Terry pratchett



Pobieranie 1.43 Mb.
Strona16/18
Data27.04.2016
Rozmiar1.43 Mb.
1   ...   10   11   12   13   14   15   16   17   18

***

- My nie jesteśmy czarownicami!

- To dlaczego wyglądacie jak czarownice, co? Związać im ręce.

- Tak, ale... Przepraszam... Nie jesteśmy prawdziwymi czarow­nicami.

Kapitan gwardii przyjrzał się więźniom po kolei. Objął spojrze­niem spiczaste kapelusze, rozczochrane włosy, pachnące jak mo­kry stóg siana, chorobliwą zielonkawą cerę i stado kurzajek. Stano­wisko kapitana książęcej gwardii nie należało do tych, gdzie pro­muje się inicjatywę. Nakazano schwytać trzy czarownice, a te chy­ba spełniały wszelkie warunki.

Kapitan nigdy nie bywał w teatrze. U zarania wieku młodzień­czego przeżył wielki strach podczas spektaklu kukiełkowego. Od tego czasu starał się unikać wszelkich form zorganizowanej roz­rywki i trzymać się z daleka od miejsc, gdzie z niewielkim choćby prawdopodobieństwem można się spodziewać krokodyli. Minioną godzinę spędził przy drinku w wartowni.

- Kazałem im związać ręce, prawda? - rzucił gniewnie.

- Mamy je też zakneblować, kapitanie?

- Posłuchajcie, przecież jesteśmy z teatru...

- Tak. - Kapitan zadrżał. - Zakneblować.

- Prosimy...

Kapitan pochylił się i spojrzał w trzy pary przerażonych oczu. Dygotał cały.

- Ostatni raz - oznajmił - zjadłyście komuś kiełbasę. Uświadomił sobie, że żołnierze przyglądają mu się podejrzli­wie. Odchrząknął i wyprostował się.

- Dobrze więc, moje teatralne czarownice - rzekł. - Skończy­łyście swoje przedstawienie, a teraz pora na oklaski. - Skinął na swoich ludzi. - Klaśnijcie je w łańcuchy.


***

Trzy inne czarownice siedziały za sceną, wpatrując się po­sępnie w mrok. Babcia Weatherwax zabrała jeden egzem­plarz tekstu i zaglądała do niego od czasu do czasu, jak­by szukała pomysłów.

- Głos trąb, krzyki jazdy - przeczytała zdziwiona.

- To oznacza bitwę i wiele straszliwych wydarzeń - wyjaśniła Magrat. - Tak zawsze dzieje się w sztukach.

- Czyje krzyki? - spytała Niania Ogg, która nie uważała.

- Jazdy.


- Aha. - Niania rozjaśniła się nieco. - Pojechałabym nad mo­rze...

- Nie pleć, Gytho - obruszyła się Babcia Weatherwax. - To nie dla ciebie. To dla tych, co grają na trąbach. Chyba żeby mogli wypocząć po tych krzykach.

- Nie możemy na to pozwolić - oznajmiła stanowczo i głośno Magrat. -Jeśli to się rozejdzie, czarownice zawsze już zostaną sta­rymi wiedźmami z zielonym pudrem.

- Wtrącającymi się w sprawy królów - dodała Niania Ogg. -Czego nigdy nie robimy, jak wiadomo.

- Nie o wtrącanie mi chodzi. - Babcia Weatherwax oparła brodę na dłoni. - O wrogie wtrącanie.

- I okrucieństwo wobec zwierząt - wymruczała Magrat. - Ca­łe to gadanie o oku psa i uchu żaby. Nikt nie używa takich rzeczy.

Babcia Weatherwax i Niania Ogg starannie unikały swojego wzroku.

- Zaduszone - rzekła z goryczą Niania.

- Czarownice nie są takie - ciągnęła Magrat. - Żyjemy w har­monii z wielkimi cyklami natury, nikomu nie robimy krzywdy. I wstrętne jest twierdzić inaczej. Powinnyśmy wypełnić im kości roztopionym ołowiem.

Obie koleżanki spojrzały na nią z pełnym zdumienia podzi­wem. Zarumieniła się, ale nie na zielono, i spuściła głowę.

- Mateczka Whemper przygotowała przepis - wyznała. - To całkiem proste. Trzeba wziąć trochę ołowiu...

- To chyba nie byłoby właściwe - stwierdziła Babcia po krót­kiej walce z myślami. - Ludzie źle by o nas myśleli.

- Ale niedługo - westchnęła z żalem Niania.

- Nie. Nie możemy robić takich rzeczy - oświadczyła Babcia, tym razem nieco bardziej stanowczo. - Nigdy nie daliby nam spo­koju.

- Może po prostu zmienić słowa? - zaproponowała Magrat. - Kiedy wrócą na scenę, rzucimy na nich Wpływ. Zapomną, co mieli mówić, a my im damy nowe słowa.

- A ty pewnie jesteś ekspertem w teatralnych słowach? - spy­tała sarkastycznie Babcia. - Muszą być odpowiedniego rodzaju, inaczej ludzie zaczną coś podejrzewać.

- To nie powinno być zbyt trudne - rzuciła lekceważąco Nia­nia. - Idzie tak: tralala tralala trala. Babcia zastanowiła się głęboko.

- Mam wrażenie, że to nie wystarczy - uznała. - Niektóre prze­mowy były bardzo dobre. Prawie niczego nie zrozumiałam.

- Naprawdę, to żadna sztuka - upierała się Niania. - Zresztą co drugi i tak zapomina, co ma mówić. Łatwo pójdzie.

- Możemy włożyć im słowa do ust? - spytała Magrat. Niania Ogg kiwnęła głową.

- Nie wiem, jak z nowymi słowami - wyjaśniła. - Ale możemy sprawić, żeby zapomnieli stare.

Obie spojrzały pytająco na Babcię Weatherwax. Wzruszyła ra­mionami.

- Myślę, że warto spróbować - ustąpiła.

- Czarownice jeszcze nie narodzone podziękują nam za to! - zawołała Magrat z uczuciem.

- Niech będzie...

- Nareszcie! Gdzie wy się włóczycie? Szukamy was wszędzie! Czarownice obejrzały się; rozzłoszczony krasnolud próbował patrzeć na nie z góry.

- Nas? - zdumiała się Magrat. - Przecież nie jesteśmy...

- Owszem, jesteście. Nie pamiętacie? Wstawiliśmy to w ze­szłym tygodniu. Akt drugi, w głębi sceny, wokół kociołka. Niczego nie musicie mówić. Jesteście symbolem sił okultystycznych w dzia­łaniu. Bądźcie tak złośliwi, jak tylko potraficie. No chodźcie. Grzeczne chłopaki. Na razie idzie wam świetnie.

Hwel klepnął Magrat w pośladek.

- Doskonałą zrobiłeś sobie cerę, Wilt - rzucił zachęcająco. -Tylko podłóż coś sobie, wciąż masz niewłaściwą sylwetkę. Niezłe kurzajki, Billem. Muszę przyznać - dodał, cofając się o krok - że wyglądacie na najpaskudniejsze wiedźmy, jakie można spotkać na tym świecie. Dobra robota. Peruki też. A teraz biegiem. Kurtyna za minutę. Złamcie karki.

Lekko zabolała go ręka, gdy jeszcze raz klepnął Magrat w po­śladek. I pobiegł krzyczeć na kogoś innego.

Żadna z czarownic nie śmiała się odezwać. Magrat i Niania Ogg instynktownie zwróciły wzrok ku Babci.

Pociągnęła nosem. Podniosła głowę. Rozejrzała się. Spojrza­ła na jasno oświetloną scenę za sobą. Złożyła dłonie z klaśnięciem, które odbiło się echem w całym zaniku, a potem zatarła je.

- Korzystne - stwierdziła posępnie. - Chodźcie, zrobimy im przedstawienie.

Rozgniewana Niania popatrzyła w kierunku, gdzie zniknął Hwel.

- Sam sobie złam kark - burknęła.


***

Hwel stanął za kulisą i dał znak dla kurtyny. I dla gromu. Nie nastąpił.

- Grom! - syknął tak, że usłyszała go połowa widowni. - Co jest?

Głos zza najbliższej kolumny zajęczał:

- Ja wziąłem i skrzywiłem grom, Hwel. Teraz robi tylko dzyń-dzyń.

Hwel przez moment stał nieruchomo i liczył w pamięci. Tru­pa obserwowała go jak porażona - niestety, nie gromem. W końcu wyciągnął pięść w stronę nieba.

- Chciałem burzy - powiedział. - Zwykłej burzy. Nawet nie specjalnie potężnej. Jakiejkolwiek. A teraz postaram się wyrażać całkiem jasno! Mam DOSYĆ! Żądam gromu! NATYCHMIAST!

Wstęga błyskawicy, jaka mu odpowiedziała, zmieniła pogrą­żony w cieniu zamek w oślepiającą biel i bezdenną czerń. Po niej, jak na wezwanie, zahuczał grom.

Był to najgłośniejszy huk, jaki Hwel w życiu słyszał. Zdawało się, że rodzi mu się w głowie i rozprzestrzenia na świat. Trwał i trwał, wstrząsając każdym kamieniem murów. Uniosła się chmu­ra kurzu. Daleka wieżyczka odłamała się z baletową powolnością i wirując runęła w żarłoczną głębię wąwozu.

Kiedy grzmot ustał, pozostała cisza hucząca w uszach niczym dzwon.

Hwel spojrzał na niebo. Wielkie czarne chmury sunęły nad zamkiem, przesłaniając gwiazdy.

Burza wróciła.

Wieki spędziła ucząc się swojej sztuki. Przez lata czaiła się w odległych dolinach. Godzinami ćwiczyła przed czołem lodow­ca. Studiowała wielkie burze przeszłości. Doprowadziła swój kunszt do perfekcji. A teraz, wobec - jak widziała - przychylnej publicz­ności, postanowiła wtargnąć w świat sławy jak... hm... jak huragan.

Hwel uśmiechnął się. Może jednak bogowie go wysłuchali. Pożałował, że nie poprosił o dobrą maszynę do wiatru.

Machnął gorączkowo na Tomjona.

- Działaj!

Chłopiec kiwnął głową i rozpoczął swą wielką przemowę.

- Teraz dzierżymy władzę absolutną...

Za nim na scenie czarownice pochyliły się nad kotłem.

- Jest z blachy - syknęła Niania. - I pełen jakiegoś paskudztwa.

- A ogień to czerwony papier - szepnęła Magrat. - Stamtąd wyglądał jak prawdziwy, a to tylko papier! Patrzcie, można go do­tknąć...

- Nie szkodzi - uspokoiła ją Babcia. - Udawajcie zajęte i cze­kajcie, póki nie powiem.

Kiedy Zły Król i Dobry Książę zaczęli dialog, który miał do­prowadzić do porywającej Sceny Pojedynku, obaj coraz wyraźniej sobie uświadamiali, że za nimi dzieje się coś dziwnego. Słyszeli chi­choty z widowni. A po całkiem nie na miejscu wybuchu głośnego śmiechu Tomjon zaryzykował dyskretne spojrzenie.

Jedna z czarownic rozbierała ogień na kawałki. Druga usiłowa­ła wyczyścić kociołek. Trzecia siedziała z rękami założonymi na piersi i wpatrywała się w niego posępnie.

- Sama ziemia krzyczy przeciwko tyranii... - powiedział Wimsloe, dostrzegł wyraz twarzy Tomjona i podążył wzrokiem za jego spoj­rzeniem. Umilkł.

- I wzywa mnie do zemsty - podpowiedział Tomjon.

- A... Ale... - szepnął Wimsloe i próbował dyskretnie skinąć sztyletem.

- Wolałabym umrzeć, niż trzymać w domu taki kociołek -oświadczyła Niania Ogg szeptem tak donośnym, że usłyszano go na całym dziedzińcu. - Dwa dni roboty z drapakiem i wiadrem piasku.

- I wzywa mnie do zemsty! - syknął Tomjon. Kątem oka zoba­czył za kulisą Hwela, znieruchomiałego w pozie obłąkanej furii.

- Jak robią, żeby migotał? - zdziwiła się Magrat.

- Uspokójcie się obie - upomniała je Babcia. - Przeszkadza­cie. - Uniosła kapelusz i skinęła w stronę Wimsloe'a. - Dalej, mło­dy człowieku. Nie zwracaj na nas uwagi.

- Co? - bąknął Wimsloe.

- Aha... I wzywa cię do zemsty, tak? - rzekł zrozpaczony Tom­jon. - I nieba proszą kary, jak przypuszczam.

Jak na sygnał, burza strzeliła piorunem, który strącił szczyt kolejnej wieży...

Książę skulił się na tronie; jego twarz stała się maską grozy. Wyciągnął to, co kiedyś było palcem.

- Tam są - wyszeptał. - To one. Co robią w mojej sztuce? Kto im pozwolił wejść do mojej sztuki?

Księżna, mniej skłonna do zadawania retorycznych pytań, ski­nęła na najbliższego strażnika.

Na scenie Tomjon pocił się pod ciężarem tekstu. Wimsloe bełkotał tylko. A teraz Gumridge, grający rolę Dobrej Księżnej w lnianej peruce, także stracił wątek.

- Aha, śmiesz zwać mnie złym królem, choć szeptem to mó­wisz tak, że nikt prócz mnie nie słyszy - wychrypiał Tomjon. - A te­raz PRZYWOŁAŁAŚ STRAŻNIKA, zapewne najtajniejszym zna­kiem, nie korzystając z możliwości języka ni warg.

Strażnik wbiegł bokiem, z trudem odzyskując równowagę po pchnięciu Hwela.

- Hwel pyta, co się tu dzieje? - syknął.

- Cóż to?! - zawołał Tomjon. - Czy słyszałem, jak rzekłeś: „Przybywam, o pani"?

- Kazał wyrzucić tych ludzi! Tomjon wyszedł na brzeg sceny.

- Bełkoczesz, człeku. Patrz, jak odbijam żółwi cios twej włócz­ni. Powiedziałem: patrz, jak odbijam żółwi cios twej włóczni. Twej włóczni, człeku! Trzymasz ją w garści, na miłość bogów!

Strażnik wyszczerzył zęby.

Tomjon zawahał się. Trzej aktorzy obok niego wpatrywali się tępo w czarownice. Z nieuchronnością wezwania podatkowego zbliżała się scena pojedynku, w której - zaczynał się obawiać - bę­dzie musiał parować swoje własne wściekłe pchnięcia i w końcu zakłuć sam siebie na śmierć.

Spojrzał na trzy czarownice. Otworzył usta.

Po raz pierwszy w życiu zawiodła go wspaniała pamięć. Nie wiedział, co ma mówić.

Babcia Weatherwax wstała. Podeszła do krawędzi sceny. Pu­bliczność wstrzymała oddech. Babcia podniosła rękę.

- Duchu, z otchłani przybywaj i kłamstwo zmień, niech praw­da ma... - zawahała się - tra-la-la-la tra-la-la-la swój dzień.

Tomjon poczuł, że ogarnia go chłód. Pozostali także odżyli.

Z głębi pustych umysłów wypływały nowe słowa, słowa czer­wone od krwi i zemsty, słowa odbijane echem od zamkowych mu­rów, słowa zapamiętane w krzemie, słowa, które zmuszały do słu­chania, słowa, które chwytały ich usta tak mocno, że próba ich niewypowiedzenia skończyłaby się złamaniem szczęki.

- Lękasz się go teraz? - spytał Gumridge. - Kiedy oszołomiony jest winem? Weź ten sztylet, mężu... Jesteś o grubość ostrza od tronu.

- Nie śmiem - odparł Wimsloe, usiłując spojrzeć ze zdumie­niem na własne wargi.

- Kto się dowie? - Gumridge szerokim gestem wskazał pu­bliczność. Nigdy już nie miał grać tak wspaniale. - Widzisz... To tylko noc bezoka. Weź sztylet teraz, a tron jutro. Uderz, człowie­cze.

Dłoń Wimsloe'a zadrżała.

- Mam go, żono - powiedział. - Jest li to sztylet, co przed so­bą widzę?

- Oczywiście, że to sztylet. No chodź. Zrób to teraz. Słabi nie zasługują na litość. Powiemy, że spadł ze schodów.

- Ludzie będą podejrzewać!

- Czyż nie ma lochów? Nie ma obcęgów? Dziewięcioma czę­ściami prawa jest posiadanie, jeśli nóż posiadasz. Wimsloe cofnął rękę.

- Nie mogę. Był dla mnie samą dobrocią.

- A ty możesz być samą zgubą...


***

Dafe słyszał z daleka głosy. Poprawił maskę, sprawdził w lus„trze śmiertelność swego wyglądu i zajrzał do tekstu. - Drzyjcie, śmiertelnicy - rzekł. - Gdyż jam jest Śmierć, co go... co go...

KTÓREGO.

- Dzięki - rzucił z roztargnieniem chłopak. - Którego żadna sztaba nie powstrzyma... ZATRZYMA.

- Zatrzyma... Ni brama zamknięta nie zagrodzi drogi. Przy­bywam, by... by...

BY WZIĄĆ DANINĘ TEJ NOCY KRÓLÓW. Dafe spuścił głowę.

- Jesteś dużo lepszy -jęknął. - Masz odpowiedni głos i pa­miętasz słowa. - Odwrócił się. - To tylko trzy linijki, a Hwel... wy-pruje... mi... flaki... jeśli...

Zamarł. Szeroko otwarte oczy przypominały dwa spodki prze­rażenia. Śmierć pstryknął palcami przed twarzą chłopca.

ZAPOMNIJ, rozkazał, odwrócił się i ruszył cicho do kulisy.

Bezoka czaszka spoglądała na rząd kostiumów, na resztki pozostawione w garderobie. Puste nozdrza wciągały zapach naftaliny, smarowideł i potu.

Istnieje tu coś, pomyślał, co powinno niemal należeć do bogów. Ludzkie istoty zbudowały świat wewnątrz świata, który odbijał się w nim tak, jak pejzaż odbija się w kropli wody. A jednak... A jednak...

W tym swoim małym świecie umieścili wszystko to, od czego powinni przecież uciekać - nienawiść, strach, tyranię i tak dalej. Śmierć był tym zaintrygowany. Myśleli, że oderwą się od siebie sa­mych, ale każda sztuka, wymyślona przez ludzi, wciągała ich głębiej do wnętrza.

Znalazł się tutaj w bardzo konkretnej i pilnej sprawie. Powi­nien zabrać duszę. Nie miał czasu na kwestie nieistotne. Ale czym naprawdę jest czas?

Stopy mimowolnie zatańczyły i zastukały na kamieniach. Sa­motny wśród szarości cienia, Śmierć stepował.

...JUTRO WIECZOREM ZAWIESZĄ GWIAZDĘ NA DRZWIACH TWEJ GARDEROBY..

Opanował się, poprawił kosę i w milczeniu czekał na znak.

Jeszcze nigdy żadnego nie przeoczył.

Wejdzie tam i pozabija wszystkich.


***

- A ty możesz być samą zgubą dla niego. Idź. Wszedł Śmierć. Stukał stopami o podłogę.

DRZYJCIE ŚMIERTELNICY, rzekł, GDYŻ JAM JEST ŚMIERĆ, KTÓREGO ŻADNA... ŻADNA... KTÓREGO ŻADNA... Zawahał się. Zawahał się po raz pierwszy w ciągu wieczności swego istnienia.

Choć bowiem Śmierć Dysku potrafił radzić sobie z milionami ludzi, każda śmierć była prywatna i osobista.

Śmierć rzadko bywał widziany; jedynie przez tych o skłonno­ściach okultystycznych i przez swoich klientów. Powód jest prosty: ludzki mózg ma dość rozsądku, usuwa widoki zbyt straszne, by je znieść. Problem w tym, że w tej chwili kilkaset osób oczekiwało wejścia Śmierci; a zatem go widziało.

Śmierć odwrócił się powoli i spojrzał w setki czujnych oczu.

Nawet w uścisku prawdy Tomjon natychmiast rozpoznał współaktora w potrzebie. Z wysiłkiem odzyskał władzę nad wargami.

- ...sztaba nie zatrzyma... - szepnął przez zaciśnięte zęby. Śmierć odpowiedział maniakalnym grymasem tremy. CO? szepnął głosem brzmiącym niczym kowadło uderzone małym ołowianym młoteczkiem.

- ...sztaba nie powstrzyma ni brama zamknięta nie zagrodzi... - zachęcił go Tomjon.

...SZTABA NIE POWSTRZYMA NI BRAMA ZAMKNIĘTA NIE ZAGRODZI... HM... powtórzył Śmierć, rozpaczliwie wpatru­jąc się w usta chłopca.

- ...drogi! DROGI.

- Nie, nie mogę - odezwał się Wimsloe. - Ktoś nas zobaczy! Tam w dole, w korytarzu, ktoś patrzy!

- Nie ma nikogo!

- Czuję spojrzenie!

- Nędzny głupcze! Czy sama muszę to zrobić? Patrz, jego sto­pa już na pierwszym stopniu!

- Nie!


Krzyk rozległ się na widowni. Książę poderwał się z miejsca, wciskając w usta udręczoną pięść. Potem rzucił się naprzód, roz­trącając ludzi.

- Nie! Nie zrobiłem tego! To nie było tak! Nie wolno wam twierdzić, że tak się stało! Nie było was tam!

Spojrzał na zwrócone ku sobie twarze i spuścił głowę.

- Mnie też nie. - Zachichotał. - Spałem wtedy. Pamiętam do­skonale. Krew splamiła łóżko, splamiła podłogę. Nie mogłem zmyć krwi, ale nie są to odpowiednie tematy do rozmowy. Nie pozwolę na dyskusję o bezpieczeństwie narodowym. To był tylko sen, a kie­dy się obudzę, jutro on będzie żył. Jutro to się nie stanie, ponieważ się nie stało. Jutro możecie powiedzieć, że nie wiedzieliście. Jutro możecie powiedzieć: „Nie przypominam sobie". Jakiegoż hałasu narobił spadając! Mógłby pobudzić umarłych. Kto by się spodzie­wał tyle krwi w jednym człowieku?

Dotarł do sceny, wspiął się i uśmiechnął promiennie do obec­nych.

- Mam nadzieję, że to wszystko wyjaśnia - oznajmił. - Cha, cha.

W ciszy, jaka zapadła, Tomjon otworzył usta, by powiedzieć coś odpowiedniego, coś uspokajającego... I odkrył, że nie ma nic do powiedzenia.

Ale inna osobowość wniknęła w niego i przejęła władzę nad wargami. I przemówiła.

- Moim własnym sztyletem, ty draniu! Wiedziałem, że to ty! Widziałem cię na szczycie schodów, jak ssałeś kciuk! Zabiłbym cię, ale powstrzymuje mnie wizja słuchania przez wieczność twoich ję­ków. Ja, Verence, niegdyś król...

- Cóż to za zeznanie? - przerwała mu księżna. Stała przed sceną w otoczeniu sześciu żołnierzy. - To oszczerstwo - dodała. - I zdrada na dodatek. Bełkot obłąkanych aktorów.

- Byłem królem przeklętego Lancre! - wrzasnął Tomjon.

- W takim razie jesteś rzekomą ofiarą - odparła zimno księż­na. - I nie możesz być świadkiem oskarżenia. To wbrew wszelkim precedensom.

Ciało Tomjona odwróciło się do Śmierci.

- Byłeś tam! Widziałeś wszystko!

OBAWIAM SIĘ, ŻE NIE ZOSTANĘ UZNANY ZA WŁAŚCI­WEGO ŚWIADKA.

- Zatem nie ma dowodów, a gdzie nie ma dowodów, tam nie ma zbrodnii - podsumowała księżna. Skinęła na żołnierzy. - Tak kończy się twój eksperyment - zwróciła się do męża. - Uważam, że mój sposób jest lepszy.

Rozejrzała się i dostrzegła czarownice.

- Aresztujcie je - poleciła.

- Nie! - zawołał Błazen, wychodząc zza kulisy.

- Co powiedziałeś?

- Widziałem wszystko - odparł spokojnie Błazen. - Byłem tej nocy w holu. To ty zabiłeś króla, panie.

- Nieprawda! - wrzasnął książę. - Nie było cię tam! Nie wi­działem cię! Rozkazuję, żeby cię tam nie było!

- Nie ośmieliłeś się powiedzieć tego wcześniej, Błaźnie - za­uważyła lady Felmet.

- Tak, pani. Ale musiałem powiedzieć teraz. Książę spojrzał na niego niepewnie.

- Przysięgałeś lojalność aż do śmierci, mój Błaźnie - syknął.

- Tak, panie. Przykro mi.

- Już jesteś trupem.

Książę wyrwał sztylet z bezwładnej dłoni Wimsloe'a i wbił go po rękojeść w pierś Błazna. Magrat krzyknęła. Błazen kołysał się w przód i w tył.

- Dzięki bogom, to już koniec - powiedział, gdy Magrat prze­cisnęła się między aktorami i przytuliła go do tego, co miłosier­nie można nazwać jej łonem. Przyszło mu do głowy, że nigdy jeszcze nie spoglądał łonu prosto w oczy, przynajmniej od czasów dzie­ciństwa. Świat potraktował go wyjątkowo okrutnie, zachowując to doświadczenie na po śmierci.

Delikatnie odsunął dłoń Magrat i zdjął z głowy wstrętną czap­kę z rogami. Odrzucił ją jak najdalej. Nie musiał już być błaznem, uświadomił sobie. Koniec zmartwień o przysięgi i wszystko. Jeśli dodać do tego łono, śmierć całkiem mu się spodobała.

- Nie zrobiłem tego - oznajmił książę.

Żadnego bólu, myślał Błazen. Zabawne. Z drugiej strony nie można przecież odczuwać bólu, kiedy jest się martwym. Marno­wałby się.

- Wszyscy widzieliście, że tego nie zrobiłem.

Śmierć patrzył na Błazna ze zdziwieniem. Sięgnął w fałdy swej szaty i wyjął klepsydrę. Miała dzwonki. Potrząsnął nią delikatnie i brzęknęła.

- Nie wydawałem rozkazów, by coś takiego się stało - oświad­czył spokojnie książę; jego głos dochodził z daleka, z miejsca gdzie przebywał jego umysł.

Zespół przyglądał mu się bez słowa. Nie można było nienawi­dzić kogoś takiego. Można było tylko odczuwać silne zakłopota­nie, że znalazło się zbyt blisko. Nawet Błazen był zakłopotany, a przecież nie żył.

Śmierć postukał w klepsydrę i przyjrzał się jej z bliska, żeby sprawdzić, czy się nie zepsuła.

- Wszyscy kłamiecie - rzekł książę powoli. - To bardzo nie­grzecznie.

Sennie, delikatnie dźgnął sztyletem kilku aktorów. Uniósł ostrze.

- Widzicie? Nie ma krwi. To nie byłem ja. Spojrzał na księżną, wyrastającą nad nim niby tsunami nad rybacką wioską.

- To ona - oświadczył. - Ona to zrobiła.

Ukłuł ją raz czy dwa, dla zasady, potem przebił siebie i wypu­ścił sztylet z palców.

Po chwili namysłu odezwał się głosem o wiele bliższym światów normalności:

- Teraz możesz mnie zabrać - zwrócił się do Śmierci. - Czy przeleci kometa? Musi być kometa, kiedy umiera książę. Pójdę zo­baczyć, dobrze?

Odszedł. Na widowni wybuchły oklaski.

- Musisz przyznać, że zachował się naprawdę po królewsku - stwierdziła w końcu Niania Ogg. - Trudno zaprzeczyć, że królew­skie rody stają się ekscentryczne o wiele lepiej niż podobni do mnie czy do ciebie.

Śmierć przyłożył klepsydrę do czaszki. Jego oblicze było ma­ską zdumienia.

Babcia Weatherwax podniosła sztylet i zbadała palcem ostrze. Z cichym zgrzytem, bez oporu wsunęło się w rękojeść.

Podała sztylet Niani.

- Masz swój czarodziejski miecz.

Magrat spojrzała na sztylet, potem na Błazna.

- Jesteś martwy czy nie? - spytała.

- Muszę być - odparł nieco zduszonym głosem. - Myślę, że trafiłem do raju.

- Nie żartuj. Pytam poważnie.

- Nie wiem. Ale chciałbym odetchnąć.

- W takim razie na pewno żyjesz.

- Wszyscy żyją - wyjaśniła Babcia. - To fałszywy sztylet. Pew­nie aktorom nie można powierzyć prawdziwego.

- Nie potrafią nawet utrzymać w czystości kociołka - dodała Niania.

- Czy wszyscy są żywi, czy nie, to moja sprawa - odezwała się księżna. - Jako władczyni, sama będę o tym decydować. Mój mąż najwyraźniej postradał zmysły. - Obejrzała się na żołnierzy. - Roz­kazuję...

- Teraz! - syknął Babci do ucha król Verence. - Teraz! Babcia Weatherwax wyprostowała się.

- Zamilcz, kobieto! - rzekła. - Przed tobą stoi prawdziwy król Lancre!

Klepnęła Tomjona w ramię.

- Kto? On?

- Kto? Ja?

- To śmieszne - oświadczyła księżna. - To przecież mim czy coś w tym rodzaju.

- Ona ma rację, proszę pani - zapewnił Tomjon, na krawę­dzi paniki. - Mój ojciec prowadzi teatr, nie królestwo.

- On jest prawowitym królem. Możemy to udowodnić.

- O nie. - Księżna nie słuchała dalej. - Nic z tego. W tym kró­lestwie nie będzie żadnych zaginionych następców, powracających po latach. Żołnierze... Bierzcie go.

Babcia Weatherwax uniosła dłoń. Żołnierze niepewnie prze-stępowali z nogi na nogę.

- Jest czarownicą, tak? - zapytał jeden z nich.

- Oczywiście - przyznała księżna. Żołnierze kręcili się zakłopotani.

- Słyszeliśmy, że zmieniają ludzi w kijanki.

- A potem topią ich statki.

- Tak. I trąbią na jazdę.

- Właśnie.

- Powinniśmy o tym porozmawiać. Za czarownice należy nam się premia.

- Przecież ona może z nami zrobić, co zechce. Patrzcie tyl­ko... Może nawet zadusić.

- Nie zachowujcie się jak durnie! - zirytowała się księżna. - Czarownice nie robią takich rzeczy. To tylko bajki, żeby straszyć ludzi.

Żołnierz pokręcił głową.

- Wyglądało to bardzo przekonująco.

- Oczywiście, że tak. Przecież tak miało... - zaczęła księżna. Potem westchnęła i wyrwała żołnierzowi włócznię.

- Pokażę wam, jaka jest moc tych czarownic - oświadczyła i ci­snęła ją prosto w twarz Babci.

Z szybkością atakującego węża Babcia przesunęła rękę i złapa­ła włócznię tuż za grotem.

- No tak - powiedziała. - Dochodzi już do tego.

- Nie boję się was, siostry wiedźmy - wycedziła księżna. Babcia przez kilka sekund patrzyła jej w oczy. Potem chrząk­nęła zdziwiona.

- Rzeczywiście - stwierdziła. - Nie boimy się, prawda...

- Czy myślisz, że was nie badałam? Wasza magia to sztuczki i iluzja dla zadziwienia słabych umysłów. Mnie nie przeraża. Czyń, na co cię stać.

Babcia przyglądała się jej przez chwilę.

- Na co mnie stać? - upewniła się.

Niania Ogg i Magrat szybko zeszły jej z drogi. Księżna zaśmia­ła się.

- Sprytna jesteś. Muszę ci to przyznać. I szybka. No chodź, wiedźmo. Sprowadź swoje ropuchy i demony, a ja...

Urwała. Przez chwilę otwierała i zamykała usta, nie wydając żadnego dźwięku. Ściągnęła wargi w stężałym grymasie przeraże­nia, spoglądając poza Babcię, poza świat, na coś innego. Uniosła do ust zaciśniętą pięść i jęknęła cicho. Zamarła jak królik, który zo­baczył gronostaja i bez żadnych wątpliwości wie, że to ostatni gro­nostaj, jakiego widzi w życiu.

- Co jej zrobiłaś? - spytała Magrat, która pierwsza ośmieliła się odezwać.

- Głowologia. - Babcia uśmiechnęła się z satysfakcją. - Do te­go nie jest potrzebna magia Czarnej Aliss.

- Tak, ale co zrobiłaś?

- Nikt nie staje się taki jak ona, jeśli nie zbuduje murów w umy­śle. Zburzyłam je. Każdy krzyk. Każde błaganie. Każde poczucie wi­ny, drgnienie sumienia. Wszystko naraz. Skromna sztuczka. - Rzu­ciła Magrat łaskawy uśmiech. - Jeśli chcesz, kiedyś cię nauczę.

Magrat zastanowiła się.

- To okropne - uznała.

- Bzdura. - Babcia uśmiechnęła się drapieżnie. - Każdy chce poznać swoje prawdziwe ja. Ona poznała.

- Czasami musisz być łagodna, żeby być okrutna - stwierdzi­ła z aprobatą Niania Ogg.

- To chyba najgorsze, co może się człowiekowi zdarzyć - uzna­ła Magrat. Księżna kołysała się do przodu i do tyłu.

- Na bogów, użyj swojej wyobraźni, dziewczyno - upomniała ją Babcia. - Są rzeczy o wiele gorsze. Igły pod paznokciami na przykład. Albo obcęgi.

- Rozżarzone do czerwoności noże wbite w pupę - dodała Niania. - Rękojeścią do przodu, żebyś pocięła sobie palce, próbu­jąc je wyjąć...

- To po prostu najgorsze, na co było mnie stać - oświadczyła dumnie Babcia. - I to, co należy. Czarownica tak właśnie powinna się zachowywać. Po co robić widowiskowe sztuki? Większa część magii dzieje się w głowie. To głowologia. A teraz, gdybyś...

Z ust księżnej wyrwał się odgłos podobny do wycieku gazu. Szarpnęła głowę do tyłu. Otworzyła oczy, zamrugała i skupiła wzrok na Babci. Czysta nienawiść wykrzywiła jej rysy.

- Straż! - krzyknęła. - Kazałam je pojmać! Babci opadła szczęka.

- Co? - zdumiała się. - Przecież... Przecież pokazałam ci two­je prawdziwe ja.

- I to miało mnie pokonać? - Żołnierze potulnie chwycili Babcię za ręce, a księżna przysunęła twarz do jej twarzy; krzacza­ste brwi zbiegły się w V tryumfującej nienawiści. - Powinnam wić się na podłodze, tak? Wiedz, stara kobieto, że zobaczyłam siebie, rozumiesz, i jestem z tego dumna! Zrobiłabym to wszystko zno­wu, tylko dłużej i mocniej. Bawiłam się tym, a postąpiłam tak, po­nieważ to mi się podobało!

Uderzyła pięścią w swoją szeroką pierś.

- Wy tępi idioci! Jesteście tacy słabi. Naprawdę wierzycie, że w głębi duszy ludzie są w zasadzie przyzwoici?

Wszyscy na scenie cofnęli się przed potęgą jej emocji.

- Zajrzałam w swoją duszę - oświadczyła. - I wiem, co popycha ludzi do czynu. To strach. Czysty, porażający strach. Nie ma wśród was nikogo, kto się mnie nie boi. Mogę sprawić, że będziecie szczę­kać zębami ze zgrozy. A teraz wezmę...

W tym miejscu Niania Ogg trafiła ją kociołkiem w tył głowy.

- Potrafi gadać, co? - rzuciła konwersacyjnym tonem. - Tro­chę jest ekscentryczna, moim zdaniem.

Zapadło długie, kłopotliwe milczenie.

Babcia Weatherwax odchrząknęła. Potem obdarowała trzy­mających ją żołnierzy promiennym, szczęśliwym uśmiechem. Wskazała kopiec, którym stała się księżna.

- Zabierzcie ją stąd i wrzućcie do jakiejś celi - poleciła. Żołnierze stanęli na baczność, potem chwycili księżną pod rę­ce i z niemałym wysiłkiem postawili na nogach.

- Tylko delikatnie - uprzedziła Babcia. Roztarła dłonie i zwróciła się do Tomjona, który przyglądał jej się z otwartymi ustami.

- Możesz mi wierzyć - syknęła. - Tutaj i teraz, mój chłopcze, nie masz żadnego wyboru. Jesteś królem Lancre.

- Aleja nie wiem, jak być królem!

- Wszyscy cię widzieliśmy. Robiłeś wszystko jak trzeba, nawet krzyki.

- To była gra!

- Więc graj. Być królem to... - Babcia zawahała się i pstryk­nęła palcami na Magrat. -Jak się nazywają te małe, których jest po sto we wszystkim?

Magrat zdziwiła się.

- Chodzi ci o procenty? - spytała.

- Właśnie o nie - zgodziła się Babcia. - Większość procentów bycia królem to, moim zdaniem, gra. Powinieneś świetnie sobie poradzić.

Tomjon zerknął za kulisy, skąd oczekiwał pomocy od Hwela. Krasnolud istotnie stał tam, jednak nie zwracał uwagi na scenę. Miał przed sobą tekst sztuki i poprawiał go z furią.

1   ...   10   11   12   13   14   15   16   17   18


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna