Nagle Katarzyna poczuła ból głowy i dotknęła ręką lewej skroni. Powiedziała mi, że upadła na kamiennych schodach, ale nic się jej nie stało. Umarła jako staruszka w swoim łóżku, otoczona przez rodzinę.

Znowu opuściła swoje ciało po śmierci, ale tym razem nie była tym zdumiona ani zaniepokojona.

- Widzę jasne światło, jest wspaniałe, czerpię energię tego światła. — Odpoczywała po śmierci pomiędzy dwoma wcieleniami. W ciszy mijały minuty. Nagle ode­zwała się, ale nie powoli, szeptem, jak zawsze dotąd. Jej głos był teraz ochrypły i głośny, mówiła bez wahania:

Naszym zadaniem jest uczyć się, stać się podob­nymi do Boga poprzez wiedzę. Wiemy tak mało. Dzięki wiedzy zbliżamy się do Boga i wtedy możemy odpocząć. Potem znowu wracamy, by uczyć innych i pomagać im.

Zaniemówiłem. Oto była lekcja po jej śmierci, w sta­nie między wcieleniami. Jakie było źródło tego mate­riału? To oświadczenie było całkiem nie w stylu Kata­rzyny. Nigdy tak nie mówiła, nie używała takich słów, takiej frazeologii. Nawet ton jej głosu był całkiem inny. W tym momencie nie zdawałem sobie sprawy, że choć Katarzyna wypowiedziała te słowa, nie były to jej myśli. Ona powtarzała to, co zostało jej powiedziane. Później jako źródło podała Mistrzów, wysoko ewoluowane du­sze pozbawione ciała, które przez nią mogły przema­wiać do mnie. Katarzyna nie tylko potrafiła cofać się w czasie do swych poprzednich wcieleń, ale teraz stała się przekaźnikiem wiedzy zza świata. Cudowna wiedza. Z trudem próbowałem zachować obiektywizm.

Zostały wprowadzone nowe wymiary. Katarzyna ni­gdy nie czytała książek ani dr Kubler-Ross, ani dr. Raymonda Moody'ego, którzy pisali o przeżyciach na progu śmierci. Nigdy nie czytała Tybetańskiej Księgi Umarłych, a mimo to mówiła o przeżyciach opisanych w tych książkach. Był to swego rodzaju dowód. Gdyby tylko było więcej faktów, namacalnych dowodów, które mógłbym zweryfikować. Mój sceptycyzm osłabł, ale jeszcze istniał. Może o badaniach dotyczących stanów na progu śmierci czytała w jakimś magazynie albo widziała w telewizji audycję temu poświęconą. Choć z całą stanowczością twierdziła, że świadomie nic takie­go nie pamięta, szczegóły mogła jednak zachować w podświadomości. Ale ona teraz poszła dalej niż wspo­mniane prace i przekazała przesłanie ze stanu między wcieleniami. O, gdybym tylko miał więcej faktów!

Po przebudzeniu Katarzyna, jak zawsze, pamiętała szczegóły swych dawnych wcieleń. Jednak nie mogła sobie przypomnieć niczego, co się zdarzyło po jej śmierci jako Elżbiety. W przyszłości też nigdy nie pamiętała żadnych szczegółów ze stanów pośrednich między wcie­leniami.

„Dzięki wiedzy zbliżamy się do Boga." I my kro­czyliśmy tą drogą.

  1   2   3   4   5   6   7   8


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna