Stary człowiek w kulturze młodości. Doświadczanie starości wśród warszawskich seniorów


Próba zrozumienia zinstytucjonalizowanej starości właściwej w kontekście doświadczania zmiany kulturowej na przykładzie historii pani Franciszki



Pobieranie 1.11 Mb.
Strona14/23
Data09.05.2016
Rozmiar1.11 Mb.
1   ...   10   11   12   13   14   15   16   17   ...   23

Próba zrozumienia zinstytucjonalizowanej starości właściwej w kontekście doświadczania zmiany kulturowej na przykładzie historii pani Franciszki

Choroba i zniedołężnienie, oraz z założenia przegrana walka na krawędzi życia i śmierci wypełniają codzienność pani Franciszki, której sytuacja - w związku z tym - okazuje się być ucieleśnieniem koncepcji starości właściwej, którą zrekonstruowałam na podstawie refleksji i niepokojów moich rozmówców. Choroba, ból i niesprawność strukturyzują doświadczanie czasu, redukując świadomość do bólu i uczucia „umęczenia”, zmniejszając przestrzenny i społeczny „zasięg osoby”, zarówno poprzez zmniejszenie możliwości fizycznych i cielesnych (np. trudność w zginaniu nóg i ich przesuwaniu), jak i właśnie poprzez wpływ na świadomość – ból jest wszechogarniający i znika zainteresowanie innymi rzeczami, brak na nie „miejsca” – w znaczeniu prawdopodobnie procesów uwagi i sił. Gdyby na chwilę posłużyć się metaforą socjobiologiczą i potraktować pokój pani Franciszki jako jej terytorium, bowiem ona jedna ma prawo go zajmować i nim „władać” (zdobyła je podczas trzyletniego oczekiwania i gotowa byłaby go bronić, w tym sensie, że przeciwdziałałaby dokwaterowaniu współlokatorki), to zobaczymy, że rubieże terytorium są nieużywane, część pokoju przeciwległa do łóżka jest prawie pusta. Zasięg codzienności pani Franciszki nie obejmuje jej terytorium, choć tak małego. Metafora ta barwnie oddaje redukcję przestrzennego zasięgu. Zmniejszenie społecznego zasięgu oddaje opowieść o rytmie dnia, który niepostrzeżenie upływa tak szybko, wypełniony „umęczeniem” i nawet krótkie, zdawkowe wizyty wydają się nadmiernie wyczerpujące.

Często, aby powiększyć to, co nazywam „zasięgiem osoby” potrzebny jest mediator, pośrednik w relacji ze światem, może to być narzędzie mechaniczne albo drugi człowiek. Przestrzennie – gdy trzeba pomóc w poruszaniu się lub coś podać, społecznie – gdy niemożliwe stają się stopniowo różne formy komunikacji, najpierw uczestnictwo w spotkaniu towarzyskim, potem na przykład wypowiadanie słów. W mniej zaawansowanej starości, gdy jeszcze zniedołężnienie nie występuje, głównym wyrazem starości biologicznej jest narastająca słabość ciała, która powoli i stopniowo zmniejsza możliwości wykonywania pewnych czynności (najpierw tańca – p. Stanisław, wspinaczki górskiej – jedna z rozmówczyń ze Związku Emerytów i Rencistów, potem coraz bardziej zwyczajnych czynności). Przesuwanie się granicy możliwości – od rzadszych i cięższych czynności, aż do codziennych i całkiem lekkich jest wyznacznikiem wchodzenia w starość biologiczną.

Choroba i zniedołężnienie mogą być powodem instytucjonalizacji starości właściwej. Powód taki zyskuje usprawiedliwienie w oczach rozmówców i szerszego ogółu społeczeństwa (Szukalski 2008). Praktykę społeczną instytucjonalizacji starości właściwej można traktować jako wyraz medykalizacji starości i umierania.

Uciążliwość życia w stanie starości właściwej oraz poczucie zamknięcia wszelkich spraw ziemskich powodować może (i powoduje w przypadku pani Franciszki) postawę afirmatywną i oczekującą wobec śmierci. Przywodzi to na myśl koncepcję obrzędów przejścia Arnolda van Gennepa (2006): starość właściwa byłaby momentem, kiedy opuściło się już stan życia, momentem granicznym pomiędzy życiem a śmiercią, byciem w stanie pomiędzy kolejnym fazami cyklu życia, w tym przypadku jest to już stan pomiędzy życiem a śmiercią. Podążając tym tropem, instytucjonalizację można rozumieć jako organizację fazy przejściowej, liminalnej, która uniwersalnie charakteryzuje się wyłączeniem ze społeczeństwa, a także trudami i uciążliwością. „Włączenie” następuje wraz z rytuałami pogrzebu; „faza włączenia” jest to egzystencja w pamięci potomków, społeczności bądź publicznej – w przypadku osób niewierzących; albo życie pozagrobowe – w przypadku osób wierzących. Interpretacja ta bardzo pasuje do dość intensywnego oczekiwania pani Franciszki na tę „fazę włączenia”, być może z powodu jej religijności. „Tam są” już wszyscy jej bliscy – czyli są. Interesującym jest pytanie, w jaki sposób oczekiwania na „fazę włączenia” doświadczać może osoba o poglądach materialistycznych.

Poddanie się instytucjonalizacji, pobyt w instytucji, jest dla pani Franciszki zaburzeniem ciągłości, zapisanej w jej wcielonej pamięci na podstawie przekazu tradycji rodzinnej, w której pani Franciszka uczestniczyła od wczesnego dzieciństwa. W jej domu rodzinnym – przy rodzinie – mieszkała jej babcia, zaś ona sama intensywnie opiekowała się matką. Jej wcielonym schematem operacyjnym było więc opiekowanie się starymi członkami rodziny. Jednakże nie dane jej było doświadczyć roli społecznej człowieka starego, którą pamiętała53 z dzieciństwa, młodości i wieku średniego. Sytuacja postawiła ją w zupełnie nowej roli, zamiast w roli osoby zależnej od rodziny (w sytuacji zależności w znaczeniu używanym w rozdziale piątym) znalazła się w roli osoby spędzającej starość w instytucji dla osób starszych. Zmiana sytuacji wymusiła zmianę w zachowaniu, w przyzwyczajeniach, przykładowo unikanie bezczynności i starania o pozostawanie użyteczną tracą sens w sytuacji, gdy opieka jest serwowana bez względu na to, w jaki sposób zachowuje się beneficjent. Opiekę poprawia co najwyżej uprzejmość czy drobny prezent. Wymaga to raczej aktywizowania przyzwyczajeń z życia społecznego w PRL-u. Natomiast życie przy rodzinie dowartościowywało wszelkie zapobiegliwości i użyteczności babć – zakupy, obiad, opiekę nad wnukami. W instytucji nie ma na nie miejsca. Zmiana sytuacji, roli społecznej, wymaga więc wcielenia innych przyzwyczajeń, nie tych, które pani Franciszka miała okazję obserwować i uczyć się od osób starych w trakcie swojego długiego życia. Zaburzenie ciągłości, zmiana, rodzi więc doświadczenie obcości wobec własnej sytuacji oraz wobec rzeczywistości, która przynosi taką zmianę ról, a co z tym związane – znaczeń, powinności, więzi. Jednocześnie następuje adaptacja w instytucji, wcielenie nowych przyzwyczajeń, częściowo poprzez interioryzację całkiem nowych ogniw łańcucha (co według Jean-Claude Kaufmanna (2004) zachodzi nadzwyczaj łatwo), częściowo poprzez użycie już uwewnętrznionych. Wraz z wcieleniem nawyków życia w DPS-ie, zakorzenionych zawsze w ciele, życiu społecznym i otaczającej przestrzeni, instytucja staje się miejscem oswojonym, swojskim, w kontraście do obcej rzeczywistości na zewnątrz, która pozostaje poza zasięgiem życiowym pani Franciszki i w związku z tym nie może zostać oswojona, bowiem by oswoić jakąś przestrzeń trzeba ją wpisać we wcielone przez siebie przyzwyczajenia.

Wyrazistość wpływu zmiany kulturowej na oblicze jej starości jest tak duża ze względu na to, że jej historia rodzinna i własne wcześniejsze nawyki pozwalały oczekiwać innej sytuacji na starość, przede wszystkim innej roli w rodzinie. W jej historii dokonała się więc rzeczywista zmiana. Tym niemniej mit starości spędzanej przy rodzinie jest tak rozpowszechniony w świadomości zbiorowej - ponad 80% respondentów badania ISP (Szukalski 2008) zgodziło się z twierdzeniem, że dzieci są odpowiedzialne za opiekę nad osobami starszymi – że nawet osoby, które nigdy nie opiekowały się starymi rodzicami, mogą doświadczać zmiany kulturowej, jeśli zostaną poddane instytucjonalizacji na starość. To jest bardzo ciekawy mechanizm, który zinterpretować próbowałam w tej pracy już opisując historię pani Ludmiły. Używając teorii Jean-Claude Kaufmanna (2004) można go wyjaśnić w trochę przewrotny sposób. Jak pamiętamy, Jean-Claude Kaufmann mówi, że ludzie interioryzują nowe przyzwyczajenia bez przerwy, przy okazji otrzymywania wszelkich informacji o znaczeniu społecznym, docierających do nich. W związku z tym treść przekonań podzielanych przez zbiorowość jest z pewnością uwewnętrzniona przez każdego, kto z tą zbiorowością miał jakąkolwiek styczność. Natomiast nie wszystkie zinterioryzowane przyzwyczajenia zostają wcielone. Za Marcelem Maussem (2001 [1934]) przyjęliśmy, że najchętniej naśladujemy osoby, które cieszą się prestiżem, czyli wcielamy schematy, które pochodzą z pozycji ustawionych wysoko w relacjach władzy. Jak pokazuje Urszula Lehr (2003) i Jennie Keith (1980) opieka nad starymi we wszystkich społecznościach ludzkich była lepsza w warstwach wyżej postawionych w stratyfikacji społecznej.54 Także na przedwojennej wsi polskiej funkcja zabezpieczająca starych zależała od dobrobytu gospodarstwa. W rodzinach lepiej sytuowanych – zamożniejszych mieszczańskich i ziemiańskich - była normatywna. Można tu przytoczyć przekonanie Pierre’a Bourdieu (1990), powszechnie dziś akceptowane, że treści kultury prawomocnej pochodzą od klasy panującej. Stąd być może gotowość wcielenia schematów związanych ze „starością przy rodzinie” u osób wchodzących w starość.

Być może nawet niewłaściwie jest mówić tu o gotowości. W poprzednim rozdziale widzieliśmy, w jaki sposób osoby wchodzące w starość realizują przyzwyczajenia związane z „modelem zachowania użyteczności i unikania bezczynności”, który sytuował starość głównie w rodzinie, a po drugie w społeczności lokalnej na początku XX wieku. Być może przyzwyczajenia te są wcielone i stosowane, pomimo na przykład oddzielnego zamieszkania. Nie zawsze jednak dzieci reagują zgodnie z tym modelem (por. w. 21 i 37). Czasem nie dają spodziewanej opieki. Czasem dzieci braknie, wyjadą, umrą. Czasem dochodzi do zupełnego scedowania opieki na państwo poprzez pomoc opieki społecznej (która też kojarzy się ze wstydem, biedą, brakiem rodziny lub jej nieodpowiednią opieką) lub instytucjonalizację.

Tym niemniej współcześnie promowana jest starość niezależna, zarówno przez agendy rządowe i EU, jaki i środki masowego przekazu. Dlaczego więc ten model nie jest masowo naśladowany? Czy może jeszcze nie jest? Wedle Jean-Claude Kaufmanna (2004) wystarczy przecież chwila, by zinterioryzować nowe przyzwyczajenia. Na pewno, jednakże łatwiej adaptowane są te, które lepiej pasują do naszych dotychczasowych przyzwyczajeń lepiej zasymilowanych i już wcielonych. Warunkiem fizycznym wcielenia schematów związanych ze starością niezależną jest na pewno względna sprawność ciała. Ponadto skoncentrowanie na rodzinie przez całe życie, które cechowało część rozmówców, być może uniemożliwia wcielenie zupełnie odmiennych schematów operacyjnych. Tutaj przywołać można interpretację z poprzedniego rozdziału, mówiącą, że skoncentrowanie całego życia wokół rodziny, zgodne z „modelem tradycyjnym”, który na starość każe zachowywać użyteczność dla rodziny, każe także oczekiwać od niej zabezpieczenia i opieki na tym etapie życia.
Druga młodość

„Jestem osobą wojenną, bo z czterdziestego roku. Więc urodziłam się bardzo malutka. Tatusia straciłam, jak miałam trzy miesiące. Nie znam, tylko znam ze zdjęć. No i moje życie było nieciekawe. Wychowałam się w biedzie” (w. 22).


Tak zaczęła opowieść o swoim życiu pani Agnieszka. Siedziałyśmy w holu Domu Dziennego Pobytu dla osób starszych, w kawiarni było zbyt gwarno i społecznie, a i tutaj co i rusz ktoś przechodził, zagadywał panią Agnieszkę i włączał się do rozmowy; co chwilę „dzień dobry – dzień dobry”, krótka rozmowa o zdjęciach, o kurtce, różne codzienne sprawy. Badaczce wydawało się, że pani Agnieszka naumyślnie na miejsce naszej rozmowy wybrała często uczęszczane miejsce, gdyż dumnie wyjaśniła osobom przechodzącym: „wywiad przeprowadzam ze studentką” i „studentkom trzeba pomóc” (tamże). Rozmowa ze mną była więc dla niej sposobem budowania wizerunku i prestiżu. Jeśli chodzi o poruszane treści, to – pomimo publicznego miejsca – były intymne i bolesne, o czym świadczą zresztą te pierwsze słowa naszej rozmowy.

Podobnie jak pani Ludmiła, pani Agnieszka należy do pokolenia urodzonego w trakcie wojny. „Jestem osobą wojenną” mówi o sobie, pani Ludmiła powiedziała: „dziecko wojny”. Okazuje się więc, że w tych przypadkach umiejscowienie się w czasie, w historii zachodzi poprzez odwołanie się jednak do wojny i doświadczeń wczesnego dzieciństwa, a nie – jak postulują cytowani w rozdziale pierwszym autorzy – na podstawie znaczących wydarzeń zachodzących w trakcie wchodzenia w dorosłość.

Urodziła się bardzo malutka, tatusia straciła w niemowlęctwie i była wychowywana w biedzie – to trzy pierwsze informacje, zapowiadające „nieciekawe życie”, bo dalej jest tylko bardziej smutno:

„Pierwszego września czterdziestego siódmego roku zapisała mnie mama do szkoły - rano, a po obiedzie spadłam z półdrugiego piętra. Miałam wstrząs mózgu, pękniecie czaszki. Byłam osobą nie do życia, po prostu nie do życia. Bo miałam dziesięć procent do życia, dziewięćdziesiąt do śmierci. No, ale przeżyłam, uczyłam się od nowa chodzić, mówić, oczy miałam odwrócone, białka do przodu, także… (robi przerwę). Och, ponieważ medycyna była na niskim poziomie, to oczy same nachodziły. Później nosiłam troszkę okulary. No, słabo się uczyłam, czytać mi nie wolno było. Miałam ograniczoną, na przykład jedno słowo mogłam przeczytać. Potem dwa, trzy i tak dalej. Byłam opóźniona w rozwoju. Jeżeli chodzi o naukę sporo.

Dzień dobry (osoba przechodząca).

No i ciężko mi było. Muszę powiedzieć, że nawet siedmiu klas podstawowej szkoły nie skończyłam, ale daję sobie radę. Młodo wyszłam za mąż, mając niecałe dziewiętnaście lat. Za rok urodził mi się syn. Pomimo że przeszłam takie ciężkie życie i tak ciężki wypadek, urodziłam syna prawie cztery kilo bez pięciu deko i w domu, i zdrowy był. No i życie mi się nieciekawe ułożyło. Mąż nie był za dobry. Później, po siedmiu latach, urodził mi się drugi syn, specjalnej troski. Już rodziłam w szpitalu. No i to życie ze, względu na to, nie było ciekawe. (...)



Dzień dobry (osoba przechodząca).

Dzień dobry (do osoby przechodzącej)… czterdzieści lat, jak zmarła mi mama (zastanawia się). No i byłam jedynaczką, chowaną pod sukienką, jak to się mówi. Później zostałam sama, musiałam wszystkiego się nauczyć i sama prowadziłam gospodarstwo i tak prowadzę do tej pory. Syn mój, ten starszy, był dosyć zdolny, ale szkołę skończył - szkołę podstawową, potem zawodówkę skończył, no i później poszedł do… Pracował, poszedł do wojska, no, w wojsku zapoznał sobie dziewczynę, która, po prostu, chciała tylko dziecko. Urodził się chłopiec, a ona mu podziękowała. Podziękowała mu i ja, po prostu, nie znam tego wnuczka. Wyszedł z wojska, zataił to przede mną. Wyszedł z wojska i wpadł w otoczenie złe, a charakter miał podobny do mojego męża, więc rozpił się do tego stopnia, że pił denaturat. No i mając trzydzieści dziewięć lat, niecałe czterdzieści… Dziewiętnastego grudnia zmarł na przystanku w stronę Żoliborza (miała łzy w oczach mówiąc o tym). Brakowało mu niewiele, ponieważ w marcu, 26 marca, skończyłby 40 lat. Tak że, no, tak jakby trzy i pół miesiąca brakowało mu. No, przeżyłam to bardzo. Już siedem lat nie żyje. No, a syn, ten młodszy chodził do szkoły specjalnej, potem chodził do szkoły życia, no i jedenaście, dwanaście lat minęło teraz, dziesiątego stycznia, jak go musiałam oddać do domu pomocy, ponieważ mąż mój jest bardzo chory, ja też jestem chora. Kręgosłup mam chory, kolana już w tej chwili. No, ale tak, jeżeli chodzi o młodszego syna, w dziewięćdziesiątym drugim roku tutaj otworzyli ośrodek, ten właśnie, do którego chodzę, na [nazwa dzielnicy]. No i w związku z czym, że w tamtym okresie nie było żadnych zajęć dla takich dzieci, młodzieży specjalnej troski, więc ja tutaj przyszłam, do tego ośrodka z synem, ale, no, po prostu, niedługo był tu, ponieważ musiałam go oddać, tak jak mówię, do domu pomocy. No już dwanaście lat, jak tam. Ma tam bardzo dobrze. Jeżdżę do niego raz w tygodniu. No i tutaj jest na święta, na każde święta go zabieram. Na turnusy rehabilitacyjne, które tutaj organizuje pani magister (...), zastępca dyrektora. I zawsze z synem, raz w roku, wyjeżdżam. A przedtem, kiedy nie chodził na żadne zajęcia, gdy był w domu, no to należał do koła TPD. Opłacałam i wyjeżdżaliśmy po dwa razy na wczasy rehabilitacyjne, bo wyjeżdżaliśmy z koła TPD. Potem z Oleandrów też wyjeżdżaliśmy, no i raz w roku, tak, że w sumie, w tamtych czasach, trzy razy do roku wyjeżdżałam, bo dwa razy na wczasy rehabilitacyjne z dwóch miejsc, a z koła TPD, jeszcze dodatkowo do sanatorium. To było wtedy dwadzieścia jeden dni. Tak że bardzo dużo wyjeżdżałam. No, a tutaj do ośrodka, jak przyszłam, to założył się taki chórek, kilka osób, do którego ja należałam. Zaczęłam pracować tu społecznie. No, jak już oddalam syna do domu pomocy, to już miałam taką, po prostu, wolna rękę. Nawet wtedy, kiedy jeszcze on był, to też już zaczęłam społecznie pracować w samorządzie. Pracowałam jako zastępca przewodniczącej. Obecnie już piąty rok pracuję jako „społeczna socjalna”. Kocham bardzo ludzi. Przyciągam tu ludzi do tego ośrodka, żeby, po prostu, jak najwięcej było tutaj tych ludzi. Żeby korzystali z tych usług, które tutaj są. A mamy, po prostu, pielęgniarkę. Zawsze jest lekarz. Obecnie, w tej chwili, nie ma, ale spodziewamy się, że niedługo będzie. Mamy pralnię, mamy fryzjerkę, mamy gimnastykę rehabilitacyjną dwa razy w tygodniu. Była cztery razy w tygodniu, no, ale nie było pieniędzy. Jedną rehabilitantkę musiał dyrektor zwolnić. Jest jedna, która ćwiczy z emerytami dwa razy w tygodniu: w poniedziałki i w środy. Jedna zmiana jest od, chyba, nie pamiętam dokładnie, pół do dziewiątej do pół do dziesiątej. Druga jest od pół do dziesiątej, tak że jest, no, jakieś półtorej godziny. Urządzamy wieczorki taneczne co piątek. Z czego, no, mamy, właśnie z tego mamy większy zarobek, bo do tej pory do, do zeszłego roku były składki 12 złotych. W tym roku podjęłyśmy decyzję, żeby 15. A z tych skła…, no i jeszcze mamy koło PTTK-u „Echo”, które się nazywa „Echo”. A dlatego „Echo” się nazywa, bo emeryt chodzi i ogląda. Wyjeżdżamy na różne wycieczki. Na pięciolecie żeśmy byli w Litwie, na dziesięciolecie w Lwowie, w zeszłym roku była taka dłuższa wycieczka – czterodniowa, to była Zielona Góra i jeszcze coś tam i wejście do Niemiec. Tak że tych wycieczek dosyć sporo urządza kolo TPD, takich plenerowych dużo, takich jednodniowych, dwudniowych. No i mamy bardzo dużo ludzi w tym kole PTTK–u. Jest około trzystu osób, a nawet może i więcej. Nie wiem dokładnie. No i tam różne uroczystości. W tej chwili będzie Dzień Babci, to będzie dwudziesty drugi.

Do widzenia (osoba przechodząca).

Do widzenia (do osoby przechodzącej).To będzie dwudziesty drugi. Wtedy samorząd, my, jako samorząd, podajemy herbatkę, jakiś batonik będzie, wierszyki będziemy czytać. Mamy taka panią, właśnie, tą [imię i nazwisko], z którą pani też chwileczkę rozmawiała. Ona trochę pisze wiersze, trochę maluje, tak jak widać - kwiaty, przede wszystkim. No i co ja tu jeszcze mogę powiedzieć?” (w. 22).
To jest cała spontaniczna relacja pani Agnieszki o własnym życiu. Jest dwuczłonowa. Pierwszy człon to „nieciekawe życie”: choroba, bieda, śmierci, trudne więzi - trudy życia. Kluczowa wydaje mi się informacja, że była „jedynaczką chowaną pod sukienką”, co zapewne spotęgowane było jej chorobą; dopiero po czterdziestce, po śmierci mamy, zmuszona była przejąć obowiązki odpowiedzialności za gospodarstwo domowe i pracy zarobkowej. Ta długa niesamodzielność wpływać z pewnością musiała na więź z mężem, synami, matką oraz sytuację ekonomiczną. Mamy więc tu do czynienia ze swego rodzaju „błędnym kołem”, w którym jedno nieszczęście powoduje następne i tak powstaje ciąg smutnych okoliczności życiowych. Z drugiej strony wiele wydarzeń można byłoby tu opowiadać jako chwalebne, na przykład sam fakt wyzdrowienia z tak ciężkiej choroby, przetrwanie pomimo zniknięcia ojca, czyli zwycięstwo matki i jej nad biedą. Tak się jednak nie dzieje, przeważa smutek, i „nieciekawość”.

Drugi człon opowieści dotyczy działalności pani Agnieszki w domu dziennego pobytu i można mu nadać symboliczny tytuł „kocham ludzi”. Miejsce to dało pani Agnieszce możliwość niejako wyjścia poza własne dotychczasowe „nieciekawe” życie i zbudowanie życia alternatywnego, w którym pani Agnieszka jest „społeczną socjalną”, to znaczy uważa się za wolontaryjną pracownicę socjalną, ma możliwość kochać ludzi i im pomagać. Z zaangażowaniem opowiadała o różnych organizowanych przez siebie aktywnościach w tym miejscu, o poradach udzielanych innym. Nie jest już tu biedna, chora, żyjąca w konfliktach i awanturach, nawet – jak zobaczymy dalej - cieszy się tu prestiżem i wysoką pozycją w hierarchii grupy. W całej powyższej opowieści najbardziej uderza stwierdzenie: „No, jak już oddałam syna do domu pomocy, to już miałam taką, po prostu, wolną rękę”. Być może zupełnie niezamierzenie i niesprawiedliwie oskarżająco dla niej zdanie to przybrało taki kształt. Jeśli jednak potraktujemy je tak, jak zostało wypowiedziane, to świadczy o dokonaniu pewnego wyboru – wyboru niezależnego życia i zaangażowania poza rodziną, w miejsce wypełniania zobowiązań rodzinnych jako oczywistych. O wyborze tym sama zresztą pani Agnieszka wspomina, mówiąc, że to jest jej drugi dom, bo życie miała ciężkie. Mamy więc tutaj do czynienia z przesunięciem na wierzchołek „niezależność” w czworokącie rodzinnej starości, opisującym cztery modelowe relacje osoby starej z rodziną (por. podrozdział „Przemiany pozycji osoby starej w rodzinie”) oraz niekoniecznością wywiązywania się ze zobowiązań rodzinnych, o których pisze Małgorzata Szpakowska (2003).

Większość dni pani Agnieszka spędzała w domu dziennego pobytu, prócz wtorków, w które odwiedzała syna. Przez dom dziennego pobytu codziennie przewijało się około dwustu osób, przychodzili głównie na obiad lub skorzystać z pojedynczych usług. Osób spędzających tam swoje dnie było mniej, około czterdziestu. Pani Agnieszka przychodziła około godziny 12-tej, wychodziła zaś stamtąd około 15-tej. Osoby przychodzące nazywane były bywalcami, ażeby nie nawiązywać do ich starszego wieku i trudnej sytuacji materialnej. „Głównym zadaniem Domu Dziennego Pobytu jest aktywizowanie osób starszych zamieszkałych w środowisku” – głosił folder promocyjny. Funkcja pierwszoplanowa domu polegała na zapewnieniu kontaktów międzyludzkich, kolejne to opieka medyczna, pomoc finansowa, wydawanie często dofinansowywanych obiadów, wizyty opiekunek społecznych w domach, finansowane przez opiekę społeczną wczasy, które jednak były istotnym wydarzeniem na pewno w życiu pani Agnieszki. Niemal wszyscy bywalcy byli w trudnej sytuacji finansowej, zaś większość stałych bywalców to osoby nie mające bliskiej rodziny, bądź też mające sporadyczne kontakty z rodziną lub pozostające z nią w konflikcie (por. Rutkowska 2007). Były to więc dwa główne powody korzystania z usług domu i o ile potrzeby materialne były zaspakajane głównie poprzez uczestnictwo w obiadach i korzystania z poszczególnych konkretnych usług, o tyle potrzeby więzi były realizowane poprzez stanie się stałym bywalcem i aktywny udział w życiu codziennym domu. W taki właśnie sposób angażowała się tam pani Agnieszka.

Na podstawie mojej bytności w domu oraz lektury prac studentek odniosłam wrażenie, że społeczność tamtejsza przypomina klasę licealną. Oczywiście nie poziomem oczytania, jako że większość bywalców nie była dobrze wykształcona (choć zdarzały się wyjątki), ale raczej relacjami w grupie czy sprawami, które koncentrowały ich uwagę. Nie było to chyba skojarzenie nieuzasadnione, skoro pani Agnieszka powiedziała, że dzięki przychodzeniu do domu dziennego pobytu przeżywa drugą młodość, bo pierwsza była trudna, biedna i schorowana, a właściwie jej nie było; zaś słowa „starość” się tam nie używało, o czym zostałam pouczona przez panią Agnieszkę, gdy umawiałam się z nią na uczestnictwo w badaniach.

Głównym przedmiotem zainteresowania w domu była sama grupa i zajmowana w niej pozycja. Wyższa w zależności od posiadanych zasobów, takich jak sytuacja finansowa, wykształcenie; a także w zależności od swoiście pojętej atrakcyjności oraz zaangażowania w życie domu. Zaangażowanie w życie domu to 1) działalność w zarządzie lub PTTK – dwóch konkurencyjnych grupach, z których jedna zajmowała się głównie organizacją imprez okolicznościowych, a druga wyjazdów i wycieczek; zaś na przemian organizowały piątkowe wieczorki taneczne, pani Agnieszka była jedyną chyba osobą przynależącą do obu tych grup; 2) oraz zaangażowanie w życie innych – udzielanie porad i wsparcia w trudach codziennego życia, a także po prostu codzienne współprzebywanie. Dowodem atrakcyjności natomiast było posiadanie „chłopaka”, jako że walka o status toczyła się głównie pomiędzy kobietami, których w domu było znacznie więcej, większość z nich była niezamężna. Przejawem atrakcyjności był obcisły strój, dekolty, krótkie dopasowane spódniczki. W tego typu atrakcyjności fizycznej pani Agnieszka przodowała, zawsze niemal mając na sobie coś nowego – niedrogie ciuszki kupowała bowiem w Hali Marymonckiej, zawsze miała także modną fryzurę i makijaż.

Pani Agnieszka miała wysoki status w domu dziennego pobytu. Spędzała tam dużo czasu; angażowała się w życie i problemy innych, nazywając się „społeczną pracownicą socjalną”; działała w elitach władzy, duży udział mając w organizacji wieczorków tanecznych; nadawała ton kryteriom atrakcyjności fizycznej – zawsze zadbana i ubrana według lokalnych prowokujących reguł oraz posiadająca chłopaka, także uczęszczającego do domu, z którym zawsze razem przychodziła na wieczorki taneczne i spędzała u niego weekendy. Jej schorowany mąż nie opuszczał czterech ścian mieszkania, patrząc przez okno na ulicę Jana Pawła II oraz rozwiązując krzyżówki.

Wydaje się, że dom dziennego pobytu jest odrębnym światem o określonych, swoistych regułach panujących tam. Tę osobność miejsca pogłębia fakt, że – jak wspomniałam wcześniej – większość stałych bywalców nie miało bliskich więzi, poza tymi podtrzymywanymi w domu dziennego pobytu. Pani Agnieszka po południu po powrocie do domu oglądała telewizję aż do momentu, w którym kładła się spać. Odniosłam wrażenie, że jest to bardzo znaczące. Głównym źródłem kontaktu ze światem, z szerzej rozumianym społeczeństwem, z młodszymi pokoleniami, z innymi, „oknem na świat” były dla bywalców telewizja i gazety codzienne: dom zapewniał bywalcom kilka tytułów, oni sami przynosili tam gazety bezpłatne. Pani Agnieszka była czwartkową czytelniczką Faktu (w. 23). Pełne pasji dyskusje w domu dziennego pobytu wzbudzał program „Taniec z gwiazdami” i życie codzienne jego uczestników w okresie przebywania tam każdego dnia mojej studentki Katarzyny Kolibabskiej (2007), która w swojej pracy napisała: „Z dyskusji tarasowych wnioskuję, że tego typu programy oraz seriale, a także reklamy, dostarczają moim rozmówcom sporo wiadomości o młodszym pokoleniu. Są to informacje pobieżne, przerysowane i nie prezentujące realnej postaci młodzieży. Miejscem faktycznych, lecz chwilowych i zdawkowych spotkań z młodymi staje się dla większości moich rozmówców ulica czy tramwaj, no i oczywiście te rzadkie kontakty rodzinne. Tę niezbyt gruntowną znajomość życia młodzieży widać w wypowiedziach...” (Kolibabska 2007, s. 17).

Stąd życie codzienne pani Agnieszki przypominało serial młodzieżowy:

„A poprzednio, przed Jurkiem, jak miałam takiego starszego pana, już po osiemdziesiątce był, jak go zapoznałam miał 82 lata, to ja z nim chodziłam czwartek, piątek sobota i niedziela na wieczorki taneczne. No ale później już ten… ten ostatni czas się bardzo źle zachowywał i to tak latem żeśmy się dwa razy pokłócili, a później już tu dziesiątego stycznia był wieczorek taneczny on przyszedł. To był czternasty styczeń. Czternastego stycznia żeśmy się rozstali. On dostał emeryturę. To był dawny wojskowy, pan podpułkownik. On sobie popił. Przyszedł na wieczorek taneczny, no i coś tam, nie wiem co… co ja rozmawiałam z nim. W każdym razie on wobec ludzi mówi do mnie – ty żmijo, ty żmijo, ty wstrętna żmijo. Ludzie się patrzą, bo raczej wszyscy mnie bardzo lubią. A jemu coś odbiło. Ja go złapałam tak za… złapałam tak za ramię tutaj, przyciągnęła do ucha. Mówię – spierdalaj. A co papużka chciała (do osoby przechodzącej)?

Kluczyk od szatni (osoba przechodząca).

Proszę przynieść, dobrze (do osoby przychodzącej).

Zostawiłam szalik (osoba przechodząca).



Dobrze, proszę przynieść (do osoby przechodzącej). I wie pani, i odwinęłam się na pięcie (zastanawia się)… i spierdalaj. Odwróciłam się, usiadłam do stolika, a on przetańczył tam. Poprosił jakąś panią. Przyszedł do mnie do stolika, mówi – Niunia, nie gniewaj się. Ja mówię – odejdź ode mnie. I wie pani, od tamtej pory, w ogóle nie chciałam z nim nic mieć wspólnego. Absolutnie. Mówię – nie dość, że stary dziad. Tupał, tańczył, ale tak tupał, jak to wojskowi. I, po prostu zerwałam z nim. Później byłam jakiś czas sama. No, to tak z koleżankami, to tak dwa razy w tygodniu żeśmy chodziły na wieczorki taneczne. No, a później zapoznałam… Wyjechałam na wczasy do Jastrzębiej i wróciłam. Zapoznałam Jurka i od tamtej pory już spotykaliśmy się. Po prostu już żeśmy się polubili, spotykaliśmy się i tak do tej pory jest. I już nigdzie nie chodzę” (w. 23).
Chyba najbardziej słuszną jest tu interpretacja odwołująca się do przejmowania praktyk pochodzących z kultury dominującej, z którą pani Agnieszka ma styczność, czyli z kultury popularnej. Mamy tu motyw posiadania chłopaka, czyli kolegi, z którym łączyły ją relacje seksualne na wyłączność i bliższe relacje towarzyskie. Jest to rodzaj monogamii seryjnej, widzimy, w jaki sposób można „znaleźć” chłopaka i „zerwać z” chłopakiem. Na pozór wszystko pasuje do wzorca pochodzącego z serialu Beverly Hills, który pani Agnieszka realizuje równie udatnie jak nastolatka ze szkoły średniej dwie przecznice obok. Jest tylko mały szczegół – w przeciwieństwie do typowej nastolatki – pani Agnieszka ma cały pokaźny fragment życia, a przede wszystkim męża chorego w domu i syna w domu opieki, którzy nie pasują do tego „idealnego życia” rodem z serialu młodzieżowego, a w związku z tym zostają zepchnięci na margines życia, w którym pani Agnieszka odtwarzać może rolę nastoletniej gwiazdy socjometrycznej. Mamy tu do czynienia z mimesis, z introjekcją dominujących praktyk kulturowych, z którymi pani Agnieszka i inni bywalcy stykają się poprzez media. Przypadek ten bardzo wdzięcznie daje się opisać w kategoriach analitycznych Jean-Claude Kaufmanna (2004): nowe przyzwyczajenia zinterioryzować można bardzo łatwo poprzez oglądanie telewizji, jest to prowokujący strój, modna fryzura, mocny makijaż, a także sposób bycia i zachowania – znajdowanie chłopaka, bycie z nim, rzucenie go. Wciela się te wśród zinterioryzowanych schematów, które pochodzą z prestiżowych źródeł, czyli z telewizji, gdzie tak właśnie żyją młodzi i bogaci. Bywalcy z pewnością mają i inne zinterioryzowane schematy, choćby patrzenie w okno i rozwiązywanie krzyżówek – przyzwyczajenia właściwe dla starości męża pani Agnieszki. Jednakże to młodzi i bogaci są atrakcyjni, mają władzę i to ich przyzwyczajenia warto naśladować w miarę możliwości. Ponieważ bywalcy nie mają zbyt wiele styczności z osobami młodymi, bogatymi i posiadającymi jakiś prestiż społeczny w swym codziennym, cielesnym życiu, biorą za realną i naśladują rzeczywistość serialową. Nie uznają różnicy pomiędzy „prawdziwym” a „fałszywym”, pomiędzy „rzeczywistością” a „wyobrażeniem”. Są więc może społecznością modelową świata symulakrów (Baudrillard 2005).

Warto w wypowiedzi pani Agnieszki zauważyć jeszcze jedną rzecz. Małgorzata Szpakowska (2003) pisała w odniesieniu do wypowiedzi Polaków z lat dziewięćdziesiątych, że ich nadawcy nie uważają już, że należy zataić swoją agresję, niechęć, roszczenia, których zupełnie nie było w wypowiedziach z lat sześćdziesiątych. Ta otwartość w wyrażaniu negatywnych emocji jest zawarta w narracji pani Agnieszki, szczególnie w przytaczanych przez nią przekleństwach. Przebija przez narrację dbałość o własne potrzeby. Jest prawdopodobne, że ta dbałość o siebie, o własne przyjemności, indywidualizm, brak przymusu zatajania roszczeń i agresji wobec innych są zaczerpnięte z konsumpcyjnej kultury popularnej.

Praktyki kulturowe nigdy nie są naśladowane w sposób idealny, zakorzenione na lokalnym gruncie zawsze przyjmują lokalny koloryt. Mówiąc językiem Jean-Claude Kaufmanna (2004) nowe schematy przyswajamy i wpisujemy w siatkę odniesienia już wcielonych przyzwyczajeń, wedle której interpretujemy nowe informacje. I tak pani Agnieszka nie nosi ubrań markowych, co właściwie byłoby „celem” upowszechnienia konsumpcyjnej kultury popularnej, a ciuszki z pobliskiego bazaru. Nie podróżuje do zagranicznych resortów, lecz jeździ na wczasy z domu dziennego pobytu, czyli z opieki społecznej. Nie bierze udziału w wydarzeniach kulturalnych w stolicy, a organizuje wieczorki taneczne i przeróżne uroczystości w domu dziennego pobytu. Należy nawet do koła żywego różańca, choć „ostatnio trochę sobie zaniedbała” (w. 23), co jest zupełnie odległe od wzorcowego konsumpcyjnego stylu życia. To, co jest naśladowane, wcielone, to raczej pewien sposób kształtowania relacji międzyludzkich: rywalizacja o pozycję w grupie rówieśniczej, posiadanie „chłopaków”, monogamia seryjna, ubiór „sexy”, autonomia jednostki, zaspakajanie własnych potrzeb, istotność doznawania przyjemności, a zupełnie w tej adaptacji zanika aktywność konsumpcyjna, przede wszystkim zapewne z powodu trudnej sytuacji materialnej bywalców, ale też właściwie nie jest potrzebna w tej wykreowanej na ich własne potrzeby kulturze czasu wolnego. Niewątpliwie bowiem, gdybyśmy chcieli użyć kategorii analitycznych Chrisa Gillearda i Paula Higgsa (2005) (aby mówić już nie o indywidualnie nabywanych przyzwyczajeniach, ale o praktykach kulturowych, wywodzących się z myśli Pierre’a Bourdieu), można tu mówić o małym odrębnym polu kulturowym, które określa uczestnictwo w kulturze czasu wolnego55 i pod tym względem należy do praktyk trzeciego wieku. Z tym że, o ile ci autorzy mówiąc o trzecim wieku w Anglii zwykle mieli na myśli uczestnictwo w ogólnokrajowym a czasem globalnym świecie rozrywki i kultury popularnej, o tyle w przypadku omawianego tu domu dziennego pobytu mamy raczej do czynienia ze światem zamkniętym, oddzielonym od głównego nurtu życia społecznego, organizującym sobie czas wolny we własnym zakresie, ale ukształtowanym na podobieństwo „wyobrażonego” świata kultury popularnej, dzięki przejmowaniu przyzwyczajeń poprzez oglądanie seriali.

Jest to świat więzi alternatywnych wobec więzi rodzinnych, zawiązywanych w kręgu rówieśniczym, w ramach instytucjonalnie określonych przez państwo, stwarzający możliwość spędzania nie-samotnej starości poza rodziną. Łatwość nabierania przyzwyczajeń pochodzących z przekazów kultury popularnej i kształtowanie za ich pomocą więzi pomiędzy bywalcami tłumaczyć można dużą niezależnością a wręcz izolacją świata bywalców od zewnętrznej rzeczywistości społecznej. Główny kontakt ze światem poza domem dziennego pobytu stanowiły masowe środki przekazu, były oknem na kulturę prawomocną, inne kontakty (także z rodziną) były sporadyczne. Opis tej sytuacji ukazuje niebezpieczeństwa izolacji społecznej osób starych, niebezpieczeństwa tworzenia gett ludzi starych, pozbawiania ich kontaktu z młodszymi pokoleniami. W niniejszym podrozdziale opisuję różne przypadki starości poza rodziną, przebywania na wierzchołku „niezależność” w czworokącie relacji rodzinnych. Przypadek starości właściwej pokazuje właściwie wycofywanie się z więzi społecznych, głównie z powodu ogarniającego bólu i zniedołężnienia, pozostają więzi z opiekunami jako „narzędziami” i „łącznikami” ze światem. Niniejszy przypadek - drugiej młodości zaczerpniętej z serialu młodzieżowego pokazuje tworzenie więzi rówieśniczych w zamkniętej społeczności na podobieństwo sposobów bycia promowanych przez kulturę popularną, czyli jest to zastąpienie więzi rodzinnych więziami rówieśniczymi w relatywnie zamkniętej społeczności, kształtowanymi za pomocą kultury popularnej. Poniżej chciałabym zaprezentować jeszcze jeden przypadek – starości aktywnej społecznie, gdzie zaangażowanie w więzi rodzinne zastąpione zostało tworzeniem więzi w życiu publicznym poprzez działalność społeczną z przedstawicielami różnych pokoleń, czyli rodzaj uspołecznienia najbardziej przypominający ten charakterystyczny dla pracy zawodowej, z jednym tylko zastrzeżeniem, że z definicji treść aktywności społecznej ma zawsze prospołeczny cel; istotna jest tu i partycypacja osób starszych w sferze publicznej, czyli w życiu całego społeczeństwa, jak i politycznie i moralnie szczytny cel nadający sens ich działalności w wieku starszym.




1   ...   10   11   12   13   14   15   16   17   ...   23


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna