Terry pratchett



Pobieranie 1.43 Mb.
Strona10/18
Data27.04.2016
Rozmiar1.43 Mb.
1   ...   6   7   8   9   10   11   12   13   ...   18

***

Burza odpoczywała, chociaż nie miała na to ochoty. Przez dwa tygodnie studiowała słynny antycyklon nad Okrą­głym Morzem, zjawiała się codziennie i kręciła przy chłodnym froncie, wdzięczna za każdą okazję wyrwania drzewa al­bo przeniesienia w trąbie powietrznej jakiegoś domku do dowol­nego osiągalnego szmaragdowego grodu. Ale wielkie załamanie pogody nie nadeszło.

Pocieszała się myślą, że nawet słynne burze przeszłości - na przykład Wielki Szkwał z roku 1789 albo huragan Zelda i jej Zdu­miewające Spadające Żaby - na pewnym etapie kariery doznawa­ły podobnych trudności.

Poza tym miała niezłe występy w stylu pantomimy na równi­nach, przynosząc milionom wczesny śnieg i odmrożenia. Dość filozoficznie traktowała konieczność powrotu w te okolice, gdzie nie miała do roboty nic poza kołysaniem wrzosów. Gdyby pogoda była ludźmi, ta burza spędzałaby czas w papierowej czapeczce za la­dą hamburgerowego piekła.

Aktualnie obserwowała trzy postacie, sunące wolno przez wrzosowiska, z determinacją zdążające ku nagiemu spłachetkowi ziemi, gdzie stał głaz. To znaczy zwykle stał, choć w tej chwili nie był widoczny.

Burza rozpoznała w tych postaciach przyjaciół i koneserów, powitała je więc krótkim gromem. Został on całkowicie zignoro­wany.

- Te przeklęte kamienie zniknęły - oznajmiła Babcia Weatherwax. - Wszystkie, ile ich tu było.

Twarz miała bladą. Gdyby ją portretował malarz, byłby z pew­nością neurotykiem. Wyglądała niezwykle rzeczowo. I chodziło ra­czej o złe rzeczy.

- Rozpal ogień, Magrat - rzuciła odruchowo.

- Wszystkim nam dobrze zrobi filiżanka herbaty - stwierdziła Niania Ogg, mamrocząc to zdanie jak mantrę. Sięgnęła w głębiny swego płaszcza. - Z odrobiną czegoś na rozgrzewkę - dodała, wyj­mując niewielką butelkę jabłecznika.

- Alkohol jest oszustem i plami duszę - oznajmiła bohater­sko Magrat.

- Nigdy go nie ruszam - zapewniła Babcia Weatherwax. - Mu­simy zachować czyste umysły, Gytho.

- Kropelka do herbaty to żadne picie - zapewniła Niania. - To lekarstwo. Zimny tu wiatr, siostry.

Wypiły w milczeniu. Po chwili odezwała się Babcia.

- Wiesz co, Magrat? Najlepiej się znasz na sabatach. Równie dobrze możemy to załatwić jak należy. Co dalej?

Magrat zawahała się. Raczej nie ośmieli się zaproponować tań­ca nago.

- Jest pieśń - powiedziała. - W hołdzie księżycowi w pełni.

- Nie jest w pełni - zauważyła Babcia. - On... ten... jak mu... pęcznieje.

- Przybiera - podpowiedziała usłużnie Niania.

- Myślę, że to w hołdzie księżyców w pełni ogólnie - zaryzykowała Magrat. - A potem musimy wznieść naszą świadomość. Oba­wiam się, że księżyc w pełni jest jednak niezbędny. Księżyce w ogó­le są bardzo ważne.

Babcia przyjrzała jej się z uwagą.

- To jest to nowoczesne czarownictwo? - spytała.

- Między innymi, Babciu. Jest tego o wiele więcej. Babcia Weatherwax westchnęła.

- Każdej wedle gustu, jak sądzę. Ale niech mnie rozerwie, je­śli pozwolę tej błyszczącej kuli z kamienia mówić mi, co mam robić.

- Jasne. Do licha z tym wszystkim - zgodziła się Niania. - Rzuć­my na kogoś urok.
***

Błazen sunął ostrożnie przez ciemne korytarze. Nie miał ochoty ryzykować. Magrat dość obrazowo opowiedziała mu o zwykłym nastroju Greeba, pożyczył więc z zamko­wego składu dziedzicznych kolczug parę rękawic i coś w rodzaju metalowego kaptura.

Dotarł do komnaty, ostrożnie odsunął rygiel, pchnął drzwi i odskoczył pod ścianę.

Korytarz pociemniał trochę, gdy bardziej intensywna ciem­ność w komnacie rozlała się i zmieszała z jaśniejszą ciemnością na zewnątrz. Poza tym nic. Liczba wypadających przez drzwi prycha­jących, rozwścieczonych kuł morderczego futra wynosiła zero. Bła­zen odetchnął z ulgą i wśliznął się do wnętrza.

Greebo spadł mu na głowę.

Miał za sobą długi dzień. Pokój nie oferował takich radości życia, jakich Greebo nauczył się oczekiwać i wymagać. Jedyną ciekawostką, odkrytą przed południem, okazała się kolonia my­szy. Całe ich generacje przegryzały się przez bezcenny gobelin przedstawiający historię Lancre. Dotarły już do króla Murune (709-745), którego spotkał tragiczny los14, kiedy je spotkał także.

Greebo naostrzył sobie pazury o popiersie jedynego w Lancre panującego wampira, królowej Grimnir Palowniczki (1514-1553, 1553-1557, 1557-1562, 1562-1567 i 1568-1573). Dokonał poran­nych ablucji na portrecie nieznanego władcy, który zaczynał się już rozpuszczać. A teraz był znudzony i w dodatku zły.

Przejechał pazurami tam, gdzie powinny się znajdować uszy Błazna, ale nagrodą był jedynie metaliczny zgrzyt.

- Kto jest dobrym kiciuniem? - zapytał Błazen. - Mru mru mru mru mrr.

To zaintrygowało Greeba. Oprócz Niani Ogg nikt tak do nie­go nie mówił. Wszyscy inni nazywali go „Auuwynochastądwrednydraniu!" Pochylił się więc ostrożnie, zaciekawiony nowym zjawiskiem.

Z punktu widzenia Błazna, odwrócony koci pysk spłynął wol­no z góry. Miał wyraz złowrogiego zaciekawienia.

- Kicia cię do domciu? - rzucił z nadzieją Błazen. - Kicia patsi: dźwiciunie są otwarte.

Greebo zacisnął chwyt. Znalazł przyjaciela.

Błazen bardzo ostrożnie wzruszył ramionami, odwrócił się i ruszył z powrotem. Przeszedł przez główny hol, na dziedziniec, obok wartowni i przez bramę, skinąwszy głową - delikatnie - straż­nikom.

- Przeszedł tu jakiś człowiek z kotem na głowie - zauważył je­den z nich po minucie czy dwóch namysłu.

- Widziałeś, kto to był?

- Chyba Błazen.

Znowu zapadła cisza. Drugi strażnik poprawił halabardę.

- Paskudna robota - stwierdził. - Ale pewnie ktoś musi się tym zajmować.
***

- Nie będziemy rzucać żadnych uroków. To prawie nigdy nie wychodzi, kiedy nie wiedzą, że je rzuciłaś.

- Poślemy mu podobną do niego lalkę z powbijanymi szpilkami.

- Nie, Gytho.

- Musimy tylko zdobyć jego paznokcie - upierała się Niania.

- Nie.


- Albo jego włosy albo cokolwiek. Szpilki już mam.

- Nie!


- Rzucanie uroków i klątwy są moralnie naganne i fatalnie oddziaływają na karmę - oznajmiła Magrat.

- A ja i tak go przeklnę - postanowiła Niania. - Po cichutku. Mogła mnie tam śmierć spotkać w tym lochu.

- Nie będziemy go przeklinać. Zastąpimy go. Co zrobiłaś ze starym królem?

- Zostawiłam kamień na stole w kuchni. Nie mogłam już te­go wytrzymać.

- Nie rozumiem dlaczego - zdziwiła się Magrat. - Był bardzo miły... jak na ducha.

- Do niego nic nie mam. Chodzi o innych.

- Innych?

- „Proszę cię, wynieś kamień z zamku, dobra mateczko, że­bym mógł go nawiedzać", mówił - wyjaśniła Niania Ogg. - „Pie­kielnie tu nudno, pani Ogg, wybaczcie wulgarne słowo". I wy­niosłam, oczywiście. Podejrzewam, że inni podsłuchiwali. Hej ho, pomyśleli, wszyscy na pokład, pora na krótkie wakacje. Nie mam nic przeciwko duchom, zwłaszcza duchom z królewskiej krwi - zastrzegła lojalnie. -Ale mój domek to nie dla nich miej­sce. Rozumiecie, w pralni jakaś kobieta w rydwanie wrzeszczy jak najęta. I co? W spiżarni para małych dzieciaków. I ludzie bez głów w całym domu. Ktoś jęczy pod zlewem, a jeszcze taki mały włochaty wędruje dookoła i wygląda na zagubionego. Tak być nie powinno.

- Najważniejsze, że nie ma go tutaj - stwierdziła Babcia. - Nie chcemy tu żadnych mężczyzn.

- To duch, nie mężczyzna - zauważyła Magrat.

- Nie musimy wchodzić w szczegóły - odparła lodowato Babcia.

- Ale nie możesz starego króla posadzić z powrotem na tro­nie. Duchy nie mogą rządzić. Nie mógłby przecież nosić korony. Przeleciałaby przez niego.

- Zastąpimy księcia królewskim synem. To właściwa sukcesja.

- Och, przecież już o tym mówiłyśmy - rzuciła lekceważąco Niania. - Za jakieś piętnaście lat, może... Ale...

- Dzisiaj - rzekła Babcia.

- Dziecko na tronie? Nie przetrwa nawet piętnastu minut.

- Nie dziecko. Dorosły mężczyzna. Pamiętasz Aliss Demurrage?

Przez chwilę trwała cisza. Potem Niania Ogg usiadła ciężko.

- Niech mnie piekło... - szepnęła. - Nie chcesz chyba tego próbować?

- Właśnie taki mam zamiar.

- Niech mnie piekło - powtórzyła cicho Niania. - Zastanowi­łaś się?

- Tak.


- Posłuchaj, Esme. Wiesz sama, że Czarna Aliss była jedną z najlepszych. Znaczy się, ty też jesteś świetna w tym, no, w głowo-logii, w myśleniu i w ogóle. Ale Czarna Aliss, wiesz, ona zwyczajnie brała i robiła swoje.

- Chcesz powiedzieć, że nie potrafię, tak?

- Przepraszam bardzo - wtrąciła Magrat.

- Nie. Nie. Oczywiście, że nie. - Niania nie zwróciła na nią uwagi.

- I dobrze.

- Tylko... ona była, no wiesz, najczciwniejszą z czarownic, jak mówił król.

- Najczcigodniejszą - poprawiła Babcia, która sprawdziła to słowo. - Nie najczciwniejszą.

- Przepraszam! - powtórzyła Magrat, tym razem głośniej. - Kto to była Czarna Aliss? I - dodała szybko - żadnych znaczących spojrzeń i gadania tak, żebym nie zrozumiała. W tym sabacie uczestniczą trzy czarownice. Pamiętajcie o tym.

- Żyła długo przed tobą - wyjaśniła Niania Ogg. - Właściwie nawet przede mną. Mieszkała pod Skundem. Bardzo potężna cza­rownica.

- Jeśli wierzyć plotkom - dodała Babcia Weatherwax.

- Kiedyś zmieniła dynię w królewską karocę - oświadczyła Niania.

- Na pokaz. Komu to pomoże, jeśli zjawi się na balu pachnąc jak ciasto z dyni? A ta sprawa ze szklanym pantofelkiem... niebez­pieczna moim zdaniem.

- Ale największe jej dokonanie - ciągnęła Niania, nie zważa­jąc na słowa Babci - to uśpienie całego pałacu na pełne sto lat, dopóki... - Zawahała się. - Nie mogę sobie przypomnieć. Chodzi­ło o krzewy róż, a może coś z kołowrotkiem? Zdaje się, że jakaś księżniczka miała ukłuć... Nie, to książę. Właśnie.

- Ukłuć księcia? - zaniepokoiła się Magrat.

- Nie. On miał ją pocałować. Bardzo romantyczna była ta Czarna Aliss. W jej zaklęciach zawsze tkwiła odrobina romansu. Najbardziej lubiła Dziewczę spotykające Żabę.

- Dlaczego nazywali ją Czarną Aliss?

- Przez paznokcie - wyjaśniła Babcia.

- I zęby - dodała Niania Ogg. - Aliss uwielbiała słodycze. Mieszkała w prawdziwej chatce z piernika. W końcu dwójka dzie­ciaków wepchnęła ją do pieca. Szokujące.

- I zamierzasz uśpić cały zamek? - spytała Magrat.

- Ona nigdy nie uśpiła zamku. To tylko bajki starych bab. -Babcia spojrzała znacząco na Nianię. - Po prostu zakołysała trochę czas. To nie takie trudne, jak się wydaje. Wszyscy to robią. Czas jest jak guma. Można go naciągnąć, jak komu wygodnie.

Magrat już chciała powiedzieć, że to nieprawda, że czas jest czasem, każda sekunda trwa dokładnie sekundę, to przecież jej obowiązek...

Ale zaraz przypomniała sobie tygodnie, które przemknęły w mgnieniu oka, i popołudnia trwające całą wieczność. Minuty ciągnące się godzinami i godziny, które minęły tak szybko, że na­wet tego nie zauważyła.

- To tylko odczucie - powiedziała. - Prawda?

- O tak. Oczywiście. Jak wszystko. A jaka to różnica?

- Sto lat to byłaby jednak przesada - zauważyła Niania.

- Myślę, że piętnaście to ładna, okrągła liczba - uznała Babcia. - Pod koniec chłopak będzie miał prawie osiemnaście. Rzucimy zaklęcie, pojedziemy po niego, on zamanifestuje swoje przezna­czenie i wszystko skończy się dobrze i miło.

Magrat powstrzymała się od komentarza. Przyszło jej bowiem do głowy, że przeznaczenia wydają się łatwe, kiedy się o nich rozmawia. Jednak trudno na nich polegać, kiedy w grę wchodzą żywi ludzie. Ale Niania Ogg pochyliła się i dolała jej do herbaty kolej­ną solidną porcję jabłkowej brandy.

- Mogłoby się udać - powiedziała. - Trochę spokoju i ciszy przez piętnaście lat. O ile przypominam sobie zaklęcie, musisz przelecieć dookoła zamku, zanim zapieje kur.

- Nie o tym myślałam - wyznała Babcia. - To by się nie zgadza­ło. Felmet ciągle byłby królem i państwo by chorowało. Nie. Chcia­łam raczej przesunąć całe królestwo.

Uśmiechnęła się promiennie.

- Całe Lancre? - upewniła się Niania.

- Tak.


- Piętnaście lat w przyszłość?

- Tak.


Niania zerknęła na miotłę Babci. Była solidnie wykonana i trwała, jeśli nie liczyć drobnych kłopotów z rozruchem, ale wszyst­ko ma swoje granice.

- To ci się nie uda - uznała Niania. - Nie na tym... Dookoła całego królestwa? To aż po Proszkonóż i w dół do Wywrotki Drumlina. Nie zdołasz wziąć ze sobą takiego zapasu magii.

- Pomyślałam o tym - odparła Babcia.

Znów uśmiechnęła się promiennie. Był to przerażający widok.

Wyjawiła im swój plan. Był straszny.

W minutę później wrzosowisko było już puste. Czarownice ru­szyły do swoich zadań. Przez chwilę panowała cisza, przerywana tylko piskami nietoperzy i z rzadka szelestem wiatru we wrzosach.

Potem z pobliskiej błotnistej kałuży rozległ się bulgot. Bar­dzo powoli, oblepiony mchem głaz wynurzył się na powierzchnię i z głęboką nieufnością spenetrował widnokrąg.
***

Greebo świetnie się bawił. Z początku myślał, że jego nowy przyjaciel zabiera go do domku Magrat, ale z jakiegoś powodu zboczyli w ciemnościach ze ścieżki i ruszyli na spacer po lesie. Po jednym z najciekawszych - zdaniem Greeba - kawałków. Był to wzniesiony teren, bogaty w ukryte dziury i niewielkie, głębokie bagienka, nawet w piękną pogodę spowity mgła­mi. Greebo często tu zaglądał w nadziei, że jakiś wilk wybierze to miejsce na dzienną kryjówkę.

- Myślałem, że koty umieją same trafić do domu - wymruczał Błazen.

W duchu przeklinał sam siebie. Łatwo mógł zanieść nieszczę­sne stworzenie do domu Niani Ogg, oddalonego ledwie o parę ulic, niemal w cieniu zamku. Ale wpadł na pomysł, że dostarczy je do Magrat. To zrobi na niej wrażenie, uznał. Czarownice bardzo lubią koty. A potem będzie musiała zaprosić go na filiżankę herba­ty czy czegoś innego...

Postawił nogę w kolejnej kałuży. Coś poruszyło się pod stopą. Błazen odskoczył na wielki grzyb.

- Posłuchaj, kocie - rzekł. - Musisz zejść ze mnie. Potem możesz poszukać drogi do domu, a ja pójdę za tobą. Koty do­brze widzą w ciemności i zawsze znajdują drogę - dodał z na­dzieją.

Sięgnął nad głowę. Greebo zatopił pazury w jego ręku, co miało być przyjaznym ostrzeżeniem. Z zaskoczeniem odkrył, że przez kolczugę nie osiąga spodziewanego rezultatu.

- Dobry kotek. - Błazen postawił go na ziemi. - Idź, szukaj domu. Dowolnego domu.

Uśmiech Greeba niknął powoli, aż pozostał jedynie kot. Było to niemal równie niesamowite jak sytuacja odwrotna.

Greebo przeciągnął się i ziewnął, by ukryć zakłopotanie. Zo­stał nazwany „dobrym kotkiem" w samym środku swoich ulubio­nych terenów łowieckich. Mogło to poważnie zaszkodzić jego re­putacji.

Zniknął w poszyciu.

Błazen wytrzeszczył oczy w ciemności. Zaświtało mu w głowie, że choć lubił lasy, jednak lubił je na odległość. Przyjemna była świadomość, że gdzieś są; niestety, lasy wyobraźni różnią się od la­sów rzeczywistych, w których - na przykład - człowiek się zgubił. Rośnie w nich więcej potężnych dębów i mniej kolczastych krza­ków. Ponadto przejawiają tendencję ukazywania się w świetle dnia, a drzewa nie mają groźnych twarzy i długich, ostrych gałęzi. Drze­wa wyobraźni są dumnymi gigantami puszczy. Natomiast większość tutejszych drzew sprawiała wrażenie roślinnych gnomów, zwykłych podpórek dla huby i bluszczu.

Błazen przypominał sobie niejasno, że można wykryć, z któ­rej strony leży Oś, badając, która strona pni jest porośnięta mchem. Szybkie badanie pobliskich pni dowodziło, że wbrew kla­sycznym zasadom geografii, Oś leży wszędzie.

Greebo zniknął.

Błazen westchnął, zdjął osłonę z kolczugi i brzęcząc cicho ru­szył na poszukiwanie jakiegoś wzniesienia. Wydało mu się to nie­złym pomysłem. Ziemia, po której stąpał, wydawała się drżeć. Był pewien, że nie powinna tego robić.
***

Magrat unosiła się na miotle kilkaset stóp ponad obro­tową granicą Lancre, spoglądając w dół na morze mgieł, skąd z rzadka sterczał czubek jakiegoś drzewa podobny do obrośniętej wodorostami skały w czasie przypływu. Wydęty księ­życ sunął nad nią; pewnie znowu przybierał. Porządny wąski ro­galik byłby lepszy. Bardziej odpowiedni.

Zadrżała. Zastanowiła się, gdzie jest teraz Babcia Weatherwax.

Miotła starej czarownicy była powszechnie znana i budziła lęk na niebie Lancre. Babcia dość późno poznała lot i po krótkim okresie nieufności polubiła go jak mucha gnijący rybi łeb. Pro­blem jednak polegał na tym, że każdy lot Babcia pojmowała jako prostą linię łączącą punkty A i B; nie mogła pogodzić się z fak­tem, że inni użytkownicy powietrza też mają jakieś prawa; to pro­ste zjawisko zmieniło trasy lotów migracyjnych na całym konty­nencie. Przyspieszona ewolucja wśród miejscowego ptactwa stwo­rzyła generację latającą na grzbiecie, by czujnie obserwować całe niebo.

Głęboka wiara Babci, że wszystko powinno schodzić jej z dro­gi, dotyczyła też innych czarownic, wysokich drzew, a czasem tak­że gór.

Babcia zmusiła również żyjące pod górami krasnoludy, by z lę­ku o życie zwiększyły szybkość jej miotły. Wiele jajek zostało złożonych w powietrzu przez niczego nie podejrzewające ptaki, które nagle zauważyły pędzącą ku nim Babcię, spoglądającą groźnie znad kija miotły.

- Ojej - zmartwiła się Magrat. - Mam nadzieję, że nikogo nie trafiła.

Nocny wietrzyk obrócił ją wolno w powietrzu, niby kurka na dachu. Zadrżała lekko i spojrzała czujnie na oświetlone księżyco­wym blaskiem góry, wysokie Ramtopy, których ośnieżone granie i pokryte lodem wąwozy nie uznawały żadnego króla ani kartogra­fa. Lancre otwierało się na świat jedynie z krawędziowej strony; pozostałe jego granice były zębate jak paszcza wilka i o wiele bar­dziej niedostępne. Z tej wysokości Magrat mogła objąć wzrokiem całe królestwo...

Coś zawarczało w górze, podmuch zakręcił nią znowu, a znie­kształcony dopplerowsko głos krzyknął:

- Nie gap się, dziewczyno!

Ścisnęła kolanami gałązki i pchnęła miotłę wyżej.

Kilka minut zajęło jej zrównanie się z Babcią Weatherwax, która leżała niemal na swojej miotle, by zmniejszyć opór wiatru. Ciemne wierzchołki drzew migały w dole, gdy Magrat dogoniła ją wreszcie. Babcia odwróciła się do niej, przytrzymując ręką kape­lusz.

- W samą porę - rzuciła. - W tej zostało najwyżej parę minut lotu. Podleć bliżej i do roboty.

Wyciągnęła rękę. Magrat również. Miotły dygotały i kołysały się w strumieniach aerodynamicznych. Czarownice się dotknęły.

Magrat poczuła mrowienie, gdy moc popłynęła po ramieniu15. Miotła Babci skoczyła do przodu.

- Zostaw mi trochę! - zawołała Magrat. - Muszę wrócić na dół!

- To nie będzie trudne! - Babcia Weatherwax przekrzykiwa­ła wycie wiatru.

- Ale wrócić bezpiecznie!

- Jesteś czarownicą, prawda? Przy okazji, zabrałaś kakao? Tu, w górze, można zamarznąć!

Magrat pokiwała głową i wolną ręką przekazała kosz.

- Świetnie! - stwierdziła Babcia. - Dobra robota. Spotkamy się przy moście na Lancre.

Wyprostowała palce.

Magrat została w tyle, szarpana wiatrem, mocno ściskając mio­tłę, która - jak się obawiała - miała tyle siły nośnej co drewniane polano. Z pewnością zbyt mało, by wyrwać dorosłą kobietę z objęć grawitacji.

Opadając wolno w stronę lasu, Magrat pomyślała, że fakt, iż Babcia nie chciała się przejąć jej problemami, był jednak rodzajem komplementu. Sugerował, że jej zdaniem potrafi rozwiązać je sa­modzielnie.

Przyszedł czas na któreś z zaklęć Przemiany.

Magrat skoncentrowała się.

No cóż, chyba się udało.

Żaden śmiertelnik nie dostrzegłby zmiany. Magrat osiągnęła jedynie zestrojenie procesów psychicznych. Z oszołomionej, lek­ko przestraszonej kobiety, szybującej ku nieprzyjaznej ziemi, zmie­niła się w kobietę aktywną, optymistyczną, myślącą pozytywnie, która panuje nad własnym życiem, bierze za nie pełną odpowie­dzialność i ogólnie wie, skąd przychodzi. Niestety to, dokąd zmie­rza, nie zmieniło się wcale. Tyle że Magrat poprawiło się samo­poczucie.

Wbiła pięty w gałązki i zmusiła miotłę, by w jednym krótkim zrywie zużyła ostatnie resztki mocy i poleciała zygzakiem kilka stóp nad koronami drzew. Kiedy znowu opadła i zaczęła ryć bruzdę wśród liści, Magrat skupiła się, wszystkich bogów lasu, którzy aku­rat słuchają, poprosiła o miękkie lądowanie i runęła w dół.

Na Dysku znanych jest około trzech tysięcy ważniejszych bo­gów, a uczeni teologowie co tydzień odkrywają nowych. Oprócz drobniejszych bóstw skał, drzew i wody, w Ramtopach działają dwa. Pierwszy, Hoki, półczłowiek, półkozioł i złośliwy żartowniś, został wygnany z Dunmanifestin za zrobienie Ślepemu Io, przywódcy bo­gów, starego dowcipu z wybuchającą jemiołą. Drugi, Herne Ścigany, to strachliwe i zalęknione bóstwo małych kudłatych zwierzą­tek, których przeznaczeniem jest zakończyć życie z chrupnięciem i krótkim piskiem...

Każdy z nich mógł być sprawcą niewielkiego cudu, jaki oto nastąpił. Albowiem - w lesie pełnym zimnych kamieni, ostrych pni i ciernistych krzewów - Magrat wylądowała na czymś miękkim.

Babcia tymczasem, na drugim etapie swej podróży, przyspie­szała w stronę gór. Wypiła żałośnie letnie kakao i z właściwą sobie dbałością o czystość środowiska zrzuciła butelkę, przelatując nad górskim jeziorem.

Okazało się, że zdaniem Magrat pożywny posiłek składa się z dwóch kanapek z jajkiem i rzeżuchą i z odkrojoną skórką, oraz - co Babcia zauważyła, zanim wiatr je porwał - dwóch listków pietruszki, ułożonych starannie na każdej z nich. Babcia przy­glądała się kanapkom przez chwilę. Po czym je zjadła.

Rozwarła się przed nią rozpadlina, wciąż wypełniona zimo­wym śniegiem. Jak maleńka iskierka na tle ogromu Ramtopów, Babcia wdarła się w labirynt gór.

Daleko za nią Magrat usiadła i odruchowo wyjęła z włosów gałązkę. Kilka łokci za nią w deszczu liści opadła na ziemię mio­tła.

Jęk i ciche, nierówne dzwonienie skłoniło ją, by rozejrzeć się w mroku. Niewyraźna postać na kolanach wyraźnie czegoś szukała.

- Wylądowałam na tobie? - spytała Magrat.

- Ktoś wylądował - odparł Błazen. Przeczołgali się bliżej siebie.

- To ty?

- To ty!


- Co tu robisz?

- Radujmy się... Szedłem sobie po ziemi - wyjaśnił Błazen. - Wiesz, wielu ludzi to robi. To znaczy, jestem pewien, że już wcze­śniej to się zdarzało. Nic oryginalnego. Pewnie to z braku wyobraź­ni, ale cóż, zawsze mi wystarczało.

- Zraniłam cię?

- Mam wrażenie, że jeden czy dwa dzwonki nigdy już nie bę­dą takie same.

Błazen pogrzebał w stosie liści i w końcu odszukał swoją znie­nawidzoną czapkę. Czapka zastukała.

- Całkiem zmiażdżona, tuszę - stwierdzi!, ale wsadził ją na głowę. Najwyraźniej poczuł się lepiej. - Deszcz tak, grad tak, nawet kamień - kontynuował. - Ryby czy żaby, w porządku. Kobiety ni­gdy, aż do dzisiaj. Czy coś takiego może się powtórzyć?

- Masz strasznie twardą głowę - stwierdziła Magrat, podno­sząc się z ziemi.

- Skromność nie pozwala mi na komentarz - odparł Błazen, opamiętał się i dodał szybko: - Łaskawco.

Spoglądali na siebie, a ich myśli pędziły jak szalone.

Magrat myślała: Niania kazała dobrze się mu przypatrzeć. Pa­trzę. I wygląda tak samo: mały, chudy człowieczek w zabawnym ko­stiumie trefnisia; właściwie garbus.

I naraz - jak często się zdarza, gdy kilka przypadkowych wypu­kłości na chmurze może w oku patrzącego zmienić się nagle w galeon czy wieloryba - Magrat uświadomiła sobie, że Błazen wcale nie jest mały. Jest co najmniej średniego wzrostu, ale udaje niskie­go garbiąc ramiona, krzywiąc nogi i chodząc przykucnięty, przez co wygląda, jakby bez przerwy chciał podskakiwać.

Ciekawe, co jeszcze zauważyła Gytha Ogg, pomyślała zaintry­gowana.

Błazen roztarł ramię i uśmiechnął się krzywo.

- Pewnie nie masz pojęcia, gdzie jesteśmy - mruknął.

- Czarownice nigdy się nie gubią - odparła z godnością. -Choć mogą chwilowo zostać wprowadzone z błąd. Lancre jest chy­ba tam. A teraz przepraszam, muszę poszukać wzgórza.

- Żeby zobaczyć, gdzie jesteśmy?

- Żeby zobaczyć kiedy. Dziś w nocy dzieje się wiele czarów.

- Naprawdę? W takim razie będę ci towarzyszył - postano­wił rycersko Błazen, spojrzawszy na pełen drzew mrok, dzielą­cy go od posadzki w korytarzu. - Nie chciałbym, żeby coś ci się stało.

Pochylona nad miotłą Babcia pędziła nad graniami i prze­paściami. Wychylała się na boki w nadziei, że poprawi to trochę sterowanie, które pogarszało się nie wiedzieć czemu. Poderwany podmuchem lecącej miotły śnieżny pył wznosił się i skręcał w dziwne kształty. Wzniesione fale zlodowaciałego śniegu, przez całą zimę zawieszone nad lodowcowymi dolinami, zadrżały i rozpoczęły powolny, bezgłośny upadek. Czasami przelot akcentował huk lawiny.

Babcia spojrzała w dół, na pejzaż mroźnej śmierci i groźnego piękna. Wiedziała, że kraina także na nią patrzy, tak jak drzemią­cy człowiek może patrzeć na komara. Zastanowiła się, czy ziemia wie, co ona robi. I czy możliwy upadek uczyni bardziej miękkim. Natychmiast skarciła się za tę słabość. Nie, kraina nie była taka. Nie targowała się. Kraina dawała i brała bez litości. Pies zawsze najmocniej gryzie dłoń weterynarza.

Aż wreszcie przebiła się, przemknęła nad ostatnim szczytem tak nisko, że butem nabrała śniegu. A potem runęła ku nizinom.

Mgła, nigdy zbyt daleka od gór, powróciła, ale tym razem po­starała się i stworzyła przed Babcią gęste, srebrzyste morze. Babcia jęknęła.

Gdzieś wśród tego morza dryfowała Niania Ogg, od czasu do czasu pociągając z butelki dla ochrony przed zimnem.

Szczęśliwie stało się tak, że Babcia - z kapeluszem i stalowosiwymi włosami ociekającymi wilgocią, z butami sypiącymi bryłka­mi lodu - usłyszała daleki, stłumiony głos, entuzjastycznie tłuma­czący niewidocznemu niebu, że jeż ma o wiele mniej powodów do zmartwienia niż jakikolwiek inny ssak. Niczym sokół, który do­strzegł w trawie coś małego i puszystego, niczym wędrowny między­gwiezdny wirus grypy, który właśnie zauważył przepływającą w po­bliżu błękitną planetę, Babcia przesunęła kij i pomknęła w dół przez gęste kłęby.

- Tutaj! - wrzasnęła, pijana szybkością i uniesieniem. Jej głos pięćset stóp niżej odebrał przechodzącemu wilkowi apetyt na ko­lację.

Niania Ogg z pewnym wahaniem złapała ją za rękę i obie mio­tły pomknęły w górę, ku czystemu, rozgwieżdżonemu niebu.

Dysk jak zawsze sprawiał wrażenie, że Stwórca zaprojekto­wał go specjalnie do oglądania z góry. Pasma srebrzystych i bia­łych obłoków ciągnęły się ku krawędzi, skręcone obrotami świa­ta w tysiącmilowe kręgi. Za pędzącymi miotłami dach mgły zwi­nął się w tunel białego oparu, tak że patrzący bogowie - a pa­trzeli z całą pewnością - widzieli przerażający lot jako bruzdę na niebie.

Na tysiącu stóp, wciąż nabierając wysokości, dwie czarownice kłóciły się znowu.

- To był głupi pomysł - skarżyła się Niania. - Nigdy nie lubi­łam wysokości.

- Zabrałaś coś do picia?

- Pewnie. Przecież mówiłaś.

- I co?


- Wypiłam to - odparła Niania. - Siedzieć tu w górze, w mo­im wieku... Nasz Jason by się wściekł. Babcia zgrzytnęła zębami.

- Trudno. Przekaż moc - powiedziała. - Moja już się kończy. Zdumiewające...

Głos Babci przeszedł w krzyk, gdy bez żadnego ostrzeżenia miotła zawirowała nagle i zniknęła z zasięgu wzroku.

1   ...   6   7   8   9   10   11   12   13   ...   18


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna