Terry pratchett



Pobieranie 1.43 Mb.
Strona13/18
Data27.04.2016
Rozmiar1.43 Mb.
1   ...   10   11   12   13   14   15   16   17   18

***

Był, jak by zanotował Hwel w didaskaliach, Ten Sam Dzień, Później. Stuki młotków, asystujące narodzinom te­atru Disk z jego kolebki rusztowań, uderzały Hwela w gło­wę i przebijały się na drugą stronę.

Pamiętał, że pili. Tego był pewien. Krasnoludy postawiły im jeszcze wiele kolejek, a Tomjon wcielał się w kolejne postacie. Po­tem wszyscy poszli do innego baru, który dobrze znał Gromowy Dech, potem do klatchiańskiej jadłodajni, a potem wszystko prze­słoniła mgła...

Żłopanie nie szło mu za dobrze. Za dużo alkoholu trafiało do ust.

Sądząc po smaku, jaki w nich czuł, jakaś niewstrzemięźliwa nocna istota także zaliczyła bezpośrednie trafienie.

- Dasz radę? - spytał Vitoller.

Hwel cmoknął wargami, żeby pozbyć się tego smaku.

- Ja myślę - stwierdził Tomjon. - Brzmiało interesująco, kiedy opowiadał. Niedobry król rządzi z pomocą złych czarownic. Burze. Upiorne lasy. Prawowity Następca Tronu staje do Walki na Śmierć i Życie. Błysk Sztyletu. Krzyki i zamieszanie. Zły król ginie. Dobro zwycięża. Biją dzwony.

- Mogę zorganizować deszcz różanych płatków - obiecał Vitoller. - Pewien dobrze znany mi człowiek zdobędzie je za rozsąd­ną cenę.

Hwel bębnił palcami po stole. Uwagę całej trójki ściągał wo­rek srebra, który Błazen wręczył krasnoludowi. Już sama ta kwota wystarczała, by zakończyć budowę Disku. A była mowa o większych sumach. Patronat - tak to brzmiało.

- Zgodzisz się, prawda? - spytał Vitoller.

- Jest w tym coś... - przyznał Hwel. - Ale... sam nie wiem.

- Nie próbuję na ciebie naciskać - zapewnił Vitoller. Trzy pa­ry oczu znowu spojrzały na worek pieniędzy.

- Trochę to podejrzane - stwierdził Tomjon. - To znaczy ow­szem, Błazen jest raczej przyzwoity. Ale kiedy mówi... To dziwne. Usta wypowiadają słowa, a oczy mówią coś innego. I wolałby, mam wrażenie, żebyśmy uwierzyli oczom.

- Z drugiej strony - wtrącił pospiesznie Vitoller - komu to za­szkodzi? Liczą się sztuki srebra... Hwel podniósł głowę.

- Co? - zapytał sennie.

- Powiedziałem, że liczy się sztuka i gra - wyjaśnił Vitoller.

Znowu zapadła cisza, zakłócana tylko bębnieniem palców Hwela. Worek srebra jakby jeszcze urósł. Wydawało się wręcz, że wypełnia cały pokój.

- Rzecz w tym... - zaczął Vitoller, niepotrzebnie głośno.

- Moim zdaniem... - zaczął równocześnie Hwel. Obaj urwali.

- Ty pierwszy. Przepraszam.

- To nic ważnego. Mów.

- Chciałem powiedzieć, że i tak stać nas na budowę Disku - stwierdził Hwel.

- Tylko na ściany i scenę. Nic więcej. Nie wystarczy na zapad­nię ani na maszynę do opuszczania bogów z nieba. Ani na obro­tową scenę, ani na wentylatory do wiatru.

- Kiedyś radziliśmy sobie bez tego - przypomniał Hwel. - Pa­miętasz, jak było za dawnych czasów? Mieliśmy tylko parę desek i trochę pomalowanej derki. Ale duch w nas płonął. Kiedy po­trzebny był wiatr, sami musieliśmy go zrobić. Oczywiście - dodał ci­szej - dobrze by było kupić maszynę do fal. Mam taki pomysł ze statkiem rozbitym na wyspie, gdzie taki...

- Przykro mi. - Vitoller pokręcił głową.

- Przecież mieliśmy tłumy na widowni! - zawołał Tomjon.

- Pewnie, chłopcze. Pewnie. Ale płacili po pół miedziaka. A rzemieślnicy chcą srebra. Jeśli chcieliśmy być bogatymi ludźmi... być bogaci - poprawił się - powinniśmy urodzić się jako stolarze. -Vitoller poruszył się niespokojnie. - I tak już jestem winien Trol­lowi Chrystofrazowi zbyt wiele.

Hwel i Tomjon wytrzeszczyli oczy.

- To przecież ten, co wyrywa ludziom ręce i nogi - szepnął Tomjon.

- Ile mu jesteś winien? - zapytał Hwel.

- Nie ma się czym martwić - zapewnił Vitoller. - Odsetki pła­cę w terminie. Mniej więcej.

- Tak, ale ile on chce?

- Rękę i nogę.

Krasnolud i chłopiec wpatrywali się w niego ze zgrozą.

- Jak mogłeś postąpić tak...

- Zrobiłem to dla was! Tomjon zasługuje na lepszą scenę, nie powinien rujnować sobie zdrowia sypianiem w wozach, nie znając rodzinnego domu. A ty, mój drogi, też musisz gdzieś osiąść, mieć wszystkie te rzeczy, które mieć powinieneś, zapad­nie i... maszynę do fal i tak dalej. Wy mnie na to namówiliście, ale pomyślałem: mają rację. Co to za życie, ciągle w drodze, dwa przedstawienia dziennie dla bandy wieśniaków, a potem chodzić w kółko i nadstawiać kapelusza. Co to za przyszłość? Pomyślałem, że musimy znaleźć sobie jakieś miejsce, porządne, z wygodnymi fotelami dla arystokracji, dla ludzi, którzy nie rzucają na scenę ziemniaków. Powiedziałem sobie: do diabła z kosztami. Chcia­łem, żebyście...

- Dobrze, dobrze! - wrzasnął Hwel. - Napiszę ją!

- A ja w niej zagram - obiecał Tomjon.

- Pamiętajcie, że was nie zmuszam. To wasza decyzja.

Hwel za stołem zmarszczył czoło. Musiał przyznać, że w histo­rii było kilka niezłych elementów. Na przykład trzy czarownice. Dwie by nie wystarczały, czterech byłoby za dużo. Mogłyby mie­szać się w przeznaczenie ludzkości i w ogóle. Dużo dymu i zielone światło. Wiele można osiągnąć z trzema czarownicami. Aż dziw, że nikt dotąd o tym nie pomyślał.

- Czyli mogę powiedzieć temu Błaznowi, że się zgadzamy? - upewnił się Vitoller.

I oczywiście z porządną burzą nie może się nie udać. Miał jeszcze ten numer z duchem, który Vitoller wyciął z Jak sobie chce­cie, tłumacząc, że nie stać go na muślin. Mógłby też wprowadzić Śmierć. Młody Dafe świetnie by zagrał Śmierć, ucharakteryzowany na biało i w koturnach...

- Mówił, że skąd przyjechał? - zapytał.

- Z Ramtopów - odparł aktor. -Jakieś małe królestwo, o któ­rym nikt nie słyszał. Nazwa brzmi jak choroba płuc.

- Droga tam zajmie miesiące.

- Ale chciałbym pojechać - oświadczył Tomjon. - Tam się urodziłem.

Vitoller spojrzał na sufit. Hwel wbił wzrok w podłogę. Wszyst­ko było lepsze niż patrzenie sobie w oczy.

- Tak przecież mówiłeś - przypomniał chłopiec. - Kiedy byli­ście na trasie w górach.

- Tak, ale nie pamiętam gdzie - odparł Vitoller. - Wszystkie te górskie miasteczka wydawały mi się takie same. Więcej czasu spędzaliśmy na przepychaniu wozów przez strumienie i wciąga­niu pod górę niż na scenie.

- Mógłbym zabrać paru młodszych chłopaków i zrobilibyśmy sobie wakacje. Wystawilibyśmy stare numery. A i tak bylibyśmy z po­wrotem na Dzień Duchowego Ciasta. Ty mógłbyś zostać i pilnować teatru, a my byśmy wrócili na wielkie otwarcie. - Tomjon uśmiechnął się do ojca. - Dobrze by im to zrobiło - stwierdził niewinnie. - Sam mówiłeś, że ci młodzi w ogóle nie wiedzą, co to jest życie aktora.

- Hwel musi jeszcze napisać sztukę - zauważył Vitoller. Hwel milczał. Wpatrywał się w pustkę. Po chwili jego ręka sięgnęła pod dublet i wyjęła plik kartek. Potem zniknęła gdzieś koło pasa, by położyć na stole zakorkowany kałamarz i pęk piór.

Przyglądali się, jak - nie patrząc na nich - krasnolud wygła­dził papier, otworzył kałamarz, zanurzył w nim pióro, uniósł je - zawisło w powietrzu niby jastrząb czekający na ofiarę - i za­czął pisać.

Vitoller skinął na Tomjona.

Jak najciszej wyszli z pokoju.
***

Po południu przynieśli pod drzwi tacę zjedzeniem i ryzę papieru.

W porze herbaty taca wciąż była na miejscu. Papier znikł. Kilka godzin później przechodzący członek trupy zameldo­wał, że słyszał krzyk: „To nie może działać! Jest tłem do przodu!" i stuk jakiegoś przedmiotu ciśniętego o ścianę.

W porze kolacji Vitoller usłyszał wołanie o więcej świec i świe­że pióra.

Tomjon usiłował wcześniej iść spać, ale sen nie przychodził, spłoszony odgłosami twórczej pasji z sąsiedniego pokoju. Dobiega­ły stamtąd pomruki o balkonach i czy świat naprawdę potrzebuje maszyn do fal. Reszta była milczeniem, jeśli nie liczyć nieustanne­go skrobania pióra.

W końcu Tomjon zasnął. I śnił.

- Do roboty. Czy tym razem mamy wszystko ?

- Tak, Babciu.

- Rozpal ogień, Magrat.

- Tak, Babciu.

- Dobrze. Teraz sprawdzimy...

- Wszystko tu spisałam, Babciu.

- Umiem czytać, moja droga. Dziękuję ci uprzejmie. Co my tu ma­my... „Czarodziejski krąg zawiedźmy wkoło kotła, wrzućmy doń zbójczych jadów pełną dłoń..." Co to niby ma być?

- Nasz Jason zarżnął wczoraj świnię, Esme.

- Jak dla mnie to całkiem dobre flaki, Gytho. Gdybym miała osądzać, to zostało w nich jeszcze parę solidnych posiłków.

- Babciu, proszę!



- W Klatchu jest wielu głodujących, którzy nie kręciliby na nie nosem, ot co... No dobrze, dobrze. „Kukurydza, soczewica niechaj kocioł ten na­syca'"? A co z ropuszyskiem?

- Babciu, proszę... Opóźniasz wszystko. Wiesz, że Mateczka była przeciwna zbędnemu okrucieństwu. Białko roślinne to doskonały zamiennik.

- To znaczy, że żabiego oka i bagnistego węża szczęki też nie bę­dzie?

- Nie, Babciu.

- Ani tygrysiej scuchłego trzewa?

- Tutaj.

- Co to jest, do diabła? Wybacz mój klatchiański...

- To jest trzewo tygrysicy. Nasz Wane dostał je u kupca z obcych stron.

-Jesteś pewna?

- Nasz Wane specjalnie pytał, Esme.

- Dla mnie wygląda jak każde inne trzewo. Zresztą niech będzie. „Da­lej! żwawo! hasa! hej! Buchaj, ogniu! Kotle, wrz... "Dlaczego kocioł nie wrze, Magrat!

Tomjon obudził się drżący. Pokój zasłoniła ciemność. Na dwo­rze kilka gwiazd przebijało swymi promieniami miejską mgłę, od czasu do czasu rozlegał się gwizd jakiegoś złodzieja czy rabusia, zajętych swoimi absolutnie legalnymi interesami.

W sąsiednim pokoju panowała cisza, ale chłopiec widział pod drzwiami wąski pasek światła świecy.

Wrócił do łóżka.

Za mętną rzeką Błazen także się obudził. Zatrzymał się w Gildii Błaznów, nie z własnego wyboru, ale po prostu książę na nic innego nie dał mu pieniędzy. Zresztą sen i tak nie przycho­dził. Chłodne mury budziły zbyt wiele wspomnień. Poza tym, kiedy wytężał słuch, słyszał stłumione szlochy i czasem jęki z po­kojów studentów, którzy ze zgrozą rozmyślali o czekającym ich życiu.

Poprawił twardą jak kamień poduszkę i ułożył się, by zapaść w niespokojny sen. Może śnić.

- Dla nadania konsystencji. Ale nie pisze tu, jakiej konsystencji.

- Mateczka Whemper sugerowała, żeby wypróbować to w kubku zim­nej wody, jak karmel.



- Jakiż to pech, że nie przynieśliśmy kubka, Magrat.

- Musimy się spieszyć, Esme. Noc już prawie minęła.

- Tylko nie miejcie do mnie pretensji, jeśli się coś nie uda. Jak da­lej... „Małpi włos... "Kto ma małpi włos?Dziękuje, Gytho, chociaż bardziej mi to wygląda na koci włos. Ale mniejsza z tym. „Małpi włos, potem cyku­ta", a jeśli to prawdziwa cykuta, to naprawdę bardzo się zdziwię, „z mar­chwi sok i język z buta... "Rozumiem, to taki żart...

- Proszę, szybciej!

- Dobrze, dobrze. „Sowi lot i blask świetlika. Zagotować i niech pyka".

- Wiesz, Esme, to wcale nie jest takie złe.

- Przecież tego się nie pije, głupia najczcigodniejsza!

Tom usiadł na łóżku. To znowu one, te same twarze, kłótliwe głosy zniekształcone przez czas i przestrzeń.

Nawet kiedy spojrzał w okno, gdzie światło nowego dnia zale­wało miasto, wciąż słyszał głosy dudniące w oddali, jak cichnący z wolna grom...

- Ja na przykład nie uwierzyłam w ten język z buta.

- Ciągle jest strasznie rzadkie. Może trzeba dodać trochę mąki ?

- To bez znaczenie. Albo jest już w drodze, albo nie...

Tomjon wstał i spłukał twarz wodą z miski.

Cisza kłębiła się w pokoju Hwela. Tomjon wciągnął ubranie i otworzył drzwi.

Pokój wyglądał, jakby spadł w nim śnieg: wielkie i ciężkie płat­ki, które spłynęły we wszystkie kąty. Hwel siedział przy swoim ni­skim stole, z głową złożoną na pliku kartek. Chrapał.

Tomjon przeszedł przez pokój na palcach i podniósł przy­padkową kulę zgniecionego papieru. Wygładził kartkę i prze­czytał:

KRÓL: Teraz zawieszę moją koronę na tym krzaku, a wy mi powiecie, gdyby ktoś chciał ją ukraść. Dobrze? WIDZOWIE: Tak!

KRÓL: Gdybym tylko mógł znaleźć swojego konika... (Pierwszy Zabójca, wyskakuje zza skały)

PUBLICZNOŚĆ: Za tobą! (Pierwszy Zabójca znika)

KRÓL: Próbujecie żartować z waszego dobrego Króla, wy nie­grzeczne...

Potem było mnóstwo skreśleń i wielki kleks. Tomjon odrzucił kartkę i podniósł następną.

KRÓL: Jest li to kaczka nóż sztylet, co za obok z przodu przed sobą widzę z zwróconą do mnie ku mej dłoni dziobem rę­kojeścią?

PIERWSZY MORDERCA: Wierzę, że to nie on. O nie, wcale.

DRUGI MORDERCA: Prawdę rzeczesz, panie. O tak, te on!

Sądząc po fałdach na papierze, tę kartkę ciśnięto o ścianę wyjątkowo mocno. Hwel wytłumaczył kiedyś Tomjonowi swoją teorię natchnień i wyglądało na to, że tej nocy spadały gęsto jak grad.

Zafascynowany możliwością wejrzenia w proces twórczy, Tomjon obejrzał jeszcze trzecią zaniechaną próbę:

KRÓLOWA: Na bogów, jakiś głos dochodzi! Może to mąż mój powraca! Szybko, do garderoby i nie czekaj na rozkaz wyjścia!

MORDERCA: Ależ pokojówka twoja wciąż nosi moje pan­tofle!

POKOJÓWKA (otwierając drzwi): Arcybiskup, wasza wyso­kość.

KAPŁAN (spod łóżka): Na mą duszę!

(Wrzawa i zamieszanie)

Tomjon zastanawiał się przez chwilę, jak można zamieszać wrzawę. Z wizyt w kuchni pamiętał, że mieszanie zwykle opóźnia wrzenie. Widać Hwel sądził inaczej.

Podkradł się do stołu i bardzo ostrożnie wyciągnął plik kar­tek spod głowy śpiącego krasnoluda, opuszczając ją delikatnie na poduszkę.

Na pierwszej stronie przeczytał:

Verence, Felmet, Wigilia Pomniejszych Bóstw, Noc Długich Noży, Sztyletów Królów, autorstwa Hwela z trupy Vitollera. Komedia Tragedia w ośmiu pięciu, sześciu trzech dzie­więciu aktach.

Osoby: Felmet, dobry król.

Verence, zły król.

Wethewacs, zła czarownica.

Hogg, także zła czarownica.

Magerat, syrena...


Tomjon przewrócił stronę.

Scena: Bawialnia, Statek na morzu, Ulica w Psedopolis, Bu­rza na wrzosowisku. Wchodzą trzy czarownice...


Chłopiec czytał przez chwilę, po czym zajrzał na koniec.
Szlachetni państwo, to dla was tańczymy. Królowi zdrowia i szczęścia życzymy.

(Wychodzą wszyscy śpiewając tralala itd. Deszcz różanych płat­ków. Dzwonią dzwony. Bogowie zstępują z niebios, demony wynu­rzają się z piekieł, wiele hałasu z obrotową sceną itd.)

KONIEC
***

Hwel chrapał.

W jego snach bogowie powstawali i padali, statki sunęły chytrze i sprytnie po płóciennym morzu, obrazki skaka­ły i zmieniały się w ruchome wizje, ludzie fruwali na linach, a po­tem bez lin, ogromne okręty iluzji walczyły ze sobą na wyobrażo­nych niebach, morza rozstępowały się, kobiety przecinano na pół, tysiąc fachowców od efektów specjalnych chichotało i bełkotało bezładnie. A on biegł przez to wszystko, rozkładając w rozpaczy ramiona, wiedząc, że nic z tego nie istnieje, że naprawdę ma tylko kilka desek, parę łokci płótna i trochę farby, w które chwyta przy­zywające go, szturmujące umysł wizje.

Tylko we śnie jesteśmy wolni. Na jawie musimy się spieszyć.


***

- To dobra sztuka - pochwalił Vitoller. - Oprócz du­cha.

- Duch zostaje - oświadczył posępnie Hwel.

- Ale ludzie zawsze gwiżdżą i rzucają czymś na scenę. Poza tym sam wiesz, jak ciężko potem się pozbyć kredowego proszku z kostiumów.

- Duch zostaje. To sceniczna konieczność.

- Mówiłeś, że to sceniczna konieczność w poprzedniej sztuce.

- Bo była.

- I w Jak sobie chcecie, i w Magu z Ankh i całej reszcie.

- Lubię duchy.

Stali obok siebie i przyglądali się, jak krasnoludzcy rzemieśl­nicy montują maszynę do fal. Składała się z sześciu długich wrze­cion, pokrytych krętymi płóciennymi spiralami malowanymi w od­cienie błękitu, zieleni i bieli. Wrzeciona rozciągały się na całą sze­rokość sceny. System osi i pasów prowadził do koła napędowego za kulisą. Kiedy spirale obracały się równocześnie, ludzie o słabych żo­łądkach musieli odwracać wzrok.

- Bitwy morskie - szepnął zachwycony Hwel. - Rozbitkowie. Trytony. Piraci!

- Zgrzytające łożyska, chłopcze - stęknął Vitoller i mocniej wsparł się na lasce. - Koszty obsługi. Nadgodziny.

- Rzeczywiście, wygląda na niezwykle... skomplikowaną - przy­znał Hwel. - Kto ją zaprojektował?

- Taki spryciarz z ulicy Chytrych Rzemieślników. Leonard z Quirmu. Właściwie to jest malarzem. Ale zajmuje się takimi rze­czami... To jego hobby. Przypadkiem usłyszałem, że od miesięcy pracuje nad taką maszyną. I kupiłem ją natychmiast, kiedy tylko stwierdził, że nie będzie latała.

Patrzeli, jak obracają się sztuczne fale.

- Nadal chcesz jechać? - spytał w końcu Vitoller.

- Tak. Tomjon jest jeszcze trochę dziki. Musi go przypilno­wać ktoś starszy.

- Będę za tobą tęsknił, chłopcze. Nie wstydzę się przyznać. Zawsze byłeś dla mnie jak syn. A właściwie ile masz lat? Nigdy nie mówiłeś.

- Sto dwa.

Vitoller smętnie pokiwał głową. On miał sześćdziesiąt i artretyzm dawał mu się już we znaki.

- W takim razie byłeś dla mnie jak ojciec - rzekł.

- W końcu wszystko się wyrównuje - stwierdził nieco zakło­potany Hwel. - Połowa wzrostu, dwa razy tyle lat. Można powie­dzieć, że średnio żyjemy tak długo jak ludzie.

Aktor westchnął.

- Szczerze mówiąc, nie wiem, co zrobię bez ciebie i Tomjona u boku.

- To tylko na lato. Wielu chłopców zostaje. Właściwie zabiera­my tylko uczniów. Sam powiedziałeś, że przyda im się takie do­świadczenie.

Vitoller wydawał się zasmucony, a w chłodnym powietrzu na wpół ukończonego teatru także mniejszy niż zwykle, niczym ba­lon dwa tygodnie po balu. Z roztargnieniem przesunął laską kilka wiórów.

- Starzejemy się, mistrzu Hwelu. A przynajmniej - poprawił się -ja robię się stary, a ty starszy. Słyszeliśmy nieraz północne dzwony.

- To fakt. Nie chcesz, żeby jechał, prawda?

- Z początku byłem cały za tym. Sam wiesz. A potem pomyśla­łem: to działa przeznaczenie. Akurat kiedy wszystko dobrze się układa, zawsze trafia się jakieś przeklęte przeznaczenie. Rozu­miesz, on właśnie stamtąd pochodzi. Gdzieś z gór. A teraz los wzy­wa go z powrotem. Już go nie zobaczę.

- Przecież to tylko na lato... Vitoller uniósł dłoń.

- Nie przerywaj mi. Wzięło mnie na świetną dramatyczną mowę.

- Przepraszam.

Stuk, stuk... Laska rozgarniała drewniane wióry, podrzucała je w powietrze.

- Chciałem powiedzieć: wiesz przecież, że nie jest krwią z mo­jej krwi.

- Ale jest twoim synem - oznajmił Hwel. - Cała ta sprawa z dziedzicznością nie jest znowu tak ważna.

- Ładnie, że mi to mówisz.

- Nie żartuję. Spójrz na mnie. Nie powinienem pisać sztuk. Krasnoludy na ogół nie umieją nawet czytać. Na twoim miejscu nie martwiłbym się tym przeznaczeniem. Moim przeznaczeniem było zostać górnikiem. Przeznaczenie myli się w połowie przypad­ków.

- Ale sam powiedziałeś, że wygląda jak ten Błazen. Co praw­da ja tego nie zauważyłem.

- Światło musi być odpowiednie.

- Może to działa jakieś przeznaczenie?

Hwel wzruszył ramionami. Przeznaczenie bywało zabawne, nie można było mu ufać. Kiedy człowiek... krasnolud... myślał już, że je dopadł, okazywało się czym innym: zbiegiem okoliczności al­bo wyrokiem opatrzności... Można było zaryglować przed nim drzwi, a ono stało za plecami. Kiedy już było przybite, odchodziło z młotkiem.

Często wykorzystywał przeznaczenie. Na narzędzie w drama­cie nadawało się nawet lepiej od ducha. Nie ma nic lepszego od przeznaczenia, żeby stara fabuła ruszyła z kopyta. Ale błędem jest wierzyć, że można dostrzec jego kształt. A już wyobrażać sobie, że da się nad nim zapanować...


***

Babcia Weatherwax spojrzała z irytacją w kryształową ku­lę Niani Ogg. Kula nie prezentowała się najlepiej, będąc pływakiem do sieci rybackiej, wykonanym z zielonkawego szkła i przywiezionym z obcych stron przez jednego z synów Nia­ni. Zniekształcała wszystko, nie wyłączając - jak podejrzewała Bab­cia - prawdy.

- Stanowczo wyruszył w drogę - orzekła po chwili. - Na wozie.

- Ognisty biały rumak byłby zdecydowanie lepszy - zauważy­ła Niania Ogg. - No wiecie. W pięknym czapraku i w ogóle.

- Czy ma czarodziejski miecz? - Magrat wyciągnęła szyję, że­by zobaczyć.

Babcia Weatherwax odsunęła się trochę na bok.

- Wy dwie tylko wstyd przynosicie - oznajmiła. - W głowie się nie mieści: czarodziejskie rumaki, ogniste miecze... Gapicie się jak dwie dziewki od krów.

- Czarodziejski miecz jest bardzo ważny - zapewniła ją Ma­grat. - Trzeba go mieć. Mogłybyśmy taki zrobić - westchnęła roz­marzona. - Z żelaza gromu. Znam odpowiednie zaklęcie. Bierze się żelazo gromu - dodała niepewnie - a potem robi się z niego miecz.

- Nie chcę mieć z tym do czynienia - odparła Babcia. - Moż­na całymi dniami czekać, aż to draństwo uderzy, a potem prawie urywa rękę.

- I truskawkowe znamię - dodała Niania Ogg, nie zwracając uwagi na to, że jej przerwano.

Jej dwie koleżanki umilkły zaciekawione.

- Truskawkowe znamię - powtórzyła. - To jeden z tych ele­mentów, które trzeba mieć, jeśli jest się księciem powracającym, by odebrać swoje królestwo. Żeby wszyscy wiedzieli. Oczywiście nie mam pojęcia, skąd mają wiedzieć, że jest truskawkowe.

- Nie znoszę truskawek - oświadczyła Babcia i znowu spojrza­ła w kryształ.

W popękanej zielonej głębi, pachnącej dawnymi homarami, maleńki Tomjon ucałował rodziców, uścisnął ręce albo objął resz­tę członków trupy i wspiął się do pierwszego wozu.

Musiało zadziałać, powiedziała sobie. Inaczej przecież by nie przyjeżdżał. Ci pozostali to pewnie oddział jego zaufanych towarzy­szy. Rozsądnie: ma przed sobą pięćset mil przez niespokojne zie­mie. Wszystko może się zdarzyć.

Zbroje i miecze na pewno są w wozach.

Zauważyła u siebie iskierkę zwątpienia i natychmiast posta­rała sieją stłumić. To chyba jasne, że nie ma innego powodu, by tu jechał. Zaklęcie rzuciłyśmy dokładnie tak, jak należy. Wszyst­ko było na miejscu. Z wyjątkiem składników. I większej części poezji. Pora też chyba nie była odpowiednia. A Gytha zabrała prawie wszystko do domu, dla kota, a to na pewno nie jest wła­ściwe.

Ale on jest już w drodze. To, co nic nie mówi, nie kłamie.

- Nakryj kulę, kiedy skończysz, Esme - poprosiła Niania. - Zawsze się boję, że ktoś będzie mnie podglądał w kąpieli.

- Jest w drodze. - Babcia zarzuciła na kulę kawałek czarnego aksamitu. Satysfakcja w jej głosie była tak potężna, że wystarczyła­by do mielenia mąki.

- To długa droga - zauważyła Niania. - Wiele może się zda­rzyć pomiędzy suknią a szafą. Może spotkać bandytów.

- Przypilnujemy go - zapewniła Babcia.

- Nie powinnyśmy. Jeśli ma być królem, musi sam walczyć -rzekła Magrat.

- Nie chcemy, żeby marnował siły - odparła z wyższością Nia­nia. - Ma być sprawny i świeży, kiedy tu dotrze.

- A potem, mam nadzieję, pozwolimy mu toczyć walki po swo­jemu?

Babcia klasnęła w dłonie.

- Oczywiście - zapewniła. - Pod warunkiem że będzie wy­grywał.

Spotkały się w domu Niani Ogg. Kiedy Babcia wyszła przed świtem, Magrat została jeszcze, oficjalnie żeby pomóc przy sprzą­taniu.

- Co z niewtrącaniem się? - zapytała.

- O co ci chodzi?

- Dobrze wiesz, Nianiu.

- To nie jest prawdziwe wtrącanie się - odparła z zakłopota­niem starsza czarownica. - To tylko pomaganie sprawom toczyć się jak należy.

- Sama w to nie wierzysz.

Niania usiadła i zaczęła bawić się poduszką.

- Widzisz, całe to niewtrącanie się jest dobre w normalnej sytuacji - wyjaśniła. - Łatwo się nie wtrącać, kiedy się nie musi. A potem nagle trzeba się zatroszczyć o rodzinę. Nasz Jason stoczył kilka bójek z powodu tego, co ludzie opowiadali. Naszego Shawna wyrzucili z wojska. I myślę sobie, że kiedy posadzimy na tronie nowego króla, będzie nam coś niecoś winien. To chyba uczciwe.

- Ale w zeszłym tygodniu sama mówiłaś... - Magrat przerwa­ła, zaskoczona tą demonstracją pragmatyzmu.

- Tydzień w magii to bardzo długo. Na przykład piętnaście lat. W każdym razie Esme jest zdecydowana, a ja nie mam ocho­ty jej przeszkadzać.

- Chcesz powiedzieć, że zasada niewtrącania się to coś w ro­dzaju złożenia ślubu, że nie będzie się pływać. I absolutnie nigdy nie łamiesz tej przysięgi, dopóki nie znajdziesz się w wodzie?

- Lepsze to niż utonąć - stwierdziła Niania Ogg.

Sięgnęła nad kominek i zdjęła glinianą fajkę, podobną do kotła ze smołą. Zapaliła ją kawałkiem drewna z paleniska. Greebo przyglądał jej się uważnie ze swej poduszki.

Magrat z roztargnieniem uniosła z kuli zasłonę i spojrzała w głąb.

- Myślę - rzekła - że nigdy nie zrozumiem czarownictwa. Już mam wrażenie, że mi się udało, i wtedy ono się zmienia.

- Jesteśmy tylko ludźmi. - Niania Ogg dmuchnęła błękitnym dymem do komina. - Wszyscy są tylko ludźmi.

- Mogę pożyczyć kryształ? - spytała nagle Magrat.

- Nie krępuj się. - Niania uśmiechnęła się. - Pokłóciłaś się z tym młodym człowiekiem?

- Naprawdę nie mam pojęcia, o czym mówisz.

- Nie widziałam go tu od tygodni.

- Och, książę posłał go, by... - Magrat urwała nagle, po czym podjęła: - Posłał go po to czy owo. Ale w ogóle mnie to nie ob­chodzi.

- To widzę. Weź kulę, oczywiście.

Magrat odetchnęła z ulgą, kiedy bez przeszkód wróciła do domu. Nocą i tak nikt nie bywał na wrzosowiskach, ale przez ostat­nie kilka miesięcy sprawy układały się coraz gorzej. Poza ogólną podejrzliwością wobec czarownic, sporo ludzi w Lancre, kontak­tujących się ze światem zewnętrznym, zaczynało sobie uświada­miać, że albo a) wydarzyło się więcej, niż dotąd słyszeli, albo b) coś się dzieje z czasem. Niełatwo było to wykazać19, ale kilku kup­ców, którzy pokonali górskie szlaki od zimy, wyglądało na star­szych niż powinni. Co prawda spodziewano się zwykle w Ramtopach niewyjaśnionych zjawisk, a to ze względu na ich wysoki po­tencjał magiczny, ale znikające w ciągu jednej nocy parę lat to jednak przesada.

Zaryglowała drzwi, zamknęła okiennice i ostrożnie ułożyła zieloną szklaną kulę na kuchennym stole.

Skoncentrowała się...

1   ...   10   11   12   13   14   15   16   17   18


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna