Stary człowiek w kulturze młodości. Doświadczanie starości wśród warszawskich seniorów



Pobieranie 1.11 Mb.
Strona9/23
Data09.05.2016
Rozmiar1.11 Mb.
1   ...   5   6   7   8   9   10   11   12   ...   23

Yhmy.

Wie pani, no, bo jaka to przyszłość przed? No to jeszcze, wie pani, nie jestem w takim wieku, że jeszcze tego, ale jak popatrzę na takie osoby, że… To już ni… nieraz to mówię – Boże, żeby nie, nie doczekać takiego życia, bo po co to, wie pani. Chcę w takim wieku, wie pani… jakoś tak odejść, żeby jeszcze… żałowali, ale nie w takim wieku, żeby czekali na, na człowieka, żeby zszedł z tego świata, wie pani. Tak, że nie… tego, nie… jest takie wesołe te życie, ale jakoś tak, wie pani, nie daję się. Nie dopuszczam do tego. Jakoś, wie pani, może jakby byłam jakaś taka… zgryźliwa, jak to się mówi się, czy tego. Ale ja te życie tak jakoś biorę, tak lekko, wie pani. Nie dopuszczam do tego. Jak, jak wie pani, wstaję, że musi być dobrze i… tego, wie pani, zawsze coś planuję. Jak rano wstaję, to dużo planuję robotę. Później co godzinę, to coraz mniej i mniej (śmieje się) i już patrzę się, wieczór i już mówię, już nie mam kiedy, na jutro. A jutro znowu, tak samo. I tak, wie pani, to życie tak schodzi.”

„No, ja wiem, co? Jakie wydarzenia? Nie, chciałabym jeszcze, wie pani, doczekać się takiego… jeszcze, żeby się ten Maciek sobie życie ułożył, Agata [czyli wnuki]. Żeby jeszcze, jak to się mówi, na weselu pobawić się. Żeby jeszcze moim dzieciom tak dobrze się ułożyło się, wie pani, chciałabym. No i ja żebym jeszcze w życiu coś może, lepszego mnie spotkało, wie pani. Bo… ja wiem, żeby te choro… A najgorzej boję się choroby, a tak, to wie pani. Życie trzeba brać, jakim jest, wie pani. I do tego przyzwyczaić się i… No, bo co teraz… ja mogę zdziałać już teraz. Już wszystko moje to, jak to się mówi, się skończyło się. Najważniejsze, wie pani, nie zadręczać się, nie poddawać się i iść do przodu. Takie… to… jak to wszystko” (w. 18).
Starość niejako wręcz umocniła tę koncentrację na rodzinie, życie życiem dzieci i wnuków, bo we własnym życiu nic już właściwie nie może się wydarzyć. Jest w tej wypowiedzi pogodzenie się z losem, akceptacja, przyjęcie tej roli człowieka starego, takiej tradycyjnej, właściwie roli „wchodzenia w tę starość”, przy jednoczesnym odsunięciu poprzez unikanie bezczynności starości właściwej.
Samotność

Nie będzie to stereotypowa historia osamotnienia, osoby żyjącej bez rodziny, w zupełnym oddaleniu od innych. Natomiast będzie to historia osoby, w której ustach słowa „samotność” czy „samej smutno” pojawiały się najczęściej, a także historia, która doskonale ilustruje przechodzenie w stan samotności, związane ze starością, oraz towarzyszące temu doświadczenia.



Pani Tonia miała piękne, dostatnie, przedwojenne dzieciństwo41, które wspomina „jak bajkę”. Piękna okolica – ojciec prowadził hotel i restaurację w pobliżu Krakowa, były skałki wokół, piękny park, w domu dobrobyt i służba. Wraz ze starszą siostrą Ireną miały nawet wychowawczynię, bo miejscowa szkoła powszechna obejmowała tylko początkowe klasy. Następnie rodzina przeprowadziła się w województwo lubelskie, gdzie ojciec miał rozlewnię piwa. Przez jakiś czas mieszkała z nimi babcia – matka ojca, już grubo po osiemdziesiątce, do której pani Tonia codziennie rano biegła do łóżka na poranne pieszczoty i pamięta, że babcia tak pięknie pachniała, gdyż – jak powiedziała jej później siostra – codziennie o tej porze przynosili babci herbatkę z rumianku z kwiatem pomarańczowym. Babcia zmarła, bo się potknęła o dywan i złamała nogę w biodrze, co zakończyło się zapaleniem płuc. Zimowe popołudnia rodzina spędzała wspólnie – matka i córki na robótkach ręcznych, a ojciec w tym czasie czytał im na głos powieści. Między innymi całą trylogię przeczytał. Były także opowieści, jako że ojciec był myśliwym i wędkarzem. Jednocześnie wspomina, że był rygor, o czym także pani Ludmiła mówiła, jak ojciec lub matka coś nakazali zrobić, to nie można było odmówić. Wspominała także o dystansie wobec ludzi starszych: „Ten dystans, który się zachowuje od małego dziecka (...), że ktoś, kto jest starszy, to jest dla ciebie... Ty go musisz szanować i musisz go słuchać. Dajmy na to, ja jeszcze do mojej mamy nie mówiłam „ty” (w. 10). Jednakże te wypowiedzi o obyczajach przedwojennych przyszły trochę później, powrócę więc do narracji historii życia.

Wojenne losy pani Antoniny były bardzo burzliwe. W dniu wybuchu wojny rozpoczęła się ucieczka rodziny przed Niemcami. Po drodze były naloty. „Kiedyś pamiętam na szosie, jesteśmy na szosie, gdzie nic nie ma, tylko jest szosa, my i pikujący samolot. I wszyscy żeśmy pod tym wozem siedzieli...” (w. 8). Dojechali w okolice granicy rumuńskiej. Wszędzie wsie ukraińskie, w okolicy była jedna polska wioska, której widok pani Tonia zapamiętała jako piękny, tam się zatrzymali. Następnego dnia, siedemnastego, okazało się, że wkraczają Rosjanie, i znów ucieczka, tym razem z powrotem i przed Rosjanami. Pojechali do Lwowa, gdzie na dwa tygodnie zatrzymali się u krewnych matki, a stamtąd do Ustrzyk, gdzie mieszkał brat matki. Brat został wyrzucony z domu przez Rosjan, mieszkali więc w jakimś małym domku na wzgórzu. Ojciec pracował w tartaku, codziennie wychodził o czwartej rano. „Siostra wstawała, żeby rozpalić pod piecem. Mróz wściekły. Pamiętam, myśmy z siostrą chodziły po wodę i studnia była taka, że się ciągnęło sznurem tą wodę ze studni, a... siostra mnie trzymała za frak, ja ciągnęłam, albo odwrotnie, bo byłyśmy... w ogóle wie pani, to było tak oblodzone, że ta studnia to była tak niska cembrowina, więc można było w ogóle [...], to ciężko było” (w. 8). Ojciec dowiedział się, że chcą ich wywieźć na Sybir, pojechali z powrotem do Lwowa, gdzie także trwały wywózki osób bez stałego zameldowania. I wtedy Rosjanie otworzyli granicę w Przemyślu, chętni mogli wracać do Generalnej Guberni. Kilka dni stania w kolejkach po dokumenty, potem przejście przez granicę, „później pierwsza taka łaźnia, która mnie spotkała, to znaczy, wie pani, wszystkie kobiety pędzili, kazali nam się rozebrać do łaźni, zabrali nasze ubrania do odwszenia (...). I widok, wie pani, dla takiego dziecka, takich nagich starych kobiet był.... to było dla mnie przerażające, przerażające. I jeszcze takie bydlęce sprawdzanie, bo to inaczej nie można było, kobiet, czy coś nie przenoszą, nie ukrywają jakiejś biżuterii w pochwach, albo coś takiego. To wie pani, to było potworne.” Rodzina powróciła do miasteczka w województwie lubelskim, skąd ewakuowała się na początku wojny i przeżyła tam dwa lata, tam pani Tonia chodziła do szkoły powszechnej. Nagle znów ojcu pani Antoniny groziło aresztowanie, więc w 1942 roku przenieśli się do Warszawy. Tam ojciec był subiektem w sklepie, matka piekła ciastka a siostry je roznosiły kupującym. Chodziły na komplety, Irena była w harcerstwie, Toni nie pozwoliła, „bo to by było dla rodziców już za dużo, jakby dwie”. Tuż przed wybuchem powstania także ją przyjęli do Szarych Szeregów. Nie spędziła jednak powstania w walce a z rodziną, podobnie jak siostra, gdyż na zbiórce, na którą się wybrała, kazali jej iść do domu i wrócić dnia następnego, co w ówczesnej sytuacji było już niemożliwe. Rodzina i sąsiedzi kryli się w piwnicy w Alejach Jerozolimskich, gdzie mieszkali, tam znaleźli ich Niemcy i przepędzali z miejsca na miejsce – mężczyzn bili, brali na czołgi niemieckie, które walczyły z powstańcami. Pani Tonia została ranna w głowę podczas uczestniczenia w transporcie rannej Ukrainki do szpitala – na noszach i trzy zmiany do niesienia, zostali ostrzelani na Moście Poniatowskiego. Wtedy też zginęła pod ostrzałem jej matka. Mieli pozwolenie na transport i Niemcy mieli nie strzelać. Potem wyjaśniali, że zobaczyli meżczyznę a mężczyznom nie można było wychodzić. Ojcu pani Antoniny odłamek przeszedł przez jesionkę marynarkę, portfel i zatrzymał się na szelce. „Znaczy niby nie miał wtedy zginąć”. Całe to zdarzenie pani Tonia interpretuje poprzez kategorię przeznaczenia, które decyduje o życiu jednych i śmierci drugich, a właściwie o momencie śmierci.

Nie ma tu słowa o pogrzebie matki, jest opis rozrywającej kuli, której nazwę pani Tonia podała, która rozdarła aortę nad sercem. Ojca z córkami wywieźli do obozu przejściowego do Pruszkowa. Dzięki przedsiębiorczości ojca rodzina nie trafiła do żadnego z obozów koncentracyjnych, tylko prosto została wywieziona „w takim bydlęcym wagonie” do Hagen, mieszkali w barakach42, pracowali w fabryce części samolotowych, wykutej w skale. Szczęśliwie udało im się stamtąd wyjechać, gdyż ojcu odcięło koniuszki palców, pani Tonia zraniła się w rękę borem, siostrę wykupili za jakoś zachowany pierścionek. Dostali przepustkę do GG. Jechali 5 dni, nie przyznawali się, że są Polakami, ojciec mówił dobrze po niemiecku, dziewczęta udawały niemowy. Trwały już intensywne bombardowania, które się znosiło leżąc na peronach. Do kraju wrócili pod koniec stycznia, nie ma szerokiego opisu Polski po powrocie. Jest informacja, że wtedy pani Tonia zrobiła małą maturę u ciotki w Krakowie, a w sierpniu powrócili do Warszawy.

Między 45-tym a 48-ym rokiem życie było „względnie normalne”. Warszawa się odbudowywała, „na randki to się człowiek umawiał na Marienstadt-cie, bo to było najładniejsze miejsce w Warszawie”. Zaraz po powrocie do Polski ojciec przeprowadził ekshumację zwłok zmarłej małżonki, której ciało, jako że pochowane w piasku w zwykłym prześcieradle, zachowało się bez zmian.

Opis doświadczeń wojennych jest tutaj bardzo skrótowy, przy wspomnieniach niektórych wydarzeń pominięte zostały pewne wątki i osoby, jako że narracje wojenne są zwykle bardzo rozbudowane. Po powrocie do Warszawy rodzina zamieszkała w mieszkaniu na Saskiej Kępie, wyremontowanym przez ojca w trakcie nauki córek w Krakowie. W 1947 pani Tonia zdała maturę i rozpoczęła studia na SGGW. Po pierwszym roku studiów, gdzieś tak w 1948 roku na wiosnę ojciec pani Toni został aresztowany „po kryjomu”. „Wyszedł z domu i przepadł”. Ojciec założył po wojnie prywatną firmę, już w 1947 roku był namawiany przez władze, by ją oddał państwu, czego nie zrobił i został aresztowany pod zarzutem przestępstw gospodarczych. Jego proces był jawny, dostał 15 lat, potem zwolnili go w 1955, lecz zmarł po kilku miesiącach po wyjściu na wolność, jeszcze w więzieniu nabawił się gruźlicy. Po aresztowaniu „musiałam udawać, że jest wszystko w porządku, bo jakby się władze uczelni dowiedziały, to od razu by mnie wyrzucili z uczelni.” Ojciec ożenił się powtórnie w 1946 roku, więc pani Tonia miała macochę, która po uwięzieniu ojca pani Toni poszła do pracy. „Ale no to była tylko moja macocha”, mówi pani Tonia, zaczęła sama dorabiać – szwagier pracował przy budowie Domu Partii, przepisywała więc obliczenia statystyczne „panów inżynierów”. Podczas półrocznej praktyki wyjazdowej na SGGW była utrzymywana dzięki dobroci rodziny – złożyli się. Potem pracowała w księgowości. W 1951 roku wyszła za mąż za pięć lat starszego kolegę ze studiów, powstańca warszawskiego, pochodzącego z rodziny ziemiańskiej. Nigdzie nie chcieli go przyjąć do pracy „no bo musiał napisać [w ankiecie], że był w AK, wie pani, bo po powstaniu dostał się do niewoli niemieckiej i później go wyzwolili Francuzi i Anglicy i on oficjalnie wrócił do Polski w 47 roku, gdzie już miał wszystko w książeczce wojskowej wpisane, wszystkie stopnie AK itd., itd. Więc już... bo w ankietach wtedy, to się różne rzeczy pisało, bardzo często się w ogóle prawdy nie pisało” (w. 9). Wreszcie dostał pracę i przepracował 30 lat w tej samej instytucji.

Zamążpójście można traktować jako kluczowy moment w życiu pani Antoniny. „(...) moim praktycznie takim, chyba od najmłodszych lat, no może nie najmłodszych, bo wtedy się nad tym nie zastanawiałam, ale już od takich dziewczęcych lat, nastolatką jak byłam, to ja chciałam mieć dom, dzieci, rodzinę i zajmować się domem. To było moje marzenie takie. Tak jak mówiłam, takiego kolegę ze studiów, który mnie namawiał: Tośka ty jesteś taka zdolna, dlaczego ty nic nie robisz, dlaczego ty nie pracujesz, tylko siedzisz w tym domu, tłuczesz na tej maszynie i i i i tego. A mnie to nie pociągało. Dla mnie było, absolutnie większe zadowolenie mi dawało to, że ja mam miły dom, że do mnie ludzie chętnie przychodzą, że u mnie w domu się chętnie siedzi, wie pani, to było dla mnie takie... Uważam, że bardzo dużo kobiet oszukuje siebie, uważają, że one muszą być kimś, one muszą coś w życiu robić, bo ona nie będzie kurą domową. Oszukują się. Ja wiem dobrze, jak się zmieniła moja synowa, która przez pierwsze 6 chyba lat, albo i więcej, albo może 10 lat, małżeństwa siedziała w domu, zajmowała się dziećmi, a tak no... jak to się normalnie robi, prawda? A później nagle poszła do pracy. To się zrobiła inna kobieta, mniej sympatyczna, mniej sympatyczna, bo to już jest...” (w. 10).

Cytowany fragment jest deklaracją wartości pani Antoniny oraz świadomą relacją jej wyboru roli matki i opiekunki domowego ogniska jako kluczowej roli w życiu. Wybór ten opiera się na silnym utożsamieniu się z rolą kobiety i przekonaniu o naturalności – „jak to się normalnie robi, prawda” – roli matki i opiekunki domowego ogniska jako priorytetowej w życiu kobiety. Co ciekawe słowo „żona” i „mąż” się w tej wypowiedzi nie pojawia, są „dzieci”, „rodzina”, „miły dom”, otwarty dom. Czy rola żony w tym zestawie była mniej ważna? Czy nie została wspomniana ze swoistej nieśmiałości? Czy też traktowana była jako oczywista, bo jest przecież podstawą wymienionych, będących zwykle, choć nie zawsze, jej następstwami?

Drugi wątek jest wart zainteresowania w tej niezbyt długiej wypowiedzi: „większe zadowolenie mi dawało to, że ja mam miły dom, że do mnie ludzie chętnie przychodzą, że u mnie w domu się chętnie siedzi” – mówi pani Tonia, tym samym traktując swój dom – zarówno w sensie fizycznym jak i metaforycznym, czyli jego atmosferę, stosunki między członkami rodziny, itp. – jako obiekt własnych świadomych działań, własnego sprawstwa. W ten delikatny, ale oczywisty sposób wyznaczyła pani Tonia teren, nad którym postanowiła objąć kontrolę. I rzeczywiście z wypowiedzi żony jej wnuka wynika, że pani Tonia miała w rodzinie dużą władzę, silny głos doradczy, była czynnikiem sprawczym wielu wydarzeń, co często polegało na tym, że dawała opiekę, pomoc, pocieszenie, radę, była „takim zwornikiem tej rodziny” (z wypowiedzi żony wnuka). Przyglądając się narracji na temat dorosłego życia pani Antoniny będziemy mieć okazję to obserwować.

W czasie wojny pani Tonia przeżyła „pierwszą wielką miłość”, miała wtedy 13, 14 lat, a on 15, 16. Zginął 1 sierpnia tuż przed Powstaniem Warszawskim przenosząc broń na punkt, został zastrzelony przez Niemców. Natomiast późniejszy mąż Krzysztof był kolegą z roku, na którego przez pierwsze trzy lata pani Tonia „nie mogła w ogóle patrzeć, bo jej się okropnie nie podobał, a później była wielka miłość” (w. 9). W 1952 roku pani Tonia zdała dyplom i urodziła jej się córeczka Marysia. Trzy lata po urodzeniu córki spędzone w domu, „przy mężu”, bez pracy zawodowej, wspomina jako lata biedy. Mąż zarabiał 700 zł, co, wedle jej słów, miało podobną wartość jak 700 zł dziś, tak więc gotowała na obiady tanią koninę i starała się dorabiać, szyła koleżankom i ich dzieciom ubrania. Gdy Marysia poszła do przedszkola, pani Tonia „poszła do pracy” do laboratorium przemysłu cukierniczego. W 1956 roku urodziła drugie dziecko – Janka, wkrótce laboratorium zlikwidowano, dziecko było chorowite, więc pani Tonia spędziła w domu 9 lat, wyjeżdżając z dziećmi na dwa miesiące nad morze każdego lata. Nie znaczy to jednak, że siedząc w domu tyle lat zajmowała się tylko gospodarstwem i dziećmi. „Bo ja w ogóle byłam nieprawdopodobny pracuś” – mówi o sobie. Chodziła spać o 2, 3 w nocy, rano wstawała o 6, dawała śniadanie mężowi i dzieciom, sprzątała i zajmowała się przepisywaniem na maszynie obliczeń statystycznych, z dumą stwierdziła, że „tłukła” dziesięć lub jedenaście na godzinę. Wcześniej – jak wspomina – zanim dostała pisanie na maszynie, szyła szlafroki i maskotki. Przepisywanie obliczeń było intratne, zarabiała prawie tyle, co mąż w instytucji i „płacili za ubezpieczalnię”. Potem możliwości dorabiania się skończyły, ponieważ wokół tej działalności miały miejsce różne „szwindle”, zlecenie brały inne osoby a wykonywały inne, jako że nie można było mieć dodatkowej pracy, jeśli pracowało się na etacie. Wtedy mąż znalazł pani Toni pracę w Biurze Projektów Gospodarstw Rolnych, po dwóch latach placówka uległa likwidacji; likwidację miejsc pracy pani Tonia postrzega jako stały motyw w swoim życiu. Potem 5 lat w ministerstwie, skąd odeszła, bo, zamiast wyrzucić wadliwą partię towaru, zmieniano obowiązujące normy. W 1975 roku dostała pracę w Stacji Oceny Nasion, gdzie przepracowała 15 lat, siedziba podwarszawska wymagała półtoragodzinnej podróży do pracy, ale okolica i atmosfera bardzo pani Toni odpowiadały. Był to bardzo szczęśliwy okres jej życia, bo córka już wyszła za mąż, więc była spokojna losu dzieci i ustawiona życiowo, mogła śledzić wydarzenia w kraju: „w opozycji nie byłam, bo jakoś nie miałam odwagi, za dużo przeszłam w swoim życiu, no ale śledziłam to wszystko” (w. 9). Niezwykle znacząca to wypowiedź.

Na emeryturę przeszła ostatecznie w 1992 roku, mąż już od 1982 był na wcześniejszej emeryturze, ponieważ był „jedynym panem dyrektorem”, który zorganizował Solidarność w miejscu pracy, więc „go z miejsca wywalili”. Mąż zajmował się działką, która zresztą aż do 1989 roku była źródłem ich dodatkowych dochodów, dzięki uprawie i sprzedaży tulipanów. Pani Tonia natomiast – żeby mieć jakieś zajęcie - zajęła się gotowaniem obiadów dla wnuków, i tak czworo wnucząt dwóch synów Marysi i dwoje dzieci Janka przychodziło do niej codziennie po szkole na obiad. Gotowanie obiadów trwało aż do śmierci męża w 1999 roku, gdyż wtedy z dwóch emerytur zrobiła się jedna, a ponadto „towarzystwo podorastało i poszło swoimi drogami, więc tak mnie trochę porzucili wszyscy, no. To był taki pierwszy etap, półsamotność...” (w. 10).

Cytat ten mówi sam za siebie. Zanim się przy nim zatrzymam, chciałabym zwrócić uwagę, jak wielopoziomowa i wielopasmowa jest narracja pani Antoniny, jak wiele zdarzeń zaszło w jej życiu i jak wiele spostrzeżeń dotyczących świata narosło. To, co opisałam dotychczas, to ledwie pewne okresy: czas pozostawania w domu, czasy kolejnych prac, a wymaga uzupełnienia, co się w tych okresach działo z nią i z jej rodziną. Dopiero próbując odtworzyć i zrekonstruować narrację życia pani Toni, zrozumiałam, jak ciężkie zadanie postawiłam przed rozmówcami, jak trudno jest skonstruować historię, zawrzeć wszystkie ważne wydarzenia, sfery życia, utrzymać chronologiczną kolejność. Dlatego też ten podrozdział składa się z takich skrawków: wpierw schemat oparty na swoistych własnych obrzędach przejścia: szkoła, wojna, studia, zamążpójście, narodziny dzieci, praca zawodowa, przejście na emeryturę, opieka nad wnukami, czyli to, co zostało opowiedziane w pierwszej narracji o życiu. Następnie pani Tonia przedstawiła kilka jeszcze opowieści: historia zamieszkiwania w różnych miejscach i z różnymi osobami, historia uczestnictwa w życiu bliskich i pomocy im w trudnych momentach życiowych, historia przemiany obyczajów, historia PRL widziana oczyma gospodyni domowej, i – chyba w naszych rozmowach najważniejsza, bo budząca najwięcej emocji i często przywoływana - historia serii śmierci ważnych dla niej osób i osuwania się w samotność. Wyodrębnienie tych historii jako tematów, w które układają się jej wypowiedzi, anegdoty, opowieści odbyło się na podstawie tysiąckrotnego sczytywania materiału, aż wreszcie pewne wątki zaczęły się ze sobą łączyć a treści powtarzać.

Narracji o swoim życiu nie prowadziła tak, jakby to było kalendarium, trzymając się bezwzględnie chronologicznej osi czasu i po kolei relacjonując nawet nie powiązane ze sobą wydarzenia; raczej trzymała się rozpoczętego wątku tematycznego, który kontynuowała aż do końca. Ponadto nie wszystkie historie były opowiedziane w całości za jednym razem, czasem były w odcinkach. Czasem narracja rozwijała się przedstawiając przebieg zdarzeń, w celu przekazania pewnej opowieści, innym razem natomiast składała się z anegdot, gdzie jedna anegdota kojarzyła się z drugą na jakiejś zasadzie, druga z trzecią na innej i tak narracja nie płynęła jednym torem, a co i rusz zmieniała kierunek. Sprawy są to oczywiste, nie będę więc ilustrować tej meandryczności, nadmieniam, aby czytelnik miał to na uwadze. Trochę też naumyślnie, świadomie, narracja w tym rozdziale jest taka trochę ciężka, jakby pocięta, zdarzy się pasjonujący fragment, potem długo jest monotonnie, aby także formalnie oddać trud obcowania z niezmiernie bogatym i fascynującym materiałem narracji pani Antoniny, który jednocześnie wymagał mozolnej pracy syntetycznej, której mozoł tu trochę odzwierciedlam.

Poniżej przedstawię trzy historie: (1) zamieszkiwania w różnych miejscach i dzielenia mieszkania z różnymi osobami, która jest dobrą metaforą zmiany, która dokonała się w życiu pani Toni wraz z nadejściem starości, a także zawiera ważne dla zrozumienia tej zmiany wydarzenia; (2) narrację o nagłych śmierciach bliskich; (3) o pomocy swoim bliskim i relacjach z nimi. Te właśnie są kluczowe dla zrozumienia doświadczenia popadania w samotność i kojarzenia starości z samotnością. Z metodologicznego punktu widzenia jest dla mnie istotne zachować przezroczystość postępowania badawczego, czyli analizy materiału, jest to jednakże przedsięwzięcie niezwykle trudne (Wyka 1993, Rakowski maszynopis). W jaki sposób wyodrębniłam te trzy historie, które pozwalają zrozumieć doświadczenie osuwania się w samotność? Wielokrotnie czytałam materiał zaznaczając fragmenty i kategoryzując jako: wypowiedzi na temat samotności i relacje ze znaczącymi innymi. Już wcześniej zrozumiałam także, że samotność wiąże się z zamieszkaniem samej, a relacje z bliskimi są często doświadczane poprzez pryzmat sytuacji śmierci w przypadku tych, którzy umarli, rzadkich odwiedzin żyjących i pomocy im udzielanej w ciągu życia. Następnie poszukiwałam już tych wszystkich wątków tematycznych i brałam je pod uwagę w kontekście, w jakim się pojawiały, a był to zazwyczaj kontekst różnych historii, na które się składały. Szukałam następnie odwołań do interesujących mnie historii, aż wreszcie wyodrębniłam trzy ważne, gdyż opowiadające o samotności, „metahistorie”, które powyżej wymieniłam. Wyodrębniłam je łącząc drobniejsze historie w ogólniejsze, np. o pomocy córce, opiece nad teściową i w ogóle opiece - połączyłam w jedną historię na temat pomocy członkom rodziny, na podstawie zbieżności tematycznej. Pozostałych na tym stadium trzech ogólnych historii nie dało się już połączyć, jako że historia mieszkań jest taką osadzoną w materialności metaforą rozwoju i zmiany pozycji pani Toni w rodzinie, jest więc autonomiczna i została jako taka w całości opowiedziana; historia nagłych śmierci jest jako taka wyodrębniona przez panią Tonię, ma duży wpływ na jej życie i samopoczucie obecnie, także więc musi pozostać oddzielnie; zaś historia pomocy i bycia zwornikiem rodziny została przeze mnie ulepiona z mniejszych fragmentów, co zobrazowałam powyżej.

Rozpocznę od cytatu, który może być wyjściowy dla wszystkich trzech historii:

„Tak wie Pani, takie... , po śmierci męża, to jeszcze miałam syna, który był taką moją podporą, wielką podporą, który mnie wspierał, tak, psychicznie mnie wspierał, nie finansowo, ale psychicznie. To nagle się skończyło. Na szczęście po śmierci męża, wprowadził się do mnie Piotrek [wnuczek]. I Piotrek ze mną mieszkał 5 lat. Także to, po jednej tragedii, że tak powiem, uratował mnie Piotrek. No po śmierci syna, to już Piotrek nic nie mógł zadziałać.



Ale w tym czasie Piotrek tu mieszkał, tak?

Mieszkał, tak. A jak się Piotrek wyprowadził, to ja musiałam [...] znowu zacząć od nowa żyć w samotności [...]. No więc się zabrałam za przemeblowanie mieszkania, za obicie kanapki, za różne takie domowe rzeczy, żeby się, wie Pani... Już się przyzwyczaiłam, bo już Piotrek nie mieszka ze mną, no tak, 2 lata chyba. No 2 lata minęło, no 2 i pół już nie mieszka ze mną.

To w sumie pierwszy raz w życiu Pani sama mieszka.

Tak, pierwszy raz w życiu. Ja [ciągle] mieszkałam z kimś. Najpierw mieszkałam 9... Najpierw po wojnie, to już nie mówię, bo mieszkałam w kołchozie i w ogóle. Później mieszkałam 9 lat, znaczy w takim kołchozie mieszkaniowym, nie w kołchozie normalnym,

Domyślam się.

Z ilomaś rodzinami” (w. 9).


Historia mieszkań pani Toni jest właściwie w prostej linii pochodną sytuacji mieszkaniowej w powojennej Warszawie – stolicy PRL-u. Choć miasto odbudowywano szybko, to jednak przyrost ludności następował szybciej i w jednym mieszkaniu czasem zamieszkiwało kilka rodzin z dziećmi, na przykład każda rodzina miała do dyspozycji tylko jeden pokój, w kuchni też ktoś mieszkał, a łazienkę dzieliła z innymi rodzinami. Po zamążpójściu pani Tonia wraz z mężem i następnie małą córeczką mieszkała u teściowej, na Alejach Niepodległości, na czwartym piętrze, z którego trzeba było z wózeczkiem schodzić, w osiemnastometrowym pokoju z kuchenką gazową w pokoju. W tym mieszkaniu mieszkały trzy rodziny. Przeprowadzka została wymuszona faktem, że być może gaz z kuchenki „podtruwał” Marysię, w każdym razie lekarz zalecił zmianę miejsca zamieszkania. Przeprowadzili się więc do domu ojca pani Toni na Saską Kępę, gdzie mieszkały cztery rodziny, wśród których pani Tonia wymieniła: ojca z macochą, siostrę z rodziną, jakąś panią, która codziennie rano wychodziła z pokoju z nocnikiem przykrytym aksamitną ściereczką i jakiegoś czterdziestoletniego lokatora, który lubił podglądać młode kobiety. Zresztą dom ten, jako wyremontowany przez ojca pani Toni, powinien być wyłączony spod kwaterunku wedle obowiązujących przepisów, pomimo tego władze wydały nakaz zakwaterowania tam lokatorów. W 1954 roku pani Tonia i pan Krzysztof jej mąż dostali to mieszkanie, w którym ją odwiedzałam, na Mokotowie, i tu potem przyszedł na świat Janek ich syn. Mieszkanie dzielili z obcymi ludźmi – oni zajmowali dwa pokoje, zaś inne młode małżeństwo, następnie także z dwójką dzieci, zajmowało trzeci ostatni pokój. Wraz z tą drugą rodziną mieszkali 9 lat. W międzyczasie wzięli do siebie także teściową pani Toni, zresztą z inicjatywy pani Toni, jak opowiada, ponieważ starsza pani była chorowita, szczególnie dokuczały jej sprawy żołądkowe, często przebywała w szpitalu, a w każdym razie w tym okresie, gdy jeszcze mieszkała sama. Mieszkała u nich do swojej śmierci w 1974 roku, w wieku 85 lat, a wprowadziła się w wieku – lekkie wahanie pani Toni - 72 lat, czyli około trzynastu lat. W 1973 roku wyszła za mąż i wyprowadziła się córka pani Toni, której wyprowadzkę zresztą pani Tonia bardzo przeżyła. Opowiadała, że nie jest trudno urządzić wesele, ale odejście córki z domu jest „okropnym” przeżyciem. Od 1974 roku mieszkała więc pani Tonia tylko z mężem i synem. Syn ożenił się w 1982 roku i wtedy do 1999 mieszkała tylko z mężem – we dwoje (pierwszy raz w swoim życiu). Po śmierci męża zamieszkał z nią wnuk Piotrek, mieszkał do czasu gdy się ożenił, do 2004 roku, starsza pani chciała nawet, by mieszkał u niej wraz z żoną. Przez kolejne dwa lata – pomiędzy 2004 a 2006, kiedy odbywały się nasze spotkania – mieszkała sama, także pierwszy raz w swoim życiu, podczas gdy przyzwyczajona była dzielić mieszkania raczej z dużą liczbą, nawet nieznajomych, osób.

„A jak się Piotrek wyprowadził, to ja musiałam [...] znowu zacząć od nowa żyć w samotności” – mówi, a we wcześniej przytoczonym cytacie porównuje etap zamieszkania z wnukiem do półsamotności: „To był taki pierwszy etap, półsamotność, bo jeszcze mieszkał długo Piotrek” (w. 10). Czyli po śmierci męża, gdy wnuk wprowadza się jako pomoc i towarzystwo dla babci, ale rodzina jako całość już rzadziej gromadzi się w jej domu, jest okres półsamotności, zaś po śmierci syna i wyprowadzce wnuka – okres samotności. Po wyprowadzce Piotrka myślała nawet o znalezieniu jakiegoś lokatora, żeby poprawić swoją sytuację finansową i mieć towarzystwo, nie zdecydowała się jednak na to, pomimo że – jak mówi – „mam wprawę przecież w mieszkaniu z ludźmi, bo mieszkałam całą młodość” (w. 13). Niepodjęcie tego kroku tłumaczy zmianą charakteru powiązaną z wiekiem, taką, że trudniej przyzwyczaić się do nowych rzeczy oraz do odmiennych nawyków drugiej osoby (por. w. 13).

Historie śmierci opowiada zaraz na początku naszego drugiego spotkania, kiedy wedle umowy jest raczej czas, by kontynuować historię życia. Zamiast opowiadać o tym, co wydarzyło się po wojnie, zaczyna opowieść o śmierci syna – jej przebiegu i związanym emocjom. Syn zmarł niedawno – trzy lata temu, sytuacja kojarzy jej się z innymi ważnymi śmierciami w jej życiu, do których opowiadania przechodzi – męża, ojca, matki, w pewnym momencie zauważa to i podsumowuje swoje uczucia: „Same nagłe śmierci mnie spotykają, przez całe życie” (w. 9).

„Wstał rano. Powiedział, że ma ten, kluskę w gardle. Tak opowiadała jego żona, bo przyjechała [...] „I tak słuchaj się czuję, jakby mi jabłko stanęło w gardle.” Ubrał się. On wcześnie rano zawsze wstawał. Poszedł po bułki i wrócił i mówi do żony: „daj mi aspirynę, bo mnie tak okropnie bolą ręce, tutaj.” No więc ona mu dała aspirynę, ale na niego spojrzała i po chwili zadzwoniła po pogotowie, bo mówi: „miał tak zmieniona twarz”, że się po prostu przestraszyła. Po 20-stu minutach przyjechało zwykłe pogotowie, nie R-ka, on jeszcze siedział, wykłócał się z panią doktor, że on nie chce iść do szpitala, bo pani doktór powiedziała, że musi go zabrać do szpitala, bo ma ten, zaburzenia rytmu serca. No to się i wykłócał. Pani doktór poszła umyć ręce, on się położył, sam, i mówi do żony: „słuchaj, mam tak jakieś dziwne mroczki przed oczami.” Odetchnął 2 razy i nie żył.

(...)

Ja nagle rano dostaję telefon wpół do 10-tej: „Toniu, ja nie wiem, jak ci to powiedzieć – myślę sobie: moja koleżanka [...] miała tak zmieniony głos, że ja jej w ogóle nie poznałam, i mówi – Janek nie żyje.” Ja mówię: „zaraz, jaki Janek? Kto dzwoni?” W tym momencie [oni się nie wiadomo jak ...] czyli moja synowa. No w ogóle, wie Pani, nie do uwierzenia, no. Taa, bo jeszcze jak starszy człowiek umiera, to jeszcze, jak mąż umierał, bo był chory na raka płuc, ale też umarł na zawał serca. Jest tak.”


Rozpoczyna od dokładnego zrelacjonowania wydarzenia, które pamięta ze wszelkimi szczegółami, choć w ogóle w nim nie uczestniczyła. Pamięć faworyzuje pewien fragment doświadczenia i wyławia go z morza niepamięci, obdarzając wszelkimi szczegółami przypomnienia, nie bacząc w ogóle na to, że jest to wydarzenie niedoświadczone osobiście, skonstruowane na podstawie relacji innych, ale emocje w tej opowieści, świadczące o zaangażowaniu w relacjonowane wydarzenia i dbałość o detale: jak długo jechała karetka, jak wyraziła się pani doktor a jak synowa, każą wierzyć, że właśnie tak było.

Po żywiołowej relacji nadchodzi opis własnej reakcji, przede wszystkim niedopuszczenia i nieuwierzenia, szoku. Dopiero teraz słuchacz orientuje się, że narratorka nie była w centrum tych wydarzeń, choć zaznacza to ona już na samym wstępie, ale żywość relacji przeczy tej zapowiedzi. I tu dla porównania pamięć natychmiast przywodzi na myśli historię śmierci męża, doświadczenie jednej śmierci przywołuje doświadczenie drugiej śmierci, nie ma pomiędzy nimi chwili zatrzymania czy refleksji, natychmiast rozpoczyna się następna opowieść. Dokładność i prawdziwość tej następującej opowieści poświadcza zdecydowane zapowiadające ją „jest tak”.

„Taa, bo jeszcze jak starszy człowiek umiera, to jeszcze, jak mąż umierał, bo był chory na raka płuc, ale też umarł na zawał serca. Jest tak. Poszedł do łazienki się golić. Nagle z tej łazienki wyszedł, wyskoczył i zaczął się rozbierać, widocznie mu było okropnie duszno. A ponieważ on dostawał, z powodu tego, że miał przerzuty na kręgosłup i okropne bóle kręgosłupa, to dostawał takie plastry z morfiną, które likwidowały ból, tak później lekarz mi tłumaczył, że on po prostu przypuszczalnie miał ten ból w klatce i się zaczął dusić, ale tego nie czuł. I ja mówię: „słuchaj, co ty robisz?” Patrzę się na niego, sine usta. Mówię: „Krzysztof, idę zawołać pogotowie.” Zadzwoniłam po pogotowie, przychodzę do niego i mówię, on leżał na tapczanie, i mówię: „Załóż spodnie, bo przecież zaraz przyjedzie pogotowie”, bo on wszystko z siebie ściągnął. No i tak mu te spodnie jakoś do połowy bioder podciągnęłam, myślę sobie: muszę zadzwonić po syna, no bo przecież. Tyle tylko, że mu powiedziałam: „Janek, przyjeżdżaj natychmiast!” Idę, patrzę się, mąż siedzi już z tymi spodniami podciągniętymi dobrze do pasa, ale siedzi na podłodze. I ja do niego podchodzę i mówię: „Krzysztof, pomogę ci usiąść na tapczanie”, a on mi fajt na podłogę i koniec. Tak, też przyjechało bardzo prędko pogotowie, chyba w 7 minut już to pogotowie było, też go [...] godzinę reanimowali, w pewnym momencie, no, usłyszeli, wie Pani, pu...rytm serca. I ten lekarz mówi: „Boże, jaki zawał, jeszcze takiego zawału, to nie widziałem.” No, ale później znowu im uciekł i już uciekł, i już uciekł. Także, różne, same zawały mnie spotykają. Same nagłe śmierci mnie spotykają, przez całe życie. Począwszy od mojej mamy. No ojciec mój inaczej umarł.”
Obie opowieści – o synu i o mężu charakteryzują się podobnym zaangażowaniem emocjonalnym i zanurzeniem w detale – wypowiedzi, sekundy, które być może zmienić mogły cały przebieg wydarzeń, a być może nie zmieniały nic. Są świadectwem tego, jak nagle człowiek odchodzi, wśród codziennych wydarzeń, nagle zwyczajna sytuacja staje się bardzo znaczącą, zmienia losy ludzi, pozostawia uczucie zdziwienia, szok i rozpacz. Seria nagłych śmierci w zyciu pani Toni rozpoczyna się już wcześniej opisaną i tu tylko wzmiankowaną śmiercią matki. Inne śmierci – teściowej, pierwszej miłości, innych członków rodziny nie są tu wspominane. Tylko śmierć tych najbliższych czterech osób (jest oczywiście jeszcze kilku bliskich żyjących). Dla kontrastu jest dalej opowiedziana śmierć ojca, szczerze mówiąc słuchaczce wydała się też dość nagła, chodź rzeczywiście nie było to wydarzenie zaszłe w przeciągu kilku sekund czy minut jak poprzednie.

„No ojciec mój inaczej umarł. No mój ojciec, jak Pani mówiłam, był w więzieniu i wyszedł... no właśnie pamięć... moja siostra już ma sklerozę, ja mam sklerozę... ale chyba wyszedł z tego więzienia, zaaresztowali go w ’48, to wyszedł w ’54. Tak, to pewnie tak było. I w więzieniu już rozchorował się na gruźlicę, pojechał tu do sanatorium do Otwocka i niech Pani sobie wyobrazi, no to były te lata powojenne, te ’50-te, co to u nas medycyna, to jeszcze była hoho, gdzie i w powijakach, dali mu, chcieli mu zrobić, dali mu transfuzje, bo miał krwotoki płucne, więc dali mu transfuzję ze złej krwi.





1   ...   5   6   7   8   9   10   11   12   ...   23


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna