Stary człowiek w kulturze młodości. Doświadczanie starości wśród warszawskich seniorów



Pobieranie 1.11 Mb.
Strona6/23
Data09.05.2016
Rozmiar1.11 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   23

Rozdział 2. Być Tam
Użyteczność etnografii wielostanowiskowej w czasie przemian kulturowych w Polsce potransformacyjnej

„Levi-Strauss, Evans-Pritchard, Malinowski i Benedict działali w świecie dokładniej podzielonym, w którym różnice były wyraźniejsze (Bororo, Zande, Trobriandczycy, Zuni), a wielcy polihistorzy (Tylor, Morgan, Frazer itd.), których zastąpili wyżej wymienieni, działali w świecie powszechnego dualizmu – idący z postępem cywilizowany człowiek i dający się ulepszyć dziki. „Tam” i „Tu”, coraz mniej oddzielone, coraz mniej ostro zdefiniowane, pomiędzy którymi kontrast jest coraz mniej spektakularny (ale nie mniej głęboki)...” pisze Clifford Geertz w książce Dzieło i życie. Antropolog jako autor (2000, s. 199), porównując współczesne relacje pomiędzy prowadzeniem badań terenowych a działalnością akademicką z sytuacją etnografów w przeszłości. Opisywane w tej pracy badania zgodne są ze współczesnymi tendencjami, badania terenowe prowadzone są w Warszawie, miejscu zamieszkania badaczki30; wyjazd w teren, czy też przejście z „Tu” do „Tam”, ze świata, z którego badaczka pochodzi, do świata rozmówców, obcego świata, to co najwyżej przejazd autobusem, metrem lub kolejką podmiejską, a czasem nawet krótki spacer do bloku nieopodal.

Książka Clifforda Geertza, którą cytuję rozpoczynając niniejszy rozdział nie dotyczy tylko metodologicznych trudności badacza związanych z rozmywaniem się znaczenia „Tu” i „Tam”, terenu i akademii czy też miejsca zamieszkania antropologów. Przede wszystkim dotyczy ona pisarstwa etnograficznego, czyli zdawania relacji z tego, co dzieje się „Tam”, czytelnikom będącym „Tu”. Clifford Geertz udowadnia, że to, co w dużej mierze buduje autorytet antropologiczny badacza, to jego umiejętność przekonania czytelnika, że naprawdę był tam, gdzie był, obserwował i przeżył to, co obserwował i przeżył, i w związku z tym może wiarygodnie wypowiadać się na temat „Tam”. Umiejętność taka jest umiejętnością retoryczną, jest to kwestia stylu, prowadzenia narracji, słowem umiejętności pisania w taki sposób, że czytelnik czuje się, jakby sam był „Tam”.

W przypadku badań opisanych w tej pracy pojawiają się dwa problemy, które w zasadzie uniemożliwiają, a przynajmniej w dużej mierze utrudniają budowę autorytetu opartego na tej zasadzie. Po pierwsze „Tam” znajduje się geograficznie w tym samym miejscu, co „Tu” – badania były prowadzone w Warszawie, tu jest pisana praca i mieszkają czytelnicy. Rozpoczęcie więc pracy od opisu Warszawy czy słonecznego popołudnia rozpoczęcia badań nie spełni w żadnej mierze roli opisu wejścia w teren w wykonaniu tradycyjnych badaczy. Czytelnik bowiem wie, jak wygląda Warszawa, co więcej zapewne ma styczność z wieloma starszymi Warszawiakami.

Drugim kłopotem jest złożoność opisywanej rzeczywistości, wielość miejsc i tropów. Badania prowadzone w jednej społeczności, pozwalają w opisie wykreować spójny obraz pewnej w miarę zamkniętej przestrzeni społecznej. Natomiast Warszawa jest dużym i skomplikowanym światem; poniżej zamieszczony opis sposobu realizacji badań oraz wprowadzenie w teren to raczej pochodzące z różnych źródeł wrażenia, zbiór pierwszych impresji i informacji, które mogą się okazać przydatne podczas analizy zebranych materiałów, i w takim właśnie celu zostały zamieszczone. Tak więc opis terenu będzie raczej kompendium wstępnych informacji niż pasjonującym i przekonywującym wprowadzeniem w badaną rzeczywistość. Aby pozostać w zgodzie z rzeczywistością dostojny praesens etnograficum zastąpiony zostanie w opisie czasem przeszłym, w którym mieszczą się opisywane wydarzenia i spostrzeżenia, oprócz przypadku osoby w międzyczasie zmarłej (pani Barbary), do opisu spotkania z którą używam czasu teraźniejszego, sytuując ją w ten sposób niejako poza czasem.

W świecie współczesnym, w którym mamy do czynienia ze zmienionymi przedmiotami i warunkami badań, zmianie ulegać muszą także metody pracy w terenie31 – postuluje George E. Marcus w - niezwykle znaczącym i rzeczywiście przekształcającym sposób myślenia o prowadzeniu badań etnograficznych – tekście Użyteczność kategorii uczestnictwa w zmieniających się kontekstach antropologicznych badań terenowych (2003)32. Metafory o wnętrzu, przekraczaniu kulturowych granic, niejako wejściu do badanego świata i przekazaniu, jak „Tam” jest, „nie są już właściwe” (Marcus 2003, s. 170). Autor w tym tekście nie charakteryzuje dokładnie współczesnego świata czy też tego, co w nim uległo zmianie. Wspomina o globalizacji, o nieciągłości formacji kulturowych, o ponadlokalnych czynnikach i przyczynach, które wpływając na sytuację w danej lokalności, wywołują jako reakcje rozmaite „praktyki, niepokoje i dwuznaczności” (s. 170), jednakże istota powiązań pomiędzy różnymi lokalnościami, przyczyny procesów zachodzących w ich własnym sąsiedztwie, nie są dla jednostek – mieszkańców konkretnych lokalności – jasne. Antropolog prowadzący badania w takim świecie powinien być czuły wobec kontekstu globalnego. Z rozmówcami w danym terenie, w danej lokalności, łączy go zawsze podległość wobec wpływów tych ponadlokalnych czynników, których genezy i skutków zarówno on, jak i oni starają się dociec. Zamiast więc sztucznie starać się przeniknąć do rządzącego się wewnętrzną logiką świata lokalnego, a w tym przeniknięciu zawsze jest coś z fikcji lub z fałszu, George Marcus postuluje, by uczciwie budować relację na współudziale w świecie, którego zarówno antropolog, jak i rozmówcy są częściami, nie ma już przecież bowiem izolatów kulturowych, a powiązania pomiędzy rozmaitymi lokalnościami, różne figuracje, wymuszają zmiany w konkretnej lokalności. Aby zrozumieć te zmiany, wzajemne wpływy i stosunki nie wystarczy zamieszkać w jednej małej społeczności i napisać jej monografię, twierdzi George Marcus. Współcześnie badania terenowe wymagają wielostanowiskowości, to znaczy śledzenia tropów, motywów, różnych obliczy przedmiotu badania, które pojawiają się w różnych miejscach i kontekstach. „Tak więc w ramach jednego projektu badawczego etnograf może pracować na zasadach bliskości i równości z osobami pochodzącymi z różnych klas społecznych, które mogą nawet bezpośrednio się ze sobą nie znać albo mieć poczucie bardzo luźnych związków” (s. 175). Deklaracja, która jeszcze w perspektywie antropologii Clifforda Geertza budziłaby zdziwienie.

Podstawową inspiracją mojej pracy terenowej była właśnie etnografia wielostanowiskowa George’a Marcusa, wyrosła na krytyce podejścia Clifforda Geertza, czyli antropologia amerykańska, kojarzona z nurtem postmodernistycznym w antropologii. Kilkakrotnie zresztą próbowałam tego uniknąć, szukając inspiracji wśród badaczy europejskich i nieobdarzonych etykietą „postmodernizmu”, który zawsze wywołuje kontrowersje, i z którą to etykietą nie identyfikuję się. Jednakże, jak sądzę, walor etnografii wielostanowiskowej George’a Marcusa polega na komplementarnym dostosowaniu używanej metody do kontekstu i warunków badania – rzeczywiście, aby zrozumieć jakiś problem w świecie nieciągłości, to trzeba badać wielostanowiskowo. Problematyka starości w Warszawie, stolicy kraju postkomunistycznego, w którym na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat zaszło tak wiele przemian, opisanych w poprzednim rozdziale, doskonale wpisuje się w koncepcję nieciągłości formacji kulturowych współczesnego świata i wpływu ponadlokalnych czynników na konkretne lokalności, których przyczyny, mechanizmy i skutki trudno zrozumieć. Dlatego więc dokonałam takiego – kontrowersyjnego wciąż dla powszechnej praktyki etnograficznej – wyboru: badania doświadczania starości w różnych kontekstach, jak najbardziej odmiennych, a moi rozmówcy nie tworzyli wspólnoty lokalnej, zwykle nawet się nie znali, żyli w różnych światach pod względem klasowym i mentalnym.

Tym niemniej wiele spraw łączyło moich rozmówców: (1) wiek i tożsamość społeczna osoby starszej; (2) co się z tym wiąże – problematyka starości zawsze jest w jakiś sposób w ich życiu przywoływana, czy to poprzez dolegliwości cielesne, zmiany w życiu społecznym i rolach społecznych; (3) przestrzeń – wszyscy mieszkają w Warszawie, której przestrzeń jest ich codziennością; (5) środki masowego przekazu; (4) czas i wspólnota pokoleniowa33 – wszyscy przeżyli wojnę w dzieciństwie i młodości, życie produkcyjne w czasach PRL, a starość przyszła wraz z transformacją ustrojową. Nawet jeśli te wspólne sprawy nie wystarczają, by osoby stare w swoim mniemaniu tworzyły wspólnotę wyobrażoną, to jednak wszystkim wspólne jest doświadczanie starości w Warszawie we współczesnej Polsce potransformacyjnej, czyli problem badawczy jest żywotną sprawą w ich doświadczeniu a na tym właśnie George Marcus (2003) postuluje opierać stosunki z rozmówcami.

Akceptacji pewnej nieciągłości i niekompletności uzyskanego obrazu, wynikających z warunków prowadzenia badania we współczesnej metropolii, uczy etnograficzna monografia londyńskiej ulicy The Comfort of Things brytyjskiego antropologa Daniela Millera (2008). Daniel Miller wraz z pomocnicą – doktorantką przeprowadził badania w stu gospodarstwach domowych usytuowanych wzdłuż pewnej londyńskiej ulicy, a w pracy przedstawił obraz trzydziestu, pokazując, że wyników nie można sprowadzić do jednego wspólnego mianownika, że te trzydzieści domów to jak trzydzieści różnych światów, porównał swoje badania do badań wielu bardzo bardzo małych społeczności. Za respondentkę najbardziej reprezentatywną dla zbiorowości, którą badał, uznał kobietę bardzo nietypową, łączącą rozmaite zainteresowania i style życia, jednocześnie zapaśniczkę, selekcjonerkę w nocnym klubie i nauczycielkę socjologii. W swej nietypowości i różnorodności zainteresowań była ona typową rozmówczynią zamieszkałą przy londyńskiej ulicy, gdzie różnorodność etniczna i kulturowa, korzystanie z przeróżnych inspiracji i wzorów kulturowych były jedynymi cechami wspólnymi dla mieszkańców. W takiej sytuacji wszelkie jasne podziały narodowe, etniczne, klasowe, wiekowe czy pod względem płci traciły na znaczeniu; tożsamość mieszkańców wydawała się Danielowi Millerowi konstruowana twórczo poprzez relacje wobec ludzi i przedmiotów. Stanowisko jego – wyraźnie wypowiedziane – jest takie, że we współczesnych metropoliach nie mamy już do czynienia ze społeczeństwem, które możemy badać, które miałoby pewne wspólne uniwersum; ani z jednostkami, bo nigdy jednak człowiek nie żyje w próżni społecznej; natomiast to, co należy badać, to sieci relacji (networks of relationships), bo to one są charakterystycznie współczesną formą uspołecznienia, jak można zinterpretować jego słowa przy użyciu kategorii stosowanej przez Mirosławę Marody (2004).

Odnosząc odkrycia i refleksje Daniela Millera do rzeczywistości warszawskiej, wydaje się, że mówienie o małych osobnych światach gospodarstw domowych, odrębnych mikrospołeczeństwach byłoby nadużyciem. Niewątpliwie różnorodność i nieciągłość są cechami warszawskiej rzeczywistości, jednakże starość w Warszawie ma pewne wspólne charakterystyki, tak więc ambicją tych badań jest pokazać kilka małych obrazków starości, w których przejawiać się będą sprawy ważne dla całościowego obrazu starości w Warszawie. Sposób prezentacji materiału skoncentrowany będzie wokół jednostkowych doświadczeń i historii, tak by zobrazować osobiste reakcje na zmianę-ciągłość w postaci obcości-swojskości, tym niemniej rozważania te nad jednostkowym doświadczaniem pozwolą nam na dyskusję nad mechanizmami doświadczania zmiany w ogóle.

Problem reprezentatywności w omawianym powyżej tekście George’a Marcusa (2003) się nie pojawia. Tradycyjnie w antropologii kulturowej, co dokładnie analizuje Clifford Geertz w słynnym eseju Opis gęsty – w stronę interpretatywnej teorii kultury (2003), wiedzę konstruuje się w ten sposób, że podczas badań małej społeczności tworzy się interpretacje na temat funkcjonowania tej społeczności, które jednocześnie mówią „na temat życia społecznego jako takiego” (s. 56). Czyli na podstawie badań społeczności etnograf tworzy pewną teorię, konstruuje system analizy, który następnie może zostać użyty do zrozumienia innej społeczności, i tam ten model może pasować albo nie. Taka możliwość tworzenia uogólnień zakłada jednak dogłębne, bardzo dobre poznanie społeczności, którą się bada. Badania wielostanowiskowe prowadzone w nieciągłej rzeczywistości nie do końca pasują do tego modelu. Wydaje się, że w nieciągłej rzeczywistości, prowadząc badania wedle tego modelu, nie da się uzyskać pełnego obrazu badanej rzeczywistości, zawsze będą pewne luki. Istotą etnografii wielostanowiskowej jest raczej zrozumienie relacji, przepływów pomiędzy lokalnym doświadczaniem starości a warunkującymi je ponadlokalnymi czynnikami – polityką Unii Europejskiej, przekazem środków masowego przekazu, przemianami demograficznymi, politycznymi, przemianą więzi rodzinnej itp.

Inne stanowisko w kwestii reprezentatywności zajmuje socjologia jakościowa: nurt historii życia (Bertaux 1995), pamiętnikarski (Kłoskowska 1996), badań stylu życia (Siciński 1988, Tyszka 1971). Tutaj chodzi o reprezentatywność fenomenologiczną: materiał jest reprezentatywny fenomenologicznie, jeśli wielokrotnie powtarzają się w nim te same treści oraz gdy daje żywy obraz doświadczeń pewnej grupy lub kategorii społecznej, której większość pogrążona jest w milczeniu (Zawadzki i Lazarsfeld 2007). To podejście najładniej podsumowuje wypowiedź Daniela Bertaux, którego badania mają na celu przedstawienie historii rodzin i biografii jednostek: „Każdy przypadek historii rodziny jest małym zwierciadłem, w którym odbija się proces ogólnej zmiany społecznej” (1995, s. 198). Jak widać jest to podejście bardzo bliskie podejściu biegu życia (Hareven 1982), które warunkuje w tej pracy sposób myślenia o powiązaniach pomiędzy historią, rodziną a jednostką. Wszystkie te sfery zachodzą na siebie, ukazując w specyficzny dla siebie sposób zachodzące przemiany.

Jednocześnie w przypadku złożoności rzeczywistości, z jaką mamy do czynienia w dużym mieście, istotny jest celowy dobór jak najbardziej zróżnicowanych przypadków, by zachodzące nieciągłości - i związane z nimi rozmaite doświadczenia - odzwierciedlić. Pisze o tym Elżbieta Tarkowska w książce Zrozumieć biednego (2000), omawiając zróżnicowanie populacji biednych i odzwierciedlający je dobór celowy w badaniach jakościowych: „w doborze rodzin staraliśmy się uwzględnić możliwie zróżnicowane typy biedy, wyodrębnione na podstawie wcześniejszych analiz, dostępnych danych z badań, obserwacji, doniesień prasowych i innych” (s. 37). Podobnie zrobiłam w tych badaniach – celowy dobór próby został zaplanowany na podstawie przygotowawczej fazy badań oraz analizy istniejącej literatury na temat starości. W dalszej części tego rozdziału zostaną przedstawione metody badawcze, kryteria doboru próby, a dalej opis terenu, zrelacjonowanie przebiegu badań oraz przedstawienie bohaterów tej pracy, czyli moich rozmówców. W tym miejscu chcę jeszcze tylko podkreślić, że moim priorytetem nie było „odnalezienie” i przedstawienie wszelkich możliwych sposobów doświadczania starości we współczesnej Warszawie, a raczej – zgodnie z założeniem etnografii wielostanowiskowej – zrozumienie, jakie procesy zachodzą, w jaki sposób doświadczanie starości warunkowane jest współczesnymi przemianami i jak człowiek stary na te przemiany reaguje.
Metody prowadzenia badań

Badania terenowe przeprowadzono w dwu fazach. Pierwsza, przygotowawcza, szerzej zakrojona, prowadzona była z udziałem studentów grupy laboratoryjnej, którą prowadziłam w latach 2004-2006 w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego. Jedenaścioro studentów34 udostępniło mi w sumie materiały pochodzące ze 180 wywiadów i jedenaście dzienników badań. Celem tej fazy było poznanie środowisk warszawskich osób starszych oraz rozpoznanie ważnych dla ludzi starych tematów. Metody używane przez studentów to otwarty wywiad pogłębiony (kwestionariusz do rozmowy w załączniku 1) i obserwacja uczestnicząca. Studenci prowadzili badania w różnych miejscach skupiających osoby starsze, w przeciągu dwóch lat regularnie odwiedzali swoje miejsca badań, do których należały: dom pomocy społecznej, dzienny dom pomocy społecznej, dom dziennego pobytu (dotąd wymienione miejsca funkcjonowały w ramach instytucji pomocy społecznej), dwa kluby seniora, uniwersytet trzeciego wieku, fundacja na rzecz osób starszych prowadzona przez osoby starsze, dom opieki pod Warszawą, dwa osiedla zamieszkałe w większości przez osoby starsze, umiejscowione w różnych częściach Warszawy.

Celem drugiej fazy, prowadzonej już tylko przez badaczkę w okresie od stycznia 2006 roku do sierpnia 2007 roku, było dogłębne poznanie doświadczenia starości. W związku z tym uczestniczyło w tej fazie jedenastu rozmówców, wokół których życia skoncentrowane były badania. Zastosowane metody to: (1) obserwacja uczestnicząca, czyli towarzyszenie rozmówcy w różnych sferach jego/jej życia: wizyty w domu, w miejscu pracy/działalności społecznej, poznanie rozmówcy z punktu widzenia jego/jej rodziny i znajomych, której towarzyszące spostrzeżenia notowane były w Dzienniku Badań (prowadzonym od 5 maja 2005 do 27 sierpnia 2007); (2) narracyjny wywiad biograficzny – pozwalający na realizację badań zgodną z podejściem biegu życia - zainicjowany pytaniem wywołującym narrację biograficzną: „Proszę mi opowiedzieć o swoim życiu i o tym, co starość zmieniła w Pani/Pana życiu, jak wpłynęła na Pani/Pana życie”, których zebrałam dziesięć (w tym jeden łączony, małżeński); (3) otwarty wywiad pogłębiony – 37 wywiadów, z każdym z rozmówców w wywiadach tych poruszone zostały trzy zagadnienia: Więzi społeczne z elementami religijności; Zmiana i reakcje na zmianę; Starość, tożsamość, śmierć, scenariusze do rozmów dotykających tych trzech zagadnień są w załącznikach – odpowiednio 2, 3 i 4. Wywiady były swobodnymi rozmowami. O ile w narracyjnym wywiadzie biograficznym pilnowałam, by rozmówcy w miarę zachowywali kolejność chronologiczną wydarzeń, to nie wtrącałam żadnych uwag ani pytań, notując je skrzętnie i zadając po zakończeniu opowiadania, w trakcie opowieści mówiłam co najwyżej „mhm”, „tak” lub kiwałam głową, ażeby stymulować tok opowiadania. W przypadku otwartych wywiadów pogłębionych były to swobodne rozmowy, charakteryzujące się aktywnym udziałem zarówno rozmówcy, jak i badaczki, badaczka starała się podążać za tokiem myślenia rozmówcy i eksplorować poruszane przez rozmówców tematy, zamiast ewokować swoje; z drugiej jednak strony nie obawiała się zmieniać przebiegu rozmowy, gdy coś w wypowiedzi rozmówców ją zainteresowało oraz pilnowała, by uzyskać odpowiedzi na zamieszczone w scenariuszu do rozmowy pytania i zagadnienia.

Ponieważ celem fazy pierwszej było rozpoznanie terenu, w badaniach wzięły udział możliwie różnorodne instytucje i miejsca. Następnie do fazy drugiej, skupionej na jednostkowym doświadczaniu starości dobrane zostały osoby ze względu na różnorodność swoich doświadczeń i sytuacji życiowych, tak aby mogły ukazać różne występujące we współczesnej sytuacji doświadczenia i reakcje na starość w kulturze młodości. Metoda doboru była owocem inspiracji badaniami wielostanowiskowymi Georgesa Marcusa (2003), czyli badaniem jednego zjawiska w różnych miejscach i kontekstach, poznawaniem różnych obliczy tego samego zjawiska. George Marcus uważa taką metodę za jedyną prawomocną we współczesności i motywuje ją nieciągłością formacji kulturowych (por. s. 49). Planowałam dobór rozmówców zgodny z zasadą kontrastu, tak aby każdy rozmówca był reprezentantem innego kontekstu, innej możliwości starzenia się w Warszawie. Różne konteksty starości wyznaczone miały być przez aktywności, organizujące większą część czasu osób starszych, opisane w Encyklopedii seniora (Kamiński 1986): aktywność zawodową; wewnątrzrodzinną; klubową i towarzyską w środowisku seniorów; związaną z rozwijaniem zainteresowań i hobby; skupioną wokół gospodarstwa domowego; brak określonej aktywności („wypoczywanie”, ale też choroba). Zamierzałam, by każdy z moich rozmówców koncentrował się wokół jednej z wymienionych modelowych aktywności, oczywiście w życiu takie modelowe podziały nie występują, natomiast rzeczywiście udało mi się zgromadzić grupę osób, z których każda skoncentrowana była wokół innych aktywności i inaczej przeżywała swoją starość, w ramach możliwości, które daje starzenie się we współczesnej Warszawie, które oczywiście są bardziej różnorodne niż na przykład w liczącej dwustu mieszkańców wsi, ze względu na rozmaitość instytucji kulturowych, dostępność różnych „modeli” zachowań. Zanim jednak przedstawię rozmówców fazy drugiej, odnosząc się do kontekstów starości, które reprezentują, opiszę przebieg pracy w terenie.


Teren Warszawa

Wśród mieszkańców Warszawy – wedle badań przeprowadzonych w 2001 roku (WAS, za: Cichomski 2004) -14,3% ludności to były osoby w wieku 60-69 lat, zaś 12,4% ludności – osoby w wieku 70 lat i więcej. Łącznie daje to 26,7% ludności, zaś proporcja emerytów i rencistów w mieście wynosiła 30,9%. Można więc powiedzieć, że osoby starsze stanowią niecałą jedną trzecią mieszkańców stolicy, czyli sporo w porównaniu do danych ogólnopolskich. Zasiedlają mniej więcej równomiernie całą Warszawę, emeryci i renciści stanowią najwyższy odsetek wśród mieszkańców dzielnic Wawra (59,1%), Bemowa (42,1%) oraz Ursusa (44%). Chociaż Warszawa wciąż jest miastem-celem migracji z innych miejscowości w kraju, odsetek przybyszów jest większy w starszych kategoriach wiekowych (WAS 2001, za: Cichomski 2004); wśród osób w wieku 70+ lat (urodzonych w latach 1911-1931) wynosi on aż 68,6%; wśród osób w wieku 60-69 lat (1932-1941) odsetek przybyszów wynosi 61%; dalej powoli sukcesywnie spada, by wśród osób w wieku 18-34 lata (1977-1983) wynosić 37%. Duży udział ludności napływowej w strukturze ludnościowej miasta, jak i fakt, że jest on większy w starszym pokoleniu, ma związek z historią miasta; jako że Warszawa została niemal doszczętnie zniszczona w trakcie II Wojny Światowej, zaś w latach 50-tych i 70-tych miały miejsce fale szczególnie ożywionej migracji do stolicy (Ciechocińska 1981).

Wyjście w teren, upamiętnione w Dzienniku Badań datą 5 maja 2005 roku, przy tak dużym rozmiarze i pewnej nieokreśloności terenu, a także z racji wyzwania metodologicznego, jakim była wielostanowiskowość badań, wiązało się z wątpliwościami i trudnościami. Przygodę tę badaczka rozpoczęła od zdobywania wszelkiego rodzaju upoważnień i oficjalnych pozwoleń odwiedzenia rozmaitych instytucji, jako przedstawicielka Polskiej Akademii Nauk przygotowująca doktorat, i faktycznie, dzięki pismom podstemplowanym przez promotor i dyrekcję instytutu, traktowana byłam z należnym pracownikom naukowym szacunkiem i dystansem. W ten sposób odwiedziłam kilka różnych instytucji, przeprowadzając rozmowy z osobami zarządzającymi nimi, próbując się czegoś o tych miejscach dowiedzieć, a czasem umówić na studenckie badania terenowe. Wśród instytucji, z którymi się zetknęłam były: Fundacja Dla Seniorów35, gdzie po raz pierwszy usłyszałam o dyskryminacji seniorów i walce przeciw dyskryminacji; i Uniwersytet Trzeciego Wieku Pewnej Dzielnicy, gdzie już podczas pierwszej rozmowy telefonicznej dowiedziałam się, że nie należy używać słowa „starość”, lecz „trzeci wiek” lub „złota jesień”, zaś zamiast „starzy” – „seniorzy”. Poprzez Warszawską Spółdzielnię Mieszkaniową dotarłam do żoliborskiego osiedla wybudowanego tuż po wojnie, gdzie większość mieszkańców mieszka od początku jego istnienia, są więc już w starszym wieku. Gdzieniegdzie, tam gdzie wymierają starzy, wprowadzają się młodzi, brak im jednak „ducha spółdzielczości” – nie uczestniczą w życiu społeczności, jak mówi przewodnicząca osiedla pani Władysława36, jedna z najbardziej charakterystycznych osób i świetnych – ciekawie opowiadających informatorek, jakie spotkałam w terenie, „w PRL było tego więcej, od transformacji młodzi dbają tylko o własny interes” (cytat z Dziennika Badań, 5.05.2005.). Chciałabym zastrzec, że gdy cytuję Dziennik Badań, nie są to zwykle dosłowne wypowiedzi osób, z którymi rozmawiałam, a zapamiętane ich znaczenia, spisane tego samego dnia wieczorem. Podczas tej pierwszej rozmowy z panią Władysławą w jej domu usłyszałam po raz pierwszy w terenie – na dodatek zupełnie spontanicznie – historię życia, w której tak wielką rolę odgrywały tragiczne doświadczenia z dzieciństwa wojennego, wspomnienia z Powstania Warszawskiego, z których na zawsze chyba pozostanie mi w pamięci obraz Rynku Starego Miasta, gdzie pani Władysława patrząc na kolorowe parasole browarów dziś tam rozstawione, widzi co jakiś czas, na mgnienie oka, palące się ciała.

Kontaktowałam się także z kilkoma Domami Pomocy Społecznej, działającymi z ramienia opieki społecznej, miałam odpowiednie pismo ze zgodą na badania z nadzorującego je organu opieki społecznej, a spotykałam się z różnym przyjęciem. Dom Pomocy Społecznej Biochemik ustami pracownicy socjalnej odmówił mi dostępu już telefonicznie, pomimo pisma, „to pensjonariusze muszą się zgodzić” (Dz.B. 5.05.2005.) mówiąc, ale nie zezwalając ich zapytać. W Domu Pomocy Społecznej Inżynierowie przyjęto mnie bardzo gościnnie, jest to jeden z najbardziej luksusowych domów starości w kraju, z ogrodem botanicznym w holu, jest kawiarnia, pralnia, prasowalnia, kuchnia, pensjonariusze mogą korzystać z fryzjera, manikiurzysty, pedikiurzysty, już we własnym zakresie oczywiście. Zdaniem bardzo sympatycznej i kompetentnie opowiadającej o miejscu pracownicy socjalnej „Wielu z nich czuje się, jakby mieszkali w raju, wcześniej nie mieli takich warunków”. Ponadto twierdzi ona, że „mieszkańcy są rozpieszczeni, traktują personel jak służbę: „Ewa, przyjdź tu natychmiast” (choć są „na Pan, Pani”), mówią tak i okazuje się, że chcą, by przynieść im jabłko; albo: „nie wtrącaj się” (Dz.B. 17.06.2005.). W Domu Pomocy Społecznej Muzyk dowiedziałam się, że pobyt w każdym z warszawskich domów starości kosztuje ponad 2000 zł na osobę, dopłacają dzieci (albo spadkobiercy mieszkania) lub gmina. Byłam tam gościem na Balu Seniora z Wróżbami Andrzejkowymi, rozpoczętym występem zespołu wokalnego DPS – w repertuarze głównie dawne piosenki o Warszawie, następnie podano mnóstwo pysznego jedzenia – leczo, bigos, golonka (sponsorem jedzenia były firmy dostarczające DPS-owi różnych rzeczy), zaś bal zakończyły tańce przy walcach i tangach. Posadzono mnie wśród personelu i gości, czyli pracowników zaprzyjaźnionych DPS, OPS, placówek służby zdrowia, szkół, z których przychodzą praktykanci. „Trzy osoby w najbliższym towarzystwie okazały się pochodzić z arystokracji. (...) Mówili: jeśli ktoś chce tylko zarabiać pieniądze, to nie nadaje się do takiej pracy” (Dz.B. 30.11.2005.).

W Dziennym Domu Pomocy Społecznej (DDPS) wyrażono zgodę na badania studenckie, choć właściwie nikt wśród personelu nie zadał mi żadnego pytania na temat zarówno celu, jaki i przebiegu badań. Nie mam właściwie żadnych bardziej wyrazistych wrażeń z tego miejsca, tylko tyle, że przypominało wnętrzem szpital lub szkołę. To miejsce, w którym osoby starsze mogą spędzać dnie, rozpoczynające się rano od śniadania, potem (jak dowiedziałam się już później od studentek) starsze kobiety spędzają tam czas w pokojach po dwie, trzy na modlitwie i oglądaniu telewizji, następnie jedzą obiad i wkrótce po obiedzie wracają do domów; latem organizowane są wczasy na pobliskich działkach, gdzie seniorzy zażywają powietrza na ławeczkach i mogą tam przebywać do godziny 17.

Próbowałam także dotrzeć do w prywatnych domów opieki, które są zwykle umiejscowione poza Warszawą. Odpowiedź z Domu Opieki Piękny Kwiat37 pod Warszawą przyszła negatywna. Kierowniczka pytała o zgodę mieszkańców, którzy odmówili, „ponieważ są z dala od swoich rodzin: „ukrywają się”, „wstyd, że w domu opieki”, „u nas to jeszcze nie jak hotel a zło konieczne, przymus” – jej sformułowania” (Dz.B. 17.05.2005.). Tymczasem dyrektor Domu Opieki Krainy Wiecznej Szczęśliwości pod Warszawą powiedział, że „starsi ludzie wszystko powiedzą, co ich boli, nawet i dziennikarzom. Im to wszystko jedno [czy są to anonimowe badania], raczej rodziny potem są niezadowolone” (Dz.B. 17.05.2005). Rozwinął tę wypowiedź twierdząc, że ludzie starsi są jak dzieci, lubią rozmawiać z młodymi, bo mają nadzieję, że ktoś młody im pomoże, „...a ze starymi nie chcą rozmawiać. (...) Z tego, co się zorientowałam, nie pytał mieszkańców o zgodę na badania” (Dz.B. 13.06.2005.).

Odwiedziłam kluby seniora (vel kluby złotego wieku lub trzeciego wieku) w różnych dzielnicach, czasem ufundowane przy domu kultury, czasem przy ośrodku pomocy społecznej. Praski klub, przy Ośrodku Pomocy Społecznej (OPS) – zainstalowany w pomieszczeniu posklepowym o dużej witrynie wystawienniczej, wydawał się skupiać ubogich ludzi, prócz potańcówek środowych i spotkań rozmaitych związków (KEDYW, Praktyczna Pani) nie było tam zorganizowanych zajęć. Po prostu stworzono możliwość posiedzenia, napicia się kawy i herbaty, oglądania telewizji; zawsze na dyżurze była obecna pracownica OPS. Naprzeciw wejścia na ścianie wisiały emblematy patriotyczno-religijne: krzyż, godło Polski tuż poniżej krzyża i jeszcze niżej Matka Boska Częstochowska – „wiszą w jednej pionowej linii” (Dz.B. 8.06.2005.). W klubie seniora istniejącym przy ośrodku kultury na Woli wręcz przeciwnie – są wyłącznie zajęcia zorganizowane: działa zespół wokalny – duma klubu, są zajęcia plastyczne, gimnastyka, tylko raz w tygodniu odbywa się wieczór biesiadny.

W Polskim Związku Emerytów i Rencistów Oddział Pewna Dzielnica, obok poznania profilu działalności organizacji i pewnych trudności finansowych i lokalowych, z jakimi boryka się, dowiedziałam się, podobnie jak poprzednio: „Jesteśmy tym pokoleniem, które zawsze działało społecznie. W zakładzie pracy na przykład. Młodych to już nie obchodzi, a my mamy zaszczepioną społeczność w sobie” (Dz.B. 29.11.2005.). Dostałam tam 2 kg ryżu, 2 litry mleka i torebkę herbaty liściastej oraz zaproszenie na Wigilię związkowiczów. Była to wigilia w eleganckiej tradycyjnej restauracji, w porze porannej, z wystawnym smacznym jedzeniem, ale bez żadnego alkoholu (inaczej niż Andrzejki w DPS). Przemówienia, nagrody, opłatek, wszyscy siedzieli za stołami. Rozmowa przy moim stole (zapewne za sprawą mojej obecności) dotyczyła starości, a skojarzenia moich rozmówców odnosiły się do przemijania i utraty. Jedna z pań lubiła chodzić po górach. „Opowiedziała mi, jak to ostatniego lata na Litwie wspinali się, wszyscy szli naokoło, a ona z dwiema osobami wprost stromo na szczyt. Zostało jeszcze 20m podejścia, a ona nie dała rady, musiała odpoczywać (niecałe 60 lat). Chciała się sprawdzić – mówi. Ale sprawność już nie ta, traci się, wszystko się traci, wszystko przemija. Więc doświadczenie utraty wszechogarniające, paralelne do doświadczenia przemijania (czasu)” (Dz.B. 14.12.2005.). Drugim niezatartym wspomnieniem tego poranka była rozmowa o jedzeniu, smakach: „... że pamiętają smaki z dzieciństwa, których nie mogą już dziś odnaleźć i do których najbardziej się tęskni. Prezes Zarządu Głównego: jego mama robiła pyszne ciastka. Teraz kupuje takie, ale nie mają tego smaku. Jedzenie dziś ma więcej chemii. Wszystko się psuje i my się psujemy” (Dz.B. 14.12.2005.).

Stowarzyszenie Klub Bohaterów Wojennych, gdzie średnia wieku wynosi 80 lat, prowadzi działalność integrującą bohaterów, posiada kartotekę bohaterów, wydaje dla nich czasopismo, pomaga w różnych sprawach, także w organizacji pogrzebu członków. W zarządzie działa kilku sympatycznych gentlemanów, nowoczesnych – posiadają nowe telefony komórkowe, które jednakże w ich mowie „grają” a nie „dzwonią”, i komputery. O starości opowiada mi najbardziej rozmowny i serdeczny pan Kazimierz. „... porusza trzy tematy: (1) rozdziału między pokoleniami (gdy on był mały, największą przyjemnością było słuchanie opowieści babci i dziadka); (2) rozliczeń z przeszłym systemem – gdyby obecni młodzi znaleźli się w tamtych warunkach, to co by robili? Łatwo oceniać teraz. Wykształceni, bo my pracowaliśmy, zastaliśmy Warszawę w gruzach; (3) traumy – „dramatu” – jak on raczej mówi, z którą trzeba żyć, „to jest jak film wyreżyserowany przez dobrego reżysera”, o tym, jak grzebali zmarłych po Powstaniu Warszawskim – zapach okropny, jakiego nie czuł nigdy w życiu” (Dz.B. 7.12.2005.). Odznaczony był w Powstaniu Warszawskim. „Były dwie możliwości – mówi – zginąć lub zginąć, nie liczyli, że wyjdą z życiem. Jedna rzecz to śmierć – to moment, a inna pragnienie życia i strach przed śmiercią – doświadczyli tego wszyscy” (Dz.B. 7.12.2005.). Podczas drugiej mojej wizyty w Klubie pan Kazimierz mówi o zmianach w sferze wartości: „Kiedyś „zbliżenie fizyczne do końca” nie było głównym celem między kobietą a mężczyzną, chodziło o grę, flirt, pocałunki. Kobieta i mężczyzna mogli spać w jednym łóżku i nie dochodziło do ostatecznego zbliżenia. Dziś o to młodym chodzi. Kiedyś cnota kobiety to była największa wartość. Dali mi herbaty” (Dz.B. 18.01.2006.). Szczerze mówiąc byłam wtedy zażenowana poruszonym tematem. Przy którejś z kolejnych wizyt pan Kazimierz powiedział, że może mnie traktować jak wnuczkę, byłaby więc ta wypowiedź wyrazem wahania, w jakiej roli obsadzić badaczkę? Tego dnia miały miejsce imieniny jednego z panów, było nas sześć osób, pięciu działaczy i ja, na stole wódka Finlandia, szynka, kiełbasa swojska, chleb tostowy, makowiec z cukierni. Innego dnia, gdy wychodziłam, „pan Kazimierz pyta, czy jak już powstanie ten artykuł, to przyniosę. Ja mówię, że tak, ale to będzie dopiero za trzy lata. „Za trzy lata” – zaczynają się śmiać, (...) „dopiero za trzy lata” – to zbyt daleka perspektywa czasowa jak dla nich” (Dz.B. 24.01.2005.).

Rozpoznanie terenu obfitowało więc w różnorodne wrażenia, często pojawiał się temat traumy wojennej, inności – obcości młodego pokolenia (nie są społeczni, nie są cnotliwi) i zmiany w otaczającym świecie i we własnym ciele (wszystko się psuje), pojawił się współczesny sposób mówienia o starości, jako o trzecim wieku seniorów i ich dyskryminacji, motyw wstydu związanego z mieszkaniem w domu starości, tak więc już wtedy ujawniły się wyraźnie te wszystkie tematy, które później okazały się być głównymi sprawami w kwestii doświadczania starości, a które wtedy po prostu notowałam i próbowałam interpretować; rozumiałam wtedy starość jako doświadczenie utraty – utraty sprawności ciała, bliskich ludzi, znanego świata, wreszcie życia.

Ponieważ moja początkowa obecność w tych rozpoznawczych terenach była zwykle krótkotrwała, traktowana byłam zazwyczaj jako coś pomiędzy uczoną panią z uniwersytetu a młodą studentką, tak więc czasem traktowano mnie z dystansem lub uniżenie a czasem z góry lub protekcjonalnie. Tym niemniej zawsze prawie spotykałam się z życzliwym przyjęciem, a w przypadku nawiązania się nici serdeczności próbowano mnie definiować inaczej – porównywać na przykład do wnuczki, jak wspomniałam; choć bliższe relacje nawiązały się raczej dopiero w następnej fazie badań.

Kolejny poziom wglądu w rzeczywistość osób starszych w Warszawie zapewniły mi wyniki badań studentów mojej grupy laboratoryjnej, prowadzonych w okresie od czerwca 2005 do października 2006 roku, których postępowanie w terenie miałam okazję obserwować, by następnie pomagać im w analizowaniu materiału i przygotowywaniu prac laboratoryjnych. Ten studencki rekonesans dowiódł w pierwszej kolejności różnorodności sposobów organizowania życia na starość i przeżywania starości. Większość prac dotyczyła warunków instytucjonalnych, pokazując, w jak różny sposób w różnych strukturach można doświadczać starości. Łukasz Cupryszak w pracy Spotkania na ławce. O niektórych przejawach życia towarzyskiego w Domu Pomocy Społecznej w Warszawie (2007)38 pokazuje, że mieszkanie nawet w luksusowym DPS-ie niesie ze sobą poczucie swoistej anormalności, gdyż to, co się kojarzy pensjonariuszkom informatorkom z normalnym życiem, to dom, rodzina, praca, zaś DPS można traktować jako hotel, ale tylko w początkowym okresie; ponadto trzeba konfrontować się w najbliższym otoczeniu z różnymi osobami, z odmiennych środowisk i warstw społecznych, co jest odzwierciedlone w odmienności stylów bycia, tematów rozmów i przyzwyczajeń, a także często z osobami posiadającymi pewne zaburzenia psychiczne, stąd ogromna potrzeba posiadania kręgu towarzyskiego osób podobnych sobie. Na to nakłada się zmaganie z własną słabością fizyczną i psychiczną, pozostawanie „na krawędzi”, jak ujął to Łukasz Cupryszak, życia i śmierci, zdrowia i choroby, przynależności i wykluczenia; czyli ta anormalność atakuje nie tylko w postaci a-normalnego DPS-owskiego otoczenia, ale także i od środka, ze strony starzejącego się własnego organizmu, bowiem osoby obłożnie chore przebywają cały czas we własnych pokojach i nie uczestniczą w życiu społecznym domu, stąd przez aktywnych pensjonariuszy traktowane są jako będące już poza nawiasem życia. Choroba – wycofanie się biologiczne - nieuchronnie więc pociąga za sobą wycofanie społeczne, stąd nieustanna troska o zdrowie i zabiegi o przynależność społeczną są współzależne i mają wspólny cel: życie.

Przychodzenie do Dziennego Domu Pomocy Społecznej na Żoliborzu, jak pokazują wyniki badań Emilii Skiby i Anny Tomaszewskiej, jest przede wszystkim sposobem walki z samotnością, swoistym „wychodzeniem do ludzi”, bo można się jeszcze ładnie ubrać, umalować, porozmawiać, spędzić czas w towarzystwie osób, które podobnie poszukują kontaktu i mają często podobne doświadczenia – wojenna młodość, często w Warszawie, następnie odbudowa stolicy oraz te czasowo bliższe – wyprowadzka dzieci z domu, często śmierć męża. Jednocześnie to silne dążenie do kontaktu realizowane jest w ramach przedwojennych jeszcze może zasad dobrego wychowania, że nie należy się narzucać, zbyt wcześnie nikogo nie zapraszać do domu, ogranicza się więc kulturalnie do spotkań w przestrzeni DDPS, a zdarza się, że znajomi nie znają nawet nawzajem swoich nazwisk. Nie należy także zapominać o czysto materialnym aspekcie pomocy tej instytucji, na który składają się codzienny obiad, świąteczne paczki, itp. Przy DDPS-ie funkcjonuje klub seniora oraz organizowane są letnie wczasy na działkach w Warszawie, na które uczęszczać mogą nie tylko osoby uzyskujące pomoc w DDPS-ie, ale wszyscy chętni, stąd wczasowicze to w dużej mierze aktywne i dobrze sytuowane osoby starsze.

Dom dziennego pobytu na Woli ogniskuje życie około trzydziestu najbardziej aktywnych tam „bywalców” - jak są nazywani w tej instytucji, by przynajmniej w ich postrzeganiu uniezależnić ich pobyt tam od funkcji opiekuńczo-pomocowych i kwestii wieku – wokół codziennych spraw funkcjonowania ośrodka (samorząd, organizacja wycieczek i wydarzeń kulturalnych, wieczorków tanecznych) i życia towarzyskiego tam, co jest związane w przypadku tych osób z brakiem satysfakcjonujących więzi społecznych poza ośrodkiem. Wśród bywalców liczebnie przeważają kobiety, a ponadto są uznawane tam za silniejsze fizycznie i psychicznie w starszym wieku, tak więc – jak pokazuje Małgorzata Rutkowska w pracy Odcienie władzy. Relacje dominacji i podległości w kontekście wspólnoty, przestrzeni i gender w warszawskim ośrodku dla seniorów (2007) - konkurują tam między sobą o prestiż i autorytet poprzez aktywne uczestnictwo w życiu instytucji oraz posiadanie tam partnera, „chłopaka”, z którym można się pokazać z okazji rozmaitych wydarzeń towarzyskich. Starają się używać młodzieżowego słownictwa i nosić młodzieżowe, wręcz agresywne seksualnie stroje: krótkie spódniczki, duże dekolty, jak pisze Katarzyna Kolibabska w pracy Życie nie-codzienne. Praktyki odmładzające stosowane przez ludzi starszych w warszawskim centrum usług socjalnych (2007), a wzorce tych praktyk odmładzających, jak nazywa je autorka, czerpią z seriali telewizyjnych, np. z Mody na sukces z powodu niedoboru kontaktów z ludźmi młodymi w codziennym życiu. Wiele z nich twierdzi, że przeżywa obecnie drugą młodość albo pierwszej nigdy nie miało ze względu na trudne warunki rodzinne i materialne. Ważną rolę dla nawiązywania relacji damsko-męskich odgrywa uczestnictwo w piątkowych wieczorkach tanecznych, które badała Karolina Skrzos, gdzie stopień poufałości w tańcu bywa naprawdę wysoki. Tak opisane miejsce to kojarzy mi się z relacjami w klasach licealnych, może tylko przy odwróceniu ról genderowych.

Już choćby tak skrótowe opisanie trzech miejsc pokazuje, że w nich wszystkich potrzeba kontaktu, wynikająca po części z utraty więzi społecznych i zmiany sposobu życia, a czasem z innych powodów, funkcjonuje we wszystkich omawianych terenach. Trudno jednak w tym miejscu powiedzieć, czy jest większa niż w innych kategoriach wiekowych. Po prostu w przypadku osób starszych jest często realizowana instytucjonalnie i w kręgu rówieśniczym, natomiast modele jej realizacji w rozmaitych instytucjach mogą być różne, tak jak zupełnie różne były w trzech powyżej opisanych instytucjach.
Przedstawienie postaci Rozmówców

18 stycznia 2006 roku rozpoczęłam drugą fazę badań terenowych, etap spotkań z rozmówcami indywidualnymi i poznawania ich światów. Etap ten był szczególnie trudny ze względu na wielostanowiskowość, gdyż za każdym razem dostęp do kolejnego terenu wymagał starań, poszukiwań i negocjacji. Niejednokrotnie badaczka żałowała, że nie zdecydowała się na badania tradycyjnie prowadzone w jednej tylko wspólnocie, każda wspólnota przyniosłaby bowiem wgląd w istotne w Warszawie problemy starości, jak pokazuje krótkie omówienie terenów badań studenckich, z drugiej jednak strony nie można by wtedy zaobserwować tych wszystkich rozmaitości i różnic pomiędzy terenami, a przecież właśnie uchwycenie różnorodności możliwości doświadczania starości w Warszawie było głównym celem badań.

Ostatecznie dostęp do rozmówców zyskiwałam dzięki uprzejmości osób prywatnych i instytucji: Fundacji dla Seniorów, Stowarzyszenia Klub Bohaterów Wojennych, domowi dziennego pobytu, DPS-owi, parafii na Żoliborzu, OPS-owi i trzech znajomych, którzy skontaktowali mnie ze swoimi babciami lub dziadkami.

Rozmówców szukałam nie na podstawie ich związania z pewnymi instytucjami, lecz, jak wspomniałam powyżej, zgodnie z zasadą kontrastu aktywności – poszukiwałam osób koncentrujących się na odmiennych aktywnościach. Oto spis rozmówców wraz z przypisaniem ich do wyróżnionych wcześniej aktywności. Jak wspomniałam poprzednio często nie można było określić tylko jednej centralnej aktywności, w innych przypadkach aktywności sklasyfikowane przeze mnie wcześniej łącznie w praktyce zostały rozłączone. Założeniem jednak jest, że chodzi tu o aktywności szczególnie dla jednostki ważne, czyli sam fakt posiadania rodziny nie wystarczy dla sklasyfikowania aktywności wewnątrzrodzinnej jako centralnej dla tej osoby, życie rodzinne musiałoby być główną wartością i centralnym przedmiotem działań danej osoby, co można określić na podstawie faktu, ile czasu i uwagi dana jednostka poświęca różnym sprawom w swoim życiu. Dla zachowania anonimowości informatorów wszystkie imiona zostały w pracy zmienione, a nazwiska nie są wymieniane.



  1. pan Stanisław – aktywność zawodowa i społeczna; orientacja na osiągnięcia;

  2. pani Helena - aktywność zawodowa i społeczna, rozwijanie zainteresowań i hobby; orientacja na działalność społeczną i samorozwój;

  3. pani Antonina – aktywność wewnątrzrodzinna i skupiona wokół gospodarstwa domowego;

  4. pani Ludmiła - aktywność wewnątrzrodzinna i towarzyska nieformalna (sąsiadki);

  5. pani Agnieszka – aktywność towarzyska w ramach instytucjonalnych;

  6. pani Barbara – aktywność religijna i wspomnieniowa, skupiona na przeszłości, przebywanie w domu;

  7. pani Franciszka - brak określonej aktywności związany z chorobą, przebywanie w DPS;

  8. pan Józef – aktywność religijna, skupiona wokół gospodarstwa domowego oraz choroby, przebywanie w domu;

  9. pani Ludwika i pan Ryszard – aktywność skupiona wokół gospodarstwa domowego, a także: L - aktywność skupiona wokół choroby, R – rozwijanie hobby;

  10. pan Tadeusz – rozwijanie zainteresowań i hobby, towarzyska nieformalna (działka).

Tyle, jeśli chodzi o klasyfikację. Ażeby przybliżyć postaci rozmówców, na kolejnej stronie znajduje się tabela zawierająca formalne charakterystyki dotyczące ich życia (por. s. 65-66), natomiast poniżej spróbuję pokrótce określić, jakie konkretne działania kryją się pod wymienionymi typami aktywności w przypadku każdej z osób oraz pokrótce ich przedstawić, opisać, jak ich pamiętam, tak, by czytając część empiryczną można było mieć wrażenie czytania o prawdziwych osobach, bowiem etnografia, zwłaszcza tak skupiona na jednostce jak ta, jest przecież pisaniem o konkretnych ludziach i ich reakcjach w określonych czasach, miejscach i sytuacjach.

Moim pierwszym rozmówcą był pan Stanisław członek zarządu Stowarzyszenia Klubu Bohaterów Wojennych, jak się potem okazało działający społecznie jeszcze w dwóch organizacjach utworzonych na rzecz osób poszkodowanych w pożodze wojennej oraz nadal pracujący zawodowo w swoim zawodzie eksperta rzeczoznawcy na pół etatu i na zlecenia. Pan Stanisław, przystojny mężczyzna z sumiastym wąsem i wciąż gęstymi kręconymi włosami, kiedyś kruczoczarnymi, dziś zupełnie białymi, z dumą opowiadał o swoich osiągnięciach życiowych, jego narracje skoncentrowane były wokół jego bohaterstwa w walce zbrojnej w partyzantce, a następnie wokół pomyślnej kariery zawodowej. Kojarzył mi się z tradycyjnym, szlacheckim patriarchą rodzinnym, on wkładający swą energię w zdobywanie osiągnięć w zewnętrznym świecie, zaś jego żona dbająca o gospodarstwo domowe, dzieci i męża; zdany na nią zupełnie w sprawach domowych, codziennych i rodzinnych, a sam konserwatywny – nadal czynny - senior rodu.

Pani Helena, bardzo zadbana, schludna, elegancka, prezeska Fundacji dla Seniorów, która powstała z jej inicjatywy i dzięki jej wysiłkom, sprawia wrażenie niezależnej kobiety sukcesu. Opowieści jej krążą wokół trudnej sytuacji seniorów w Polsce współczesnej, w kontekście zmian politycznych i gospodarczych w kraju, którą nazywa wprost dyskryminacją, oraz wokół działalności fundacji, której celem jest różnego rodzaju pomoc seniorom. Poświęca tej działalności cały swój czas, nie mając poza nią życia. Zaskakująco już przy pierwszym spotkaniu pojawił się drugi ważny w jej życiu temat, burzliwe życie syna, który jednocześnie jest jej wielką miłością i kłopotem, a który gości w jej życiu niejako zaocznie, bowiem od wielu lat przebywa za granicą. Rozwódka od momentu, gdy jej syn skończył siedem lat, mieszka samotnie.

Pani Antonina, przystojna blondynka o dość niskim głosie, z powodu kłopotów z nogami niemal nie wychodzi w domu i w związku z tym prowadzi życie rodzinne „przez telefon” oraz interesuje się polityką śledząc TVN24. Przez całe swoje życie „zwornik rodziny” – wedle słów wnuczki, wspierająca i radząca, obecnie, wdowa właściwie unieruchomiona w domu, więc pozbawiona części swych dawnych wpływów, czuje się samotna. Od czasu śmierci męża pierwszy raz w życiu mieszka sama, co jest dla niej smutnym doświadczeniem. Rozmowy z nią, słuchanie jej opowiadań są niezwykle inspirujące i pouczające, z wielkim bowiem wyczuciem i świadomością opowiada i komentuje życie społeczne, mówiąc zarówno o własnej rodzinie, jak i o szerszym społecznym, politycznym i historycznym kontekście.

Pani Ludmiła zachowała młodzieńczy, wręcz dziewczęcy głos i świeżość obycia. Historii życia właściwie nie była w stanie opowiedzieć, posiadając wybitnie dialogiczny styl rozmowy a monolog ograniczając do minimum, skoncentrowana na rozmówcy, nie chciała wpasować się w kontekst badań biograficznych, potrzebną wiedzę uzyskałam więc konwersując, dbała jednak o to, by równolegle poznawać sprawy z mego życia, kiedy opowiadała mi o swoim. Wdowa, mieszkająca samotnie, stara się wciąż być jak najbardziej użyteczną rodzinie - córce, zięciowi, wnukom – (na przykład polując na promocje w supermarketach), która jednocześnie ofiaruje jej tyle opieki i kontroli, że pani Ludmiła żartuje sobie z tego i stara się zachować trochę niezależności. Wydaje się, że dobrze gospodaruje swoim czasem, jako że słowo „samotność” nie pojawia się w jej ustach ani w głowie badaczki; wolne chwile spędza z sąsiadkami w podobnej sytuacji, starszymi wdowami, na kawie i ciastku, zakupach, spacerach do centrum miasta.

Panią Agnieszkę spotkałam w dziennym domu pobytu, gdzie była jedną z czołowych osobistości, członkinią zarządu. Ubrana tak, by wyglądać atrakcyjnie, w obcisły strój z pokaźnym dekoltem, była pod tym względem wzorem dla pozostałych bywalczyń, gdyż atrakcyjność fizyczna i aktywność w organach ośrodka to dwa kluczowe sposoby uzyskiwania wysokiej pozycji społecznej w tym miejscu, którą niewątpliwie pani Agnieszka posiadała. Dom ów nazywała swoim drugim domem i deklarowała, że nigdy go nie opuści. Dzięki obecności tam miała szansę przeżyć drugą młodość, odkryć „inne życie i inny seks”, bowiem miała „chłopaka”, którego poznała właśnie w dziennym domu pobytu, ponieważ z chorym mężem łączyło ją wyjątkowo nieszczęśliwe pożycie. Starszy syn zginął z powodu alkoholizmu, młodszy niepełnosprawny przebywał w domu pomocy społecznej. Opowieści pani Agnieszki dotyczyły głównie trudów i smutków życia dotychczasowego oraz tego, jak pozytywnie sobie z tym radziła obecnie, do czego w dużej mierze przyczyniło się uczęszczanie do domu dziennego pobytu.

Filigranowa i efemeryczna pani Barbara siedzi w swoim przyciemnionym pokoju w szykownych rękawiczkach na drobnych dłoniach, pochylona w modlitwie lub pogrążona we wspomnieniach. Przed wojną najbogatsza panna w trzech powiatach północno-wschodniej Polski, królowa balów, zmuszona przez rzeczywistość PRL do hodowli świń i pracy fizycznej na farmie, jako że mąż – człowiek honorowy – nigdy nie ugiął się i nie zapisał do partii, stąd 25 przeprowadzek w czasach powojennych. Świat, w którym była urodzona i dla którego została wychowana zniknął w 39. roku, lśni jednak nadal we wspomnieniach pani Barbary. Pani Barbara ma trójkę dzieci, jednak jako jedyna wśród moich rozmówców ani jednego wnuka, w ten sposób w jej życiu metaforycznie realizuje się jej stosunek do przeszłości i teraźniejszości, tak jakby prawdziwy świat, dla którego warto było żyć, odszedł. Świat powojennej Polski wszystkie dzieci w różnoraki sposób opuściły: synowie przebywają za granicą, niezamężna córka, schorowana, mieszka z matką po śmierci ojca. Pani Barbara zresztą już nie żyje, odeszła wiosną 2008, w okolicach Wielkiejnocy - jak powiedziała mi jej córka, którą przypadkiem spotkałam na ulicy.

Rzeczywistość jednego z najbardziej luksusowych DPS w Polsce poznałam dość dobrze dzięki badaniom studenckim. Ponieważ rozpowszechnionym sposobem radzenia sobie z obłożną chorobą osoby starszej jest jej zamieszkanie w domu pomocy społecznej, badaczka postanowiła tam właśnie przyjrzeć się starości skoncentrowanej wokół choroby, wśród kategorii osób nazywanych przez aktywnych pensjonariuszy „warzywkami”, „przewodami pokarmowymi” i tym podobnymi pejoratywnymi określeniami, które wyrażały grozę przypisaną temu stanowi. Pani Franciszka z łóżka ruszać się nie mogła i przygniatało ją wiele chorób, jednak najpoważniej dokuczała jej dusznica, przez którą w nocy nie mogła zmrużyć oka, więc w dzień dręczyło ją okrutne zmęczenie. Choroba zaanektowała jej świadomość, praktycznie uniemożliwiając skupienie myśli na sprawach innych niż sensorycznie odczuwane dolegliwości cielesne, nad czym zresztą pani Franciszka bolała. Zmieniła także doświadczanie czasu, który skurczył się, dnie mijały niemiłosiernie szybko, a cały proces pani Franciszka określała mianem walki, która i tak z założenia miała być przegrana.

Do pana Józefa trafiłam poprzez ośrodek pomocy społecznej, którego pan Józef był podopiecznym ze względu na trudną sytuację materialną. Bieda była głównie wynikiem chronicznej choroby pana Józefa, gdyż przeszedł on na rentę w wieku 48 lat, a wcześniej bardzo dobrze zarabiał jako pracownik fizyczny (szatniarz), z tym że duża część jego dochodów pochodziła z napiwków, więc była nieopodatkowana i nie liczyła się do podstawy obliczania renty i emerytury. Pan Józef poświęcał swój czas, spędzany samotnie po niedawnej śmierci żony, rozmyślaniom religijnym, racjonalnym spacerom wokół bloku – trzy, cztery okrążenia i wyprawom na obiad do pobliskiej jadłodajni, finansowanym przez OPS. Wnioski jego samotnych rozmyślań na tematy religijne były bardzo oryginalne, miewał doświadczenia mistyczne, miał także dar opowiadania nie tylko o sprawach metafizycznych, ale także barwnie relacjonował przeszłe doświadczenia, dokładnie opisując szczegóły. Tragiczna narracja, do której wciąż powracał to historia śmierci jego ojca, który w rzeczywistości PRL-owskiej wsi umarł z głodu, chociaż miał kilkanaścioro dzieci.

Pan Tadeusz to były wojskowy wysokiego stopnia, mieszka w podwarszawskiej willi z rodziną: żoną i rodziną córki, obie rodziny nuklearne zajmują oddzielne piętra. Wygląda na wysportowanego i silnego mężczyznę, tak jakby zatrzymał się w średnim wieku. Czas dnia ma ściśle zaplanowany, o określonej porze wstaje, idzie na spacer, itp. Wiosną i latem spędza dnie na działce w Warszawie, która stanowi zarazem jego hobby, jak i pretekst życia towarzyskiego, jako że zna sąsiadów działkowiczów, z którymi wspólnie spędzają czas na kawie, politykowaniu i grze w karty. Powracał w rozmowach często do tematu polityki PRL, którą miał możliwość obserwować z dość bliska, może także dlatego, że jest dziadkiem bliskiej mojej znajomej i stąd pewne sprawy rodzinne wolał przemilczeć.

Małżeństwo panią Ludwikę i pana Ryszarda poznałam (podobnie jak panią Barbarę) poprzez księdza w parafii, który regularnie odwiedzał panią Ludwikę, tak jak innych chorych parafian, w celu udzielenia sakramentu. Pani Ludwika – wysoka i smukła, niegdyś piękność zapewne – najchętniej rozmawiała o swoich rozlicznych chorobach i skoncentrowana była na nich bardzo, każdy dzień stanowił dla niej walkę z krnąbrnym ciałem (słabość, ból głowy, itp.), którą musiała zawsze stoczyć i wreszcie zwyciężyć, by móc zająć się gospodarstwem domowym, np. gotowaniem obiadu, które stanowiło jej główne zajęcie i wypełniało jej życie obok cierpienia. Jej barwne opowieści o ciężkich przeżyciach wojennych i wracanie myślami do przeszłości także nadwyrężały jej zdrowie. Pan Ryszard, człowiek bardzo spokojny, w młodości piłkarz i sportowiec, z tego względu zapewne wciąż cieszący się żelaznym zdrowiem, pomimo bardzo podeszłego wieku, robił żonie sprawunki, interesował się polityką i spędzał dnie realizując swoje sportowe zainteresowania, na przykład wybierał się do pobliskiego lasu na grzyby, w celu grzybobrania wyjeżdżał nawet na weekendy poza Warszawę.

Tabela 1. Rozmówcy – charakterystyka formalna






Stanisław

Helena

Antonina

Ludmiła

Agnieszka

Barbara

Franciszka

Józef

Ludwika i Ryszard

Tadeusz

rok urodzenia

1925

1937

1929

1938

1940

1921

1918

1918

1924 L

1918R


1928

przynależność do pokolenia

wojenne

ZMP

wojenne/ZMP

Odwilży

Odwilży/ popaździernikowe

wojenne

II Rzeczpospolitej

II Rzeczpospolitej

L-wojenne


ZMP

Miejsce urodzenia i mieszkania w dzieciństwie

majątek na Kresach Wschodnich

wieś pod Białymstokiem

Ustrzyki Dolne (ur), Ojców (zam)

wieś pod Białymstokiem

Warszawa

Majątek pod Łomżą

Radziejowo, Kujawy (ur)

Toruń (zam)



Wieś pod Tomaszowem Mazowieckim

L-Warszawa

R-Nadrenia, Niemcy



Wieś w woj. Krakowskim

pochodzenie, zawód ojca

ziemiańskie,

osadnik wojskowy



chłopskie,

bogaty rolnik



hotelarz i

restaurator



kawalerzysta ułan, szewc

Robotnicze, ojciec kelner nieznany, matka sekretarka i robotnica

ziemiańskie, właściciel majątku

ziemiańskie, działacz POW

chłopskie, rolnik

L-zecer, mieszczańskie, szlacheckie rodzina 400 lat

R-robotnicy rolni, Polacy w Niemczech po I WŚ



chłopskie, rolnik

wykształcenie

Wyższe, SGGW

Wyższe, ekonomia

Wyższe, SGGW

zawodowe

mniej niż podstawowe

średnie

Rozpoczęte studia wyższe

podstawowe

podstawowe

Wyższe

Status małżeński, dzieci, wnuki

żonaty, 2, 2

rozwódka, 1, 1

zamężna, 2, 5

zamężna, 1, 2

Zamężna, 2, 1

Zamężna, 3, 0

Zamężna, 1, 1

Żonaty, 1, 1

Małżeństwo, 2, 1

Żonaty, 2, 4

zawód

rzeczoznawca BHP

techniczka, projektantka budowlana

przy mężu + urzędniczka

przy mężu, mąż hutnik-kierownik

przy mężu+ kwiaciarka, sprzątaczka

przy mężu + pracownik biurowy

ekonomistka

Pracownik biurowy, magazynier szatniarz

R-piłkarz, pracownik biurowy w księgarstwie

L-kelnerka, sprzątaczka, tokarz, elektryk



oficer zawodowy

przeprowadzka do Warszawy

1946

1960

1942

1957 Otwock,

1967 Wwa


Od urodzenia

1970

1929

1938-Bernerowo



1945

1945 lub 1946

1971

stan cywilny obecnie

żonaty

samotna

Wdowa od 1999

Wdowa od 1991

zamężna oraz w konkubinacie

wdowa od 1987

wdowa od

Wdowiec od 2006

małżeństwo

żonaty

obecna sytuacja zawodowa

pracuje: pół etatu, na zlecenia i woluntarystycznie

pani prezes NGO

emerytka

emerytka

emerytka

emerytka

emerytka

emeryt

emeryci

emeryt

sytuacja mieszkaniowa

mieszka z żoną, obok córka

mieszka sama

mieszka sama

mieszka sama

mieszka z chorym mężem

mieszka z córką

DPS, własny pokój

mieszka sam

Mieszkają razem

Mieszka z żoną, córką i jej rodziną (zięciem i wnuczką)

sytuacja finansowa

bardzo dobra ?

Dobra ?

1800 zł/mc, renta po mężu, po opłatach zostaje 600

1100 zł/mc, renta po mężu

520 zł/mc netto

?

Zapewniona przez DPS

804 zł/mc




Bardzo dobra, 75% pensji emerytura wynosi

sytuacja zdrowotna

sprawny (wada serca, miażdżyca)

sprawna

kłopoty z chodzeniem

sprawna

sprawna

Nie wychodzi z domu (wada serca, przewraca się, mdleje, słabość)

Unieruchomiona w łóżku (po 5 operacjach), dusznica, kolano chore, arytmia, choroba wieńcowa i in.

Chory przewlekle: Paralis Paraksymalis, nadciśnienie tętnicze, utrwalone migotanie przedsionków, cukrzyca, nawrotowy wodniak jądra prawego i in.

R-sprawny

L-po zawale, ostma oskrzelowa, 4 choroby kręgosłupa, 2 przepukliny



sprawny

Rozdział 3. „Człowiek tak wchodzi wolno w tą starość”. Starość w rozmowach
Niniejszy rozdział stanowi zarówno wstęp, jak i mapę lub punkt odniesienia całej części empirycznej. Zanim bowiem przejdę do pokazania starości i zmiany kulturowej w kontekście różnych historii życia i różnych sfer życia, chciałabym naświetlić i rozwikłać pewien paradoks, który pojawiał się w trakcie wielu rozmów i podczas spotkań z każdym z rozmówców. Otóż niemal wszyscy twierdzili, że oni jeszcze nie czują się starzy, ujmując to w różny sposób:

Kiedy przychodzi starość?

No ja nie wiem, bo ja tego jeszcze nie przechodziłam. Ze starszymi ludźmi ode mnie czasem rozmawiam, no ale ja się nie czuję stara wcale. (w. 26, p. Agnieszka, 67 lat)


A czy pani by się nazwała osobą starszą czy seniorką?

Kiedy? Teraz?



Tak. Czy jeszcze nie?

Ja jeszcze, ja jeszcze, wie pani nie przypuszczam, że ja jestem stara (śmiej się). Ja to jakoś sobie, wie pani, niby, niby już tam w takim wieku jestem starszym, ale ja… Mnie się wydaje się, że ciągle, że ja jestem taka sama, jak byłam… tego. (w. 21, p. Ludmiła, 68 lat)


Nie, ja się nie czuję stary. Gdyby nie… nie powiedzmy… nie postępująca, powiedzmy sobie miażdżyca, która przy… większym wysiłku i przy biegach dłuższych daje znać o sobie, no to, no to bym… nie dostrzegał specjalnie tej różnicy. A… a tak niestety…

(...)


A to w takim razie, kiedy przychodzi starość?

(śmieje się) To… to trudno powiedzieć. To zależy, zależy… u kogo, ale ogólnie rzecz biorąc ja myślę, że po zakończeniu okresu pracy, kiedy się na emeryturę idzie. To chyba to można uznać jako już starość, po-... podeszły wiek człowieka.



Aha. No tak, a pan jeszcze pracuje.

A ja jeszcze pracuje i… i na razie nie, nie zanosi się… na to, żebym przestał pracować. Za pięć lat zdaję państwowy egzamin z mojej wiedzy. (w. 7, p. Stanisław, 81 lat)


Ja w ogóle nie odczuwam starości.

Nie?

Ciągle jestem młody. Tak mi się wydaje ciągle. Może ja jestem wyjątkowy? Nie wiem.

Mąż nie odczuwa.



Yhmy.

Ja bym nie odczuwała, żeby nie te dolegliwości. (w. 37, p. Ludwika, 83 lata, i p. Ryszard, 89 lat)


To znaczy ja nie czuję się staruszką, ja osobiście. Natomiast sama używam takich określeń, jak widzę osobę w fundacji, na ulicy, czy w jakimś środku komunikacji miejskiej to ustępuje miejsca i potem mówię: „Taka sympatyczna – słuchajcie, staruszeńka wsiadła”. I to mi się bardzo dobrze kojarzy, to jest takie zasłużone do wieku.

Tak, ale dla Pani to jeszcze za wcześnie?

Dla mnie jeszcze tak. Ja nie używam i nie czuję się na tyle stara jeszcze. Dlatego, że nie mam czasu na zastanawianie się, a człowiek ciągle jednak chciałby być młodszy, więc nie wiem, może ten napęd do działania jaki mam, ta kreatywność to jest taka obrona przed nie robieniem nic, z trudem chodzeniem po mieszkaniu, czy wokół domu. Nie wiem, być może, ale ja nie czuję się osobą starą, natomiast dojrzałą, starszą osobą – tak. (w. 17, p. Helena, 69 lat)


Ja, jak wspominam lata młode, to ja się bardzo młodo czuję (w. 33, p. Barbara, 86 lat).
No... to tak można to dwuznacznie na to popatrzeć. Jak się, na przykład, siedzi, ogląda telewizor, czyta książkę, czy... jest się gdzieś w towarzystwie, to... nie czuję, że... jestem, na przykład, od młodszych... tam... jakiś inny. No ale... jak trzeba coś tam jakiegoś... wysiłek dać z siebie, czy przejść dłuższy kawałek, a chodzę, no to już, jak to się mówi, nogi nie te. Już człowiek się szybciej męczy i... wtedy się czuje, że już... no... wiek robi swoje. (w. 46, p. Tadeusz, 79 lat)
Czyli, jeśli ja dobrze zrozumiałam, Pani się nie czuje stara wewnetrznie

Nie, absolutnie nie.



A cieleśnie.

Cieleśnie, fizycznie.



Fizycznie. Mhm. Czyli to ciekawe, to jest jakby takie

Rozdzielone absolutnie. (w. 13, p. Antonina, 77 lat)


Czy miało więc sens badanie doświadczania starości wśród osób, które wcale jeszcze nie są lub przynajmniej nie czują się stare? Czy to oznacza, że nie doświadczają one starości? Czymże więc jest starość i kiedy przychodzi? W odpowiedzi na to ostatnie pytanie niektórzy podawali granice bardzo umowne, np. wiek emerytalny (por. w. 7 i w. 42); wszyscy mówili o momencie przejścia na emeryturę, czyli możemy nazwać ten rodzaj starości starością społeczną (por. wszystkie wywiady na bazie scenariusza Starość, tożsamość, śmierć); wszyscy także mówili o zniedołężnieniu i niesprawności fizycznej oraz umysłowej, czyli starości biologicznej (por. „nogi nie te”). Pojawiały się także opinie o poczuciu bycia niepotrzebnym (w. 42, p. Józef), nieprzydatnym (w. 17, p. Helena), poczuciu pozostawania na marginesie życia (w. 13, p. Antonina; w. 29, p. Franciszka) i takie objawy starości pani Antonina nazywała starością psychiczną. Mówiła także o starych i młodych duchem, co ja osobiście podciągnęłabym pod kategorię jednak starości społecznej, gdy miała na myśli fakt, czy ktoś jest „na bieżąco” w kwestiach polityki, kultury popularnej i tego, co się dzieje na świecie. Ten przejaw starości był istotny także w innych wypowiedziach (w. 21, p. Ludmiła; w. 29, p. Franciszka). Powyżej zacytowane oraz opisane wypowiedzi wskazują, że rozmówcy identyfikowali się z wieloma wyznacznikami starości (chociażby wspominali, że są na emeryturze i postępuje u nich niesprawność cielesna), co więcej, często na pytanie, jak wygląda życie na starość, opisywali mi własne dnie, własne doświadczenia, natomiast jednocześnie starzy się nie czuli.

Zanim rozwikłamy kwestię, dlaczego rozmówcy tak mówili i czy są starzy czy nie, zatrzymajmy się na chwilę przy samej sytuacji mówienia o starości. Temat starości, podobnie zresztą jak wspomnienia wojenne, co się okaże dalej, nie pozostawiał nigdy rozmówców obojętnymi, powodował bardzo widoczne wzburzenie, czasem łzy a czasem po prostu wzruszenie. Z tego względu pewne fragmenty rozmów, a czasem całe rozmowy, szczególnie te prowadzone na bazie scenariusza Starość, tożsamość, śmierć (Zał. 4) były bolesne dla rozmówców i trudne dla badaczki. Trudność tę rozwiązywaliśmy zwykle delikatnością, przechodząc na lżejszy temat rozmowy, czasem na miarę moich życzliwych możliwości i wyniesionych ze studiów na kierunku psychologii umiejętności udzielałam wsparcia, rzadko kiedy bolesne rozmowy były kontynuowane i zawsze na wyraźną prośbę rozmówcy. Poruszeni byli zwykle, gdy mówili o śmierci bliskich – mężów, synów, które zbiegały się z czasem nadejścia starości, a także o utracie sprawności fizycznej, chorobach i samotności. Niech za ilustracje posłużą krótkie wypowiedzi pani Antoniny, która w jednym z przytoczonych fragmentów prosi o zmianę tematu a w drugim o kontynuację, zawsze zresztą w świadomy sposób ze mną rozmawiała, zaznaczając o czym chce lub nie chce mówić i sygnalizując, gdy chciała zakończyć rozmowę ze względu na zmęczenie lub nadmiar przeżyć.

Joasiu, Pani mnie się wczoraj zapytała o... kiedy poczułam, że się zbliża starość. Więc powiedziałam Pani, że wtedy jak przeszłam na... przestałam pracować, to był taki pierwszy stopień. Ale powiem Pani szczerze, że naprawdę poczułam się, no wtedy się zaczęły moje kłopoty z nogami, że zaczęły mnie boleć nogi i dopóki się mogłam, że tak powiem, rozpieszczać wewnętrznie, to angażowałam mojego synka, żeby mnie woził, np. do lekarza tam na, na koniec Chełmskiej, bo mnie te nogi cholernie bolały. Ale one mnie bolą dalej cholernie, tak jak mnie bolały tak mnie bolą. Praktycznie poczułam się stara, naprawdę taka już na marginesie życia, jak umarł Janek

Mhm.


Jak umarł mój syn. Nie mogę o tym mówić. Zmieńmy temat, o panu Borowskim porozmawiajmy. (mówi zapalając papierosa bez filtra)



1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   23


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna