Temat: miasto w literaturze polskiej XIX i XX wieku



Pobieranie 93.48 Kb.
Data10.05.2016
Rozmiar93.48 Kb.
Agata Kielin

Liceum Ogólnokształcące im. Stanisława Lema

w Kowarach

Temat: MIASTO W LITERATURZE POLSKIEJ XIX I XX WIEKU.


Praca napisana pod kierunkiem

mgr Jarosława Kotlińskiego

Kowary 2010


Miasto… to nie tylko pewien obszar zabudowy, piach, cement, mury, kamienice, bramy, brukowane uliczki, parki, rynki, kościoły czy mało malownicze tereny ujarzmionej i zniszczonej natury.1 Bije tu również serce. Nie jedno… setki, tysiące, kilkadziesiąt, kilkaset tysięcy serc. Bije tu życie, są tu ludzie. Miasto. Dla jednych miejsce – urodzenia, zamieszkania, ciągłej walki o przetrwanie, pracy ponad własne siły, męczącej, duszącej, zabierającej choćby ostatnią cząstkę przyjemności z życia, po to tylko by wytrwać, kupić bochenek chleba, nakarmić dzieci, pozwolić im przeżyć, by potem i one robiły to samo; dla innych nie znających jeszcze tej perspektywy makabrycznej rzeczywistości pole do popisu, inny świat, w którym można spełnić własne marzenia, dostać godziwą, dobrze płatną i stosunkowo lekką pracę (bowiem dlaczego nie wierzyć najemnikom wysyłanym z fabryk, dobrze ubranych, kulturalnych, z wysoko podniesionymi głowami, komunikatywnych, tak dobrze mówiących o walorach pracy w mieście). Są i tacy, którym dana jest elegancja, piękny ubiór, prezencja godna naśladowania, idealnie równy krok, jak również umiejętność siadania, witania, ukłonu, podawania ręki podczas powitań, piękny język przy rozmowie… do tego potrzeba tylko – a może i aż – narodzin w zamożnej rodzinie, posiadającej jeszcze to Coś, czym w tej kwestii jest nazwisko. Są oczywiście i tacy, którym uda się wybić poprzez zdobycie wykształcenia oraz odnalezienia się w towarzystwie, tym właściwym, które pozwoli na dalsze rozwijanie się. Rozwarstwienie społeczne ma tu więc ogromne znaczenie, pojęcie to oznaczało przepaść, jaka dzieliła ludzi i która była niestety nie do pokonania, wtedy – w XIX czy w pierwszych dziesięcioleciach XX wieku.

Okazuje się, iż miasto może być ukazane pod postacią istoty biologicznej (W. Reymont „Ziemia obiecana”, gdzie sam tytuł wskazuje już na to, że pozytywna utopia miasta nie jest możliwa do spełnienia.2 „Istota” ta opisywana jest dokładnie od początku książki ku jej końcowi; autor poświęcił jej więcej uwagi niż jakiemukolwiek innemu bohaterowi.3) żyjącej własnym życiem, posiadającej części ciała. Określana wciąż mianem potwora, istoty groźnej, złej, ocenianej jak najbardziej trafnie – negatywnie.4 Jednakże miastu, będącemu takim ogromem i „pożerającemu” tylu ludzi, niszczącemu ich i przygniatając swoim ciężarem, trzeba przyznać prawdziwą siłę jaką posiada czyniąc takie spustoszenie, potęgę ściągając wciąż pozbawionych świadomości nowych pracowników, oraz wielkość jaką chwali się, rozwijając w coraz to szybszym tempie.5

Fabryki, w których dane było ludziom niestety pracować były wielkimi molochami. Czteropiętrowe budynki, wszystko ułożone zgodnie z planem czworokątów – „Wielka brama wjazdowa […] prowadziła na wielkie wewnętrzne dziedzińce, pocięte czteropiętrowymi pawilonami w olbrzymią kratę czworokątów, z których środka niby smukłe topole wznosiły się czerwone gardziele kominów, rozwłóczących nad tą potężną twierdzą fabryczną szarą oponę dymów.” („Ziemia obiecana”).

Warto również zauważyć, że w Polsce fabryki nie były naszymi, lecz niemieckimi. To w nich cała administracja i pracownicy z wyższymi pensjami byli Niemcami, natomiast Polak – ten zwykły robotnik (nigdy nie mający szans „dokształcenia się”, „wybicia”) był parobkiem źle opłacanym, źle traktowanym i germanizowanym. Warszawa znajduje się między Europą Zachodnią i Wschodnią (tędy przejeżdżały towary francuskie i niemieckie do Rosji). To powinno Polsce gwarantować ogromne zyski! Jednak handel, nasz polski handel, nie znajdował się w rękach Polaków, ale w rękach Żydów!

Wiek XIX i XX pozwala na dokładne przyjrzenie się rozrostowi miasta6, które w szybkim tempie nabrało zupełnie nowego znaczenia, pojawiły się środki masowego przekazu, które szybko się upowszechniły i stały podstawą komunikacji, ukształtowały się nowe sposoby organizacji życia społecznego, politycznego, zawodowego oraz nawet sportowego; rozpoczęła się zarówno bitwa jednostki o własny sukces, jak i walka klas społecznych.7 Wydawało się, że człowiek nie nadąża za tym rozwojem, wszystko działo się tak szybko, różnorodność nowych perspektyw na życie mąciła ludziom w głowach i doprowadzała niemal do szaleństwa. Miasta zamieniały się w metropolie, stawały się zagrożeniem, czymś w rodzaju dziesięciokrotnie razy większego przeciwnika, z którym rozkazano nam się rozprawić (czy dziesięciokrotnie razy większy to nie za mało?).8

Stale mówi się, że ludziom ma żyć się lepiej. Cóż to znaczy? Zaczęto rozbudowywać fabryki, jednak powstały też maszyny. Sprzęt ten zastąpił człowieka, jego pracę, ale czy to dobrze? Wielu ludzi stało się przez to bezrobotnymi, ponieważ byli zbędni. Inni zaś zaczęli zarabiać mniej, gdyż maszyna „odrabiała” za nich większość pracy. Zostali zastąpieni przez coś, co robiło więcej, wydajniej, z lepszymi rezultatami, korzystniej. Jakość życia ludzkiego pogorszyła się, jednak w XX wieku dostrzegało się nadprodukcję dóbr, prawie wszystko zostało zautomatyzowane. Co oznacza to prawie…? Na szczęście głowa ludzka, jego umysł i inteligencja nie może zostać niczym zastąpiona. Paradoksem jest tu fakt, że to właśnie człowiek wymyślił maszyny chcąc ułatwić sobie życie, dostarczyć nowych możliwości, pójść dalej z techniką. Szkoda tylko, że większość na tym ucierpiała.

Gdzie w tym wszystkim podział się człowiek i jego szczęście, ten moment przed śmiercią, kiedy mógłby pomyśleć z uśmiechem na ustach „Warto było, nie żałuję”?

Głównym bohaterem „Ziemi obiecanej” jest hrabia Karol Borowiecki – przystojny, interesujący, zimny, obojętny, młody dżentelmen z wykształcenia chemik – kolorysta, „o którego toczyły się wojny pomiędzy fabrykami bawełnianymi, aby go zdobyć dla siebie; był takim, który w tym dziale robił przewroty”. Pełnił funkcję dyrektora drukarni Hermana Bucholca. Marzył jednak, by wybudować własną fabrykę. Z dwoma przyjaciółmi, z którymi znał się od czasów studenckich – Maksem Baumem (Żyd – tkacz i przędzalnik z wykształcenia) oraz Morycem Weltem (Niemiec – skończył kursy handlowe) wspólnie szukając środków pieniężnych, udało im się po wielu trudach spełnić plany. Ale czy to dało Borowieckiemu szczęście? Wręcz przeciwnie! Fabryka spłonęła (Karol wiedział, że sprawcą pożaru był nie kto inny, tylko sam Baum – „Żyd do końca jest Żydem”, nie może mieć strat, lecz natychmiast same zyski ), przyjaźń się rozpadła. Nie poświęcał uwagi swej narzeczonej – Ance, która darzyła go wielkimi uczuciami doprowadzając ją do zerwania zaręczyn, na co cierpliwie czekał. Uwikłany był w związek z zamężną kobietą – Lucy Zukerową (Żydówką), która zaszła z nim w ciążę i przez którą był manipulowany, nie mogąc zakończyć tego romansu. Wydarzenia te doprowadziły Karola do małżeństwa z córką majętnego fabrykanta – Madą Müller. Na pozór wreszcie spełniły się jego marzenia! Borowiecki miał fabrykę, bogatą żonę (która była Niemką – inna kultura, inne wychowanie – ona nie znała ciężkiej pracy, nie rozumiała go, o czym miał z nią rozmawiać), wsparcie ze strony teścia, doczekał się syna i uzmysłowił sobie… że zmarnował życie. Był samotny i głęboko rozczarowany. Doszedł nawet do wniosku, że zmarnował szansę na prawdziwą miłość, na życie z kobietą, która by go rozumiała, z którą byłby szczęśliwy. Pozostał w jego sercu żal za Anką. Oddał się w pełni fabryce, surowej pracy. Czy Karol byłby jednakże takim bezwzględnym człowiekiem mieszkając chociażby w wiejskiej arkadii…?

Człowiek, zanim pojawił się w mieście, był do niego werbowany w zwieńczony sukcesem sposób. Pomysł, trzeba przyznać, był od początku zdany na powodzenie. Wybierano jednego pracownika fabryki, ubierano go jak najdostojniej, na rękę zakładano srebrny zegarek (który rzecz jasna w tamtych czasach nosiły tylko osoby majętne), a w kieszeń wkładano tyle pieniędzy, ile na wsi nie zarobiłby przez trzy lata. Przyjeżdżał taki, opowiadał jak to w mieście dobrze się żyje, obiecywał dobrą posadę, wysoko płatną, więc czemu nie skorzystać? Ludzie bez długiego zastanowienia decydowali się na przeprowadzkę. Zostawiali wszystko co mieli: pola, uprawy, domy, ażeby pójść do miasta i tam doznać lepszego żywota. To miała być ta ziemia obiecana. Czy rzeczywiście nią była?

W tamtych czasach pracownik (dający z siebie wszystko) nie był doceniany. Właściciele fabryk nazywali nawet swoich pracowników „bydłem” i tak byli traktowani przez nich, gdyż uważali ich za swoją własność. Dla dyrektorów robotnik był do zastąpienia, z tego powodu, iż na jego miejsce od razu czekał za bramą następny. Bardziej zależało im na maszynach, które były drogie i pilnowali, aby niewykwalifikowani pracownicy nie zbliżali się do nich, ponieważ mogliby je popsuć, co wpłynęłoby przecież na zatrzymanie produkcji.

Nikt nie przejmował się tymi, którym maszyna urwała jakąkolwiek część ciała. Mężczyzna w wypadku stracił obydwie nogi (ojciec czwórki dzieci), umierał powoli, gangrena nie odpuściła, a przez osłabienie organizmu choroba postępowała błyskawicznie. Owszem, znalazł się czasem jakiś człowiek, który bezinteresownie gotów był udzielić pomocy konającemu, nawet jeśli sam nie był w stanie zrobić zbyt wiele. Ze świadomością, że biedakowi już nic nie pomoże i widocznym przygotowaniem chorego na śmierć, która była nieodłączną częścią całego tego cyklu, pozostawiał go samego na powolną i bolesną agonię. Umierały dzieci, robotnicy, fabrykanci, umierali w cierpieniach, męczarniach, na ulicach.9 W dzisiejszych czasach coś takiego nie mogłoby mieć miejsca, ludzie byliby oburzeni, walczyliby o zaprzestanie takich „mordów”, ale czy to znaczy, że dziś praca ludzka jest doceniana i człowiek nie jest traktowany jak zwierzę? Jedno jest pewne, WTEDY na pewno tak nie było. Nikt nie liczył się z jednostką, umierał jeden, do pracy przychodził drugi, nieświadomy tego, co może się z nim stać.

Pracę tylu ludzi można było porównać do pracy pszczół w ulu. To wielkie „miasto jest rośliną i zwierzęciem, ma właściwą sobie anatomię i fizjologię”. W odgraniczających się dzielnicach (uczona i przemysłowa, rodowa i handlowa, wojskowa i dorobkiewiczowska) widać było fatalizm, który tak wspaniale odzwierciedlił się w kilku głośniejszych rodzinach paryskich. Dziad był skromnym rzemieślnikiem – syn nieco się wykształciwszy założył większy warsztat – wnuk jeszcze bardziej wykształcony został wielkim handlarzem, gdy tymczasem prawnuk jest milionerem (a jego córki pochodzące z pracowitego rodu mogły chorować na nerwy, niczym panna Izabela Łęcka z „Lalki” na migrenę).

Lekarze byli pilnowani, gdyż często zdarzało im się wydać zbyt dużo pieniędzy na lekarstwa dla robotników, za co z góry dostawali reprymendę. Tu widać jak bardzo dyrektor liczył się ze zdrowiem swych „podopiecznych”.

Doktor Wysocki („Ziemia obiecana”) jest odzwierciedleniem głównego bohatera – doktora Tomasza Judyma, powieści „Ludzie bezdomni”10 Stefana Żeromskiego. Obaj byli młodzi, wykształceni, realnie oceniali sytuację, dostrzegali człowieka w potrzebie. Nie byli materialistami (w przeciwieństwie do opisanych właścicieli fabryk), nie pracowali dla zdobycia majątku. Sami musieli borykać się z przeciwnościami losu, zdobywać środki na zakup lekarstw, by ratować zdrowie ludzi. I pomimo, iż na ich młodej, życiowej drodze stanęła kobieta – nie chcieli narażać jej na ciężki, odpowiedzialny i oddany żywot rezygnując tym samym z osobistego szczęścia – w pełni poświęcili się pracy, innym ludziom. Judym czuł potrzebę spłacenia długu wobec jego warstwy społecznej. Nie wolno zapomnieć o jego pochodzeniu, gdyż jako „nisko urodzony” (podobnie, jak Stanisław Wokulski – bohater „Lalki” Bolesława Prusa) – nigdy nie ukrywał swych korzeni, aczkolwiek nie raz czuł się tym gorszym. Tomasza fascynuje świat bogactwa, ale i samej kultury (tworzonej przez setki lat – zachwyca się wystawami i obrazami w paryskich muzeach, galeriach, gdyż w Paryżu odbywał praktykę lekarską11), jednak ten świat był mu nie do końca znany. Miotał się między wyższymi sferami a swoją, by dokonać wreszcie wyboru. Jednak według mnie zbyt łatwo zrezygnował z Joasi (która była guwernantką pracującą w stolicy)12, z własnej rodziny, z domu. Natomiast Joanna za szybko poddała się, nie powinna była odpuścić. Przecież snuła już plany, miała marzenia. Ponadto razem, wspierając się – można więcej, lepiej, być może łatwiej. Chociaż życie, ich wspólne życie, przedstawiało się jako walka, borykanie się z problemami „na co dzień”. Aczkolwiek człowiek od wieków żył w gromadzie, walczył z innymi zdobywając pokarm. Samemu na pewno jest trudniej. Uważam, że Joanna rozumiała go i z pewnością w wielu ciężkich sytuacjach pomogłaby mu, doradziła, jako bratnia dusza (jego żona).

Temat „Lalki” (1890) scharakteryzował sam autor słowami: „ukazać naszych polskich idealistów na tle społecznego rozkładu”. Interpretując te słowa można by stwierdzić, że Prus przedstawił w nich klęskę dwóch wielkich ideologii – romantycznej i pozytywistycznej, jako plan pierwszy, w tle ukazując zaś uwarunkowania historyczno – społeczne.13

Nieszczęśliwa miłość jest tu głównym wątkiem fabularnym.14 Stach miał świadomość, że panna Izabela Łęcka należy do innej sfery, innego świata posiadając tytuł księżnej, będąc arystokratką. Wiedział, że to nie jest jego świat! Żył jednak nadzieją, iż po zdobyciu majątku (bo to dla niej pojechał do Bułgarii), po pokazaniu na co go stać – będzie godnym zwrócenia uwagi. Nadziei ku temu dodawał mu fakt, iż wiele kupieckich rodów w Anglii zostało lordowskimi mościami. Tyle tylko, że tam istniała epoka twórcza w społeczeństwie. Tam wszystko doskonaliło się wstępując na wyższe szczeble. Natomiast tu w Polsce – „wyższa warstwa zakrzepła jak woda na mrozie i nie tylko wytworzyła osobny gatunek, który nie łączy się z resztą, ma do niej wstręt fizyczny, ale jeszcze własną martwotą krępuje wszelki ruch z dołu”. Jednakże, czy Wokulski zdobyłby taki majątek, gdyby nie miłość do Izabeli?

Warto wspomnieć, że jego przyjaciel Rzecki porównywał go (głównego bohatera) do Starego Miasta w Warszawie. Stare Miasto znał od dziecka, natomiast Stacha około dwudziestu lat. Starówka wydawała się Rzeckiemu tylko ciasna i brudna do momentu, gdy zobaczył rysunek jednego z domów staromiejskich spostrzegając jej urok i piękno. Podobnie było z Wokulskim uważając go za pozytywistę (człowieka myślącego realnie), polityka z krwi i kości nie zajmującego się niczym innym, gdy okazało się, że ten może być po prostu zakochany.

Na świecie było już coraz mniej dobrych subiektów i rozumnych polityków, bo wszyscy stosowali się do mody. Skromny subiekt (pod którego pojęciem uważa się osobę poznającą i działającą, przeciwstawioną światu zewnętrznemu jako przedmiotowi poznania; bądź przestarzale osobę pracującą w sklepie15) co kwartał zmieniał styl ubioru.16 Jak było z Wokulskim, głównym bohaterem „Lalki”? W naszym kraju nie był docenionym człowiekiem przez rodaków! „Kupcy nie dali mu roboty, gdyż był uczonym, a uczeni nie dali mu także, ponieważ był eks-subiektem”.17 Otworzył zatem własny sklep.18 Interesowi poświęcał najwięcej czasu i zainteresowania – „nie myślał darmo jeść chleba”. Osobiście obsługując gości, rachując, wydając resztę (jako zwykły subiekt, a nie właściciel tegoż sklepu) – już w drugim roku nawiązał stosunki z moskiewskimi kupcami rozkręcając interes tak, że obroty potroiły się. Udowodnił, iż można. Aby jednak dojść do takich rzeczy, potrzeba silnej woli, chęci, ambicji i wykształcenia.

Wokulski nie miał praktycznie nic, a dorobił się niemałego majątku. To mu jednak nie wystarczyło. Wtedy zaczęła się historia z panną Izabelą.

„Lalka” roztaczała przed czytelnikami szeroką panoramę Warszawy, zarówno w jej uwarstwieniu społecznym, jak i zróżnicowaniu ideologicznym.19

Wokulski wiedział, że jego gatunek to ci, którzy leżą tam na śmietniku, są nędzni, a będą i być może jeszcze nędzniejsi. Bolało go, w jaki sposób Izabela zwracała się do niego, w jego sklepie, poprzez swoją towarzyszkę – Florentynę. W tamtych czasach niestety było tak, że próżniak, szuler, czy złodziej (byle tylko miał nazwisko, tytuł) stanowił dla niej dobre towarzystwo i to pomimo wyglądu i wieku. Natomiast on – zwykły kupiec – niewiele znaczący, posiadający zaledwie jakiś nędzny sklep i oczekujący, że taka dama zwróci na niego uwagę, miałby dojść do sukcesu obierając ją sobie za żonę?20

Kobiety nazywane były „próżnującymi dziwolągami”. One na dodatek wychowywały przyszłe pokolenia. Nie uczyły dzieci godnego zarabiania na kawałek chleba, lecz jak należy wzorowo trzymać sztućce. Nie uczyły, że należy poznawać ludzi, świat, ale nauczały przypodobania się innym poprzez mimikę i ukłony. A co najważniejsze – nie uczyły o faktach, realnym życiu, wydarzeniach, tylko o ideałach. To doprowadzało do lenistwa, wręcz tępej głupoty (i to nawet w tych wyższych sferach!). Ponadto dowodzi temu, abyśmy nie dziwili się zachowaniom Izabeli („Lalka”). Dla niej wielki świat był tym wyższym światem, do którego należeli ci, którzy byli odpowiednio urodzeni i majętni. Jak wyglądało jej życie? Było przepełnione wieloma „obowiązkami”: zawsze musiała nieskazitelnie wyglądać, odpowiednio się poruszać, wykonywać wzorowo czynności – jedzenie, siedzenie, rozmowy, czytała liczne romanse21, by potem móc marzyć i marzyć.

Porównać można na przykład Rejcł Korek i Cirełe – córkę Rabiego („Szumowiny” I.B. Singera). Pierwsza to starsza kobieta, która posiadała silny charakter, głowę do interesów, była przebiegła, bezpośrednia, pomimo sędziwego wieku z dużą ilością wigoru22, pomysłowa, z ideą jak zbić majątek. Cirełe natomiast wychowywana była po żydowsku, nie wierzyła jednak, ale trzymała się zasad swojej wiary ze względu na ojca. Była bardzo oczytana, ciekawa świata, mądra, nieśmiała, miała swoje własne zdanie, które na każdym kroku zdecydowanie wyraża. Uparta. Być może ta cecha łączy je obie, patrząc na stosunek do Maksa (główny bohater książki Singera). Młodsza nie mogła przebywać w hotelu z mężczyzną, bo to niestosowne, nie wolno jej było również pokazywać się w niektórych częściach miasta ze względu na strach przed innymi ludźmi, którzy niepotrzebnie rozmówiliby się na jej temat. Rejcł natomiast miała dość swego dotychczasowego życia, pragnęła spróbować czegoś nowego, wydostać się z Warszawy. W tym celu zaplanowała zwerbować inną dzieweczkę, która ciężko pracowała jako służąca i zrobić z niej prostytutkę wypuszczając ją w daleki świat (a dokładnie do Argentyny) i razem z Maksem dopilnować zaplanowanego interesu.23

Perypetie Maksa przypominają powieść eksperymentalną (sformułowaną przez Emila Zolę24)25, gdzie bohater rzucony jest w nowe dla siebie (lub dawno zapomniane) warunki bądź w konfliktowe sytuacje, w których musi sobie jakoś poradzić. Dzięki temu powinny obudzić się w nim nowe cechy, o których istnieniu wcześniej nie miał pojęcia.26 Moim zdaniem, oznacza to, iż człowiek potrafi dostosowując się do nowej, nawet nieznanej rzeczywistości, doskonalić swoje możliwości, poprzez doświadczenia – wzloty i upadki.

Każdy walczył o swoje, chcąc dla siebie jak najlepiej, doszukując się w każdej nadarzającej się sytuacji lepszych perspektyw na życie. Młodość i głupota potrafi jednak czasem spłatać figla i wplątać się nie tam, gdzie trzeba… ale o tym później.

Moda również dawała o sobie znać, gdyż kobiety ogarnięte szałem nowego trendu, nosiły wąskie suknie, które nie pozwalały im na swobodne kroki – musiały zatem stawiać krótkie, drobne kroczki, żeby się nie przewrócić lub nie podrzeć sukni. Zdarzały się i takie modnisie, które latem nie powstrzymały się od założenia futrzanych kołnierzy. Mężczyźni natomiast ubrani byli w eleganckie garnitury jak spod igły, kapelusze, sztywne kołnierzyki i gorsy, wyglansowane buty i kolorowe krawaty oraz pomimo szabatu nosili laseczki. Eleganci będący na skraju nędzy, życiowej nędzy, straconych pieniędzy, chodzili do sklepów, kupując za każdym razem jakiś drobiazg, tylko po to, by się pokazać. Szlachta mimo swoich problemów była rozrzutna27, ale przecież nazwisko zobowiązuje, nie można pokazać słabości i upadającej jakości życia. Czym jest jednak tu ruina z ludźmi pochodzącymi z tej „niższej” sfery…? Porównania nie ma. Nie można się go nawet doszukiwać, bo byłoby to zataczanie błędnego koła.

Nikt z mężczyzn nie zwracał uwagi na długonogie młode kobiety ze śmiałością na twarzy. Oni zainteresowani byli swoimi oddanymi żonami, kochankami, które tkwiły tu z nimi raczej z powodu swej służalczości aniżeli z chęci. Artystki odczuwały za swój obowiązek tkwić tam wygłaszając (jak zawsze) manifestacje. Jednak to były już tylko pozory.

Okres dwudziestolecia międzywojennego był czasem wielkiej twórczości, zarówno w prozie jak i poezji. Kawiarnia była miejscem dla sławnych artystów, nawet nie po to, by tu coś skonsumować, lecz aby coś przeczekać… przychodzili plastycy i aktorzy (mówiący o ludziach, na których patrzą tylko z daleka), byli literaci i muzycy (lubiący mówić o nieobecnych).

Poeci przesiadywali w kawiarniach, gdyż był to główny ośrodek ich spotkań na refleksje, podzielenie się nowymi utworami, a być może i ich krytykę. Wieczorem w kawiarni spotykała się mniejsza i znacznie młodsza grupa dziewcząt i chłopców. Słuchali śpiewu, recytacji swych rówieśników. Ale czy coś z tego rozumieli zadając beznadziejne pytania, kim był Słonimski czy Szymanowski?

Jaki wniosek? Obydwa pokolenia powinny były spotykać się, ponieważ siła tkwi przecież w większości i zrozumieniu. Razem osiągnęliby sukces, młodzi by się wiele nauczyli, a starsi zrobiliby coś pożytecznego dla młodszego pokolenia.

Kawiarnia zapewniała poetom pewien komfort psychiczny oraz możliwość rozwijania swych umiejętności piśmienniczych ze względu na przebywanie w tak doborowym i podobnym do siebie towarzystwie. Była to taka mała stolica ich własnej, prywatnej sztuki, gdzie mogli tworzyć, poprawiać błędy, jak również wypić smaczną kawę. To tak jak Paryż. Można delektować się jego pięknem, niesamowitymi kompozycjami architektury, ale też poznać dogłębnie „światową stolicę sztuki”. Jak pisał Tuwim:

Jest w Paryżu

Dużo krzyku i rozpusty,

I jest

Exposition des Arts Décoratifs”,



A ja siedzę w knajpce w pobliżu

I piję aperitif,

Piąty czy szósty.28

Czym był Paryż w porównaniu do całości Warszawy, a nie tylko jednej kawiarni? Był półmiskiem (określenie to zawarte jest w „Lalce”) pękniętym od strony południowej (tam płynie Sekwana). Po dłuższym jednak rozeznaniu się po planie można było spostrzec, że miasto to posiada kręgosłup: „oś krystalizacji miasta”. Paryż miał logikę w budowaniu, a przecież powstawał przez kilkanaście wieków dzięki milionom ludzi. Wszystko to powstało dzięki całym dziedzinom prac ludzkich (lecz nie pracy szlachty, arystokracji). Tu skupiał się przemysł i rzemiosła, uczący się i uczeni, handel i finanse, arystokracja rodowa, bogaci dorobkiewicze, wystawy, muzea. Paryż pełen był ludzi różnych narodowości, tłumów, które w pośpiechu zważały tylko na przejeżdżające samochody. Fragment wiersza mówi:



Czarną, pośpieszną, smutną, nieuważną hordą

tratuje mnie tłum ludzi

brzydki jak mrowisko.

Słowa świetlne, niemądre, w niebie barwy bordo,

Pryskają aż na gwiazdy chciwością złocistą.

[...] Eiffel, jak rozkraczone zjawisko z sabatu,

grzyb grzechu, tryska zewsząd groźna i ponura.

Wszystko za wielkie dla mnie, najmniejszego z światów.

Niedostępne i drogie jak wężowa skóra.29

Myśląc o olbrzymich budowlach Paryża – można było uzmysłowić sobie, jak wygląda Warszawa, gdzie budowle są nieduże, nietrwałe i płaskie. Najlichszy paryski sklep wyglądał lepiej w porównaniu do najpiękniejszego w Warszawie.30 Budowle były niepowtarzalne, wykończone szpicami, a na ulicach co krok wyrastało drzewo, latarnia, kiosk, kolumny zakończone kulą – ozdoby, zachwyty. Wszystko kipiało, szumiało, żyło! Na dodatek te pałace, fontanny, rzeźby, obrazy, machiny.

Maria Kuncewiczowa w książce „Dyliżans warszawski” porównuje Warszawę do Wenecji, jednak ukazana jest w złym świetle. Wenecja bowiem to „wielki pałac, do którego wdarła się woda i zalała korytarze.”, ocalały sale, pokoje, a nawet szczeliny między murami. Szczeliny te służą za ulice, po których bogaci mieszkańcy pływają swoimi drogimi łodziami, a reszta korzysta ze skromnych, ale jakże romantycznych gondoli. Nikomu nie przeszkadza ten brak „prawdziwych” ulic, a wręcz wychodzi to mieszkańcom na zdrowie. Ulice warszawskie natomiast zajmują bardzo dużo miejsca, pełne są do tego maszyn i przechodniów.

Co tyczy się pań: „Piesze wenecjanki wyglądają jak łabędzie na trawie: przemykają chyłkiem, niepewne gruntu, ciekawe, niezręczne, zawstydzone. Panie warszawskie wyglądają na ulicy jak żołnierze w pochodzie: maszerują pewnie po tym suchym, płaskim, nieruchomym świecie, który tak szeroko rozgradza ich domy.”.

Wenecjanie zaś, „spławieni w Adriatyku”, wyruszają w miasto jedynie, gdy potrzebują czegoś konkretnego, zakupów, pieniędzy czy powszednich wrażeń. Później przesiadują w swych domach, wyglądając na to, co przyniesie fala i czekając na los, wielki zamorski, karmiony żywiołami. A w Warszawie? Nikt nie czeka na jakieś zamorskie losy. Nie ma żadnych fal, więc po co warszawianin miałby się wychylać z okna? Jedyne co może zrobić, to wyjść na te twarde i proste ulice oraz dreptać po nich po swe nieciekawe zwycięstwa i skromne łupy.

Dlaczego właśnie Warszawa porównywana jest do Wenecji? Dlatego, że właśnie życie w Wenecji wcale tanie nie jest, a mieszkańcy poza tymi „ważnymi sprawami” co mają do roboty? Nigdzie nawet nie mogą wyjść, bo są osaczeni przez wody, które opływają całe miasto i odgradzają ich od reszty świata. „Wszystko zsiada się i czernieje niby krew w zaczopowanych arteriach.”.

Maria Konopnicka porównuje całą Polskę pod zaborami do wolnej Italii. Pisze:

[...] Italio! Dzień kochankiem pośpiesza do ciebie;

Na ogromnych twych wodach, na szerokim niebie

Skrzydlate słońce twoje nie wschodzi, lecz wzlata!
Ale ja z krain idę, kędy na dnia progu

Świt, we łzach cały, długo wyprasza się Bogu,

By mu patrzeć nie kazał na stary ból świata.31

Konopnicka wędrowała po Europie tworząc nowe utwory o zmienionej treści. Porzuciła dawne tematy i tak chętnie dotąd stosowane formy apelu czy proroctwa. Ich miejsce zajęły obserwacje, zachwyty i refleksje nad historią, sztuką i przyrodą Italii czy Francji.32 Jednak czytając choćby powyższy fragment jednego z jej wierszy można od razu zauważyć, że pomimo przebywania w tak odległych krajach, nie zapomniała o swej ojczyźnie, wciąż o niej pisząc – o Polsce.

Pozostając w kręgu poezji, warto wspomnieć o tym, co pisze Adam Mickiewicz na początku III części „Dziadów”. Opisuje Petersburg, jednocześnie wspominając inne miasta.

[...] Car upodobał, i stawić rozkazał,

Nie miasto ludziom, lecz sobie stolicę:

[...] Przypomniał Paryż – wnet paryskie place

Kazał budować. Widział Amsterdamy –

Wnet wodę wpuścił i porobił tamy.

Słyszał, że w Rzymie są wielkie pałace –

Pałace stają. Wenecka stolica,

Co wpół na ziemi, a do pasa w wodzie

Pływa jak piękna syrena – dziewica,

Uderza cara- i zaraz w swym grodzie

Porznął błotniste kanałami pole,

Zawiesił mosty i puścił gondole.

[...] Tu ludzie biegą, każdego mróz goni,

Żaden nie stanie, nie patrzy, nie gada;

Każdego oczy zmrużone, twarz blada;

Każdy trze ręce i zębami dzwoni.

Pisarzy, którzy zajmowali się tematyką miasta, jest mnóstwo. Piszą o Warszawie, Krakowie, jak i zagranicznych miastach. Często porównują sytuację zza granicy do tej, jaka była w Polsce. Autorzy wierszy o mieście to m.in. takie osobistości jak: Staff, Wierzyński, Szymborska, Miłosz, czy też przedstawiciele Awangardy Krakowskiej: Jan Brzękowski, Jalu Kurek, Tadeusz Peiper, Julian Przyboś oraz Adam Ważyk. Warto wziąć pod uwagę wiersz Czesława Miłosza pt.: „Świty”. Jego fragment mówi:



Chórem zawodzą w podwórzu kamienicy

muzykanci. U okien świecą ręce zasłuchanych.

Ona wstaje ze zmiętej pościeli.

O sukniach i podróżach w swoich snach myślała.

Przed czarne lustro idzie. Młodość krótko trwała,

nie wiedział nikt, że praca dzień rozdzieli

na wielki trud, na martwy odpoczynek,

i księżyc w nocy co wiosny przystanie

nad snem znużonych. W stuku ciężkim serc

nam ani wiosna już, ani kochanie.

Pomimo, iż wiersz powstał w Wilnie w roku 1932, jego scenerią jest jednak Warszawa.33

Pozostając w kręgu stolicy, nazywano ją miastem społeczników, gdyż odbywało się tu regularnie mnóstwo zebrań, spotkań dla dojrzałych warszawiaków czy dla młodzieży szkolnej. Było wiele przemówień, wiele odczytywanych referatów, wzlotów. Jednak nie prowadziły one do żadnych wniosków, a brak rozwikłania jakiejś konkretnej, choć jednej prywatnej sprawy doprowadzał do nierozwiązywalności setek spraw indywidualnych – ogółu społeczności. Owszem, zdarzali się dyrektorzy, którzy kończyli swój referat wnioskiem, którzy słuchali indywidualnej potrzeby, lecz to była wciąż kropla w morzu. Tak więc Warszawy nie nazwałabym wcale miastem społeczników, aczkolwiek miastem zorganizowanych komparsów (tłumne czekanie nazywali społeczną działalnością, z której nic nie wynikało i która do niczego nie doprowadzała).

Warszawskie dwory nie były zamożnymi domami. Przez długie lata słychać było tu hymny, odór bigosu, mazurki Chopina, wzniosłość. Później skurczyły się. Jednak tych, których stać było na lepsze mieszkanie, mieli w posiadaniu piękne domy. Na schodach było czysto, na drzwiach wisiały mosiężne tabliczki z nazwiskami lokatorów, w pokojach parkiety, łóżko, kanapa, biurko i zlew, a oszklone drzwi oddzielały balkon od reszty domu.

W świąteczne dni w Warszawie kościoły były przepełnione. To tłumy Forsytów: rzesze wysportowanej, zorganizowanej młodzieży, bardzo mało kucharek. Ale kucharki były zawsze na swoim miejscu, zawsze w opozycji do młodych państwa.

W obecnych czasach kościoły są „na godziny”, nie jak kiedyś, gdy człowiek szedł do kościoła i modlił się w każdej chwili, w której tylko tego pragnął.

W stolicy Polski wystarczył spacer nad Wisłę34, by zobaczyć na małym skrawku ziemi – pagórek obrzydliwych, cuchnących śmieci, przy którym leżały zbiorniki wody. Wody, którą „piła Warszawa”.35 Stan sanitarny był tragiczny. Świadomość, że w takich miejscach tkwiła przyczyna chorób, zarazy i ludzkich cierpień nie dodawała otuchy. Wystarczyłoby stworzyć kanały i wodę źródlaną na górze. Wówczas rokrocznie uratowałoby to kilka tysięcy ludzi od śmierci, a kilkadziesiąt tysięcy od chorób. „Niewielka praca, a zysk nieobliczalny; natura umie wynagradzać”. Dostrzegł to Wokulski, jednak innym rodakom (posiadającym większe środki) ta bulwersująca sytuacja nie przeszkadzała.

Natomiast w stolicy Francji – olbrzymie ścieki chroniły ich od chorób, szerokie ulice umożliwiały świeże powietrze. Francuzi umieli zadbać o swoje zdrowie – świadomość i myślenie o przyszłości, o konsekwencjach, o mieszkańcach.

Jednakże jest również zapach. Specyficzna woń, którą posiada każde miasto. Warszawa pachniała mieszaniną bzów, rynsztoków, smoły, zawiewających od lasów na Pradze wiatrów i czegoś jeszcze, nieokreślonego. Zapach pozostał ten sam, zmienił się hałas, podzwanianie tramwajów, turkotanie kół powozów na kocich łbach. Ludzie do późna pracowali, wchodząc do jakiejkolwiek kamienicy można było usłyszeć wciąż działające na najwyższych obrotach maszyny do szycia, szewskie młotki, terkot i szum przypominający znalezienie się blisko fabryki. Woń w pobliżu fabryki była jednakowa: powietrze przesiąknięte było chlorem i surową przędzą. Paryż pachniał parmeńskimi fiołkami36.

Żydowskie uliczki różniły się od innych. Tutaj w szabat czuć było czulen, kartoflane kugle i cebulę na tłuszczu. Szyldy nosiły nazwy w jidysz, zewsząd dobiegał żargon, młodzi, pejsaci chłopcy kiwali się nad tomami Talmudu, gestykulowali i objaśniali jeden drugiemu znaczenie zawarte w tych świętych księgach. Gdzieś niedaleko jakiś starszy mężczyzna odmawiał modlitwę żałobną zwaną kadysz, gdzieś indziej w tym samym momencie rabinowa modliła się w dłoniach trzymając modlitewnik, a Rabi z jarmułką na głowie studiował Torę. Na ulicy leżała żydowska gazeta, której Maks nie dałby rady już do końca przeczytać, ponieważ po tak długiej nieobecności uciekło mu wiele słów.

Żydzi nie mieli łatwo. Nawet do fabryk niechętnie ich przyjmowano. Co gorsza dyrektor będący Żydem wolał zatrudnić chrześcijan. Wiele dziewczyn kończyło jako prostytutki – wchodząc w uliczkę, w każdej bramie można było spotkać taką, co przywoływała wzrokiem. Co miesiąc musiały ganiać na badania, a jak która złapała „czarnego robaczka”, zaraz pakowali ją do szpitala, truli i nawet pogrzebu nie wyprawiali. Wykopywali doły i walili na jedną kupę Żydów.

Ludzie słyszeli różne głosy: z ulicy, z radia, z sąsiedniej dzielnicy, z sąsiedniego mieszkania („Dyliżans warszawski”). Słuchali, wsłuchiwali się i podporządkowywali się ich nawoływaniom, nakręcając swoje humory. Dostosowując swoje zachowania i postępowania do wskazówek owych głosów, choć tak trudno usłyszeć im było głosu przeznaczonego dla indywidualnego tylko człowieka: głosu miłości. Stąd też tęsknota i samotność.

Ci, którzy mieli aspiracje naukowe, nie mieli czym ich zaspokoić, gdyż nie było ku temu środków. Tak było z Wokulskim(„Lalka”). Sądzę, że ratując siebie, Stanisław musiał emigrować do kraju, w którym jego wiedza, zdolności, pieniądze i on sam, będą w pełni wykorzystane. Tu, w naszym państwie, nie było dla niego miejsca. Akurat w tej sytuacji powiedzenie „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma” nie za bardzo ma słuszność, bo w kwestii Wokulskiego w Warszawie nie mógł realizować swoich zdolności, umiejętności, a ze względu na aspiracje życiowe potrzebował wyjazdu do miasta, które będzie w stanie je zaspokoić. Czuł się już zmęczony (poza tym wiek robił swoje – był po czterdziestce) walką o miejsce w „szeregu”, wiecznym udowadnianiem, na co go stać, co sobą prezentuje, by inni go zaakceptowali z wielką niekiedy łaską (często był upokarzany, przywoływany do porządku, nawet wyśmiewany). Gdyby zaznał osobistego szczęścia, przy rozumiejącej małżonce – korzenie rodziny potrafiłyby go zatrzymać tu, w Warszawie. Jednak nie dane mu było dokonanie tego w ojczyźnie.

Inna strefa czasowa, to samo miejsce, inni ludzie. „Mała apokalipsa” Tadeusza Konwickiego. Na pozór akcja odbywa się zaledwie w ciągu jednego dnia, jednak ukazują się tu różne daty, na przykład rok 1979, 1980, a nawet o dziwo: 1999 – zatem końcówka XX wieku (jest wzmianka o trzydziestoleciu zdegradowanego świata PRLu – Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej37, a za chwilę o pięćdziesięcioleciu), „wieku tyranii i rozpasanej demokracji, głupkowatej świętości i genialnego łajdactwa, skapcaniałej sztuki i rozwydrzonej grafomanii.” To właśnie dlatego rzeczywistość w twórczości Konwickiego jest niedookreślona, a Polska widmowa.38 Autorzy krytykowali jednak Konwickiego, dlatego że nie dostrzegał w świecie PRL niczego wartościowego.39 Lata powojenne (po drugiej wojnie światowej) to okres komunizmu, kolejnego potopu, kataklizmu. Na co dzień miasto wyglądało szaro, smutno, sennie, jakby było znużone oczekiwaniem. Budziło się w komunistyczne święta. Aczkolwiek ta pobudka była pozorna, sztuczna, udawana. Dzielnica Warszawy – Nowy Świat, wyglądała wesoło, gdy w ważne komunistyczne święta pokryta była lamperiami flag: czerwonych, a tych biało – czerwonych było coraz mniej, ponieważ biały kolor przybierał już formę cieniutkiego paseczka. Odpadający tynk był załatany, zgruchotane rynny – naprawione. Jednak można było spojrzeć w stronę Wisły i widać było sczerniałe wierzchołki domów na Powiślu, trujący zalew rzeki, plaże Pragi, pożółkłą roślinność Grochowa oraz Gocławka. To kaleki pejzaż, który był brzydki i piękny jednocześnie, bo jedyny, jaki w tamtych latach został warszawiakom. Pomniki postawiono ideom, abstraktom, metaforom. Rzadko który pomnik coś oznaczał, dlatego nikt o nich nie pamiętał.

Tłem treści lektury jest ważne wydarzenie polityczne – przyjazd radzieckiego sekretarza, jego występ w Sali Kongresowej w Pałacu Kultury. Pomalowane farbą olejną elewacje bloków, wysprzątane główne ulice, zebrani gapowicze, transmisja w telewizji „na żywo” (aczkolwiek pewne niestosowne wydarzenia – przemówienia, można zakłócić, by naród nie słyszał).

Z miastem utożsamiał się główny bohater. Uważał je za rówieśnika. Związał ich przypadek i okazało się, że na śmierć i życie. Więcej niż pół życia przemieszkał w tym ułomnym mieście. „Grodzie kalekim od zarania, gwałconym przez okupantów, dławionym na arkanie azjatyckich hord.” Jak określał sam – wpełzł kiedyś do jego trupa. Miasto z trudem poddało się reanimacji. Tak więc i bohater – znany w Polsce i za granicą pisarz (tzw. inteligent), z wolna po raz pierwszy wracał do życia. Dla niego ostatnim utworem literackim miał być ten ostatni dzień – dokonanie samospalenia przed Gmachem Centralnego Komitetu Partii, po wyjściu delegatów, na oczach zebranych gapiów – świadków, przed kamerami. Jak dalece człowiek musi być zdeterminowany, by popełnić tak drastyczny czyn? W imię czego? Idei, wolności, symbolu? Dlaczego właśnie on został tym WYBRANYM – bo żył obsesją śmierci, najbardziej był z nią spoufalony, nie powinien się jej bać. Poza tym był tym człowiekiem w sam raz nadającym się do tego – nie był aż tak sławny, jak na przykład Jan, którego filmy i literatura była znana na cały świat i który oczekiwał na Oscara lub Nobla. To byłaby za duża strata. Inni z kolei nie byli aż tak znani.

Naród był zmęczony. Miasto żyło na niby. Współczesna nędza była przezroczysta i niewidzialna. Tą nędzą były kilometrowe kolejki, nieustanny tłok łokci, złośliwy urzędnik, spóźniony bez żadnego powodu pociąg, specjalne sklepy, w których możesz coś kupić za dolary, przymus należenia do partii, monotonia życia bez nadziei na lepsze jutro, zatrute rzeki. Warszawa stolicą totalnego państwa – łaska, z której żyli Polacy. Uważam, że ludzie byli zmęczeni i zrezygnowani. Jednak, jak zwykle w takiej sytuacji znaleźli się Tacy, którzy walczyli i wierzyli do końca, nie poddawali się, jak na wojnie, w trakcie ciężkiej bitwy, która w końcu musi zakończyć się zwycięstwem.

Pragnę zwrócić uwagę na wydarzenia związane z Okrągłym Stołem. Otóż w roku 1989 doszło do kompromisu politycznego między PZPR (Polską Zjednoczoną Partią Robotniczą) a przedstawicielami Solidarności (NSZZ „Solidarność” – Niezależny Samorządny Związek Zawodowy, utworzony w 1980 r., którego przewodniczącym został L. Wałęsa). Przede wszystkim doszło do przejęcia władzy przez dotychczasową opozycję (po wygraniu wyborów) i upadku systemu komunistycznego.40 Rzeczpospolita Polska – wolne, niepodległe, demokratyczne państwo. W takim już państwie urodziłam się, wychowuję, uczę, żyję i wierzę, że takie pozostanie. Nie dziw, że „Mała apokalipsa” została zakwalifikowana przez krytyków do powieści należącej do gatunku antyutopii. W latach 70. i 80. była również najbardziej poszukiwana, zarówno przez czytelników, jak i Służbę Bezpieczeństwa. 41,42


Na podstawie przedstawionych opisów miast, ukazania losów konkretnych bohaterów chciałam udowodnić, że człowiek stanowi integralną całość z miejscem zamieszkania (miastem, krajem). Wpływa na jego wygląd – architekturę, a głównie na życie w nim panujące – pracę, warunki mieszkaniowe, politykę.43 Dobrze byłoby, gdyby zawsze miał możliwość na zmianę swoich warunków. Jednakże system ten działa również odwrotnie i często jest tak, że to właśnie miasto – inni ludzie, inna kultura oddziałują na jednostkę. Natomiast TA albo sobie umiejętnie poradzi w nowym środowisku, odnajdzie swoje miejsce, swoje szczęście, albo niestety zagubi się w czeluści niezrozumienia, czasem upokorzenia zostając nawet wykorzystaną przez innych – sprytniejszych, mądrzejszych, bogatszych. Tak jest skonstruowany świat. Wiele zależy także, w jakich czasach żyjemy (Polska pod zaborami, okres powojenny, komunizm), czy mamy sprzyjające warunki do uzyskania odpowiedniego wykształcenia (czy w bardzo młodym wieku nie musimy podjąć pracy, by zarobić nie tylko na swoje utrzymanie, lecz pomóc jeszcze rodzinie). Na pewno wszystko wygląda piękniej, bardziej kolorowo i jest lżej, gdy pochodzimy z rodziny majętnej, z odpowiednim nazwiskiem, a co za tym idzie – ze znajomościami. Jednak – bywa i tak, że „młodzi gniewni”, którzy pochodzą z takich środowisk – buntują się (i dobrze, chwała im za to), gdyż chcą sami dojść do obranej przez siebie drogi, nie chcą niczego podanego na przysłowiowej tacy. Pragną być niezależni, bez zobowiązań, tak zwyczajnie i po prostu wolni. Na losy człowieka wpływa także grupa innych ludzi, z którymi przyszło mu pracować, bądź kto jest jego przełożonym, jak go traktuje, wynagradza. Czy Karol Borowiecki byłby szanowany przez Bucholca, gdyby nie miał wykształcenia, zdolności, a przede wszystkim, gdyby nie zabiegali o niego inni fabrykanci? A czy Müller oddałby mu własną córkę za żonę, gdyby nikogo sobą nie reprezentował, czy powierzyłby mu fabrykę? Uczucia również formują człowieka. Gdyby Wokulski nie zakochał się w Izabeli – nie wyjechałby do Bułgarii, nie narażałby życia, nie zdobyłby majątku.

Sądzę również, że z każdej sytuacji jest wyjście i że nie można narzekać, iż nie uda mi się, bo jestem biedniejsza od …, bo pochodzę z małego miasta. Naprawdę „do odważnych świat należy”, a „chcieć to móc”. Życie nie zawsze usłane jest różami. Obecne czasy dają nam mnóstwo możliwości, wyboru, mamy otwarte granice. Wielu naszych rodaków o tym nawet nie śniło lub się po prostu nie doczekali. (Nie znamy do końca losów bohatera „Małej apokalipsy”, czy dożył roku 1989?) Jednak nie poddali się, a w ich sercach tkwiła nadzieja – nadzieja na lepsze jutro. Uważam, iż właśnie to lepsze jutro nadeszło, trwa i tylko od nas samych zależy, czy trwać będzie, a my – moje pokolenie, czy umiejętnie z tego będzie umiało skorzystać i jeszcze coś dobrego, godnego naśladowania będzie potrafiło dołożyć, stworzyć dla następnych pokoleń. Zawsze jest możliwość działania. Miasto – człowiek, człowiek – miasto, to całość. Miasto nie istniałoby bez niego, nie ulegałoby przemianom, modernizacji. Natomiast człowiek potrafi wspaniale funkcjonować w metropolii odnajdując siebie. Wielu z nas fascynują nowe nieznane miejsca. Potrzebujemy zmian, oddechu, nowych wrażeń, fascynacji. Poza tym, czy nikt z nas nigdy nie porównuje się do innych? Czy nikt z nas nigdy nie marzy? Czy nikt z nas nie ma ukrytych idei? Realizujemy marzenia, plany, idee, umiejętności, zdolności i dzięki temu czerpiemy radość z życia, dzięki temu nasze otoczenie – miasto – kraj – świat ulega przekształceniu. Zmieniamy się, nasz sposób życia, nasz krajobraz i to jest zasługą człowieka – ludzi. Dopasowujemy się do otoczenia, staramy się współistnieć z otaczającą rzeczywistością. Najważniejsze jednak w tym wszystkim jest to, że posiadamy rozum – jesteśmy zdolni do tworzenia. W całej tej tętniącej machinie miasta to człowiek jest tą najistotniejszą jego częścią.



Bibliografia:


  • T. Konwicki, Mała apokalipsa

  • M. Kuncewiczowa, Dyliżans warszawski

  • B. Prus, Lalka

  • W.S. Reymont, Ziemia obiecana

  • I.B. Singer, Szumowiny

  • S. Żeromski, Ludzie bezdomni

  • Encyklopedia Popularna PWN, Warszawa 1999, hasło „Okrągły Stół”

  • J. Detko, Warszawa naturalistów

  • I. Maciejewska, Wielkie miasto w prozie okresu Młodej Polski a problemy naturalizmu [w:] Problemy literatury polskiej okresu pozytywizmu

  • Mieszczaństwo i mieszczańskość w literaturze polskiej drugiej połowy XIX wieku, red. E. Ihnatowicz

  • G. Simmel, Mentalność mieszkańców wielkich miast [w:] tegoż, Socjologia

  • Słownik literatury polskiej XX wieku, red. A. Brodzka i inni, Wrocław 1993, hasło „Urbanizm, antyurbanizm”

  • A. Wallis, Koncepcja miasta i kryzys miasta [w:] Problemy wiedzy o kulturze

  • M. Konopnicka, Wiersze wybrane, Warszawa 1986

  • M. Pawlikowska Jasnorzewska, Wiersze wybrane, Warszawa 1985

  • A. Zawada, Dwudziestolecie literackie

  • A. Zawada, Literackie półwiecze 1939-1989

  • Księga cytatów z polskiej literatury pięknej, Warszawa 1975

  • Słownik wyrazów obcych PWN, Warszawa 1980

  • P. Czapliński i P. Śliwiński, Literatura polska 1976-1998 przewodnik po prozie i poezji

  • Sporne sprawy polskiej literatury współczesnej, Warszawa 1998

  • S. Barańczak, Tablica z Macondo

1 A. Wallis, Koncepcja miasta i kryzys miasta [w:] Problemy wiedzy o kulturze, str. 154

2 Słownik literatury polskiej XX wieku, hasło „Urbanizm, antyurbanizm”, str. 1152

3 I. Maciejewka, Wielkie miasto w prozie okresu Młodej Polski a problemy naturalizmu [w:] Problemy literatury polskiej okresu pozytywizmu, str. 205, 212

4 I. Maciejewka, Wielkie miasto w prozie okresu Młodej Polski a problemy naturalizmu [w:] Problemy literatury polskiej okresu pozytywizmu, str. 221, 222

5 I. Maciejewka, Wielkie miasto w prozie okresu Młodej Polski a problemy naturalizmu [w:] Problemy literatury polskiej okresu pozytywizmu, str. 207

6 A. Wallis, Koncepcja miasta i kryzys miasta [w:] Problemy wiedzy o kulturze, str. 154, 155

7 Słownik literatury polskiej XX wieku, hasło „Urbanizm, antyurbanizm”

8 G. Simmel, Mentalność mieszkańców wielkich miast [w:] tegoż, Socjologia, str. 527

9 I. Maciejewska, Wielkie miasto w prozie okresu Młodej Polski a problemy naturalizmu [w:] Problemy literatury polskiej okresu pozytywizmu, str. 208

10 E. Ihnatowicz, Literatura polska II połowy XIX wieku, str. 111

11 J. Detko, Warszawa naturalistów, str. 153, 156

12 J. Detko, Warszawa naturalistów, str. 159

13 H. Markiewicz, Pozytywizm, str. 144

14 H. Markiewicz, Pozytywizm, str 145

15 Słownik wyrazów obcych PWN, Warszawa 1980, hasło „Subiekt”, str. 709

16 Księga cytatów z polskiej literatury pięknej, Warszawa 1975, str. 405

17 H. Markiewicz, Pozytywizm, str. 145

18 J. Detko, Warszawa naturalistów, str. 39

19 H. Markiewicz, Pozytywizm, str. 145

20 G. Simmel, Mentalność mieszkańców wielkich miast [w:] tegoż, Socjologia, str. 521

21 J. Detko, Warszawa naturalistów, str. 36

22 G. Simmel, Mentalność mieszkańców wielkich miast [w:] tegoż, Socjologia, str. 514

23 G. Simmel, Mentalność mieszkańców wielkich miast [w:] tegoż, Socjologia, str. 516

24 I. Maciejewska, Wielkie miasto w prozie okresu Młodej Polski a problemy naturalizmu [w:] Problemy literatury polskiej okresu pozytywizmu, str. 209

25 E. Ihnatowicz, Literatura polska II połowy XIX wieku, str. 109

26 E. Ihnatowicz, Literatura polska II połowy XIX wieku, str. 110

27 J. Detko, Warszawa naturalistów, str. 30, 37

28 A. Zawada, Dwudziestolecie literackie, rozdz. 4, str. 65

29 M. Pawlikowska Jasnorzewska, Wiersze wybrane, Warszawa 1985, „Paryż”

30 J. Detko, Warszawa naturalistów, str. 38

31 M. Konopnicka, Wiersze wybrane, Warszawa 1986, „Ranek w Wenecji”

32 M. Konopnicka, Wiersze wybrane, Warszawa 1986, str. 93

33 S. Barańczak, Tablica z Macondo, str. 19

34 E. Ihnatowicz, Literatura polska II połowy XIX wieku, str. 31

35 J. Detko, Warszawa naturalistów, str. 26, 44

36 M. Pawlikowska Jasnorzewska, Wiersze wybrane, Warszawa 1985, „Paryż”

37 Sporne sprawy polskiej literatury współczesnej, Warszawa 1998, str. 18

38 A. Zawada, Literackie półwiecze 1939-1989, str. 196

39 P. Czapliński, P. Śliwiński, Literatura polska 1976-1998, str. 13

40 Encyklopedia Popularna PWN, hasło OKRĄGŁY STÓŁ, str. 591

41 A. Zawada, Literackie półwiecze 1939-1989, str. 195

42 Sporne sprawy polskiej literatury współczesnej, Warszawa 1998, str. 97

43 A. Wallis, Koncepcje miasta i kryzys miasta [w:] Problemy wiedzy o kulturze, str. 158





©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna