Stary człowiek w kulturze młodości. Doświadczanie starości wśród warszawskich seniorów


Zmiana i ciągłość jako narzędzia badania procesu przemian kulturowych



Pobieranie 1.11 Mb.
Strona2/23
Data09.05.2016
Rozmiar1.11 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   23

Zmiana i ciągłość jako narzędzia badania procesu przemian kulturowych

Analizując zmianę należy zwrócić uwagę nie tylko na to, co nowe, co przychodzi z zewnątrz, ale także na to, co pozostaje z przeszłości. Już Bronisław Malinowski (2000 [1945]) w swoich badaniach nad zmianą kulturową w skolonizowanej Afryce zwrócił uwagę na trzy elementy: 1) to, co przynosi Europa; 2) to, co powstaje na styku (chodzi tu o zjawiska, które powstały w danej społeczności w wyniku kontaktu z Europejczykami, ale nie są asymilacją żadnej praktyki kulturowej owych Europejczyków); 3) to, co trwa z dawnej kultury. Schemat ten ma zastosowanie w odniesieniu do polskiej rzeczywistości potransformacyjnej, gdyż, jak pisze Janina Frentzel-Zagórska (1994), transformacja była łagodną rewolucją, to znaczy dawny świat nie został zniszczony, jak to się dzieje w przypadku wojen i krwawych przewrotów, i w związku z tym pewne nawyki z czasów PRL przetrwały. Mamy więc do czynienia z przejawami zarówno zmiany, jak i ciągłości, oraz ich różnymi konfiguracjami; i te dwa pojęcia: ciągłość i zmiana, jako dwa bieguny pewnego kontinuum stanowić będą kluczowe pojęcia w tej pracy.

Trudno jest określić wagę czynnika zmiany i czynnika ciągłości w konkretnych sytuacjach; trudno jest przewidzieć, co ulegnie zmianie, a co pozostanie stałe. Jeśli przypomnimy sobie pewien fragment eseju Marcela Maussa Sposoby posługiwania się ciałem (2001 [1934]), w którym autor wspomina swój pobyt w szpitalu i przedziwne odkrycie, że dziewczyny francuskie chodzą w sposób identyczny jak aktorki w filmach amerykańskich, to z pewnością nabierzemy przekonania, że zmiana kulturowa zachodzi i zostaje „wcielona” w praktyki cielesne stosunkowo łatwo. Przykład ten zresztą ilustruje ogromną rolę mediów w procesie transmisji w czasach najnowszych, co znajduje potwierdzenie w odniesieniu do sytuacji po transformacji w Polsce – większość zachodnich wzorów przejmujemy poprzez oglądanie telewizji (Ziółkowski 1999).

Z drugiej jednakże strony istnieją silne argumenty za przewagą ciągłości i niepodatności na zmiany, o czym pisze Fernand Braudel w Grammaire des civilisations, a to, co pozostaje ciągłe i z trudem ulega przemianie, to mentalność:

„Te fundamentalne wartości, te struktury psychologiczne, są niewątpliwie najtrudniejsze do przekazania jednej cywilizacji przez drugą, to one właśnie najlepiej je od siebie izolują i odróżniają. Jednocześnie te struktury psychiczne są mało podatne na oddziaływanie czasu. Zmieniają się powoli, przekształcają dopiero po długiej inkubacji, wciąż mało tego świadome” (Braudel 1963, za: Grabski 1985, s. 72).

Łatwo byłoby zaryzykować twierdzenie, że to, co szybko ulegnie przemianie, to praktyki, które widzimy na powierzchni, zaś mentalność i inne „głębsze” elementy są ostoją ciągłości. Czy jednak tak łatwo ciało pozbywałoby się pewnych nawyków (nawet zewnętrznie dostępnych – jak sposób chodzenia) i nabierało nowych? Co więc i w jakich warunkach może ulec przemianie?

Francuski socjolog Jean-Claude Kaufmann w książce Ego. Socjologia jednostki (2004) pisze:

„Człowiek jest jednocześnie podwójny: stanowi otwarty proces ulegający nieustannym zmianom oraz wyjątkowo ciężką i długo zachowawczą pamięć, osadzoną w podświadomości. Zmiana i stałość ja nie mogą być określone (...) jako dwa odrębne byty” (s. 162-163).

Proponuje on używać pojęć w sposób dialektyczny, traktując zmianę i stałość jako dwa bieguny tego samego kontinuum, dwie dialektycznie związane przejawy jednego zjawiska, w swoim komplementarnym funkcjonowaniu wytwarzające nową jakość. I takie rozumienie diady zmiana – ciągłość nie odnosi się wyłącznie do jednostki, gdyż zgodnie z zasadami swojej dialektycznej socjologii jednostkę i społeczeństwo traktuje on jako dwa bieguny jednego procesu; procesu, który Mirosława Marody i Anna Giza-Poleszczuk (2004) nazywają uspołecznieniem, którego funkcją jest koordynacja działań jednostkowych, a które zaistniało poprzez podzielanie wspólnej wizji rzeczywistości.

Kluczowym pojęciem dla zrozumienia zmiany jest przyzwyczajenie definiowane przez Kaufmanna jako wcielone łańcuchy operacyjne. Człowiek składa się z przyzwyczajeń8, które zarówno odtwarzają to, co dawne, jak i rejestrują to, co nowe. „Wcielone”, czyli zapisane w ciele i otaczających, używanych przedmiotach i środowisku zewnętrznym, często aktywizowane automatycznie bez udziału refleksyjności. Przykładem byłoby pozamiatanie z użyciem szczotki i szufelki zainicjowane bezrefleksyjnie na sam widok brudnej podłogi. „Łańcuch”, gdyż są to sekwencje działań składające się z ogniw – segmentów będących na różnych poziomach wcielenia; pewne ogniwa w sekwencji działań mogą być lepiej wcielone a inne mniej i zachodzą wtedy z udziałem refleksyjności. Na przykład, jeśli nasze przyzwyczajenie zamiatania nie jest w pełni wcielone, bo przykładowo zwykle robi to ktoś inny za nas, wtedy działanie nie zostanie tak łatwo zainicjowane (wymaga udziału refleksyjności - chwili przekonania się do podjęcia sprzątania), ale jeśli już zostanie zainicjowane dalsze ogniwa zadziałać mogą automatycznie (znalezienie szczotki i szufelki, sposób posługiwania się nimi itp). „Operacyjne” oznacza oczywiście, że są schematami działania (a także myślenia, jak przyjmują niektórzy autorzy, jeśli potraktujemy myślenie jako praktykę taką samą jak każda inna, możemy się skłonić ku temu stanowisku) i wszelkie działanie zdaniem Jean-Claude Kaufmanna opiera się na nich.

Przyzwyczajenia nabywamy łatwo i wiele możemy zinterioryzować w krótkim czasie. Jean-Claude Kaufmann pokazuje, jak asymilujemy przekazy wpisane w obrazy, które oblegają nas ze wszystkich stron. Parę sekund wystarczy, by interesująca reklama lub scena z ulicy pozostawiła ślad w pamięci. „Korowód różnorakich obrazów (do których mogą dołączyć strzępki refleksji lub rozmów) stopniowo kształtuje szkic alternatywnego schematu, który utrwala odbiór” (s. 158). W taki sposób schematy są interioryzowane i budowane.

Natomiast pozbyć się przyzwyczajenia jest trudniej, gdyż nawet jeśli zostało ono wyparte przez inne w pewnej klasie sytuacji, to nadal zamieszkuje w podświadomości i może zostać uaktywnione przez sprzyjające warunki. Spójne jest to z tezą, że oduczanie jest trudniejsze niż uczenie się.

Jak zachodzi wcielenie schematu zinterioryzowanego9, bądź zaprzestanie jego stosowania? Jean-Claude Kaufmann opisuje, jak przebiega ten proces z udziałem refleksyjności, to znaczy, gdy mamy zinterioryzowanych kilka alternatywnych schematów danego działania i refleksyjnie decydujemy, który wybrać (przykładowo: skończyć zmywanie czy obejrzeć serial). Akt wcielenia może zachodzić także bezrefleksyjnie, np. gdy pewne działanie wykonujemy z innymi lub pod przewodnictwem innych, wtedy nie ma wahania, co zrobić i nie istnieje sytuacja wyboru schematu.

Bardzo trudno o zmianę, gdy chcemy zamienić działanie na brak działania. Przykładowo jedna z rozmówczyń Jean-Claude Kaufmanna próbowała zaprzestać prasować ściereczki kuchenne, i wcielonego schematu prasowania w żaden sposób nie mogła wykorzenić, mimo że zinterioryzowała już inny schemat „kobiety odnoszącej sukcesy w życiu zawodowym, która nie przeznacza tyle czasu na prace domowe”. Łatwiej natomiast jest zmienić nie-działanie w działanie, np. ignorowanie bałaganu w sprzątanie, mamy wtedy do czynienia z pewnym przełamywaniem się, co przynosi satysfakcję, a ciało wprawione w ruch wykonuje działanie automatycznie, więc nie trzeba się konfrontować z przemyśleniami.

Jean-Claude Kaufmann nie zastanawia się nad faktem, które schematy i dlaczego wybieramy. Zadowala się stwierdzeniem, że z powodu wielości kręgów społecznych, w których partycypujemy w świecie nowoczesnym, mamy mnogość schematów do wyboru. Na ten temat wypowiada się Marcel Mauss w Sposobach posługiwania się ciałem (2001 [1934]) zauważając, że: „proces naśladowania przebiega na zasadzie prestiżu” (s. 494). Najchętniej naśladujemy czyny, które zostały uwieńczone powodzeniem, osób, które cieszą się zaufaniem i autorytetem.

Rozważmy implikacje przytoczonej powyżej pokrótce teorii przyzwyczajeń dla badania zmiany kulturowej. Asymilujemy wszystko - z czymkolwiek mamy kontakt - w większy lub mniejszy sposób; jest to zarówno (1) przekaz, z którym mieliśmy zmysłową styczność w mass-mediach lub otoczeniu, (2) praktyki, w których uczestniczymy w życiu codziennym; (3) jak i narzucone nam instytucjonalnie reguły postępowania. W tym większym stopniu przyswajamy, o ile materiał pasuje do dobrze zinterioryzowanych i lepiej wcielonych schematów, którymi już się posługujemy, stanowią one pewną siatkę odniesienia, wedle której interpretujemy nowe informacje. Alternatywne schematy nadbudowują się cały czas, czasem pozostają w formie szczątkowej, a czasem nabierają szczegółowości i mocy, zostają w pełni zinterioryzowane i wcielone. Zależy to od prestiżu, najchętniej wcielamy schematy które przynoszą powodzenie i które są wykonywane przez osoby, które powodzenie odniosły. Schematy, którymi już się nie posługujemy, pozostają w naszej podświadomości i mogą zostać aktywizowane teoretycznie w każdej chwili, zwykle w kontekście, w którym były stosowane wcześniej. Mamy więc do czynienia z konglomeratem możliwych działań pochodzących z przeszłości i zupełnie nowych. Aktywizują się w zależności od warunków i sytuacji, dlatego trudno zaklasyfikować jednoznacznie sfery ciągłości i zmiany. Tym niemniej zmiana jest zależna od relacji władzy, „centrum” jest z chęcią odtwarzane na „peryferiach”, jednakże zachowania obserwowane w centrum mogą być na peryferiach interpretowane zgodnie z innymi schematami działań (tam obecnie obowiązującymi) i w ten sposób zachodzi przyswajanie działań, ale działania te inne mają znaczenie i często stają się ogniwami innych łańcuchów operacyjnych. Łatwo teraz zrozumieć, w jaki sposób Francuzki przejęły sposób chodzenia aktorek amerykańskich, samą obserwację zinterioryzować łatwo i niewątpliwie bezrefleksyjnie zostanie wcielona, jako że aktorki były symbolem atrakcyjności i sukcesu. Można też zrozumieć punkt widzenia Braudela, gdyż interioryzowane przyzwyczajenia porównywane są z siatką już obowiązujących, stąd sposób rozumienia i znaczenie nowych przyzwyczajeń – mentalność, o której pisał myśliciel, trudniej podlega modyfikacji.

Ostatnim problemem dotyczącym kwestii zmiany i ciągłości w badaniu przemian kulturowych, który chciałabym poruszyć, jest kwestia osądu, co jest zmianą a co ciągłością. W Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie co roku zajęcia prowadzi profesor Daniel Bertaux, prosząc studentów o opisanie historii własnej rodziny. Moja babcia pochodziła z bardzo bogatej rodziny chłopskiej najbardziej poważanej w wioskowej hierarchii, była drugą najmłodszą z rodzeństwa i dorastała w czasie wojny. Starsze rodzeństwo zostało przez rodziców obdarzone ziemią, młodsze edukacją. W wyniku przemian strukturalno-ekonomicznych, jakie zaszły po wojnie w państwie komunistycznym, starsze rodzeństwo, które kontynuowało przecież tradycję rodzinną poprzez życie na gospodarce, uległo pauperyzacji i jego prestiż społeczny zachwiał się, dokonała się więc zmiana. Natomiast moja babcia – nauczycielka, żona nie gospodarza a kierownika spółdzielni produkcyjnej, pochodzącego z biednej rodziny - przed uwłaszczeniem z chłopów bezrolnych, która zmieniła trajektorię zawodową, status swój wysoki we wsi własnej i okolicznych zachowała. Jest to ilustracja pewnej prawidłowości, której możemy się tu domyślać, iż w niektórych warunkach ciągłość praktyki10 powoduje zmianę pozycji społecznej a zmiana praktyki pozwala na zachowanie ciągłości miejsca w stratyfikacji społecznej. Dzieje się tak z pewnością w sytuacji szybkich zmian, zwykle nadchodzących z zewnątrz; niewątpliwie podobne skutki przyniosła transformacja ustrojowa.
Starość dawniej i dziś

W tym podrozdziale przedstawię krótką historię starości w Polsce, począwszy od dwudziestolecia międzywojennego, gdyż wtedy to część moich rozmówców przyszła na świat. Prześledźmy więc, na podstawie dostępnych pozycji etnograficznych i socjologicznych, jak na tle przemian kulturowych zmieniała się starość na przestrzeni ich życia. W przemianach tych (zarówno świata, jak i miejsca w nim człowieka starego – gdyż te dwie sprawy są oczywiście nierozerwalnie powiązane) – chcąc nie chcąc – uczestniczyli, i przedstawione tu dzieje przemian mają stanowić zarówno tło dla opisanych w dalszej części pracy wspomnień i rozważań rozmówców, jak i punkt odniesienia dla konfrontacji, jako że historia pisana może czasem się różnić od wspomnień, i tak jak ograniczeniem wspomnień jest subiektywność i działanie pamięci, tak ograniczeniem analizy opartej na źródłach pisanych może być ich fragmentaryczność czy niekompletność. Celem jest pokazanie, jak wygląda starość we współczesnej Polsce oraz zrozumienie procesów różnych zmian i ciągłości, które wpłynęły na ukształtowanie obecnej sytuacji.



Wieś - miasto

W kulturze typu ludowego na terenie Polski w początkach XX wieku występowała rodzina wielopokoleniowa, charakteryzująca się zróżnicowaniem generacyjnym i pokrewieństwem w linii prostej, i stanowiąca podstawę wspólnego gospodarowania w jednym gospodarstwie (Szynkiewicz 1976). Składała się z co najmniej dwu rodzin nuklearnych (w rozumieniu pary małżeńskiej z dziećmi), czyli przy starszych rodzicach zazwyczaj zamieszkiwał syn – zwykle najstarszy i najbardziej przywiązany do ojcowskiej gospodarki – z żoną i dziećmi. W gospodarstwie istniał ścisły podział ról i obowiązków oparty na kryteriach wieku, płci i pozycji w rodzinie, jednakże wszyscy domownicy, także dzieci i starcy, w pracach uczestniczyli i od wykonanej pracy zależał zakres udziału w konsumpcji. Do zajęć męskich należały te angażujące znaczną siłę fizyczną i wymagające przestrzennego oddalenia od domu a do kobiecych – angażujące równomierny wysiłek i pozwalające na kontakt z domostwem. Dzieci w zależności od wieku wykonywały prace pomocnicze i były przyuczane do prac gospodarskich, zaś osoby starsze zajmowały się pracami posługowymi i opieką nad dziećmi. Produktywność gospodarstwa domowego była cykliczna. Młode małżeństwo zamieszkujące zwykle z rodzicami młodzieńca pełniło przez pierwsze 10-20 lat role posługowe i pomocnicze wobec rodziców młodego – gospodyni i gospodarza. Okres ten zresztą ulegał stopniowemu skróceniu w ciągu XX wieku. Następnie, zwykle w sytuacji choroby lub śmierci gospodarza lub gospodyni, pokolenie starsze przechodziło na tzw. dożywocie, oddając gospodarstwo w ręce syna i synowej. W takich warunkach starość przychodziła, gdy skończył się okres zarządzania gospodarstwem i produktywności, przychodziła wraz z przekazaniem władzy nad gospodarstwem synowi. Tym niemniej osoby starsze nadal miały swoje obowiązki względem gospodarstwa, pozostając użytecznymi jak najdłużej.

Tak rozumiana rodzina wielopokoleniowa stanowi strukturę zmienną w czasie. Wysnuto hipotezę (Markowska 1970, za: Szynkiewicz 1976), że stanowi ona zjawisko właściwe przechodzeniu od stosunków feudalnych do kapitalistycznych na wsi. Przykładowo na wsi podlaskiej po uwłaszczeniu liczba rodzin wielopokoleniowych wzrosła dwukrotnie – od 22 do 45%. Tłumaczone jest to faktem, iż w okresie pańszczyźnianym obowiązek zabezpieczenia bytu starym rodzicom spoczywał nie tylko na dzieciach, ale także na dworze i społeczności wiejskiej. W rodzinie wielopokoleniowej funkcja zabezpieczająca starych była zależna od dobrobytu gospodarstwa.

Kazimiera Zawistowicz-Adamska przeprowadziła etnograficzne badania terenowe w Zaborowie, wsi małopolskiej, w okresie pomiędzy sierpniem 1937 a czerwcem 1938, których celem było stwierdzenie przeobrażeń, jakie zachodzą w tradycyjnej kulturze na skutek emigracji (1948). We wsi występowały rodziny wielopokoleniowe, ludzie starsi w ich ramach miewali czasem wydzielone własne poletko do gospodarowania. Zawsze też uczestniczyli w pracach gospodarskich na miarę sił: jeśli nawet nie szli do pracy w polu, to pasali bydło, krzątali się po obejściu, a gdy już siły nie pozwoliły na nic innego, to w granicach izby – „skrobią ziemniaki, drą pierze, niańczą dzieci (czasem prawnuki!), zmywają statki czy zamiatają izbę. Co silniejsze kobiety przędą i szyją. Tak dożywają swych lat na łaskawym chlebie” (s. 167). Tym niemniej, jak pisała autorka, nikt ich do pracy nie zapędzał, pracowali w miarę sił nawet ledwo powłóczący nogami, z astmą, przygarbieni lub zgięci we dwoje, gdyż „Bezczynność – zwiastuje śmierć” (s. 167) i dlatego chcieli się przed nią ze wszech miar ochronić.

W monografii wsi w ziemi dobrzyńskiej Jacka Olędzkiego (1991), opartej na materiałach zebranych już w latach 70-tych, z rozmów ze starszymi mieszkańcami – po przekroczeniu 75 lat – wynika, że kształtowały się dwie postawy wobec śmierci: „żyć aktywnie do samej śmierci, pragnąc jej zdecydowanie z chwilą pojawienia się symptomów niedołęstwa” (s. 175) i ta dominowała zdecydowanie; druga – „żyć mniej lub bardziej pasywnie do śmierci nie pragnąc jej z chwilą pojawienia się symptomów nawet zupełnego niedołęstwa” (s. 175) – była bardzo rzadka. Powtarza się więc motyw unikania bezczynności, którego trwanie już w XVIII i XIX wieku opisuje Jacek Olędzki, kiedy to w rejestrach parafialnych gospodarze zaniżali swój wiek, jeśli zbliżali się do lat starszych. Tłumaczy to niechęcią do przyznania się do starości, wynikającą z obawy przed zdaniem gospodarstwa na rzecz młodszych pokoleń, by nie zdawać się na łaskę nikogo, nawet własnych dzieci, a ostatecznie nie narażać na hańbę biedy i żebractwa.

Kazimiera Zawistowicz-Adamska (1948) bezpośrednio dotyka przedmiotu tej pracy – doświadczania zmiany - opisując doświadczenie i praktyki codzienne najstarszego mieszkańca wsi zwanego Dziadkiem, który „jeszcze krzepko się trzyma, jeszcze wszystko pamięta, jeszcze stara się być swoim najbliższym użyteczny”. W młodości był wójtem i nadal posiada poważanie we wsi, krząta się w obejściach dzieci, pomaga w wychowaniu prawnuków, rozpamiętuje przeszłość na jawie. Dziadek skarży się na zmiany zachodzące w jego wsi, które przede wszystkim mają postać wpływów kultury miejskiej na społeczność Zaborowa – w formie stroju, potraw, wystroju chaty. „Dziadkowi się widzi, że ci ludzie, inaczej odziani, stają się przez to inni wewnętrznie: jakby brali rozbrat z życiem wsiowskim. Obcy” (s. 69) pisze Kazimiera Zawistowicz-Adamska. Mamy więc w relacji etnograficznej ze wsi polskiej z lat trzydziestych owo doświadczenie zmiany, będące głównym elementem doskwierającym i bolesnym w przeżyciu Dziadka, bowiem inne sprawy – jak śmierć i choroba, są postrzegane jako naturalne, czeka się na ich przyjście i mówi o nich. Zaś ta zmiana obyczajów przeszkadza i wywołuje obcość, tym dziwniejszą i boleśniejszą, że względem własnych potomków – swoich. Tym niemniej zmiana na wsi w tych latach nie jest jeszcze radykalna. Dzieci – tak jak wcześniej uczestniczą w pracach gospodarstwa, pomimo i obok obowiązku szkolnego: już czteroletnie dzieci pasą gęsi, pilnują ognia, karmią drób, zamiatają izbę; pięcioletnie idą z bydłem na błonia, skrobią ziemniaki, przynoszą wody ze studni. Co roku przybywa obowiązków. Dzieci w wieku szkolnym mają już ściśle określony przydział roboczy w gospodarstwie i mogą iść na służbę jako pasterze. Młodzież w wieku 14-15 lat jest całkowicie przygotowana do prac, które wykonują dorośli. Element ciągłości jest nadal silny, tylko gdzieniegdzie widać wyłomy uczynione przez kulturę miejską, tak więc „Mimo wszystko Dziadek czuje się nierozerwalnie związany z życiem wsiowskim. Tu się urodził, tu rósł, tu rok za rokiem zdobywał umiejętności rolnicze, tu chował dzieci, tu wójtował. Tu grzebał swoich umarłych. Tu złożą go w grób. Jego miejsce na świecie tu było, tu jest i tu będzie – do końca” (s. 65). Świadectwo doświadczenia ambiwalencji zmiany i ciągłości jako bardzo istotnego w życiu starego gospodarza w latach 30-tych jest tym bardziej interesujące, że nie stanowiło ono przedmiotu dociekań badaczki, wyłania się samo. Zmiana jest zgrzytem, wywołuje poczucie obcości wobec elementów obcych wśród tego, co swojskie i związane z poczuciem „bycia u siebie”.

Przenieśmy się teraz ze wsi do miasta, skąd owe obce dla starego gospodarza praktyki pochodzą. Marcin Czerwiński w książce Przemiany obyczaju (1969) interpretuje genezę i przebieg zjawiska rewolucji obyczajowej, jak je nazywa, interesując się przede wszystkim stosunkami między osobami odmiennej płci oraz pochodzącymi z różnych pokoleń, i przemianą tych stosunków zachodzącą w Polsce w XX wieku i związaną z kulturą miejską. Genezy zmian upatruje przede wszystkim (1) w przeniesieniu obowiązku edukacji dzieci poza dom i rodzinę – młode pokolenie nie terminuje już u jednego doświadczonego mistrza, ale u całego społeczeństwa, za pośrednictwem szkoły i środków masowego przekazu; (2) a także w różnych urządzeniach w gospodarstwie domowym (pralki, lodówki), zmniejszających zakres prac domowych kobiet, co zbiegło się z czasem ideałów emancypacji i zaowocowało masowym podjęciem pracy przez kobiety. Stosunki domowe i rodzinne na pewnych polach straciły na wadze na rzecz stosunków koleżeńskich zawieranych w trakcie edukacji, pracy czy rozrywki. Jeśli rozważamy stosunek do osób starszych, straciło znaczenie wiele symbolicznych gestów szacunku, wykonywanych przed wojną zarówno w rodzinach (np. zwyczaj ucałowania ojca w rękę), jak i wobec obcych starszych. Przyczyn zaniku takich obyczajów autor nie opisuje, wiąże je z wpływem środków masowego przekazu, rozkwitem kultury miejskiej i wzorców europejskich. Zanikowi temu towarzyszy rzeczywista mniejsza rola decyzyjna i doradcza osób starszych, która w modelu tradycyjnym, opisywanym dla kontrastu, była ogromna. Marcin Czerwiński zwraca uwagę, że – w chwili gdy pisał on tę książkę – ze względu na postęp techniczny i związane z nim zmiany stosunków produkcji a nawet stosunków pracy w cenie jest tzw. młodość społeczna, charakteryzująca się elastycznością i ciągłą możliwością przyswajania nowych rzeczy. Brakiem jest nie bycie młodym. Kontrastuje ten fakt z sytuacją tradycyjną, gdzie raz nabyte umiejętności i warsztat pracy nie ulegały zmianie, a określenia „stary żołnierz” czy „stary rzemieślnik” były pochwałą i wyrazem autorytetu. Ustanowienie emerytur może być traktowane zdaniem autora jako oznaka zbędności doświadczenia starców, które jedynie w zawodach o opóźnionym progu emerytalnym okazuje się mieć wartość, a są to zawody polityka, pedagoga i teoretyka – eksperta, jak byśmy dziś powiedzieli porównując definicję autora ze współczesnymi określeniami. Edukacja powszechna, państwowa ten fakt pogłębia, sytuując źródło przekazu nie w starszych pokoleniach przede wszystkim we własnej rodzinie, ale w szkole, środkach masowego przekazu i kręgach rówieśniczych.

Małgorzata Szpakowska w książce Chcieć i mieć. Samowiedza obyczajowa w Polsce czasu przemian (2003) przeanalizowała listy do czasopism i odpowiedzi na konkursy ogłoszone przez najpoczytniejsze czasopisma z lat 60-tych i 90-tych. W tym miejscu skoncentruję się na jej analizie samowiedzy obyczajowej, dotyczącej relacji pomiędzy pokoleniami, wyłaniającej się z wypowiedzi pochodzących z lat 60-tych. Przede wszystkim dość spory widać odsetek rodzin „niemałżeńskich”, są to głównie trzypokoleniowe rodziny złożone z kobiet oraz owdowiałe matki, są to zwykle konsekwencje wojny. Ponadto, zachodzi „zmącenie granic i ról” (s. 91), zanika normatywność wzajemnych ról i świadczeń, charakterystyczna dla przedwojennej rodziny patriarchalnej, władza w rodzinie staje się więc przedmiotem negocjacji, którą zwykle wygrywa silniejszy – ten kto więcej zarabia lub jest właścicielem mieszkania. Taka władza nie jest jednakże uznawana za oczywistą przez członków rodziny, którzy jej podlegają, bywa raczej kwestionowana i podważana, zachodzi więc spłaszczenie hierarchii. Następnie pojawia się temat opieki nad niedołężnymi rodzicami, głównie w wypowiedziach kobiet. Są to często sześćdziesięciolatki i siedemdziesięciolatki, które ciężarem opieki nad starą matką są często przygniecione, polega bowiem ona na stałej pomocy pielęgniarskiej i finansowej. Pojawiają się wzajemne skargi – dzieci skarżą się, że rodzice nadmiernie „się wtrącają”, starsi często czują się eksploatowani lub odsunięci. Nową rolą w rodzinie jest rola „babki-jokera”, jak nazywa ją Małgorzata Szpakowska, gdyż taką babcię w konstrukcjach rodzinnych wstawić można w każde niewypełnione miejsce, spełniają więc babcie funkcje pań domu, opiekunek dzieci czy głów rodu. Małgorzatę Szpakowską dziwi brak świadectw konfliktu międzypokoleniowego, związanego z dystansem kulturowym wytworzonym ze względu na awans społeczny młodszej generacji. Jak widzimy świadectwo Marcina Czerwińskiego i wyniki analiz Małgorzaty Szpakowskiej są wzajemnie spójne i komplementarne.

Pierwszą socjologiczną monografią starości w Polsce była książka pod redakcją Jerzego Piotrowskiego Miejsce człowieka starego w rodzinie i społeczeństwie (1973), napisana wraz ze współpracownikami na podstawie badań będących częścią międzynarodowych badań porównawczych przeprowadzonych w 1966/67 roku. Celem monografii było opisanie zdrowotnej, rodzinnej, zawodowej, mieszkaniowej i materialnej sytuacji osób po 65. roku życia w Polsce. W dwudziestoleciu 1950-1970 udział osób w wieku 65 lat i więcej wśród ludności Polski wzrósł z 5,2 do 8,5% (w 1966 roku wynosił 7%), zaś osób, które przekroczyło 75 rok życia z 1,6 do 2,5%. Na podstawie uzyskanych przez Jerzego Piotrowskiego wyników Ewa Maria Skibińska (2006) sporządziła uogólniony opis sytuacji społecznej człowieka starszego w latach sześćdziesiątych: mieszka wspólnie z dziećmi (67% posiadających dzieci), zwłaszcza na wsi, po śmierci współmałżonka zazwyczaj prowadzi wspólne gospodarstwo domowe z rodziną dziecka; pomaga dzieciom opiekując się wnukami i prowadząc dom; jest na całkowitym lub częściowym utrzymaniu dzieci, które świadczą opiekę w przypadku choroby lub trudnej sytuacji materialnej; na wsi dwie trzecie osób ma dochody z gospodarstwa rolnego, w mieście dwie trzecie ma świadczenia emerytalne. Szczególnie aktywne były starsze kobiety w roli społecznej babć (Jaworska 2008): ze względu na pracę zawodową kobiet, która upowszechniła się po wojnie i zacieranie się różnic warstwowo-majątkowych (np. coraz rzadziej miewano gosposie), na babcie spadły obowiązki gospodarskie - często tym trudniejsze, że wymagające radzenia sobie z niedoborami socjalistycznej gospodarki, na przykład stania w kolejkach – oraz ciężar opieki nad wnukami.

Obraz ten zgodny jest z wynikami badań emerytów w Poznaniu przeprowadzonych przez Annę Kotlarską-Michalską (1985) w latach 70-tych. Dodatkowo badaczka wykazuje, że małżeństwa w wieku emerytalnym w szerszym zakresie pomagają swoim dzieciom niż otrzymują od nich pomoc (to znaczy więcej starszych rodziców pomaga dzieciom niż uzyskuje pomoc)11. Starsi rodzice oferują swoją pracę i wysiłek przy gospodarstwie domowym dzieci, zaś dzieci pomoc finansową i pielęgnację w czasie choroby.

We wnioskach końcowych pracy pod redakcją Jerzego Piotrowskiego (1973) ważką rolę odgrywa kwestia przewidywania wydłużania się okresu życia po przejściu na emeryturę – który ma trwać 20-40 lat - i rosnącego zróżnicowania w stylach życia i problemach osób w tym wieku. Autor przewiduje, że wiek emerytalny będzie się obniżał, a czas życia - wraz z rozwojem medycyny i higieny - wydłużał. Czas starości, zgodnie z podejściem potocznym, rozumie on jako zniedołężnienie i bezradność, zależność od opieki. Taka starość pojawiać się będzie późno, zaś po przejściu na emeryturę następować będzie czas zasłużonego wypoczynku i zabezpieczenia materialnego, który jednakże nosi konotacje przeżytego już życia, zaś Jerzy Piotrowski wyraża pogląd, że „powinien to być okres prawdziwego życia, okres, w którym człowiek po odbyciu swego społecznego obowiązku pracy dysponuje swobodą organizowania sobie samodzielnego i sensownego życia” (s. 377). Proponuje więc zastosowanie pojęcia „trzeci wiek” na oznaczenie wieku emerytalnego i te dwa pojęcia „starość” i „trzeci wiek” miałyby odmienny zakres treściowy. Wyznacznikiem „prawdziwej” starości byłoby więc dla Jerzego Piotrowskiego starzenie się biologiczne.

Na podstawie powyżej przytoczonych lektur prześledzić można zmianę rozumienia starości. W „tradycyjnej” kulturze typu ludowego starość określana była jednocześnie biologicznie – zniedołężnieniem - i poprzez praktyki społeczne - bezczynnością: człowiek był stary, gdy już był tak słaby, że zupełnie nie był w stanie pracować12. Wprowadzenie emerytur rozdzieliło sensy biologiczny i kulturowy starości, wprowadziło rozłam, starość społeczna poprzedzałaby o wiele lat starość biologiczną, stąd „trzeci wiek” okazał się propozycją, by ten okres pomiędzy nimi wypełnić, by „bezczynność i nieużyteczność” zastąpić inną treścią, a starość związać z biologią – chorobą i niedołężnością.




1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   23


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna