Stary człowiek w kulturze młodości. Doświadczanie starości wśród warszawskich seniorów



Pobieranie 1.11 Mb.
Strona8/23
Data09.05.2016
Rozmiar1.11 Mb.
1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   ...   23

Rozdział 4. W rodzinie
Teraz, kiedy już opisałam w poprzednim rozdziale, czym jest starość wedle przemyśleń rozmówców, jakie jest ich rozumienie i refleksyjna konstrukcja tego stanu, czas zanurzyć się głębiej – w doświadczanie i związane z nim nastroje, emocje, samopoczucie dnia codziennego, konfrontowane nieustannie z pamięcią. Bowiem słowa i wypowiedzi moich rozmówców, czyli rzeczywistość, do której miałam bezpośredni dostęp, wyjaśniając mi, czym jest starość, tkały pewne konstrukcje umysłowe; jednakże fundamentem i uzasadnieniem tych konstrukcji były często narracje, zaś narracje – wedle założeń tej pracy (por. rozdz. „Doświadczanie, narracja, pamięć”) – są traktowane jako okno na doświadczanie. Narracyjną więc zwykle formę miały odpowiedzi na pytania, czym jest starość i kiedy przychodzi; narracjami były wypowiedzi na temat dziś minionego dnia, przypadków z życia własnego i członków rodziny, zmiany cywilizacyjnej, niemal właściwie wszystkiego. Wystarczy jeszcze raz przeczytać długi cytat zamieszczony w poprzednim rozdziale z rozmowy z panią Tonią, którego używałam do rekonstrukcji czysto logicznego rozumienia pojęcia starość, by tym razem ujrzeć tam mnóstwo opowieści służących jako ilustracje dla tez wysnuwanych w refleksyjnym namyśle. Choć udało się dość klarownie wyodrębnić takie „czysto logiczne rozumienie” tego, czym jest starość, to jednak jest ono wyłącznie wyabstrahowanym pojęciem teoretycznym pomocnym w pracy intelektualnej, w doświadczeniu rozmówców jest ono obudowane opowieściami – narracjami, służącymi za przykłady za i przeciw. Doświadczanie starości, jak zobaczymy, nie zawsze mieści się w tej wyabstrahowanej na podstawie rozmów definicji starości, bowiem jest ona tylko pewną konstrukcją, w jaką rozmówcy próbują ująć swoje doświadczenie, racjonalizacją, a dla nas jest powierzchnią, pierwszym stopniem zrozumienia doświadczenia.

Poniższy rozdział skoncentrowany jest wokół doświadczenia dwóch kobiet, które explicite twierdziły, że rodzina jest główną sprawą wokół której koncentrowały się w swoim życiu. W przypadku jednej z nich – pani Toni jest to przedstawiane jako kwestia podmiotowego, wolicjonalnego wyboru, zaś w przypadku pani Ludmiły jest to po prostu przyjmowanie zdarzeń, które przynoszą okoliczności, natomiast jako własny wybór prezentuje nie-wybranie ścieżki edukacji i kariery, mówiąc, że ona już nie chciała więcej się uczyć: „A ja byłam taka ugodowa i za bardzo nie chciało mi się tak, wie pani powiem (śmieje się), uczyć jeszcze” (w.18). Jak zobaczymy, w związku z sytuacją społeczną i rodzinną obu kobiet, a co z tym się łączy innym ich kapitałem społecznym, materialnym, kulturowym i symbolicznym, innymi historiami życia, zupełnie inna była, i jest, ich rola i pozycja w rodzinie, pomimo że dla obu rodzina jest aktywnością kluczową. Dla dopełnienia obrazu przedstawię tutaj trzecią historię – pana Stanisława, który pozornie koncentruje się zupełnie na czym innym – osiągnięciach zawodowych, dopiero po pewnym czasie można zauważyć, że jest to jego stereotypowo męski sposób koncentracji na rodzinie, jako że troska o dobrobyt własnej rodziny i jej społeczny wizerunek co rusz pojawiała się w naszych rozmowach.

Czytający ten rozdział z feministycznych lub ponowoczesnych pozycji mogliby w trakcie wnieść zastrzeżenie, które chcę od razu przed lekturą przedyskutować, iż rodzina jest tutaj rozumiana w sposób tradycyjny, a prezentowane postaci wpasowują się w tradycyjnie dostępne role mężczyzny i kobiety w rodzinie, i dbają przede wszystkim o spoistość rodziny, czyli wykazują przede wszystkim tendencje dośrodkowe, a także o wizerunek rodziny jako dobrej, i traktują ten fragment społecznej rzeczywistości jako bez wątpienia uprzywilejowany w ich życiu. Tak rzeczywiście jest. Zdecydowałam się na prezentację materiału zgodną z tym stereotypowym podziałem, bowiem to te właśnie osoby deklarowały, że rodzina jest kluczowa w ich życiu, co więcej prezentowały najbardziej istotne w swym życiu działania jako wykonywane dla rodziny, dla dobra rodziny. Twierdziły więc, że kierują się swoistą motywacją kolektywną, gdzie wedle podziału swój-obcy po stronie „swój” znajduje się bliska, a czasem i dalsza rodzina. Nie oznacza to, że wśród pozostałych rozmowców nie ma osób, które poświęcały się i aktywnie działały dla dobra rodziny. Są. Jednakże, jeśli na przykład działają społecznie i zawodowo (podobnie jak pan Stanisław) to robią to dla tych, dla których działają i dla własnej satysfakcji (pani Helena, pani Agnieszka), podczas gdy pan Stanisław prezentuje swą działalność jako przynoszącą chlubę rodzinie – i w ten sposób to rodzina jest właśnie centralna w jego opowieści, co więcej, gdy mówi o wnuku, to chwali się, że wnuk w zawodach sportowych medale zdobywał „dla rodziny” – cytował tu określenie wnuka, z którego był dumny. Być może więc koncentracja na rodzinie w wieku starszym wiąże się z przyjmowaniem tradycyjnych ról w rodzinie w pokoleniu starszych warszawiaków. Zgodne byłoby to zresztą z przypuszczeniami opartymi na obserwacji medialnego dyskursu, w którym poświęcenie się życiu zawodowemu w przypadku kobiety kojarzy się z „robieniem czegoś dla siebie”, realizacją własnych planów, i rzeczywiście wśród moich rozmówców kobiety szczególnie skoncentrowane na karierze zawodowej (szczególnie pani Helena) w taki sposób swoją działalność i motywacje rozumieją. Mężczyzn skoncentrowanych na opiece i czynnościach domowych dla rodziny w mojej grupie rozmówców ani wśród rozmówców moich studentów nie było, była to bowiem rzadka postawa w tych pokoleniach.

Kilka jeszcze słów wyjaśnienia od drugiej strony: już nie - dlaczego nie uprzywilejowano innych, mniej stereotypowych sytuacji rodzinnych (które zresztą znajdą swoje miejsce w tej pracy już po omówieniu kluczowych trzech historii rodzinnych), ale czemu wśród wszystkich dostępnych wybrałam te trzy historie, czy tylko te trzy osoby kierowały się kolektywnymi motywacjami w swym życiu, czyli „żyły dla rodziny”? Także nie. Choć tak naprawdę planowałam, by tylko wybrane osoby wśród rozmówców koncentrowały się na rodzinie, to jednak więzi rodzinne są tak ważne, że było to niemożliwe: wszyscy, choćby tylko w pewnym okresie swego życia podporządkowywali całe swoje życie rodzinie. Natomiast te trzy historie doskonale obrazują trzy typy idealne pozycji, jakie we współczesnej rodzinie warszawskiej zajmować może osoba starsza: pozycje władzy, zależności i samotności. Możliwe są różne mieszane sytuacje pomiędzy tymi typami idealnymi i z różnymi ich kombinacjami mamy do czynienia w przypadku wszystkich rozmówców. Typy te zostały wyodrębnione przez mnie na podstawie analizy uzyskanych materiałów. Opisane poniżej historie, sytuacje i sposoby doświadczania pokażą, w jaki sposób funkcjonuje i wykształcił się każdy z tych typów, następnie przejdę do dyskusji i porównań z sytuacją innych rozmówców oraz do zarysowania problemów związanych z sytuacją osoby starszej w rodzinie, które w kontekście przemian rodziny wydają się szczególnie ważne rozmówcom i badaczce.


Zależność

Historia życia pani Ludmiły opowiedziana była bardzo szybko, szersze informacje badaczka zdobyła później już w trakcie konwersacji. Co ciekawi w tej historii, to fakt, w jaki sposób podejmowanie kluczowych decyzji dotyczących życia pani Ludmiły widziane jest jako wydarzenie dotyczące rodzinnej społeczności, znaczących innych, którzy często bardzo aktywnie uczestniczą w podejmowaniu tych decyzji. Przyjrzyjmy się tej narracji:



„No, to znaczy, wie pani, no, co ja mogę powiedzieć. Tamte czasy, ja się urodziłam się, bo ja jestem, tak powiedzieć, dziecko wojny, no bo… w trzydziestym ósmym roku jestem urodzona. No to… te warunki, takie życiowe, to nie za bardzo były, wie pani. Dużo było, taka… bieda po prostu, wie pani. Było nas trzy dziewczyny. Tatuś… był… w tym, wie pani, jak to… w obozie jenieckim, tam… w Rosji. Jak wrócił, to bardzo chory, bo miał wypadek, bo on w kawalerii u Piłsudskiego w wojsku. No i… mama sama musiała utrzymywać nas. Także nie było… takie, wie pani. Nie było najgorzej, ale nie było, wie pani, tak za wesoło. Takie życie. No… później, wie pani, szkołę, podstawówkę, skończyłam i później, dalej jeszcze, wie pani… starałam się… zawodówkę skończyć, no bo już… nie było warunków, wie pani, takich, żeby… dalej uczyć się, no bo jednak było trudno. My… były trzy i każda musiała trochę coś, wie pani. A ja byłam taka ugodowa i za bardzo nie chciało mi się tak, wie pani powiem (śmieje się) uczyć jeszcze. Nikt tak, człowiek wtedy tak nie za bardzo, tak przejmował się tym i byłam zadowolona, że to skończyłam, wie pani, tą zawodówkę. I później, wie pani, w młodym wieku wyszłam z bardzo, osiemnaście lat miałam, za mąż. Dobrego człowieka spotkałam. No… wie pani, pochodził z dobrej rodziny, więc, wie pani, tamte czasy, to mamusia mówi – o, on taki ładny, przystojny – mówi – i z dobrego domu, to nie ma co. Trzeba tego… No i więc wyszłam. Dwadzieścia lat jak miałam, to urodziłam córcię. Toteż, wie pani, wyprowadziliśmy się do O. [miejscowość pod Warszawą – przyp. J.Z.], bo mieszkałam w województwie białostockim, małym. Takiej o… o… osadzie, wie pani. Takie, ni to wieś, ni to miasteczko, takie o, wie pani, coś takiego. No i mieszkaliśmy w O... Mąż pracował w hucie. Ja dłuższy czas wychowywałam córcię. Nie pozwolił mi, powie… trzeba było… To takie były wtedy, takie, wie pani, czasy. No ale do szóstej klasy, chyba, wie pani… ona… byłam aż ona tego i później… tutaj sprowadziliśmy się i poszłam do pracy. Pracowałam bardzo ciężko, wie pani, bo teraz to są te różne hurtownie, tego, a wtedy, jak pracowałam, to były, wie pani, magazyny spożywcze. Nie było sobót wolnych. Dyżury… trzeba… było pełnić, wie pani, bo różne dostawy towaru. Jak przyjechali, cały wagon, wie pani, to trzeba było… czekać aż przyjedzie, rozładują konwojenci, wszystko przyjąć, wie pani. No, to było, wie pani… A że była ta hurtownia jedna w Warszawie na Kolejowej, to bardzo dużo z całej… całe województwo zaopatrywało się tutaj, w tej hurtowni. To mieliśmy, wie pani, roboty pełno. Nieraz… przychodziłam skonana do domu. Tak że mąż mówił – to trzeba będzie gdzieś, byłoby gdzieś się schować się – mówi. I tak – mówi – w tej pracy nie ma cię. No tak, ja mówię – pójdziesz do sklepu i ludzie stoją, to schowasz się – mówię – za ladą (śmieje się) gdzieś… Tak, że wie pani, nie było za wesoło. No, później już, no to, to później, to już, wie pani, mąż z… pracował w hucie, to jak… wykupił ten L., poszedł na wcześniejszą… wie pani, emeryturę, to nie chciał już pracować tutaj dla… dla tego Włocha i powiedział, że – ja nie będę sam siedział, musisz ty się zwolnić się. No, jak się zwolnił, wie pani, to kazał mnie się zwolnić się. Ja poszłam też na wcześniejsza emeryturę. W tym czasie, wie pani, chyba pół roku pobyłam, mąż zachorował, wie pani, mąż i zmarł, no i zostałam sama i teraz, no wie pani, takie to są teraz warunki moje. Jak… jak… jak i każdego emerytura… emeryta. Każdy, wie pani, boryka się z tym… od… od wypłaty, do wypłaty, żeby coś tam, wie pani, jakoś tam dociągnąć. Tylko że, wie pani, mam dobre dzieci, to wspierają mnie, pomagają.”

„Strasznie, wie pani, przeżywam, no bo… tak nie odczuwałam, wie pani… Było… dobrze nam ze sobą i w ogóle [mąż] dbał o dom, o rodzinę, wie pani, to było dobrze, a teraz, jak zmarł, to załamałam się strasznie, wie pani, no bo takie przeżycie. Nie wiedziałam, jak to załatwić (śmieje się), wie pani, jak opłaty różne, jak robić, bo to nikt… nigdy nie robiłam. Strasznie to było. Te, te, teraz, to już, wie pani, jak dostaję pieniądze, to pilnuje. Najpierw idę opłaty robić. Jak porobię opłaty, to już wtedy zadowolona, no, już swoje już zostaje.” (w. 18).


Urodzona w 1938 roku, „dziecko wojny”, jak mówi o sobie, w małej miejscowości w Białostockiem. Ojciec był szewcem, jednakże po kampanii wrześniowej („wojnie”, jak nazywają ją rozmówcy), przetrzymywany był kilka miesięcy w obozie jenieckim w Rosji, pani Ludmiła nie zna szczegółów. Ojciec powrócił bardzo chory, także trochę zajmował się szewstwem dla stacjonujących w pobliżu granicy wojsk, płacących cukrem, ale ciężar utrzymania rodziny spoczywał na matce, która „tym takim handlem zajmowała się. To to kupiła, to tamto sprzedała”. Niejasne są cezury czasowe, kiedy dokładnie ojciec wrócił, jak zaznaczył się koniec okupacji. Służba wojskowa ojca „w kawalerii u Piłsudskiego” kojarzy jej się z pobytem w wojsku dziadka ze strony matki, który 25 lat spędził w wojsku carskim i ze wschodu sobie żonę przywiózł, choć reszta rodziny od wieków pochodzi z Białostocczyzny. Pani Ludmiła wspomina dzieciństwo jako czas obowiązków, ale mówi tu już o powojennym okresie, gdy miała osiem, dziesięć lat:

„O, najgorzej to mnie było, wie pani, z tymi z pilnowaniem tych sióstr, bo to wszystko, mama była zajęta… Poszłam do szkoły później, jak miałam tego, to wszystko kaza… wszystko ja musiałam pilnować. A tu chciało się bawić się. Byłam bardzo zła na nich, że mu… nie mogłam przez nich bawić się. Nieraz to, wie pani, wzięłam tą… tą co teraz mieszka za granicą, posadziłam, a sama skakałam. Nieraz to nawet d… dostałam lanie od mamy, że nawet nie nakarmiłam, bo nie miałam czasu (śmieje się) z tą zabawą, wie pani, jak człowiek…” (w. 18).


O swojej edukacji pani Ludmiła mówi, że „nie było warunków”, by ją kontynuować, jako że w domu rodzinnym panowała bieda, wzmożona inwalidztwem ojca. Chociaż akurat ten aspekt swojego życia traktuje jako w pełni zgodny z własnym upodobaniem, gdyż twierdzi, że także nie miała ochoty się uczyć. Przyszły mąż był trzy lata starszym bratem koleżanki z podstawówki. Decyzję o wyjściu za mąż pani Ludka zrelacjonowała w swej historii życiowej, jak widzieliśmy, następująco: „...to mamusia mówi – o, on taki ładny, przystojny – mówi – i z dobrego domu, to nie ma co. Trzeba tego... No i więc wyszłam”. Decyzję więc podejmują głównie rodzice, choć nie narzucają jej siłą, decyzja zaprezentowana jest jako podjęta pod wpływem okoliczności i mająca na celu dobro pani Ludmiły i całej rodziny, jest racjonalna. Nie można jednak powiedzieć, że wtedy młoda i piękna pani Ludmiła, obiekt zazdrości koleżanek, pozostaje zupełnie bezwolna. Najpierw stawia opór: „...za mąż, to najpierw, wie pani, nie chciałam wychodzić, bo mówię – daj spokój mama, osiemnaście lat, co ja użyłam (...) i pójdę w pieluchy. To i... odmówiłam”. Przekonują ją dopiero argumenty rodzicielskie i zazdrość koleżanek: „później te koleżanki powiedzieli, że on mnie nie chciał, wie pani. (...) Więc żeby udowodnić, to musiałam znowu powiedzieć, żeby przyszedł i wie pani... wyszłam za mąż (śmieje się)” (w. 19).

Zamieszkali pod Warszawą, mąż pracował w Hucie, gdyż pochodząc z rodziny kułaczej nie mógł się kształcić, jednakże w hucie znacznie awansował wraz z upływem lat. Córka urodziła się, gdy pani Ludmiła miała 20 lat. Nie pojawia się zresztą imię ani córki, którą pani Ludmiła nazywa córcią, ani męża, którego tytułuje „mąż”. W momencie przyjścia na świat córki decydują się losy zawodowe pani Ludmiły: „Ja dłuższy czas wychowywałam córcię. Nie pozwolił mi, powie... trzeba było... To takie były wtedy czasy” – powiedziała. Niekoniecznie jednak traktowałabym tę wypowiedź jako wyraz żalu, że „nie pozwolił” jej wtedy pójść do pracy. Odniosłam wrażenie, że jest to raczej relacja wydarzeń, porównywalna ze stwierdzeniem: „i wtedy wyszło słońce”. Być może porównując dzisiejsze losy swojej wnuczki z własnymi, pani Ludmiła dodaje: „to takie były wtedy czasy”, nie jest jednak wcale jasne, że by się zamieniła, że tego swojego sprawstwa, a tym bardziej więcej lat pracy zawodowej, jej w życiu brakuje. Nie należy także zapominać, że tu mamy do czynienia z narracją a nie z procesem decyzyjnym, trudno odtworzyć tamtą sytuację, dalej spotkamy się także z takimi narracjami, które nadmiernie podkreślają własne sprawstwo, deklarując je nawet w sytuacjach, gdy wydaje się, że więcej zależy od okoliczności. Uwagi te czynię, by pozostało jasne, że w żadnym razie nie chcę krytykować sposobu opowiadania o sobie i rzeczywistości pani Ludmiły, jeśli ktoś mógłby tak podejrzewać, jako że podmiotowość i sprawstwo wydają się cechami bardzo cenionymi we współczesnej kulturze. Natomiast w przypadku pani Ludmiły mamy do czynienia z ugodowością - jak to określa, pogodą i pogodzeniem z losem, „nie jest zawistna” – jak to określa, „zawistna” znaczy dla niej „że musi wszystko mieć”, co sobie zapragnęła. Ugodowość zawiera w sobie zgodę na potrzeby innych i możliwość rezygnacji z własnych pragnień.

Po latach pani Ludmiła poszła do pracy w magazynie spożywczym, którą wspomina jako bardzo ciężką. Wiązało się to z przeprowadzką z uciążliwego komunikacyjnie małego miasteczka do Warszawy. I, co zostało wspomniane dopiero podczas kolejnego wywiadu, przeprowadzka odbyła się z inicjatywy pani Ludmiły, która bała się mieszkając w małej miejscowości w domu pod lasem. Tak więc na jej prośbę, choć oczywiście to mąż był obarczony obowiązkiem załatwienia tej sprawy, także zapewne od jego zgody i działań przede wszystkim zależała przeprowadzka.

Przejście na emeryturę to trzeci moment biograficzny naszkicowany w bardzo podobny sposób: „...poszedł na wcześniejszą emeryturę (...) i powiedział, że ja nie będę sam siedział, musisz ty zwolnić się. No, jak się zwolnił, wie pani, to kazał mnie się zwolnić. Ja poszłam też na wcześniejszą emeryturę”. Trzeci raz w przeciągu kilkunastu minut pani Ludmiła relacjonuje kluczowe życiowe decyzje, motywując to, jak przebiegły, tym, co powiedział jej znaczący inny. Nie okolicznościami, bo jeśli coś w jej opowieści jest motywowane okolicznościami, to po prostu pojawia się, jako kolejne wydarzenie zewnętrzne a nie interpersonalny moment decyzyjny, np.: „No i mieszkaliśmy w O...”. Natomiast decyzje dotyczące jej życia nie są rozpatrywane jako decyzje autonomicznej jednostki, są raczej sprawami rodziny, której pani Ludmiła jest nieodłączną częścią. Zawsze też w rodzinie jest na pozycji niższej, zależnej od kogoś – w rodzinie pochodzenia była to pozycja córki, która pełniła rolę pomocniczą i posłusznie stosowała się do poleceń. W rodzinie własnej była dość znacznie zależna od męża, za którego pracą wyjechali do obcego miasta, który utrzymywał ją, uiszczał wszelkie opłaty, zaopatrywał gospodarstwo. Jej rola więc obejmowała rolę opiekuńczo-usługową: opieka i wychowanie dziecka, gotowanie, utrzymanie porządku. Jej los zależny był od losu innych osób o silniejszej pozycji w rodzinie i w swych narracjach pani Ludmiła jest tego świadoma – pokazuje w jaki sposób jej życie kształtowane było poprzez relacje ze znaczącymi innymi.

Jak wygląda rodzinna sytuacja pani Ludmiły obecnie? Dowiedziałam się, że po śmierci męża jedenaście lat temu pochorowała się, a następnie chciała wrócić do pracy. Córcia jednak odniosła się sceptycznie, bo „po co ci to”, jak to się mówi, zaproponowała, by matka wreszcie sobie odpoczęła. Tak pani Ludmiła motywuje fakt, że nie podjęła pracy zawodowej, znów współzależnie, relacyjnie.

Moment owdowienia w wieku 56 lat pani Ludmiła prezentuje jako wysoce nieodpowiedni, bo to „ani w tę ani wewtę”. Problematyka ponownego zamążpójścia pojawia się poprzez zamilknięcie, niedomówienie, zaprzeczenie. Nie wypada raczej powiedzieć, że ją rozważała, natomiast pojawiają się wypowiedzi, dlaczego tej ewentualności nie rozważała albo jakie są tej alternatywnej drogi wady:



Jedenaście? I nie było pani smutno tutaj na początek, jak pani sama…

Jeszcze jak! Było smutno. No, miałam ar… adoratorów, ale, nie. Wie pani, już odzwyczaiłam się.



Yhmy. Samej lepiej?

Już przyzwyczaiłam się. Jak popatrzę, wie pani, co to takie nerwowe te staruchy. Kobiety to jakieś, wie pani inne, a to, to takie rozlazłe, że mnie to denerwują. No, mój mąż, wie pani, miał sześćdziesiąt jeden rok. Sześćdziesiąt jeden lat miał, jak z… jak zmarł, wie pani. Był bardzo ładny i przystojny. Taki, wie pani, zadbany, no bo, a te, te to, to takie, jakieś takie, że mnie to już denerwuje i… powiedziałam, że nie chce nikogo. Nawet i córka powiedziała – mamo, po co tobie – mówi, głowę zawracać – mówi. No i tak ja już nie chcę… chłopów. Mam taką jeszcze jedną taką, ale… rzadko z nią się spotykam się. To ona tylko o chłopach rozmawia. Miała jakiegoś, to wie pani, dzieci tamtego pana… rozpędzili. Widocznie bali się, żeby mieszkanie nie zabrała ona (w. 19).


Powody są więc głównie rodzinne: pamięć po dobrym, przystojnym mężu, troska o dobytek rodziny – mieszkanie, które może się dostać w niepowołane ręce, uzgodnione znów relacyjnie – z córką; a także estetyczne – „rozlazłe”.

Od śmierci męża mieszka więc pani Ludmiła sama, co zresztą przemieniło relacje zależności w rodzinie: „wie pani, jeszcze jakby mąż żył, to by jakieś tam... Moglibyśmy pomóc, a ja sama, to jeszcze mnie pomagają nieraz” (w. 19). W tak bezpośredni sposób ukazuje się w wypowiedzi pani Ludmiły przetasowanie relacji władzy w rodzinie. Gdyby mąż żył, to mogliby, mieliby moc, zaś teraz sama pani Ludmiła mniej już może, co więcej, to córka i zięć teraz mogą pomóc. Mowa jest o pomocy, ale niech nas to nie zwiedzie, bo zaraz zobaczymy, ze pani Ludmiła cały czas stara się pomagać, być użyteczną i pomocną. Dyskutowana moc udzielenia pomocy, to raczej władza, określa relację władzy: kto ma więcej, jest dającym, ma władzę, a kto już mniej może – jest beneficjentem. Niewątpliwie w słowach tych też jest zadowolenie, że pomagają, że się interesują. Tym niemniej znów jest to pozycja słabsza – osoby zależnej. Z jednej strony mamy więc irytację tą zależnością, która w tej relacji pojawia się po raz pierwszy, nie dawała jej wyrazu pani Ludmiła mówiąc o stosunkach z matką i z mężem, a z drugiej strony zadowolenie z poświęcanego czasu przez dzieci i okazywanego uczucia. „...córcia przychodzi, o, co drugi dzień. A wie pani, są bardzo dobre dzieci, to wie pani, codziennie rano dzwoni, czy mnie nic się nie stało się” (w. 19). To fragment ilustrujący zadowolenie, i rzeczywiście, jak zobaczymy później, to są częste kontakty, wśród moich rozmówców do nikogo dzieci nie przychodzą co drugi dzień (jeśli razem nie mieszkają oczywiście). Natomiast tym, co irytuje, jest kontrola, pani Ludmiła dostanie wkrótce komórkę, by nieustannie być dostępną. Kontrola ta jest wyrazem troski córki o zdrowie matki, przybierającej czasem duże rozmiary, i nieodłącznym aspektem opieki, którą dzieci panią Ludmiłę otaczają:



A, czyli wszędzie razem chodzicie i razem wracacie [z koleżanką sąsiadką]?

Tak, i razem wracamy. Tak, że wie pani, raz… raz oni, raz tu dzwoniła [koleżanka sąsiadka] i mnie nie było. A ja nie powiedziałam, że gdzieś tam… wybrałam się i ta koleżanka tyle narobiła, wie pani, tutaj rabanu, ze zadzwoniła do córki, żeby przyjechała, bo chyba coś… się stało się. Oni przyjechali, wie pani, a mnie nie było. Ja… ja mówię, czy ja musze tobie tłumaczyć, że gdzie wychodzę.



No tak.

Mówię, że nie dość, że dzieci mnie kontrolują, to jeszcze, mówię, tobie będę? No i co z… teraz to już trochę spokojniejsza jest… Nie… ale wie pani, mam taką serdeczna, bardzo serdeczną przyjaciółkę. Tak, że jak siostra. Jeszcze może i lepiej z nią. Tak, że wie pani.

(...)

Córci nic nie mówię, bo nie chcę denerwować. Wie pani, bo ja już teraz… przekonałam się. Bo jak coś, o, na przykład, miałam, wie pani… taka stara lodówkę i już tak… Ona jeszcze mroziła, ale tak mówię – wiesz córciu już… ona tak mnie denerwuje. Bez przerwy ta – mówię – lodówka. Ją odmrażać – mówię. Ona już stara – mówię – zamraża się i tego. Już mam ją dosyć. Chyba – mówię – wezmę na raty – mówię, spłacę. Tak, o, po… powiedziałam, wie pani. A to, to było w lato. No i… a tam po, porozmawialiśmy i tyle. I ja tam nawet zapomniałam, tego. Któregoś dnia, wie pani, patrzę, przyjechał zięć i córka na działkę. Ja byłam na działce. O – mówi – dużo masz jeszcze roboty – zięć mówi. No a co? No to musimy jechać do domu. A co – mówię. No, to ważna sprawa, mam. No to ważna, to ważna. No, później przyjechaliśmy. Akurat jakby wyczuła, nagotowała obiadu, to poczęstowała. Obiad zrobiłam i on mówi – wiesz co, z tej lodówki, to trzeba wszystko powy… powyjmować – mówi – bo zaraz przywiozą nową. Wie pani, ja tak się zdenerwowałam się. Bo, mówię, macie swoich wydatków, przecież. I Marcinowi musza pomagać, bo przecież tyle wydatków. I ta… uczy się i swoje mają przecież potrzeby i jeszcze w… Teraz to raczej, wie pani, nic nie mówię. Tego, żeby coś tego. To już teraz… nie tego… nie zwierzam się jej. Cos tam tego…



Yhmy.

A… co będę martwić tam, czy co boli, czy mama… Ona… rano zawsze dzwoni – mamo, jak się czujesz się, co słychać. No, to dobrze, w porządku. Ale ja takich nie mam potrzeb, wie pani. A tam, jak to tam, wie pani, tam gdzieś zakłuje, to już, jak to mój mąż mówił, to… dobrze, że… jak boli, to żyjesz. Mówi… bo nie będzie bolało, to nie żyjesz (śmieje się). To, to tak, o, wie pani” (w. 19).


Jak sądzę, ta ambiwalencja wobec zainteresowania i kontroli córki znajduje dobrą ilustrację w dwu przytoczonych fragmentach. Opieka nad starszą panią to nie tylko troska i poświęcanie czasu, ale także pomoc materialna i rzeczowa: pomoc finansowa w przeżyciu do pierwszego czy też oddawanie własnych, już nie całkiem nowych ale jeszcze nie znoszonych ubrań przez córkę. To zapewne sprawia, że pani Ludmiła jest ubrana dość młodzieńczo w porównaniu z innymi moimi rozmówczyniami. Jest to raczej wrażenie, trudno o konkretne wyznaczniki, ale jej bluzki rzeczywiście wyglądają raczej jak bluzki eleganckiej kobiety w średnim wieku a nie zadbanej starszej pani. W opiekę nad starszą panią zaangażowane są także wnuki: wnuk pomaga w sprzątaniu, wykonując co cięższe czynności - jako że pani Ludmiła jest po operacji nogi, i „nie jest stabilna”, jak wyraża się, mówiąc o swoich nogach - trzepie dywany i myje okna. Wnuczka natomiast ma chłopaka w pobliżu, więc gdy się z nim spotyka w tej okolicy, nocuje potem u pani Ludmiły, tak jakoś co drugi dzień, czyli bardzo często i chodzi z nią na zakupy. Wyglądać to może na formę podwójnej kontroli ze strony córki pani Ludmiły, choć być może wynika to nocowanie z czystej życzliwości i ciepła pomiędzy babcią a wnuczką.

Reakcją pani Ludmiły wobec rodziny jest pragnienie pozostania pomocną i użyteczną, żeby w razie jej śmierci tęsknili i żałowali choć trochę, ale także żeby im dopomóc i choć trochę się zrewanżować za otrzymywaną opiekę. Piecze ciasta na imieniny, przygotowuje posiłek w święta w pełnym niemal zakresie, przygotowanie odbywa się w jej własnej kuchni, a następnie zostaje zawiezione do dzieci, gdzie zawsze święta spędzają rodzinnie, wraz z nocowaniem. Robi zakupy dla córci, wykorzystując promocje w supermarketach, odbywa czasem nawet dalekie podróże po Warszawie wraz z koleżankami sąsiadkami, aby kupić coś po korzystnej cenie; i kupuje nie tylko dla siebie, ale też dla córci. Wnukom (a właściwie teraz tylko wnuczce, gdyż wnuk już jest dorosły) daje wypłatę w wysokości 50 zł comiesięcznie tuż po otrzymaniu emerytury.

Opisane powyżej czynności w literaturze pojawiają się zwykle pod etykietą „wzajemnych świadczeń”, pomocy międzypokoleniowej, i toczą się debaty, w którą stronę ta pomoc płynie większym strumieniem. Tutaj ujęłam te czynności jako wyraz opieki – z jednej strony – takie bowiem znaczenie nadaje tym działaniom rodzina, a użyteczności z drugiej – takie bowiem znaczenie nadaje swym działaniom pani Ludmiła. Jak zobaczymy dalej, czynności, które pozornie wyglądać mogą podobnie, w innych rodzinach i innych sytuacjach mają zupełnie inne znaczenie. Stąd więc mylące jest traktować wszelki przekaz międzypokoleniowy, wymianę wzajemnych świadczeń, jako jednorodne zjawisko, bez rozróżnienia na różne typy sytuacji, w których różne rodzaje pomocy mogą mieć różne znaczenie.

W takim typie relacji rodzinnych mamy do czynienia z silną współzależnością członków rodziny, osoba starsza, tutaj pani Ludmiła, jest znaczącym ogniwem rodziny, nie jest w żaden sposób poza. Jest umiejscowiona raczej w pozycji słabszej, zależnej, poddana kontroli, i wciąż stara się być użyteczną, wykonując drobne prace usługowe. Mamy tu więc, mimo zmiany warunków życia, sytuacji miejskiej, ciągłość „modelu” starości wywodzącego się jeszcze z kultury typu ludowego. Pani Ludmiła „nie przypuszcza jeszcze do siebie starości”, wciąż unika bezczynności i bycia bezużyteczną, nie chce być tylko biernym obiektem opieki i, co z tym się wiąże, kontroli. Jak mówi, dobrze jeszcze wygląda i dobrze się trzyma także fizycznie, dodatkowo wzmacnia to przekonanie przytoczeniem takiego zdania wnuka na jej temat. Wydaje się więc, że pani Ludmiła łączy starość biologiczną ze starością społeczną i - mimo że już na emeryturze, czyli, że już w nią jakoś wchodzi (stosując kategorię wyłuskaną z rozmów z osobami starszymi) - nie poddaje się jej, działając zgodnie z tradycyjnym „modelem” starości, ale stosując współczesne środki: pomoc usługowa rodzinie na odległość oraz spędzanie czasu z koleżankami sąsiadkami – gdyż, być może by zachować trochę własnej niezależności pani Ludmiła prowadzi dość intensywne życie towarzyskie, ma kilka koleżanek sąsiadek, z którymi chodzi na zakupy, spacery, spędza podwieczorki i sylwestra - czyli użyteczność i życie społeczne. W taki interesujący sposób przenika się ciągłość i zmiana w jej życiu, rzeczywiście jest to dawna mentalność, używając terminu Braudela, dawne znaczenia, urzeczywistniane w ramach nowych współczesnych praktyk społecznych, którą jest np. oddzielne mieszkanie osób starszych czy też oderwanie pracy zawodowej od gospodarstwa domowego.

Niezwykły jest fakt, że w słowach pani Ludmiły pobrzmiewa melancholia za przeszłymi praktykami społecznymi. Przyjrzyjmy się, w jaki sposób, a potem rozważmy, dlaczego to niezwykłe i dlaczego się pojawia.

„W ogóle ciężkie życie mają ludzie starsi. Bo wpierw to jakieś to było, wie pani, jakoś tak z pokolenia na pokolenie, nie? Kiedyś to tak… rodzice… dzieci opiekowali się rodzicami. Tego teraz nie ma teraz. Nie ma czasu. O, do domu starców oddają, a widzi pani, pokazują co się dzieje w tych domach starców.” (w. 19).


Króciutki cytat. Wyraz obawy przed „byciem oddaną” do domu starców, już samo określenie „dom starców” jest wyrazem lęku. Ocena przemian życia społecznego i przemian rodziny. Nic w tej wypowiedzi nie ma niezwykłego, powie Czytelnik, jest to dość stereotypowa opinia, często powtarzana w mediach, a także na ulicy przez starszych ludzi. Nawet na początku tej pracy zostało przecież opisane, w jaki sposób przemiana się dokonała i że wydarzyło się to na przestrzeni życia rozmówców. Tak może myśli sobie czytelnik lub czytelniczka. Zgoda. Niezwykłe jest jednak to, że sama pani Ludmiła rzeczywistości, za którą – jak wynika z jej słów – tęskni, nigdy nie doświadczyła, choć może obserwowała w otoczeniu. Z domu rodziny pochodzenia wyprowadziła się wraz z zamążpójściem, gdzie zostały jeszcze dwie siostry w wieku dziecięcym. Stosunki z rodzicami opierały się na tym, że czasem rodzice przyjeżdżali do niej na święta, zaś ona z rodziną co roku jechała do rodziców latem na dwutygodniowe wczasy. Jedna siostra zamieszkała następnie w Chicago a druga w Białymstoku, co oznacza, że rodzice pani Ludmiły także raczej na starość mieszkali sami, oddzielnie, bez dzieci, w dawnym swoim domu rodzinnym. Podobnie rodzice pani Ludmiły we wcześniejszej fazie życia, gdy mieli małe dzieci, mieszkali osobno, nie z jej dziadkami i – wedle słów pani Ludmiły – nie było żadnej pomocy, bo „było trudne warunki” (w. 19). Niestety trochę winą badaczki jest złe sformułowanie pytań, otóż zwykle pytałam o pomoc dziadków w wychowywaniu wnuków, nigdy zaś o pomoc dzieci starym rodzicom, co w tamtej rzeczywistości byłoby bardziej uprawnionym może pytaniem. Jednakże, w wielu przypadkach pomimo braku odpowiedniego pytania, uzyskiwałam potrzebną informację o ewentualnej pomocy pokoleniu starszemu, jeśli takowa była. W tym przypadku więc relacje między jej rodzicami a dziadkami nie zostały dobrze poznane, choć zasugerowano raczej brak ich intensywności. W kontekście własnych doświadczeń rodzinnych niezwykła może się wydawać wypowiedź o tym, jak to kiedyś „dzieci opiekowali się rodzicami”.

I tu pojawia się drugie pytanie, o warunki możliwości pojawienia się tej wypowiedzi. Własna ucieleśniona pamięć nie przechowuje wspomnień o opiekowaniu się starymi rodzicami, nie był więc to schemat wcielony w tym przypadku, posługując się kategoriami interpretacyjnymi zaczerpniętymi od Jean-Claude Kaufmanna (2004). Być może jednak był to schemat zinterioryzowany, obserwowany wokół, że w przypadku choroby rodzina podejmowała opiekę. Jak to już było wspomniane i jak zresztą będzie pokazane dalej na konkretnych przykładach, rzeczywiście opieka nad chorą starszą osobą przesuwa się z rodziny na państwo, czyli domy opieki. Wypowiedź może więc być stymulowana raczej obserwacją współczesnej sytuacji osób starszych i stawianiem siebie w tym kontekście, biorąc pod uwagę zapracowanie członków własnej rodziny, którzy bardzo się nią opiekują teraz, póki jest sprawna i użyteczna. Wydaje się więc, że w wypowiedzi tej odzywają się lęki wywołane antycypacją możliwej, bo obserwowalnej wokół, obecnej poprzez doświadczenia innych, przyszłości. Raczej to właśnie a nie pamięć przeszłości, czego dowodzi fakt, że wypowiedź jest rozwinięta w stronę strasznych warunków w „domach starców” i własnego lęku a nie w stronę wspomnień o tym „jak to dawniej bywało”. Żadna anegdota z przeszłości nie jest uzasadnieniem zdania, że „dzieci opiekowali się rodzicami”. Taka interpretacja byłaby zresztą zgodna z tym, co napisano w części teoretycznej o funkcjonowaniu pamięci, że tak naprawdę przechowuje ona „teraz” – w przyzwyczajeniach, wyobrażeniach, przechowuje to, co dostępne i obecne. Sytuacja pełnej opieki rodziny nad zniedołężniałymi rodzicami to raczej w tej narracji coś, czego nie ma, co jest nieobecne. Byłaby więc ta przywoływana przeszłość raczej figurą kontrastu, konstrukcją, stworzoną po to, by uzasadniać niezadowolenie z tego, jak jest obecnie, z sytuacji osób starszych obecnie? Przy takiej interpretacji obraz rodziny opiekującej się zniedołężniałym człowiekiem starszym byłby po prostu przeciwstawieniem, inwersją tego, czego osoby starsze obawiają się w swoim doświadczeniu i uzasadnieniem niezgody na współczesne praktyki opieki.40

Możliwa jest także inna interpretacja. Skoro pani Ludmiła realizuje w swym życiu „model” starości oparty na użyteczności i unikaniu bezczynności, być może w sam ten model wpisane jest oczekiwanie opieki. Jeśli całe życie przeżyte jest z myślą o rodzinie i dla rodziny, relacyjnie i zależnie, to być może z tym „modelem” tak bardzo kontrastuje sytuacja „oddawania” ludzi starych do domów opieki. Zresztą sama pani Ludmiła wciąż słyszy zapewnienia ze strony rodziny, że nigdy nie pozwolą jej tam pójść (w. 21). Czy więc jej lęk spowodowany jest przekazem medialnym czy tym, co obserwuje wokół, trudno powiedzieć, niestety nie mam odpowiednich danych, by odpowiedzieć na to pytanie.

Niewątpliwie jednak jej koncentracja na rodzinie i życie głównie tylko dla rodziny są bardzo widoczne.

„No, ja wiem, no już wie pani, na starość takie życie… życie takie bezpłciowe. W ogóle człowieka nie, jakoś tak nie zabiega o nic, wie pani. Nic jakoś tak. No, cieszę się, cieszę się tym, wie pani, tym, o, że te dzieci zdrowe, że… że… uczą się, że chcą się uczyć się, wie pani, że jeszcze tego. Ale takie, o, życie monotonne.




1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   ...   23


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna