Terry pratchett



Pobieranie 1.43 Mb.
Strona14/18
Data27.04.2016
Rozmiar1.43 Mb.
1   ...   10   11   12   13   14   15   16   17   18

***

Błazen drzemał pod namiotem na rzecznej barce, płyną­cej w górę Ankh ze stałą prędkością dwóch mil na godzi­nę. Nie była to porywająca metoda podróży, ale w końcu dostarczała człowieka na miejsce.

Zdawało się, że nic mu nie grozi, chociaż rzucał się i wiercił przez sen.

Magrat zastanowiła się, jak to jest, przez całe życie robić to, czego się nie lubi. To jak być martwym pomyślała, tylko gorzej, bo jest się żywym i trzeba to znosić.

Uważała Błazna za człowieka słabego, źle pokierowanego i bardzo potrzebującego mocnego kręgosłupa. Tęskniła za nim. Chciałaby, żeby już wrócił, żeby mogła nie chcieć więcej go oglą­dać.
***

Nastało długie, gorące lato.

Nie spieszyli się. Między Ankh-Morpork i Ramtopami le­żał spory kawał kraju. Zabawa była - Hwel musiał to przy­znać - całkiem dobra. A zabawa nie jest słowem, którego krasno-ludy zbyt często używają.

Jak sobie chcecie podobało się. Jak zawsze. Uczniowie prze­chodzili samych siebie. Zapominali kwestii, robili żarty. W Sto Lat cały trzeci akt Gretaliny i Melliasa odegrali w dekoracjach drugiego aktu Wojen Magów, ale nikt jakoś nie zauważył, że naj­wspanialsza scena miłosna w historii dzieje się na tle fali pływo­wej zalewającej kontynent. Było to możliwe, ponieważ Tomjon grał Gretalinę. Efekt był tak niepokojący, że Hwel kazał mu zmie­nić rolę w następnym teatrze, jeśli można tak nazwać wynajętą stodołę. Efekt zgrzytał jak zbroja płytowa razem z hełmem, gdyż rolę Gretaliny zagrał młody Wimsloe, nieco prostoduszny, ze skłonnością do jąkania się i piegami, które pewnie znikną z wie­kiem.

Następnego dnia w bezimiennej wiosce pośrodku nieskoń­czonego morza kapusty pozwolił Tomjonowi zagrać Starego Miskina w Jak sobie chcecie. W tej roli zawsze błyszczał Vitoller, a nie mógł jej zagrać nikt poniżej czterdziestki, chyba że Stary Miskin miałby nosić poduszkę pod kaftanem i namalowane zmarszczki.

Hwel nie uważał się za starego. W wieku dwustu lat jego oj­ciec wciąż kopał trzy tony rudy dziennie.

Teraz jednak poczuł się stary. Patrzył, jak Tomjon kuśtyka po scenie i przez jedną chwilę rozumiał, co to znaczy być starym czło­wiekiem, zakonserwowanym w winie, prowadzącym wojny, o któ­re nikt już nie dbał. Co to znaczy trzymać się krawędzi późnego średniego wieku w strachu przed runięciem w przepaść starości - ale tylko jedną ręką, ponieważ drugą trzeba pokazywać dwa pal­ce Śmierci. Oczywiście, wiedział to, kiedy pisał te kwestie. Ale nie rozumiał.

Ta sama magia nie przeniknęła jakoś do nowej sztuki. Spróbo­wali jej kilka razy, tak tylko, żeby zobaczyć, jak pójdzie. Widzowie patrzyli w skupieniu, a potem szli do domu. Nie chciało im się na­wet czymś rzucić. Nie uważali tej sztuki za złą. W ogóle za nic jej nie uważali.

Ale przecież znalazły się w niej wszystkie niezbędne składni­ki. Historia pełna była ludów, które wymierzały złym władcom za­służoną karę. Czarownice zawsze ściągały publiczność. Rola Śmierci była wyjątkowo udana, z kilkoma świetnymi tekstami. Wy­starczyło zmieszać wszystko razem... i składniki jakby się wzajem­nie znosiły, stawały prymitywnym sposobem zajęcia na kilka go­dzin sceny.

Późno w noc, kiedy obsada już spała, Hwel siadał w wozie i gorączkowo poprawiał. Przestawiał sceny, obcinał kwestie, do­dawał kwestie, wprowadził klauna, włączył jeszcze jedną bitwę, podregulował efekty specjalne. I wciąż nie było wyników. Sztuka przypominała cudowne, złożone malowidło, ucztę wrażeń z bli­ska, ale z pewnej odległości już tylko barwną plamę.

Kiedy cząstki natchnienia spadały gęsto, próbował nawet zmie­nić styl. Wstając rano, aktorzy zwykle znajdowali nieudane ekspe­rymenty, dekorujące trawę wokół wozów niby wyjątkowo oczyta­ne grzyby.

Tomjon zachował jedną z najdziwniejszych prób:
PIERWSZA CZAROWNICA: Spóźnia się.

(Pauza)


DRUGA CZAROWNICA: Obiecał, że przyjdzie.

(Pauza)


TRZECIA CZAROWNICA: Obiecał, że przyjdzie, i nie przy­szedł. To moja ostatnia jaszczurka. Zachowałam ją dla niego. A on nie przyszedł.
- Myślę - zwrócił się do Hwela później, przy zwijaniu obozu -że powinieneś trochę przystopować. Wykonałeś zamówienie. Nikt nie powiedział, że to musi błyszczeć.

- Ale wiesz, że może. Gdybym tylko zrozumiał, czego brakuje.

- Jesteś całkiem pewien w sprawie tego ducha? - spytał Tomjon.

Rzucił linę w sposób wyraźnie dowodzący, że on nie jest pe­wien.

- Duchy niczemu nie przeszkadzają - burknął Hwel. - Scena z duchem jest chyba najlepsza, jaką napisałem.

- Zastanawiałem się tylko, czy to odpowiednia dla niej sztuka...

- Duch zostaje. I bierzmy się do roboty.
***

Dwa dni później, kiedy niebiesko-biały mur Ramtopów zaczął przesłaniać osiowy horyzont, trupa została zaata­kowana. Zdarzenie nie było szczególnie dramatyczne. Właśnie przepchnęli wozy przez bród i odpoczywali w cieniu zagaj­nika, gdy nagle drzewa zaowocowały bandytami.

Hwel zobaczył szereg sześciu poplamionych i zardzewiałych mieczy. Ich właściciele nie mieli chyba pewności, co dalej robić.

- Mamy tu gdzieś pokwitowanie... - zaczął. Tomjon szturchnął go w bok.

- Nie wyglądają na złodziei Gildii - szepnął. - Myślę, że to niezależna grupa.

Miło byłoby powiedzieć, że przywódca rabusiów był czarno­brodym, zawadiackim brutalem z czerwoną chustą na głowie, zło­tym kolczykiem i podbródkiem, którym można by czyścić garnki. Pokusa takiego opisu jest właściwie nie do odparcia. Tym bardziej że taki był w samej rzeczy. Hwel uznał, że drewniana noga to już może przesada, nie mógł jednak zaprzeczyć, że człowiek ten do­brze przestudiował swoją rolę.

- No, no - odezwał się herszt bandytów. - Cośmy tu spotkali i czy mają jakieś pieniądze?

- Jesteśmy aktorami - odparł Tomjon.

- Co powinno być odpowiedzią na oba pytania - dodał Hwel.

- I żadnych docinków - zaznaczył zbójca. - Bywałem w mia­stach, bywałem... I potrafię rozpoznać docinki... - Odwrócił się do swoich ludzi i uniósł brew, by zaznaczyć, że następne zdanie będzie dowcipne. - Jeśli nie będziecie posłuszni, też potrafię rzu­cić kilka uwag... ostrych.

Za nim trwała martwa cisza - dopóki zniecierpliwiony nie machnął jataganem.

- Wystarczy - rzucił, przekrzykując chór niepewnych śmiechów. - Zabierzemy wszystkie drobne, drogocenności, żywność i ubrania, jakie przy was znajdziemy.

- Mogę coś powiedzieć? - spytał Tomjon. Towarzysze odsunęli się od niego. Hwel uśmiechnął się pod nosem.

- Chcesz prosić o litość, co? - odgadł bandyta.

- Tak jest.

Hwel wbił ręce w kieszenie i spojrzał w niebo, pogwizdując ci­chutko. Starał się powstrzymać maniakalny uśmiech. Domyślał się, że pozostali aktorzy wpatrują się w Tomjona wyczekująco.

Na pewno wygłosi monolog łaski z Opowieści Trolla, pomyślał...

- Chciałbym tylko zauważyć, że... - Tomjon zmienił pozę, je­go głos zabrzmiał głębiej, prawa ręka wysunęła się w dramatycz­nym geście. - Wartość człowieka nie leży w czynach zbrojnych ni w głodzie straszliwym rabunku...

Znowu będzie jak wtedy, kiedy próbowali nas okraść w Sto Lat, myślał Hwel. Jeśli zechcą nam oddać miecze, co, u licha, możemy z nimi zrobić? W dodatku to takie krępujące, gdy zaczynają płakać.

W tej właśnie chwili świat wokół nich nabrał zielonkawego od­cienia. Hwel miał wrażenie, że na samej granicy słyszalności roz­brzmiewają słowa.

- Tam są ludzie z mieczami, Babciu!

- ...wać klingami błyszczącymi cud tego świata - mówił Tomjon. Głosy z granicy wyobraźni także mówiły.

- Żaden mój król nie będzie nikogo o nic błagał. Podaj ten dzbanek z mlekiem, Magrat.

- ...serce współczucia, pocałunek...

- To prezent od mojej ciotki.

- ...ów klejnot klejnotów i koron koronę. Zapadła cisza. Jeden czy dwóch bandytów szlochało cicho, ocierając oczy pięściami.

- To wszystko? - zapytał herszt.

Po raz pierwszy w życiu Tomjon był całkowicie zaskoczony.

- No... Tak - przytaknął. - Hm... Chciałbyś, żebym powtórzył?

- To była dobra przemowa - pochwalił bandyta. - Ale nie wiem, co ma wspólnego ze mną. Jestem człowiekiem praktycznym. Oddajcie, co tam macie cennego.

Jego miecz uniósł się do poziomu grdyki Tomjona.

- Wy wszyscy! Nie stójcie tam jak idioci! Bo chłopak oberwie. Uczeń Wimsloe podniósł rękę.

- Czego? - spytał herszt.

- Czy... Czy na pewno uważnie pan słuchał?

- Nie będę się powtarzał! Albo zaraz usłyszę brzęk monet, al­bo wy usłyszycie chlupot krwi!

W rzeczywistości jednak usłyszeli świst wysoko w górze, a po­tem trzask, kiedy dzbanek z mlekiem, oszroniony po locie na du­żej wysokości, runął z nieba prosto na szpic hełmu herszta.

Pozostali napastnicy raz tylko spojrzeli na rezultat i uciekli.

Aktorzy przyglądali się leżącemu bandycie. Hwel szturchnął butem bryłę zamarzniętego mleka.

- No, no... - rzekł słabym głosem.

- W ogóle nie zwrócił uwagi... - szepnął Tomjon.

- Urodzony krytyk - wyjaśnił krasnolud.

Dzbanek był niebiesko-biały. To zabawne, że w takich chwi­lach niektóre szczegóły wbijają się w pamięć. Dzbanek był w prze­szłości kilkakrotnie rozbity i starannie posklejany. Ktoś naprawdę go lubił.

- Mieliśmy tu do czynienia - oznajmił Hwel, przywołując na pomoc ostatnie resztki logiki - z jakąś nietypową trąbą powietrz­ną. Najwyraźniej.

- Przecież dzbanki mleka nie spadają z nieba - zaprotestował Tomjon, demonstrując zadziwiający ludzki talent zaprzeczania te­mu, co oczywiste.

- Nic o tym nie wiem. Słyszałem o żabach, rybach i kamie­niach - odparł Hwel. - Nic nie wyklucza naczyń kuchennych. To po prostu jeden z niezwykłych fenomenów. W tej części świata zda­rzają się cały czas. Nie ma w nich nic niezwykłego.

Wrócili do wozów i ruszyli w nietypowym milczeniu. Młody Wimsloe zebrał wszystkie odłamki dzbanka, jakie znalazł, schował je starannie w skrzyni z rekwizytami i do wieczora obserwował nie­bo w nadziei na cukiernicę.


***

Wozy wspinały się na suche zbocza Ram topów - maleńkie pyłki w zamglonym szkle kryształowej kuli. - Nic im nie grozi? - upewniła się Magrat.

- Włóczą się po całej okolicy - odparła Babcia. - Może i po­trafią grać, ale sporo musieliby się nauczyć o podróżowaniu.

- To był ładny dzbanek - stwierdziła Magrat. - Teraz już się ta­kiego nie dostanie. Gdybyś powiedziała, co planujesz, to przecież było żelazko na półce.

- Życie to nie tylko dzbanki na mleko.

- U góry był pomalowany w stokrotki. Babcia zignorowała ją.

- Myślę - oznajmiła - że pora już przyjrzeć się temu nowemu królowi. Z bliska. Zarechotała.

- Zarechotałaś, Babciu - zauważyła posępnie Magrat.

- Wcale nie! To był... - Babcia szukała właściwego słowa - ...chichot.

- Założę się, że Czarna Aliss też rechotała.

- Musisz uważać, żebyś nie skończyła jak ona - odezwała się Niania Ogg, siedząca przy ogniu. - Na starość zrobiła się trochę dziwna. Zatruwała jabłka i takie różne...

- Nie wydziwiajcie, zachichotałam, tylko trochę... trochę szorstko - parsknęła Babcia. Czuła, że niepotrzebnie stara się bro­nić. - Zresztą nie ma nic złego w rechotaniu. Byle z umiarem.


***

- Myślę - rzekł Tomjon - że się zgubiliśmy. Hwel spojrzał na gorące, liliowe wrzosowisko, ciągnące się aż do strzelistych Ramtopów. Nawet w środku lata pro­porce śniegu powiewały z najwyższych szczytów. Był to pejzaż opi­sanego piękna.

Pszczoły pracowały pilnie - a przynajmniej starały się wyglądać i brzęczeć, jakby pracowały - w tymianku przy drodze. Cienie chmur przesuwały się po górskich łąkach. Panował ten rodzaj głę­bokiej, głuchej ciszy, jaki cechuje środowiska nie tylko pozbawio­ne ludzi, ale też wcale ich nie potrzebujące.

Drogowskazów też nie.

- Zgubiliśmy się dziesięć mil temu - odparł Hwel. - Musi być jakieś inne słowo na określenie naszej obecnej sytuacji.

- Mówiłeś, że góry są zryte krasnoludzkimi sztolniami. I że krasnolud w górach zawsze wie, gdzie się znalazł.

- Mówiłem: pod ziemią. Chodzi o warstwy i formacje skalne. Nie na powierzchni. Pejzaż zasłania.

- Moglibyśmy wykopać dziurę - zaproponował Tomjon.

Ale dzień był ładny, droga wiła się między kępami chwastów i sosen, strażniczek lasu; pozwolili więc mułom podążać własnym tempem. Hwel był przekonany, że droga musi przecież dokądś prowadzić.

Ta geograficzna fikcja wielu wędrowców doprowadziła do zgu­by. Drogi wcale nie muszą dokądś prowadzić. Muszą tylko gdzieś się zaczynać.

- Naprawdę się zgubiliśmy, prawda? - zapytał po chwili Tomjon.

- Na pewno nie.

- Więc gdzie jesteśmy?

- W górach. Są całkiem wyraźne w każdym atlasie.

- Powinniśmy się zatrzymać i kogoś spytać.

Tomjon rozejrzał się po okolicy. Gdzieś zawyła samotna siew­ka, a może to był borsuk - Hwel nie bardzo się orientował w spra­wach natury, przynajmniej w tych, które działy się powyżej war­stwy piaskowca. W promieniu wielu mil nie było żadnej ludzkiej istoty.

- O kogo ci chodzi? - zapytał sarkastycznie.

- O tę staruszkę w zabawnym kapeluszu. - Tomjon wskazał palcem. - Obserwuję ją. Ile razy na nią spojrzę, chowa się za krza­kami.

Hwel odwrócił się i popatrzył na kołyszący się krzak jeżyny.

- Hej tam, dobra matko! - zawołał. Krzak wypuścił oburzoną głowę.

- Czyja matko? - zapytała. Hwel zawahał się.

- To tylko takie powiedzenie, pani... panno...

- Pani - burknęła Babcia Weatherwax. -Jestem biedną sta­ruszką zbierającą chrust - dodała wyzywająco.

Odchrząknęła.

- Laboga - podjęła. - Nastraszyliście mnie, młody paniczu. Moje biedne stare serce.

Z wozów odpowiedziała jej cisza. Wreszcie Tomjon zapytał:

- Słucham?

- Co? - Babcia nie zrozumiała.

- Twoje biedne stare serce co?

- Co z moim biednym starym sercem? - zdziwiła się Babcia, która nie była przyzwyczajona do udawania staruszki i miała dość ograniczony repertuar. Tradycja jednak nakazywała, by podążają­cy za przeznaczeniem młodzi następcy tronu otrzymywali pomoc od tajemniczych staruszek zbierających chrust. A Babcia nie lek­ceważyła tradycji.

- Po prostu pani o nim wspomniała - wyjaśnił Hwel.

- Może. Ale to nieważne. Laboga. Szukacie Lancre, jak sądzę - rzekła kwaśno Babcia, chcąc jak najszybciej przejść do rzeczy.

- Owszem - przyznał Tomjon. - Cały dzień.

- Zajechaliście za daleko. Cofnijcie się o jakieś dwie mile i skręćcie w prawo, obok kępy sosen.

Wimsloe pociągnął Tomjona za rękaw.

- Kiedy s-spotykasz ta-ta-tajemniczą staruszkę na drodze -szepnął - musisz jej za-za-zaproponować p-poczęstunek. Albo po-pomóc p-przejść rzekę.

- Muszę?

- Inaczej b-będziesz miał p-p-pecha. Tomjon uśmiechnął się uprzejmie do Babci.

- Czy zjesz z nami posiłek, ma... stara ko... droga pani? Babcia zastanowiła się.

- A co macie?

- Soloną wieprzowinę. Pokręciła głową.

- Dziękuję bardzo - rzuciła łaskawie - ale mam od niej wzdęcia.

Odwróciła się na pięcie i ruszyła przez krzaki.

- Gdybyś chciała, moglibyśmy ci pomóc przejść przez rzekę! - krzyknął za nią Tomjon.

- Jaką rzekę? - zdziwił się Hwel. -Jesteśmy na wrzosowisku. Przez całe mile nie może tu być żadnej rzeki.

- Le-le-lepiej je mieć p-p-po swojej stronie - wyjaśnił Wim-sloe. - W-wtedy po-po-pomagają.

- Może trzeba było ją poprosić, żeby zaczekała, a my poszuka­my jakiejś rzeki - zaproponował ironicznie krasnolud.

Znaleźli zakręt. Dotarli do lasu poprzecinanego tyloma trakta­mi, że przypominał torowisko. Był to las, w którym podróżny ma wrażenie, że drzewa odwracają się i obserwują, jak przejeżdża, a nie­bo wydaje się bardzo wysokie i dalekie od ziemi. Mimo upału wil­gotny, nieprzenikniony półmrok panował wśród pni drzew, tłoczą­cych się przy drodze tak gęsto, jakby chciały całkiem ją zadeptać.

Wkrótce zgubili się znowu i uznali, że zgubienie gdzieś, gdzie nawet nie widać, co to za miejsce, jest jeszcze gorsze niż zgubienie na otwartym terenie.

- Mogła udzielić dokładniejszych instrukcji - stwierdził Hwel.

- Na przykład: spytajcie następnej wiedźmy - odparł Tomjon. - Popatrz tam.

Stanął na koźle.

- Hej tam, stara... dobra... Magrat odrzuciła chustę.

- Zwykła, biedna zbieraczka chrustu - burknęła. Na dowód podniosła do góry gałązkę. Kilka godzin oczekiwania w towarzy­stwie jedynie drzew nie poprawiło jej humoru.

Wimsloe szturchnął Tomjona, który rozciągnął wargi w uśmie­chu.

- Zechciałabyś zjeść z nami obiad, sta... dobra ko... panien­ko? - zapytał. - Niestety, mamy tylko soloną wieprzowinę.

- Mięso fatalnie wpływa na system trawienny - oznajmiła Ma­grat. - Gdybyście mogli obejrzeć wnętrze swoich jelit, bylibyście przerażeni.

- Ja na pewno - mruknął Hwel.

- Czy wiecie, że dorosły mężczyzna przez cały czas nosi w ukła­dzie pokarmowym do pięciu funtów nie strawionego mięsa? - spy­tała Magrat, której wykłady o żywieniu całe rodziny zmuszały do ukrywania się w piwnicach, póki nie odeszła. - Podczas gdy nasio­na sosnowych szyszek i pestki słonecznika...

- Nie ma tu przypadkiem jakiejś rzeki, przez którą mogliby­śmy ci pomóc się przedostać? - przerwał rozpaczliwie Tomjon.

- Nie żartuj. Jestem ubogą zbieraczką chrustu, laboga. Tu i tam podniosę jakąś gałązkę albo skieruję zagubionych wędrow­ców na drogę do Lancre.

- Aha - szepnął Hwel. - Właśnie myślałem, że do tego doj­dziemy.

- Na rozstajach skręcicie w lewo, a potem w prawo przy wiel­kim pękniętym głazie. Nie możecie go przeoczyć.

- Świetnie. Nie będziemy cię zatrzymywać. Na pewno masz dużo chrustu do zebrania i w ogóle.

Gwizdnął i popędził muły, które poczłapały wolno.

Godzinę później wjechali w teren usiany głazami wielkości domu. Hwel odłożył lejce i założył ręce na piersi. Tomjon popa­trzył na niego zdziwiony.

- Co ty właściwie robisz? - zapytał.

- Czekam - odparł ponuro krasnolud.

- Wkrótce będzie ciemno.

- To długo nie potrwa.

Niania Ogg poddała się w końcu i wyszła zza skały.

- Solona wieprzowina, jasne? - oznajmił surowo Hwel. - Bie­rzesz albo do widzenia. A teraz mów: którędy do Lancre?

- Prosto, przy wąwozie w lewo, potem jedziecie szlakiem pro­wadzącym do mostu. Nie da się zabłądzić - odparła natychmiast Niania.

Hwel chwycił lejce.

- Zapomniałaś o laboga.

- Do licha. Przepraszam. Laboga.

- I jesteś ubogą zbieraczką chrustu, jak przypuszczam?

- Trafiłeś, chłopcze. - Niania uśmiechnęła się promiennie. -Szczerze mówiąc, właśnie miałam zacząć. Tomjon szturchnął krasnoluda.

- Zapomniałeś o rzece - szepnął. Hwel spojrzał gniewnie.

- A tak - zgodził się. - Możesz tu zaczekać, a my poszukamy jakiejś rzeki.

- Żeby ci pomóc przejść - dodał Tomjon.

Niania Ogg obdarzyła go uśmiechem.

- Mamy doskonały most. Ale nie odmówię podwiezienia. Przesuńcie się.

Ku irytacji Hwela, podciągnęła spódnicę i wdrapała się na ko­zioł między niego i Tomjona. Potem wierciła się przez chwilę jak nóż do ostryg, aż zajęła połowę siedzenia.

- Wspomniałeś wieprzowinę. Musztardy pewno nie macie?

- Nie - mruknął krasnolud.

- Nie cierpię solonej wieprzowiny bez przypraw. Ale dajcie ją tu mimo wszystko.

Wimsloe bez słowa wręczył jej kosz z kolacją trupy. Niania uniosła pokrywę i zbadała zawartość.

- Ten ser jest już dość stary. Trzeba go szybko zjeść. A co jest w bukłaku?

- Piwo - odparł Tomjon ułamek sekundy przed Hwelem, któ­ry powiedział: - Woda.

- Słabe - uznała po chwili Niania.

Sięgnęła do fartucha po kapciuch z tytoniem.

- Ktoś ma ogień? - zapytała.

Kilku aktorów wyjęło wiązki zapałek. Niania kiwnęła głową i schowała kapciuch.

- Dobrze - stwierdziła. - A czy ktoś ma tytoń?
***

Pół godziny później wozy zadudniły na moście, minęły przygraniczne pola i lasy, stanowiące większą część kró­lestwa.

- To jest to? - spytał Tomjon.

- No, nie wszystko - zapewniła Niania, która spodziewała się nieco większego entuzjazmu. - O wiele więcej leży za tamtymi gó­rami. Ale to jest płaski kawałek.

- To ma być płaski?

- Stosunkowo płaski - zgodziła się Niania. -A powietrze jest znakomite. Tam stoi pałac, skąd roztacza się wspaniały widok na całą okolicę.

- To znaczy na lasy.

- Spodoba ci się tutaj.

- Kraj jest dość mały.

Niania zastanowiła się. Prawie całe życie spędziła w granicach Lancre i zawsze wydawało jej się w sam raz.

- Przytulny - powiedziała. - Wszędzie wygodnie.

- Wszędzie gdzie? Niania poddała się.

- Wszędzie blisko.

Hwel milczał. Powietrze było rzeczywiście znakomite, spływa­jące z niepokonanych zboczy Ramtopów niczym kąpiel dla płuc, pachnące żywicą wysokich lasów. Przejechali przez bramę do czegoś, co tu, w górach, nazywano pewnie miastem. Kosmopolita, ja­kim stał się krasnolud, uznał jednak, że na równinach kwalifikowa­łoby się jako otwarty teren.

- Tam jest gospoda - zauważył z powątpiewaniem Tomjon. Hwel podążył wzrokiem za jego spojrzeniem.

- Tak - przyznał po chwili. - Chyba jest.

- Kiedy wystawimy sztukę?

- Nie wiem. Myślę, że poślemy kogoś do zamku z wiadomo­ścią, że już jesteśmy. - Hwel poskrobał się po brodzie. - Błazen mówił, że król, czy kto tam będzie, zechce przeczytać tekst.

Tomjon rozejrzał się dookoła. Miasteczko Lancre wyglądało na spokojne. Nie sprawiało wrażenia miejsca, z którego aktorów wypędza się o zmierzchu. Potrzebna mu była populacja.

- To stolica królestwa - poinformowała Niania Ogg. - Za­uważcie pięknie zaprojektowane ulice...

- Ulice?

- Ulicę - poprawiła się Niania. - A także domy w dobrym sta­nie, o rzut kamieniem od rzeki...

- Rzut?

- Zrzut - ustąpiła Niania. - Zadbane wysypiska, popatrz, jak również rozległe...



- Madam, przyjechaliśmy dostarczyć miastu rozrywki, a nie je kupować.

Niania Ogg spojrzała z ukosa na Tomjona.

- Chciałam tylko, żebyście się przekonali, jak tu ładnie.

- Ta obywatelska duma przynosi pani zaszczyt - przyznał

Hwel. - A teraz proszę zejść z wozu. Jestem pewien, że ma pani jeszcze trochę chrustu do zebrania. Laboga.

- Dziękuję za przekąskę. - Niania zeszła na ziemię.

- Za posiłki - poprawił Hwel. Tomjon trącił go dyskretnie.

- Powinieneś być grzeczniejszy. Nigdy nie wiadomo. - Zwró­cił się do Niani. - Dziękujemy, dobra... O, zniknęła.


***

- Przyjechali wystawiać teatr - oznajmiła Niania. Ku jej irytacji, Babcia Weatherwax nie przerywała obiera­nia fasoli.

- I co? Masz zamiar coś powiedzieć? Dowiadywałam się róż­nych rzeczy - przypomniała. - Zbierałam informacje. A nie sie­działam i nie robiłam zupy...

- Gulaszu...

- To rzeczywiście bardzo ważne - parsknęła Niania.

- Jaki to teatr?

- Nie mówili. Chyba coś dla księcia.

- A po co mu teatr?

- Też nie powiedzieli.

- To zapewne tylko podstęp, żeby dostać się do zaniku -stwierdziła z mądrą miną Babcia. - Bardzo sprytny pomysł. Wi­działaś, co mają w wozach?

- Skrzynie, toboły i różne takie.

- Są pełne pancerzy i mieczy, możesz mi wierzyć. Niania Ogg była pełna wątpliwości.

- Jak dla mnie, to nie wyglądali na żołnierzy. Byli okropnie młodzi i pryszczaci.

- Sprytne. Przypuszczam, że w połowie sztuki król wyjawi swo­je przeznaczenie tam, gdzie wszyscy będą go widzieć. Dobry plan.

- Jest jeszcze coś. - Niania zaczęła gryźć strączek fasoli. - Je­mu nie bardzo się tu podobało.

- Na pewno się podobało. Ma to we krwi.

- Przyprowadziłam ich najładniejszą drogą. Nie zrobiła na nim wrażenia.

Babcia zawahała się.

- Pewnie był podejrzliwy wobec ciebie - uznała. - Albo zbyt oszołomiony, żeby mówić.

Odłożyła miskę fasoli i w zadumie spojrzała na drzewa.

- Czy masz jeszcze w zamku kogoś z rodziny? - spytała.

- Shirl i Daff pomagają w kuchni, odkąd kucharz stracił rozum.

- To dobrze. Porozmawiam z Magrat. Powinnyśmy chyba obejrzeć ten teatr.

1   ...   10   11   12   13   14   15   16   17   18


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna