Terry pratchett



Pobieranie 1.43 Mb.
Strona15/18
Data27.04.2016
Rozmiar1.43 Mb.
1   ...   10   11   12   13   14   15   16   17   18

***

- Idealna - pochwalił książę.

- Dziękuję - odparł Hwel.

- Doskonale oddałeś ten straszny wypadek. Jakbyś tam był. Cha, cha, cha.

- Ale cię nie było, prawda? - Lady Felmet spojrzała na krasnoluda podejrzliwie.

- Użyłem wyobraźni - wyjaśnił pospiesznie Hwel.

Księżna przyglądała mu się z miną sugerującą, że wyobraźnia może się uważać za szczęśliwą, jeśli nie zostanie wywleczona na dziedziniec, by wytłumaczyła się czterem dzikim koniom i kawał­kowi łańcucha.

- Zgadza się doskonale. - Książę przewracał strony jedną rę­ką. - Dokładnie, dokładnie jak było.

- Jak będzie - syknęła księżna. Książę przewrócił kolejną stronicę.

- Ty też tu jesteś - oznajmił. - Zdumiewające. Słowo w słowo, tak właśnie będę to pamiętał. Widzę, że wprowadziłeś także Śmierć.

- Zawsze popularny - zapewnił Hwel. - Publiczność go ocze­kuje.

- Jak szybko możecie ją wykonać?

- Wystawić. Robiliśmy już próby. Kiedy tylko zechcesz, panie.

A potem możemy się stąd wynieść, pomyślał Hwel, jak najda­lej od twoich oczu podobnych do dwóch surowych jajek i od tej ba­by jak góra w czerwonej sukni, i od zamku, który działa jak magnes dla wiatru. Ta sztuka nie przejdzie do historii jako jedna z moich najlepszych, to pewne.

- Mówiliśmy, że ile wam zapłacimy? - zapytał książę.

- Wasza wysokość wspominał o kolejnych stu sztukach srebra.

- Sztuka jest ich warta.

Hwel wyszedł szybko, zanim księżna zaczęła się targować. Ale czuł, że chętnie by dopłacił, żeby tylko stąd wyjechać. Przytulne, akurat... Bogowie, jak ktoś może lubić takie królestwo?


***

Błazen czekał na łące z sadzawką pośrodku. Patrzył smęt­nie w niebo i zastanawiał się, gdzie, u licha, jest Magrat. Przecież mówiła, że to ich miejsce; nie zmieniał sytuacji fakt, że korzystało z niego również kilkanaście krów. Pojawiła się w zielonej sukni i fatalnym humorze.

- O co chodzi z tą sztuką? - zapytała. Błazen siadł ciężko na pniu wierzby.

- Nie cieszysz się, że mnie widzisz?

- No... Tak. Oczywiście. A ta sztuka?

- Mój pan chce czegoś, co przekona ludzi, iż jest prawowitym królem Lancre. Chyba przede wszystkim jego samego.

- I po to pojechałeś do miasta?

- Tak.


- To obrzydliwe!

- Wolałabyś metody księżnej? - zapytał spokojnie Błazen. - Ona uważa, że powinna zwyczajnie każdego zabić. I potrafi to ro­bić. A wtedy wybuchną walki i w ogóle. Wielu ludzi zginie. W ten sposób będzie łatwiej.

- Gdzie twoja odwaga?

- Słucham?

- Czy nie chciałbyś zginąć szlachetnie dla sprawy?

- Wolałbym raczej żyć dla niej spokojnie. Wam, czarowni­com, łatwo mówić, bo możecie robić, co chcecie. Aleja nie mam wyboru.

Magrat usiadła obok niego. Dowiedz się wszystkiego o tej sztu­ce, przykazała jej Babcia. Porozmawiaj ze swoim brzęczącym przyjacielem. Odpowiedziała jej: Jest bardzo lojalny. Może mi nic nie zdradzić. A Babcia na to: Nie pora na połowiczne środki. Jeśli bę­dzie trzeba, uwiedź go.

- Kiedy się odbędzie ta sztuka? - zapytała, przysuwając się bliżej.

- Radujmy się... Nie wolno mi tego wyznać - odparł Błazen. - Książę powiedział: nie powtarzaj czarownicom, że to jutro wieczo­rem. Tak powiedział.

- Ja bym nie mówiła - zgodziła się Magrat.

- O ósmej.

- Rozumiem.

- Ale przedtem kieliszek sherry, o siódmej trzydzieści, jak tuszę.

- Przypuszczam, że nie powinieneś mi też mówić, kto jest za­proszony.

- Zgadza się. Większość dygnitarzy z Lancre. Sama rozumiesz, że ci tego nie powiedziałem.

- To prawda.

- Myślę jednak, że masz prawo wiedzieć, o czym ci nie mówię.

- Słuszna uwaga. Czy jest jeszcze ta mała furtka na tyłach? Ta, co prowadzi do kuchni?

- Ta, która często jest nie strzeżona?

- Właśnie.

- Och, ostatnio prawie jej nie pilnujemy.

- Jak myślisz, czy ktoś będzie tam stał na straży jutro koło ósmej?

- Ja mógłbym tam być.

- To dobrze.

Błazen odsunął wilgotny nos wścibskiej krowy.

- Książę się was spodziewa - dodał.

- Sam mówiłeś, że miałyśmy nie wiedzieć.

- Powiedział, że nie wolno mi niczego wam zdradzić. Ale po­tem dodał: „Przyjdą i tak; mam nadzieję, że przyjdą". To właści­wie dziwne. Był w świetnym humorze, kiedy to mówił. Hm... Mo­żemy się spotkać po przedstawieniu?

- O niczym więcej nie wspominał?

- Owszem, coś o pokazaniu czarownicom ich przyszłości. Nie zrozumiałem. Naprawdę chciałbym cię zobaczyć. Kupiłem...

- Myślę, że mogę wtedy myć włosy - odparła mgliście Magrat. - Przepraszam, ale naprawdę muszę już iść.

- Tak, ale kupiłem ci prę... - wyznał Błazen, patrząc za odda­lającą się postacią.

Zgarbił się, kiedy zniknęła między drzewami. Spojrzał na na­szyjnik, zwinięty ciasno w drżących palcach. Musiał przyznać, że był wyjątkowo niegustowny, ale ona takie właśnie lubiła: srebro i czaszki. Kosztował zbyt wiele.

Krowa, zmylona rogatą czapką, wsadziła mu język do ucha.

To prawda, pomyślał Błazen. Czarownice naprawdę robią lu­dziom niemiłe rzeczy.
***

Nadeszła jutrzejsza noc i pełne wątpliwości czarownice okrężną drogą ruszyły do zamku.

- Jeśli on chce, żebyśmy tam były, to ja nie idę - oznaj­miła Babcia. - On ma jakiś plan. Używa na nas głowologii.

- Coś się dzieje - przyznała Magrat. - Wczoraj w nocy kazał swoim ludziom podpalić trzy domy w naszej wsi. Zawsze to robi, kiedy jest w dobrym humorze. A ten nowy sierżant aż za dobrze so­bie radzi z zapałkami.

- Nasza Daff widziała rano, jak ci aktorzy ćwiczą - dodała Nia­nia Ogg, niosąca torbę orzechów i skórzany bukłak, z którego do­chodził mocny, ostry zapach. - Mówiła, że to same krzyki, ciosy sztyletem, a potem zastanawianie się, kto to zrobił, i długie kawał­ki, kiedy ludzie bardzo głośno mruczą coś do siebie.

- Aktorzy - rzuciła z pogardą Babcia. - Jakby świat nie był do­statecznie pełen historii, bez wymyślania nowej.

- I w dodatku strasznie krzyczą - stwierdziła Niania. - Tak gło­śno, że człowiek sam siebie nie słyszy.

Głęboko w kieszeni fartucha ukryła także nawiedzony kamień z zamku. Król wchodził do teatru gratis.

Babcia kiwnęła głową. Warto będzie to zobaczyć, pomyślała. Nie miała pojęcia, co zaplanował Tomjon, ale wrodzone wyczucie dramatu zapewniało ją, że chłopiec musi zrobić coś ważnego. Mo­że zeskoczy ze sceny, rozważała, i zakłuje księcia na śmierć... Uświa­domiła sobie, że właśnie na to liczy.

- Cześć, hm, jak ci tam - mruknęła pod nosem. - Przyszły gdzieś królu, cześć ci.

- Ruszajmy - rzuciła Niania. - Bo wypiją całe sherry.

Błazen czekał markotnie za wiklinową furtką. Rozpromienił się, widząc Magrat, i przybrał wyraz uprzejmego zdziwienia na wi­dok dwóch pozostałych.

- Nie będziecie chyba sprawiać kłopotów? - zapytał. - Nie chcę tu kłopotów. Proszę.

- Nie mam pojęcia, o czym mówisz - rzekła królewskim to­nem Babcia i weszła do środka.

- Uważaj, dzwońcu. - Niania szturchnęła Błazna pod żebro. - Mam nadzieję, że nie zatrzymywałeś naszego dziewczęcia do póź­na.

- Nianiu! - Magrat była zaszokowana.

Błazen odpowiedział przerażonym, przymilnym grymasem, typowym dla wszystkich młodych ludzi, gdy spotykają uparte star­sze panie wygłaszające komentarze na temat ich życia osobiste­go.

Starsze czarownice podążyły w głąb zamku. Błazen chwycił dłoń Magrat.

- Wiem, skąd będzie dobrze widać - szepnął. Zawahała się.

- Spokojnie. Przy mnie będziesz całkiem bezpieczna.

- Tak, owszem. - Magrat starała się spojrzeć mu przez ramię i sprawdzić, gdzie zniknęły koleżanki.

- Wystawiają sztukę na dworze, na wielkim dziedzińcu. Bę­dziemy doskonale widzieć z wieży przy bramie. Nie będzie nikogo oprócz nas. Zaniosłem tam trochę wina i w ogóle.

Kiedy wciąż nie była pewna, dodał szybko:

- Jest tam również cysterna wody i palenisko, którego czasem używają gwardziści. Na wypadek gdybyś chciała umyć włosy.


***

Zamek pełen był gości stojących z tymi uprzejmymi, za­kłopotanymi minami, jak często ludzie, którzy widzą się przez cały dzień, a potem widzą się znowu w niezwykłych okolicznościach towarzyskich. Na przykład na biurowym przyję­ciu. Czarownice przemknęły nie zauważone i znalazły sobie miej­sca na ławach stojących rzędami na dziedzińcu, przed pospiesz­nie złożoną sceną.

Niania Ogg podsunęła Babci orzechy.

- Chcesz jednego?

Radca miejski Lancre wyminął ją i grzecznie wskazał miejsce po lewej stronie.

- Ktoś tu siedzi? - zapytał.

- Tak - odparła Niania.

Radca spojrzał niepewnie na pozostałe, szybko się zapełnia­jące ławy, a potem na wyraźnie puste siedzenie przed sobą. Pod­niósł szatę, wyraźnie zdecydowany.

- Myślę, że wkrótce rozpocznie się początek sztuki. Zatem pa­ni przyjaciele, kiedy już przyjdą, muszą znaleźć sobie inne miej­sca - oświadczył i usiadł.

Po kilku sekundach zbladł nagle. Zaczął dzwonić zębami. Zła­pał się za brzuch i jęknął20.

- Mówiłam - rzuciła Niania, kiedy odchodził kulejąc. - Po co w ogóle pytać, jeśli nie słucha się odpowiedzi? - Podsunęła torbę przed puste miejsce. - Orzecha?

- Nie, dziękuję. - Król Verence machnął widmową ręką. - Przelatują przeze mnie, niestety.

- Szlachetni państwo, zechciejcie wysłuchać...

- Co to? - zdziwiła się Babcia. - Kim jest ten człowiek w rajtuzach?

- To Prolog - wyjaśniła Niania. - Musi wystąpić na początku, żeby wszyscy wiedzieli, o czym jest sztuka.

- Nie rozumiem ani słowa - burknęła Babcia. - A co to właści­wie znaczy „prolog"?

- Odmiana robaka.

- Ładnie, nie ma co. Wychodzi robak i nas wita. Od razu czło­wiek wpada w odpowiedni nastrój. Rozległo się chóralne „psst".

- Orzechy są strasznie twarde. - Niania wypluła jeden na dłoń. - Do tego będę musiała zdjąć but.

Babcia zatonęła w niezwyczajnym, nerwowym milczeniu. Sta­rała się słuchać Prologu. Teatr ją niepokoił. Miał w sobie magię, ale nie należącą do niej, nie będącą w jej władaniu. Teatr zmie­niał świat, wypowiadał zdania, które były czymś innym, niż były. Ale to nie wszystko... Ta magia nie była własnością adeptów ma­gii. Panowali nad nią ludzie zwyczajni, nie znający reguł. Zmienia­li świat, ponieważ po zmianie brzmiał lepiej.

Książę i księżna siedzieli na tronach pod samą sceną. Babcia widziała, jak książę odwrócił się lekko; zobaczyła jego uśmiech.

Chcę świata takiego, jaki jest, pomyślała. Chcę przeszłości ta­kiej, jaka była. A była o wiele lepsza niż teraz.

Zagrała orkiestra.

Hwel wyjrzał zza kolumny i skinął na Wimsloe'a i Brattsleya. Obaj wykuśtykali w blask pochodni.
STARZEC (Mędrzec): Co stało się z krainą?

STARUSZKA (Babka): To zgroza...


Krasnolud obserwował ich przez chwilę zza kulisy, porusza­jąc bezgłośnie wargami. Potem ruszył do wartowni, gdzie reszta jego zespołu czekała w ostatnich, pospiesznych stadiach wkładania kostiumów.

Hwel wydał z siebie tradycyjny ryk inspicjenta.

- No już - rozkazał. - Żołnierze króla, migiem. I czarowni­ce... Gdzie są te przeklęte czarownice? Młodzi uczniowie stanęli przed nim.

- Zgubiłem kurzajkę!

- W kociołku jest pełno jakiegoś paskudztwa!

- Coś mieszka w mojej peruce!

- Spokój, spokój! - wrzasnął Hwel. - Na premierze wszystko będzie w porządku.

- Dziś jest premiera, Hwel!

Hwel porwał ze stolika garść kitu i nasadził kurzajkę jak poma­rańcz. Podejrzana słomiana peruka została wbita na głowę właściciela, razem z trzodą i wszystkim, a pobieżne badanie kociołka doprowadziło do wniosku, że jest pełen właśnie odpowiedniego pa­skudztwa, co kto ma do takiego paskudztwa?

Na scenie gwardzista upuścił tarcze, schylił się po nią i upuścił włócznię. Hwel wzniósł oczy do nieba i zmówił cichą modlitwę do bogów, którzy akurat patrzą.

Już zaczynało się psuć. Na wcześniejszych próbach były drob­ne problemy, to fakt. Hwel jednak widział w życiu jedną czy dwie monumentalne katastrofy, a ta zapowiadała się na najgorszą. Ze­spół był roztrzęsiony jak worek homarów.

Usłyszał, że dialog na scenie cichnie. Pognał do kulisy.

- ...pomścić grozę twego ojca zgonu... - syknął i biegiem wró­cił do drżących czarownic. I jęknął. Wrzawa i zamieszanie... Ta trójka powinna terroryzować królestwo. Do wejścia została najwy­żej minuta.

- No dobra! - zawołał. - Kim jesteście? Złymi prorokiniami, tak?

- Tak, Hwel - odpowiedzieli posłusznie.

- Powiedzcie, kim jesteście - zażądał.

- Jesteśmy złymi prorokiniami, Hwel.

- Głośniej!

- Złe prorokinie!

Hwel przespacerował się wzdłuż szeregu i odwrócił na pięcie.

- I co będziecie robić?

Druga Czarownica podrapał się w zamieszkaną perukę.

- Będziemy przeklinać ludzi? - zaryzykował. - Tak stoi w tekś­cie.

- Nie SŁYSZĘ cię!

- Będziemy przeklinać ludzi! - krzyknęli chórem, stając na baczność. Wpatrywali się wprost przed siebie, żeby uniknąć jego spojrzenia.

Hwel zawrócił.

- Kim jesteście?

- Prorokiniami, Hwel.

- Jakimi prorokiniami?

- Jesteśmy pokątnymi starymi prorokiniami! - huknęli, wy­raźnie nabierając ducha.

- A jakimi pokątnymi starymi prorokiniami?

- Złymi, pokątnymi starymi prorokiniami!

- Spiskujecie?

- Tak!


- Skrywacie się?

- Tak!


Hwel wyprostował się na całą wysokość, co prawda niewielką.

- Kim jesteście?! - ryknął.

- Jesteśmy spiskującymi, skrytymi, pokątnymi starymi proro­kiniami!

- Tak jest!

Wskazał drżącym palcem scenę, zniżył głos i dokładnie w tej chwili cząstka natchnienia przemknęła przez atmosferę i wbiła się w kreatywny ośrodek jego mózgu, wywołując słowa:

- A teraz idźcie tam i sprawcie im piekło! Nie dla mnie. Nie dla cholernego kapitana. - Przesunął niedopałek wyimaginowa­nego cygara z jednego kącika ust w drugi, odsunął nie istniejący hełm i wychrypiał: - Ale dla kaprala Walkowskiego i jego pieska.

Patrzyli na niego z niedowierzaniem.

Ktoś potrząsnął arkuszem blachy i czar prysł.

Hwel westchnął. Dorastał w górach, gdzie burze przechadza­ły się między szczytami na nogach błyskawic. Pamiętał burze, któ­re pozostawiały góry w innym kształcie i kładły całe lasy. Arkusz blachy to jednak nie to samo, choćby potrząsany z entuzjazmem.

Choć raz, pomyślał. Choć raz pozwólcie mi zrobić to jak na­leży.

Otworzył oczy.

- Czego tu jeszcze stoicie?! - ryknął do czarownic. - Na scenę i przeklnijcie ich!

Patrzył, jak odbiegają. I wtedy Tomjon postukał go w głowę.

- Hwel, nie ma korony.

- Hm... - odparł krasnolud, zajęty w myślach budową maszyn do grzmotu i błyskawic.

- Nie ma korony, Hwel. Muszę nosić koronę.

- Oczywiście, że jest. Ta duża, z czerwonym szkłem, imponu­jąca. Używaliśmy jej w tym mieście z dużym rynkiem...

- Chyba ją tam zostawiliśmy.

Znowu blaszanym dźwiękiem zahuczał grom, ale ta część Hwela, która żyła sztuką, dosłyszała coraz wolniejszy dialog na scenie. Skoczył do kulisy.

- ...zdusiłam dziecię niejedno... - syknął i pognał z powro­tem.

- No to poszukaj innej - powiedział. - W skrzyni z rekwizyta­mi. Jesteś Złym Królem i musisz mieć koronę. Do roboty, chłopcze. Wchodzisz za parę minut. Improwizuj.

Tomjon powędrował do skrzyni. Dorastał wśród koron, wiel­kich złotych koron z drewna i gipsu, zdobionych najpiękniejszym szkłem. Ząbkując gryzł kapelusze Władzy. Jednak większość z nich została w Disku.

Wyjmował ze skrzyni sztylety z chowanym ostrzem, czaszki i wazy, warstwy czasu... Aż na samym dnie palce trafiły na coś cien­kiego i w kształcie korony, czego nikt nie chciał nosić, gdyż było zbyt mało do korony podobne.

Przyjemnie byłoby stwierdzić, że drgnęła mu pod palcami. Może rzeczywiście drgnęła.


***

Babcia siedziała nieruchoma jak posąg i niemal tak sa­mo zimna. Ze zgrozą uświadamiała sobie powagę sytua­cji.

- To my - powiedziała. - Przy tym głupim kociołku. To mamy być my, Gytho.

Niania Ogg zamarła z orzechem w połowie drogi do dziąseł.

- Nigdy nie rozbiłam niczyjego statku! - zapewniła. - Prze­cież właśnie powiedziały, że chcą rozbić statek. To nie ja! Na wieży Magrat dźgnęła Błazna łokciem.

- Zielony puder - powiedziała, patrząc na Trzecią Czarowni­cę. -Ja przecież tak nie wyglądam. Nie wyglądam, prawda?

- Absolutnie - zapewnił Błazen.

- I te włosy!

Błazen wyjrzał między blankami niby nadgorliwy gargulec.

- To chyba słoma - stwierdził. - I to niezbyt czysta. Zawahał się, skubiąc mech z kamieni. Zanim wyjechał z miasta, poprosił Hwela o kilka odpowiednich słów, jakie mógłby po­wiedzieć młodej damie. W drodze do domu uczył się ich na pa­mięć. Nadeszła pora... Teraz albo nigdy.

- Chciałbym zapytać, czy mogę cię porównać do dnia w peł­ni lata. Bo widzisz... dwunasty czerwca był całkiem ładny i... Ojej. Już cię nie ma...
***

Król Verence zacisnął palce na brzegu ławy; zagłębiły się w drewno. Tomjon wkroczył na scenę. - To on, prawda? To mój syn? Nie rozłupany orzech wypadł z dłoni Niani Ogg i potoczył się po kamieniach. Kiwnęła głową.

Verence zwrócił ku niej swą wychudłą, przejrzystą twarz.

- Ale co on robi? Co mówi?

Niania pokręciła głową. Król słuchał z otwartymi ustami, jak Tomjon - kuśtykając bokiem po scenie - wygłasza swój wielki mo­nolog.

- Myślę, że on ma być tobą - stwierdziła niechętnie Niania.

- Przecież nigdy tak nie mówiłem! Dlaczego ma garb na ple­cach? Co z jego nogą? - Posłuchał chwilę i dodał ze zgrozą: - I na pewno nigdy czegoś takiego nie zrobiłem. Ani tego. Dlaczego mó­wi, że zrobiłem?

Rzucił Niani błagalne spojrzenie. Wzruszyła ramionami.

Król zdjął z głowy widmową koronę i przyjrzał jej się z bliska.

- Nosi moją koronę! Spójrz, to ona! I opowiada, że uczyni­łem te... - Zamilkł, by wysłuchać ostatniego kupletu. - No dobrze, to akurat rzeczywiście mogłem zrobić. Faktycznie, podpaliłem pa­rę domów. Wszyscy tak robią. I dzięki temu rozwija się przemysł bu­dowlany.

Wcisnął koronę na skronie.

- Dlaczego mówi o mnie takie rzeczy?

- To sztuka - odparła Niania. - Jest, jak to się mówi, zwiercia­dłem życia.

Babcia odwróciła się powoli, by spojrzeć na publiczność. Jak oczarowani wpatrywali się w aktorów. Słowa opływały ich w nieruchomym powietrzu. To była prawda. Prawdziwsza nawet niż rze­czywistość. To była historia. Może i fałszywa, ale to nie miało nic do rzeczy.

Nigdy nie poświęcała słowom wiele czasu. Uważała je za nazbyt niematerialne. Teraz tego żałowała. Słowa w istocie były niemate­rialne, ustępliwe jak woda, ale też potężne jak woda. A teraz spły­wały na widzów, podmywały brzegi prawdy i unosiły ze sobą prze­szłość.

To my tam siedzimy, myślała. Wszyscy wiedzą, jakie jesteśmy naprawdę, ale zapamiętają to na scenie - trzy bełkoczące toboły w spiczastych kapeluszach. Wszystko, czego dokonałyśmy, kim byłyśrny, przestanie istnieć.

Zerknęła na ducha króla. Cóż, nie był gorszy niż inni królo­wie. Owszem, mógł spalić jakiś dom od czasu do czasu, jakby z roz­targnieniem, ale tylko kiedy naprawdę coś go rozgniewało; mógł z tego zrezygnować, kiedy tylko zechciał. Tam, gdzie zranił świat, pozostawiał rany, które można uleczyć.

Kto napisał ten Teatr, musiał znać się na magii. Nawet ja wie­rzę w to, co się dzieje, a przecież wiem, że nie ma w tym odrobiny prawdy.

To Sztuka będąca Zwierciadłem Życia.. I dlatego wszystko jest na odwrót.

Przegrałyśmy. W żaden sposób nie możemy się temu przeciw­stawić, nie stając się właśnie takie, jakie nie jesteśmy.

Niania Ogg szturchnęła ją mocno.

- Słyszałaś? - szepnęła. -Jedna powiedziała, że wsadzamy dzie­ci do kotła! One mnie oczerniają! Nie będę tu siedzieć spokojnie i słuchać, że gotuję dzieci w kotle.

Babcia chwyciła ją za chustę.

- Nic nie rób - syknęła. - Tylko pogorszysz sytuację.

- „Dwa paluszki małych dziatek Zaduszonych", tak powiedzia­ły. Na pewno chodzi o młodą Millie Hipwood, która bała się powie­dzieć matce i poszła zbierać chrust. Mała urodziła się prawie udu­szona. Ale wyrosła na piękną dziewczynę. I ma wszystkie palce. To oszustwo!

- Słowa - mruknęła Babcia na wpół do siebie. - Tylko one pozostały. Słowa.

- Patrz, teraz wchodzi jakiś człowiek z trąbą. Co on robi? Aha, koniec Aktu Pierwszego.

Słowa nie pójdą w zapomnienie, myślała Babcia. Mają w so­bie moc. To wściekle dobre słowa, jak na słowa.

Znowu zahuczał grom, zakończony głośnym trzaskiem, jaki wydaje na przykład arkusz blachy upuszczony przez kogoś i uderza­jący o ścianę.

W świecie poza sceną upał przygniatał ziemię niczym wielka poduszka, wyciskając życie nawet z powietrza. Babcia zauważyła, jak strażnik nachyla się do ucha księcia. Nie, nie przerwie przed­stawienia. Oczywiście, że nie. Chce, żeby dobiegło do końca.

Książę musiał wyczuć płomień jej spojrzenia na karku. Od­wrócił się, popatrzył na nią i rzucił dziwny, krzywy uśmieszek. Po­tem szturchnął żonę. Oboje się roześmiali.

Babcia Weatherwax często bywała zagniewana. Uważała to za swój mocny punkt: szczery gniew jest jedną z największych twór­czych potęg wszechświata. Trzeba jednak nad nim panować. To nie znaczy, że można pozwolić mu wyciekać i znikać. Należy go spiętrzyć, ostrożnie, żeby osiągnął spad roboczy, pozwolić mu za­lać całe doliny umysłu i dopiero wtedy, kiedy cała konstrukcja ma za chwilę pęknąć, otworzyć wąską rurę u samej podstawy, by twar­dy jak stal strumień gniewu pchnął turbiny zemsty.

Wyczuwała krainę pod sobą, mimo kilku sążni fundamentów, bruku, jedną grubość skóry i dwie grubości skarpety. Czuła, że wy­czekuje.

Usłyszała głos króla:

- Krew z mojej krwi? Dlaczego mi to zrobił? Stanę przed nim i zapytam.

Delikatnie ścisnęła dłoń Niani Ogg.

- Chodź, Gytho - powiedziała.
***

Lord Felmet siedział na tronie i z obłąkanym, promien­nym uśmiechem spoglądał na świat, który w tej chwili wy­dawał mu się ładny. Wszystko układało się nad podziw do­brze. Czuł, jak przeszłość rozpływa się za nim niby lód wiosną.

Nagły impuls kazał mu wezwać strażnika.

- Wezwij kapitana gwardii - rozkazał. - Niech odszuka cza­rownice i je aresztuje. Księżna parsknęła.

- Pamiętasz, głupcze, co się działo ostatnim razem?

- Zostawiliśmy dwie na wolności - odparł książę. - Tym ra­zem... wszystkie trzy. Opinia publiczna jest po naszej stronie. A ta­kie rzeczy wpływają na czarownice, możesz mi wierzyć.

Księżna splotła palce, aż zatrzeszczały; miało to demonstro­wać jej pogląd na opinię publiczną.

- Musisz przyznać, skarbie, że eksperyment chyba się udał.

- Tak się wydaje.

- Doskonale. Nie stój tak, człowieku. Zanim sztuka się skoń­czy, powiedz mu, trzy czarownice mają być pod kluczem.


***

Śmierć poprawił przed lustrem papierową maskę, nadał kapturowi odpowiedni kształt, odstąpił i przyjrzał się efek­towi swych działań. To była jego pierwsza rola z tekstem. Chciał wypaść jak najlepiej.

- Drzyjcie, śmiertelnicy - rzekł. - Gdyż jam jest Śmierć, które­go żadna... żadna... Hwel, którego żadna co?

- Na miłość bogów, Dafe... „Którego żadna sztaba nie zatrzy­ma ni brama zamknięta nie zagrodzi drogi". Naprawdę nie rozu­miem, jak można mieć kłopoty... Nie tym do góry, idioci! - Prze­biegł przez chaos za sceną do dwójki nierozgarniętych pomocni­ków.

- Zgadza się - stwierdził Śmierć, nie zwracając się do niko­go konkretnego. Stanął przed lustrem. - Którego żadna tralatralalala tralala tralala nie zagrodzi drogi - rzekł i machnął kosą.

Ostrze odpadło.

- Jestem dostatecznie przerażający? - zapytał, próbując je umocować.

Tomjon, który siedział na swoim garbie i pił herbatę, kiwnął głową.

- Doskonale, kolego - stwierdził. - Po twoim wystąpieniu na­wet wizyta Śmierci we własnej osobie nie wzbudzi strachu. Ale mógłbyś spróbować mówić bardziej głucho.

- To znaczy jak?

Tomjon odstawił kubek. Cienie zdawały się sunąć po jego twa­rzy; oczy zapadły się, wargi cofnęły odsłaniając zęby, skóra nacią­gnęła się i zbladła.

- PRZYBIŁEM PO CIEBIE, NĘDZNY AKTORZE! - zainto­nował, a każda sylaba opadała na miejsce niczym wieko trumny. Rysy Tomjona powróciły do zwykłego wyglądu.

- O tak - powiedział.

Dafe, który przylgnął do ściany, odetchnął z ulgą i zachicho­tał nerwowo.

- Bogowie, nie mam pojęcia, jak ty to robisz - wyznał. - Po­wiem szczerze: nigdy nie będę tak dobry jak ty.

- To naprawdę nic trudnego. A teraz biegnij. Hwel i tak jest wściekły.

Dafe rzucił mu spojrzenie pełne wdzięczności i poszedł po­magać przy zmianie dekoracji.

Tomjon sączył herbatę. Niepokoił się. Odgłosy zza kulis kłębi­ły się wokół niego jak mgła.

Hwel twierdził, że wszystko w tej sztuce jest znakomite z wy­jątkiem samej sztuki. A Tomjonowi zdawało się, że sztuka próbu­je ułożyć się w inną formę. W myślach słyszał inne słowa, zbyt ciche, by je rozróżnić. Całkiem jakby podsłuchiwał czyjąś roz­mowę. Musiał głośniej krzyczeć, żeby zagłuszyć brzęczenie w gło­wie.

Tak być nie powinno. Kiedy sztuka jest napisana, to jest... no, napisana. Nie może ożyć i się przekręcać.

Nic dziwnego, że wszyscy potrzebowali suflera. Sztuka wiła im się w rękach i usiłowała się zmienić.

Na bogów, chciałby wynieść się z tego niesamowitego pałacu, jak najdalej od tego obłąkanego księcia. Rozejrzał się, stwierdził, że do kolejnego aktu zostało jeszcze sporo czasu, i ruszył szukać świeżego powietrza.

Drzwi otworzyły się bez oporu i Tomjon wyszedł na parapet. Zamknął je za sobą, odcinając gwar sceny i zastępując go aksamitną ciszą. Jaskrawy zachód słońca płonął uwięziony za kratami chmur, ale powietrze wciąż było nieruchome i gorące jak piec. W lesie na dole krzyknął pierwszy nocny ptak.

Tomjon przeszedł na drugi koniec muru i zajrzał w głębię wą­wozu. Daleko w dole Lancre wrzała pośród wiecznych mgieł.

Odwrócił się i wszedł w podmuch tak lodowaty, że wstrzymy­wał oddech.

Niezwykłe dmuchnięcia szarpały go za ubranie. W uszach sły­szał dziwne szepty, jakby ktoś chciał do niego przemówić, ale nie potrafił dobrać prędkości.

Tomjon przez chwilę stał nieruchomo, chwytając oddech, a potem rzucił się do drzwi.

1   ...   10   11   12   13   14   15   16   17   18


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna