Terry pratchett



Pobieranie 1.43 Mb.
Strona11/18
Data27.04.2016
Rozmiar1.43 Mb.
1   ...   7   8   9   10   11   12   13   14   ...   18

***

Błazen i Magrat siedzieli na pniu na niewielkim wzgórku w lesie. Światła Lancre płonęły całkiem niedaleko, ale żadne z tych dwojga nie proponowało, by opuścić to miejsce. Powietrze między nimi aż iskrzyło od nie wypowiedzianych myśli i szalonych domysłów.

- Długo jesteś Błaznem? - spytała uprzejmie Magrat. Zarumieniła się w ciemności. W tej atmosferze pytanie za­brzmiało wyjątkowo nieuprzejmie.

- Przez całe życie - odparł z goryczą Błazen. - Już w kołysce bawiłem się dzwonkami.

- Pewnie przechodzą z ojca na syna?

- Nieczęsto widywałem ojca. Kiedy byłem mały, odszedł, by zostać błaznem u władców Quirmu. Pokłócił się z dziadkiem. Wra­cał od czasu do czasu, żeby odwiedzić mamę.

- To straszne.

Dzwonki brzęknęły smutnie, gdy Błazen wzruszył ramionami. Niezbyt wyraźnie pamiętał, że ojciec był niewysokim, wesołym czło­wiekiem z oczami jak dwie ostrygi. Czyn tak odważny, jak przeciw­stawienie się seniorowi rodu, zupełnie nie leżał w jego naturze. Dźwięk potrząsanych w gniewie dwóch kompletów dzwonków wciąż nawiedzał Błazna we wspomnieniach, które i bez tego pełne były nieprzyjemnych scen.

- Mimo wszystko - zaczęła Magrat głosem wyższym niż zwy­kle, z vibrato niepewności - to pewnie szczęśliwe życie. Wiesz, skła­nianie ludzi do śmiechu.

Kiedy nie usłyszała odpowiedzi, spojrzała na Błazna. Twarz miał jak wykutą z kamienia. Cicho, jakby mówił do siebie, zaczął opowiadać.

Opowiadał o Gildii Błaznów i Trefnisiów w Ankh-Morpork.

Większość odwiedzających brała początkowo jej budynek za siedzibę Gildii Skrytobójców, która w rzeczywistości dysponowała zespołem miłych, przestronnych pawilonów tuż obok (skrytobój­cy zawsze mieli dużo pieniędzy). Młodzi błaźni, pracując ciężko nad materiałem w pokojach zawsze, nawet w środku lata lodowa­to zimnych, często słyszeli młodych skrytobójców bawiących się za murem. Zazdrościli im, choć - oczywiście - liczba wesołych gło­sów malała w miarę zbliżania się końca semestru (skrytobójcy wie­rzyli w egzaminy konkursowe).

Zresztą wiele odgłosów przebijało się przez wysokie, ponure, ślepe mury. Intensywnie wypytując służbę, młodzi błaźni wyrabia­li sobie wyobrażenie miasta. Na zewnątrz były tawerny i parki; był cały ruchliwy świat, w którym studenci i uczniowie rozmaitych Gil­dii i College'ów odgrywali swoje role - albo wyczyniając w nim różne sztuczki, albo biegając po nim z krzykiem, albo podrzucając jego części w górę. Rozbrzmiewał tam śmiech, który nie dbał o Pięć Kadencji czy Dwanaście Infleksji. Oraz - chociaż uczniowie w swoich pokojach dyskutowali nad prawdziwością tych wie­ści - istniał podobno nieautoryzowany humor, żarty opowiadane w stylu wolnym, bez żadnych odniesień do Wielkiej Księgi Żartów ani do wskazówek Rady.

Tam, poza ciemnymi murami, ludzie opowiadali sobie dowci­py, nie pamiętając nawet o Lordach Chaotyczności.

Taka myśl otrzeźwiała. Nie dosłownie, ponieważ w Gildii al­kohol był zakazany. Ale otrzeźwiałaby, gdyby nie był.

Nie istniało miejsce trzeźwiejsze niż Gildia.

Rozgoryczony Błazen wspominał potężnego, czerwonego na twarzy brata Dowcipnisia, wieczory poświęcone nauce Wesołych

Anegdot i długie poranki w lodowatej sali gimnastycznej, gdzie zapamiętywali Osiemnaście Pośliźnięć i zaakceptowaną trajekto­rię śmietankowego tortu. I żonglerkę. Żonglerkę! Żonglerki uczył brat Wic, człowiek zimny i twardy. I to nie fakt, że Błaznowi źle szło żonglowanie, doprowadzał go do wściekłej furii. Błaznom po­winno źle iść żonglowanie, zwłaszcza żonglowanie zabawnymi obiektami, takimi jak torty śmietankowe, płonące pochodnie czy bardzo ostre tasaki. Tym, co doprowadzało brata Wica do czerwo­nej, obłąkanej wściekłości, był fakt, że Błaznowi źle idzie żonglowa­nie, ponieważ sobie z nim nie radzi.

- Nie chciałbyś zostać kimś innym? - zainteresowała się Magrat.

- A jaki jest wybór? - odparł Błazen. - Nie widziałem nikogo, kim mógłbym zostać.

Uczniowie błazeńscy w ostatnim roku nauki mogli wycho­dzić na miasto, choć ze straszliwie długim spisem zakazów. Ska­cząc żałośnie po ulicach, Błazen po raz pierwszy zobaczył ma­gów, sunących godnie jak strojne okręty. Widział ocalałych skry­tobójców, eleganckich, roześmianych młodych ludzi odzianych w czarny jedwab, lśniący jak noże pod nim ukryte. Widział kapła­nów w fantastycznych kostiumach, z lekka tylko zniekształco­nych przez gumowe ofiarne fartuchy, noszone podczas ważniejszych nabożeństw. Przekonał się, że każdy zawód i zajęcie mia­ło swój strój. I po raz pierwszy uświadomił sobie, że jego uni­form został starannie i pracowicie zaprojektowany w jednym tylko celu: by noszący go człowiek wyglądał na kompletnego durnia.

Mimo to wytrwał. Całe życie poświęcił wytrwaniu.

Wytrwał jedynie dlatego, że nie miał absolutnie żadnego ta­lentu, a gdyby zrezygnował, dziadek obdarłby go żywcem ze skó­ry. Uczył się autoryzowanych żartów, aż w głowie mu dzwoniło. Wstawał przed świtem i ćwiczył żonglerkę, aż trzeszczały łokcie. Perfekcyjnie opanował komiczny słownik, aż rozumieli go tylko najstarsi lordowie. Podskakiwał i fikał z niezłomną, posępną de­terminacją i zakończył naukę jako najlepszy z roku. Otrzymał za to Pęcherz Honorowy. Po powrocie do domu wrzucił go do wy­gódki.

Magrat milczała.

- A jak ty zostałaś czarownicą? - zapytał Błazen.

- Słucham?

- No wiesz, chodziłaś do szkoły albo co?

- Aha. Nie. Mateczka Whemper zeszła pewnego dnia do wio­ski, ustawiła wszystkie dziewczęta w rzędzie i wybrała mnie. Wi­dzisz, Sztuki się nie wybiera. To ona wybiera ciebie.

- No tak, ale kiedy naprawdę stajesz się czarownicą?

- Chyba wtedy, kiedy inne czarownice zaczną cię tak trakto­wać. - Magrat westchnęła. - Jeśli w ogóle zaczną - dodała. - Myśla­łam, że tak będzie, kiedy rzuciłam ten czar w korytarzu. Był na­prawdę dobry.

- Radujmy się, toż to rytuał przejścia - stwierdził Błazen, nie mogąc się powstrzymać.

Magrat spojrzała na niego chłodno. Zakaszlał.

- Inne czarownice, czyli te dwie starsze damy? - upewnił się, zapadając w swój zwykły posępny nastrój.

-Tak.


- Bardzo silne osobowości, jak przypuszczam.

- Bardzo - przyznała z uczuciem Magrat.

- Ciekawe, czy znały mojego dziadka. Magrat wpatrzyła się w swoje stopy.

- Tak naprawdę są całkiem miłe - zapewniła. - Tylko że, no, kiedy się jest czarownicą, nie myśli się o innych. To znaczy myśli się, ale człowieka nie obchodzą ich uczucia, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi. Przynajmniej dopóki się o tym nie pomyśli.

Znowu spojrzała na stopy.

- Ty taka nie jesteś - stwierdził Błazen.

- Słuchaj, wolałabym, żebyś przestał pracować dla księcia -oświadczyła desperacko Magrat. - Wiesz, jaki on jest. Torturuje ludzi, pali domy i w ogóle.

- Przecież jestem jego błaznem - odparł Błazen. - Błazen mu­si być lojalny wobec swego pana. Aż do śmierci. Obawiam się, że to tradycja, a tradycje są bardzo ważne.

- Przecież ty nawet nie chciałeś być błaznem!

- Nienawidzę tego. Ale to nie ma nic do rzeczy. Jeśli przyszło mi zostać błaznem, będę takim, jak należy.

- To głupie - stwierdziła Magrat.

- Wolałbym: błazeńskie. Błazen przysunął się bliżej.

- Jeśli cię pocałuję - zapytał - zmienisz mnie w żabę?

Magrat znowu spojrzała na swoje stopy. Przesunęły się pod suknią, zakłopotane poświęcaną im uwagą.

Wyczuwała cienie Gythy Ogg i Esme Weatherwax, siedzące po obu stronach. Widmo Babci spojrzało na nią groźnie. Czarow­nica panuje nad każdą sytuacją.

Paniuje, poprawiła wizja Niani Ogg i przez chwilę gestykulowa­ła, co wiązało się z licznymi porozumiewawczymi uśmiechami i ma­chaniem rękami.

- Trzeba będzie się przekonać - odpowiedziała Magrat.

Los przeznaczył temu pocałunkowi, by stał się najniezwyklejszym w historii.

Czas, jak zauważyła Babcia Weatherwax, jest przeżyciem subiek­tywnym. Dla Błazna lata spędzone w Gildii były wiecznością, a godzi­ny z Magrat na wzgórzu minęły jak kilka minut. Natomiast nad Lancre dwie garści sekund jak karmel rozciągnęły się w godziny grozy.

- Lód! - wrzasnęła Babcia. - Jest oblodzona!

Niania Ogg pojawiła się z boku, na próżno usiłując zgrać kurs i prędkość z wirującą, skaczącą miotłą. Oktarynowe iskry strzela­ły z zamarzniętych, pozwieranych gałązek. Niania pochyliła się i chwyciła Babcię za spódnicę.

- Mówiłam, że to głupie! - krzyknęła. - Przeleciałaś przez ca­łą tę mgłę, a potem w górę, w zimne powietrze, tępa miotło!

- Puść moją spódnicę, Gytho Ogg!

- Łap moją! Coś ci się pali z tyłu!

Przebiły warstwę chmur i wrzasnęły chórem, gdy porośnięty krzakami grunt wynurzył się znikąd i wymierzył prosto w czarow­nice.

I przeleciał obok.

Niania spojrzała w dół, w czarną perspektywę, na dnie której dostrzegała spienioną biało wodę.

Przeleciały nad krawędzią wąwozu Lancre.

Niebieski dym unosił się z miotły, ale Babcia trzymała się moc­no. Skręciła z wysiłkiem.

- Co ty wyprawiasz?! - zawołała Niania.

- Mogę lecieć wzdłuż rzeki! - odpowiedziała Babcia, prze­krzykując trzask płomieni. - Nie martw się!

- Przesiadaj się, słyszysz! Wszystko skończone, nie zrobisz tego!

Za Babcią nastąpił niewielki wybuch, a kilka garści płonących gałązek oderwało się i wirując opadło w głębię wąwozu. Miotła szarpnęła w bok. Niania chwyciła Babcię za ramiona, gdy jasny płomień przepalił następne wiązanie.

Płonący kij wystrzelił Babci spomiędzy nóg, skręcił w powie­trzu i pomknął prosto w górę, ciągnąc za sobą smugę iskier i wy­dając dźwięk jak mokry palec przesuwany po krawędzi kieliszka.

Niania leciała głową w dół, trzymając Babcię za ramiona. Obie spojrzały na siebie i krzyknęły.

- Nie dam rady cię podciągnąć!

- A ja na pewno nie zdołam się wspiąć. To chyba jasne. Nie bądź dzieckiem, Gytho!

Niania rozważyła tę sugestię. I puściła.

Trzy małżeństwa i awanturnicza młodość dały Niani Ogg uda, którymi mogłaby łupać orzechy kokosowe. Wyzywając siłę ciąże­nia, ciasną pętlą pchnęła miotłę w dół. Przed sobą widziała spa­dającą jak kamień Babcię Weatherwax. Jedną ręką przytrzymywa­ła kapelusz, drugą starała się nie dopuścić, by grawitacja zajrzała jej pod spódnicę. Niania przyspieszyła, aż zatrzeszczała miotła, po­chwyciła spadającą czarownicę w pasie i szarpiąc za kij wyrównała lot. Odetchnęła.

Ciszę, jaka nastąpiła, przerwała Babcia Weatherwax.

- Nigdy więcej tego nie rób, Gytho Ogg.

- Obiecuję.

- A teraz zawróć. Lecimy do Mostu Lancre, zapomniałaś? Niania posłusznie wykręciła miotłą, po drodze zamiatając ścia­ny wąwozu.

- Przed nami jeszcze całe mile - zauważyła.

- Zamierzam tego dokonać - oznajmiła Babcia. - Przed nami długa noc.

- Obawiam się, że nie dość długa.

- Czarownica nie zna słowa „porażka", Gytho.

Wystrzeliły nad otwarty teren. Horyzont był linią złotego bla­sku - to powolny świt Dysku sunął po ziemi, niszcząc przedmie­ścia nocy.

- Esme - odezwała się Niania Ogg.

- Co?

- To znaczy „brak sukcesu".



Przez chwilę leciały w lodowatej ciszy.

- Mówiłam, jak to się... metaforycznie - wyjaśniła Babcia.

- Aha. No tak. Mogłaś uprzedzić.

Linia światła była szersza, jaśniejsza. Po raz pierwszy cień zwąt­pienia wdarł się w myśli Babci, zaskoczony, że znalazł się w tak ob­cym otoczeniu.

- Zastanawiam się, ile jest w Lancre kogutów - rzuciła cicho.

- To znowu takie, jak to się... pytanie?

- Tak tylko się zastanawiam.

Niania Ogg wiedziała. Były trzydzieści dwa zdolne do piania. Wiedziała, ponieważ policzyła je wczoraj wieczorem - dzisiaj wie­czorem - i wydała Jasonowi polecenia. Miała piętnaścioro doro­słych dzieci oraz niezliczone wnuki i prawnuki, a oni dostali pra­wie cały wieczór na zajęcie pozycji. To powinno wystarczyć.

- Słyszałaś coś? - spytała Babcia. - Od strony Ostrego Grzbietu. Niania spojrzała niewinnie na pokrytą oparem ziemię. W tak rannej godzinie głos niósł się daleko.

- Co?


- Tak jakby „urk".

- Nie.


Babcia odwróciła się.

- O tam - zawołała. - Tym razem na pewno słyszałam. Coś w rodzaju „ku-ka-aaa-argh".

- Nic nie słyszałam, Esme. - Niania Ogg uśmiechnęła się do nieba. - Przed nami Most Lancre.

- I tam! Wprost pod nami! Wyraźny pisk!

- Na pewno ptaki śpiewają przed świtem. Patrz, już tylko pół mili.

Babcia spojrzała gniewnie na tył głowy koleżanki.

- Dzieje się coś dziwnego - oświadczyła.

- Nie mam pojęcia, Esme.

- Ramiona ci się trzęsą!

- Nad wąwozem zgubiłam szal. A trochę tu chłodno. Już pra­wie jesteśmy.

Babcia rozglądała się gniewnie. Jej myśli przemierzały labi­rynt mrocznych podejrzeń. Musi rozszyfrować tę zagadkę. Jak tyl­ko będzie miała czas.

Pod nimi przepłynęły wolno mokre belki głównego połącze­nia Lancre ze światem zewnętrznym. Z oddalonej o pół mili kurzej farmy zabrzmiał chór zduszonych pisków i głuchy stuk.

- A to? Co to było twoim zdaniem?

- Jakiś szkodnik w kurniku. Ostrożnie, schodzimy w dół.

- Kpisz ze mnie?

- Cieszę się, Esme. Przejdziesz za to do historii, wiesz? Spłynęły na most. Babcia Weatherwax zeskoczyła lekko i po­prawiła strój.

- No... tak - rzuciła nonszalancko.

- Jesteś lepsza niż Czarna Aliss. Wszyscy tak powiedzą - mówi­ła dalej Niania Ogg.

- Niektórzy ludzie powiedzą wszystko - stwierdziła Babcia. Spojrzała przez poręcz na spieniony nurt w dole, a potem w górę, na daleki występ, na którym wznosił się Zamek Lancre.

- Myślisz, że naprawdę powiedzą? - spytała z pozorną obojęt­nością.

- Zapamiętaj moje słowa.

- Hm.


- Ale nie zapominaj, że musisz jeszcze dopełnić zaklęcie. Babcia Weatherwax skinęła głową. Stanęła twarzą ku wscho­dzącemu słońcu, wzniosła ręce i dopełniła zaklęcie.
***

Jest prawie niemożliwe, żeby w słowach oddać nagły upływ piętnastu lat i dwóch miesięcy.

Łatwiej dokonać tego obrazami. Można wtedy wykorzy­stać kalendarz z mnóstwem spadających kartek albo zegar, które­go wskazówki kręcą się coraz szybciej, aż całkiem się rozmywają. Al­bo drzewa, w kilka sekund okrywające się kwiatami i owocami.

No wiecie... Albo słońce zmienia się w ognisty pas na niebie, a dni i noce migoczą szybko, jak w zepsutym stroboskopie; albo kostiumy widoczne w sklepie z ubraniami naprzeciwko znikają i pojawiają się szybciej niż na striptizerce, która w jeden wieczór musi obsłużyć dziesięć knajp.

Istnieje wiele sposobów, jednak żaden z nich nie jest tu ko­nieczny, gdyż żadna z tych rzeczy się nie wydarzyła.

Słońce istotnie przeskoczyło kawałek w bok, drzewa po kra­wędziowej stronie wąwozu wydawały się nieco wyższe, a Niania nie mogła się pozbyć wrażenia, że ktoś ciężki właśnie na niej usiadł, spłaszczył ją zupełnie, a potem rozprostował na nowo.

Stało się tak dlatego, że królestwo nie przeniosło się w czasie w normalnym sensie tego słowa, sugerującym migotanie nieba i przyspieszone zdjęcia. Przemieściło się wokół czasu, co jest me­todą bardziej elegancką, łatwiejszą w realizacji i zaoszczędzającą długich poszukiwań laboratorium naprzeciwko sklepu z ubrania­mi, który przez sześćdziesiąt lat trzyma na wystawie ten sam mane­kin, co tradycyjnie jest najbardziej czasochłonnym i kosztownym zabiegiem w całym przedsięwzięciu.
***

Pocałunek trwał ponad piętnaście lat. Nawet żaby tego nie potrafią.

Błazen odsunął się. Oczy mu się zaszkliły, na twarzy miał wyraz oszołomienia.

- Poczułaś, że cały świat zadrżał? - zapytał. Magrat spojrzała nad jego ramieniem w las.

- Chyba jej się udało - stwierdziła.

- Co takiego? Zawahała się.

- Nie, nic. Nic ważnego.

- Spróbujemy jeszcze raz? Mam wrażenie, że poprzednio nie zrobiliśmy tego jak należy.

Magrat kiwnęła głową.

Tym razem trwało to tylko piętnaście sekund. Wydawało się, że dłużej.


***

Drżenie przebiegło po zamku; wstrząsnęło tacą, z której książę Felmet jadł owsiankę - ku swej radości nie prze­soloną.

Poczuły je duchy, tłoczące się teraz w domu Niani Ogg niby drużyna rugby w budce telefonicznej.

Rozprzestrzeniło się do wszystkich kurników w królestwie i liczne ręce rozluźniły uścisk. Trzydzieści dwa fioletowe na dzio­bach koguty nabrały tchu i zaczęły piać jak oszalałe. Ale było już za późno, za późno...


***

- Wciąż mi się wydaje, że coś knułaś - oświadczyła Babcia Weatherwax.

- Może jeszcze herbaty? - zaproponowała uprzejmie Nia­nia Ogg.

- Nie będziesz mi nic dolewać? - upewniła się Babcia. - To przez ten drink tak się wczoraj zachowałam. Nigdy bym się nie podjęła czegoś takiego. To straszne.

- Czarna Aliss by tego nie dokonała - stwierdziła z podziwem Niania. - Owszem, zaliczyła sto lat, zgadza się, ale przesunęła tyl­ko jeden zamek. Uważam, że z zamkiem każdy dałby sobie radę.

Babcia rozpogodziła się nieco.

- I dopuściła, żeby tyle zielska wyrosło na brzegach - zauwa­żyła skromnie.

- Właśnie.

- Znakomita robota! - zawołał z zachwytem król Verence. -Wszyscy sądzimy, że doskonała. Przebywając na płaszczyźnie ete­rycznej, mieliśmy okazję przyglądać się bardzo dokładnie.

Niania Ogg obejrzała tłoczące się za nim duchy, których nie spotkał zaszczyt siedzenia przy - a częściowo w - kuchen­nym stole.

- Wy wszyscy wyniesiecie się do wygódki - oznajmiła. - Bez­czelni! Oprócz dzieciaków - dodała. - Mogą zostać, biedne ma­leństwa.

- Proszę zrozumieć... Tak przyjemnie jest znaleźć się poza zamkiem - wyjaśnił król.

Babcia Weatherwax ziewnęła.

- A teraz - rzekła - musimy znaleźć chłopca. To następny krok.

- Poszukamy go zaraz po obiedzie.

- Obiedzie?

- Będzie kura - poinformowała Niania. - A ty jesteś zmęczo­na. Poza tym porządne poszukiwanie zajmuje dużo czasu.

- Będzie w Ankh-Morpork - stwierdziła Babcia. - Zapamię­taj moje słowa. Wszyscy tam trafiają. Zaczniemy od Ankh-Morpork. Kiedy w grę wchodzi przeznaczenie, nie trzeba ludzi szukać. Wy­starczy na nich poczekać w Ankh-Morpork.

Niania rozpromieniła się.

- Nasza Karen wyszła za tamtejszego oberżystę - poinformo­wała. - Nie widziałam jeszcze dziecka. Miałybyśmy darmowy wikt i mieszkanie.

- Nie musimy tam jechać. Rzecz w tym, żeby to on przyjechał tutaj. To miasto ma w sobie coś takiego... Jest jak ściek.
***

- To pięćset mil stąd! - zawołała Magrat. - Nie będzie cię całe wieki!

- Nic nie poradzę - odparł Błazen. - Książę udzielił mi specjalnych instrukcji. Ufa mi.

- Ha! Pewnie chce sprowadzić więcej żołnierzy!

- Nie. Nic takiego. Nie aż tak źle. - Błazen zawahał się. Wpro­wadził Felmeta w świat słów. Przecież to chyba lepsze niż walenie ludzi mieczami? Czy nie zyska się w ten sposób na czasie? Czy w tych okolicznościach to nie najlepsze wyjście?

- Nie musisz jechać! Nie chcesz jechać!

- To nie ma nic do rzeczy. Obiecałem mu lojalność...

- Tak, wiem. Dopóki nie umrzesz. Ale przecież wcale w to nie wierzysz! Sam mówiłeś, jak bardzo nienawidzisz całej Gildii i wszyst­kiego!

- No tak. A jednak muszę to zrobić. Dałem słowo. Magrat była bliska tupania nogami, choć nie upadła jeszcze aż tak nisko.

- Akurat kiedy zaczęliśmy się lepiej poznawać! - krzyknęła. -Jesteś żałosny!

Błazen zmrużył oczy.

- Byłbym żałosny, gdybym złamał słowo - oznajmił. - Jestem może wyjątkowo nierozsądny. Trudno. W każdym razie wracam za parę tygodni.

- Czy nie rozumiesz? Proszę cię, żebyś go nie słuchał.

- Powiedziałem już, że mi przykro. Nie będę mógł cię zoba­czyć przed wyjazdem, prawda?

- Będę myła włosy - odparła chłodno Magrat.

- Kiedy?


- Zawsze.
***

Hwel rozmasował grzbiet nosa i ze znużeniem popatrzył na poplamiony woskiem papier. Sztuka nie szła mu najlepiej.

Rozpracował już spadający żyrandol, znalazł miejsce dla zło­czyńcy noszącego maskę, by ukryć swe okaleczenie, napisał na nowo jeden z zabawniejszych fragmentów, by uwzględnić fakt, iż bohater przyszedł na świat w walizce. Tylko klauni sprawiali mu kłopot. Zmieniali się za każdym razem, kiedy o nich pomy­ślał. Wolał ich tradycyjnie dwójkami, ale teraz zjawił się skądś trzeci i Hwel nie potrafił wymyślić dla niego żadnych śmiesznych kwestii.

Pióro zgrzytając sunęło po ostatniej karcie papieru, próbując zarejestrować głosy płynące przez rozmarzony umysł Hwela i wyda­jące się tak śmiesznymi.

Wysunął czubek języka. Pot zrosił mu czoło.

Oto mój gabinecik, pisał. Z takim gabinecikiem można zajść bardzo daleko. I pragnąłbym, żebyś ruszył już teraz. A jeśli w karecie odjechać nie możesz, to odjedź w złości. A skoro i to za szybko dla cię, to odjedź w tej chwili i w złości. Zaraz... Ołówka nie maszże? Kredkę...

Hwel ze zgrozą spojrzał na słowa. Na papierze wydawały się całkiem bezsensowne, bez związku. A jednak... A jednak wśród publiczności umysłu...

Zanurzył pióro w kałamarzu i ruszył w pościg za echami.

DRUGI KLAUN: Zgadza się, szefie.

TRZECI KLAUN (trzymający lejek z pęcherzem): Tru tu!

Hwel zrezygnował. Owszem, to było śmieszne, wiedział, że to śmieszne. W snach słyszał śmiech widzów. Ale nie nadawało się do niczego. Nie teraz. Może nigdy. Tak jak ten drugi pomysł z dwoma klaunami, jednym chudym, drugim grubym... Zaprawdę w niezły pasztet mię wpakowałeś, Stanleigh... Śmiał się do bólu w piersi, a resz­ta trupy przyglądała mu się zdumiona. Ale w snach ta scena była przezabawna.

Odłożył pióro i przetarł oczy. Pewnie już prawie północ, a ży­ciowe przyzwyczajenie kazało oszczędzać świece. Chociaż, prawdę mówiąc, stać ich było teraz na tyle świec, ile zdołają wypalić. Choć­by Vitoller zaprzeczał.

Cztery gongi uderzyły na mieście, a nocni strażnicy oznajmia­li, że to istotnie północ i że -jak należy przypuszczać - panuje spokój. Wielu z nich zdołało nawet skończyć zdanie, zanim ich napadnięto.

Hwel otworzył okiennice i wyjrzał na Ankh-Morpork.

Przyjemnie byłoby stwierdzić, że o tej porze roku miasto pre­zentowało się najlepiej. Nie byłoby to prawdą. Miasto prezento­wało się najbardziej typowo.

Rzeka Ankh, kloaka połowy kontynentu, była szeroka i zamu­lona, kiedy docierała do granic miasta. Zanim je opuściła, już nie płynęła, raczej się sączyła. Ze względu na wiekowe osady mułu, ło­żysko znajdowało się wyżej niż niektóre nisko położone tereny i te­raz, gdy topniejące śniegi spowodowały przybór, liczne nędzne dzielnice doświadczyły powodzi, jeśli wolno użyć tego słowa wo­bec cieczy, którą można nosić w siatce. Taka powódź zdarzała się co roku i doprowadziłaby do ruiny system ścieków i kanałów; tym lepiej zatem, że miasto prawie ich nie posiadało. Każdy z miesz­kańców po prostu trzymał na podwórzu płaskodenną łódź, a od czasu do czasu dobudowywał w domu nowe piętro.

Powszechnie uznawano, że miasto jest bardzo zdrowe. Nie­wiele zarazków potrafiło tu przetrwać.

Hwel spojrzał na morze mgły, w którym budynki stały niby konkursowe zamki z piasku w czasie przypływu. Pochodnie i oświetlone okna tworzyły miłe wzory na lśniącej powierzchni. Ale jego uwagę przyciągała jasność bliższa niż inne.

Na skrawku ziemi położonej nieco wyżej na brzegu, zakupio­nym przez Vitollera za bajeczną sumę, powstawał nowy budynek. Rósł nawet nocą, niby grzyb - Hwel widział ogień w koszach na rusztowaniach. Wynajęci rzemieślnicy, a nawet niektórzy aktorzy, nie pozwalali, by przeszkodziło im w pracy zwykłe ściemnienie nieba.

Nowe budynki rzadko pojawiały się w Ankh-Morpork. A ten był nawet nowym typem budynku.

To Disk.


Z początku Vitollerem wstrząsnął ten pomysł, jednak Tomjon zaczął go przekonywać. A każdy wiedział, że kiedy chłopak się przy­łoży, skłoni wodę, żeby płynęła pod górę.

- Przecież zawsze wędrowaliśmy, chłopcze - mówił Vitoller głosem pełnym rozpaczy, głosem człowieka, który wie, że w końcu przegra w tej dyskusji. - Nie mogę tak nagle się osiedlić. W moim wieku...

- Wcale ci to nie wychodzi na dobre - oświadczył stanowczo Tomjon. - Wszystkie te zimne noce i mroźne poranki. Lat ci nie ubywa. Powinniśmy się gdzieś zatrzymać i niech ludzie do nas przy­chodzą. Sam wiesz, jakie tłumy mamy ostatnio. Sztuki Hwela są słynne.

- To nie moje sztuki przyciągają tłumy - stwierdził wtedy Hwel. - To aktorzy.

- Nie wyobrażasz sobie chyba, że będę siedział przy kominku w ciasnym pokoju, sypiał na puchowym łóżku i takie bzdury - rzekł Vitoller, ale wtedy zobaczył wyraz twarzy żony i poddał się.

Potem wynikła jeszcze sprawa samego teatru. Skłonienie wo­dy, by płynęła pod górę, było dziecinną sztuczką w porównaniu z wyrwaniem Vitollerowi pieniędzy. Ale rzeczywiście ostatnio po­wodziło im się doskonale. Odkąd Tomjon podrósł na tyle, żeby włożyć perukę i wypowiedzieć dwa słowa bez załamania głosu.

Hwel i Vitoller patrzyli, jak stają pierwsze belki drewnianego rusztowania.

- To wbrew naturze - skarżył się wsparty na lasce Vitoller. -Tak schwytać ducha teatru, zamknąć go w klatce. To go zabije.

- Sam nie wiem - odparł bez przekonania Hwel.

Tomjon starannie opracował swoje plany. Zanim choć słowem wspomniał o nich ojcu, cały wieczór poświęcił Hwelowi. I teraz myśli krasnoluda wirowały szaleńczo, przewidując możliwości ru­chomych dekoracji, kulis, kotar i cudownych maszynerii, które nawet bogów mogą opuścić z nieba, i zapadni, potrafiących wy­nieść demony z piekieł. Hwel nie bardziej był zdolny protestować przeciw nowemu teatrowi, niż małpa zrezygnować z plantacji ba­nanów.

- To paskudztwo nie ma nawet nazwy - burczał Vitoller. - Po­winienem go nazwać Kopalnia złota, tyle pieniędzy mnie kosztu­je. Chciałbym tylko wiedzieć, skąd je brać...

Proponowali zresztą wiele nazw, ale żadna nie odpowiadała Tomjonowi.

- Ona musi oznaczać wszystko - oświadczył. - Ponieważ wszyst­ko znajdzie się we wnętrzu. Cały świat na scenie, rozumiecie? I Hwel powiedział wtedy, wiedząc, że o to właśnie chodzi:

- Dysk.


A teraz Disk był prawie gotów, a on nie skończył jeszcze nowej sztuki.

Zamknął okno, wrócił do biurka, chwycił pióro i przysunął nową ryzę papieru. Pewna myśl przyszła mu do głowy: Cały świat naprawdę był sceną - dla bogów...

Zaczął pisać.

Cały Dysk Teatrem jest jedynie, zanotował. A mężczyźni wszyscy i kobiety to zaledwie aktorzy. Popełnił błąd i przerwał; spadła ko­lejna cząstka natchnienia i pchnęła jego myśli na całkiem nowe tory.

Spojrzał na słowa na papierze i dopisał: Prócz tych, co sprzeda­ją prażoną kukurydze.

Po chwili skreślił wszystko i spróbował jeszcze raz: Niczym sce­na w Teatrze jest Świat, na której wszelkie Osoby są aktorami.

Tak chyba było lepiej.

Zastanowił się chwilę i podjął z wysiłkiem: Czasami wchodzą. Czasami schodzą.

Chyba tracił wątek. Czas, czas... Potrzebował wręcz nieskoń­czoności.

Z sąsiedniego pokoju rozległ się stłumiony krzyk i głuche ude­rzenie. Hwel upuścił pióro i ostrożnie uchylił drzwi.

Pobladły chłopiec siedział na łóżku. Uspokoił się, kiedy wszedł krasnolud.

- Hwel...

- Co jest, mały? Koszmary?

- Bogowie, to było straszne! Znów je widziałem! Przez mo­ment myślałem nawet, że...

Hwel, który z roztargnieniem zbierał części ubrania rozrzuco­ne po całym pokoju, znieruchomiał. Wiedział, że sny są ważne. Ze snów biorą się pomysły.

- Że co? - zapytał.

- To coś... Wiesz, byłem wewnątrz czegoś, jakby kuli, a nade mną pochylały się trzy straszliwe twarze.

- Tak?

- Tak. I wszystkie zawołały „Cześć ci...", a potem zaczęły się kłócić o moje imię. W końcu powiedziały „Wszystko jedno, przyszły królu, cześć ci". A jedna zapytała, dokąd ten król ma przyjść. Któ­raś z dwóch pozostałych zawołała: „Po prostu przyszły, dziewczy­no! Takie właśnie rzeczy powinno się mówić w tej sytuacji, więc mogłabyś się postarać". Wszystkie się zbliżyły i jedna z nich stwier­dziła: Jest trochę chudy. To pewnie przez to zagraniczne jedze­nie", a najmłodsza na to: „Nianiu, przecież ci mówiłam, że nie ma żadnej Thespii". Potem sprzeczały się trochę i jedna z tych star­szych zapytała: „On nas chyba nie słyszy, prawda? Rzuca się trochę i przewraca z boku na bok", a druga: Jakoś nigdy nie mogłam w niej ustawić dźwięku, Esme". I jeszcze trochę się posprzeczały, wszystko zaszło mgłą i... i wtedy się obudziłem - dokończył nie­pewnie chłopiec. - To było straszne, bo za każdym razem, kiedy przysuwały się do kuli, ona tak jakby wszystko powiększała i widzia­łem tylko oczy i nosy.



Hwel podciągnął się na brzeg wąskiego łóżka.

- Zabawna rzecz, takie sny - stwierdził.

- W tym nie było nic zabawnego.

- Nie, ale wiesz, zeszłej nocy przyśnił mi się taki niski, krzywonogi człowieczek. Miał na głowie mały czarny kapelusz i szedł tak, jakby w butach miał pełno wody.

Tomjon uprzejmie pokiwał głową.

- Tak? I co?

- To już wszystko. I nic. Miał taką laseczkę, którą kręcił i... no wiesz... to było niesamowicie...

Głos krasnoluda ucichł z wolna. Na twarzy Tomjona pojawił się wyraz uprzejmego i lekko pobłażliwego zdziwienia. Ten wyraz Hwel umiał już rozpoznawać i się go lękać.

- W każdym razie było to bardzo zabawne - dokończył, w czę­ści do siebie. Wiedział, że nigdy nie przekona reszty zespołu. Jeśli nie ma w tym tortu, twierdzili, to nie jest śmieszne.

Tomjon zsunął nogi z łóżka i sięgnął po spodnie.

- Już nie zasnę - oznajmił. - Która godzina?

- Po północy. Wiesz, co twój ojciec mówi, kiedy za późno kła­dziesz się do łóżka.

- Wcale się nie kładę. - Tom wciągnął buty. -Ja tylko wcześnie wstaję. Wczesne wstawanie jest bardzo zdrowe. A teraz wychodzę, żeby zdrowo się czegoś napić. Możesz iść ze mną - dodał. - Żeby mnie przypilnować. l

Hwel przyjrzał mu się z powątpiewaniem.

- Wiesz także, co twój ojciec mówi o piciu - rzekł.

- Wiem. Powiedział, że kiedy był młody, robił to bez przerwy. Mówił, że zupełnie spokojnie potrafił żłopać piwo przez całą noc, wracać do domu o piątej rano i rozbijać okna. Mówił też, że był prawdziwym zawadiaką; nie to co dzisiejsze wymoczki, które nie potrafią utrzymać w sobie tego, co wypiją. - Tomjon poprawił przed lustrem dublet i dodał: - Wiesz, Hwel, odpowiedzialne za­chowanie to coś, co przychodzi z wiekiem. Jak żylaki.

Hwel westchnął. Tomjon miał legendarną pamięć do nie przemyślanych uwag.

- No dobrze - zgodził się. - Ale tylko po jednym. W jakimś przyzwoitym miejscu.

- Obiecuję. - Tomjon założył kapelusz. Miał w nim piórko. - A przy okazji: jak się żłopie?

- To chyba znaczy, że większość się rozlewa.

1   ...   7   8   9   10   11   12   13   14   ...   18


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna