Terry pratchett



Pobieranie 1.43 Mb.
Strona17/18
Data27.04.2016
Rozmiar1.43 Mb.
1   ...   10   11   12   13   14   15   16   17   18

***

ALEŻ ZAPEWNIAM CIĘ, ŻE NIE JESTEŚ MARTWY

MOŻESZ MI WIERZYĆ.

Książę zachichotał. Znalazł gdzieś prześcieradło i owinął się nim. Teraz sunął jednym z opuszczonych zamkowych korytarzy. Czasami wołał „uuu" głuchym głosem.

Śmierci się to nie podobało. Był przyzwyczajony do ludzi twier­dzących, że nie umarli, ponieważ śmierć zawsze przychodzi znienacka i niektórzy potrzebują czasu, żeby się z tym pogodzić. Ale lu­dzie twierdzący po wielokroć, że są martwi, to całkiem nowe i nie­pokojące doświadczenie.

- Będę naskakiwał na ludzi - oświadczył książę rozmarzony. - Przez całą noc będę grzechotał kośćmi. Siądę na dachu i będę przepowiadał śmierć w domu.

TO BANSHEE.

- Zrobię tak, jeśli będę miał ochotę. - W głosie księcia za­brzmiało echo dawnej determinacji. - Będę przenikał przez ścia­ny, stukał w stoły i kapał ektoplazmą na każdego, kogo nie lubię. Cha, cha.

NIE UDA SIĘ. LUDZIOM ŻYWYM NIE WOLNO BYĆ DU­CHAMI. PRZYKRO MI.

Książę bez większych sukcesów spróbował przeniknąć przez ścianę, zrezygnował i drzwiami wyszedł na pokruszony fragment murów obronnych. Burza przycichła nieco i cienki sierp księżyca przyczaił się za chmurami, jak konik sprzedający bilety do wiecz­ności.

Śmierć przeszedł za nim przez mur.

- A właściwie - zapytał książę - skoro nie umarłem, to co ty tu robisz?

Wskoczył na mur i załopotał prześcieradłem. CZEKAM.

- A czekaj sobie, kościana gębo! - zawołał tryumfująco ksią­żę. - Będę unosił się w świecie zmierzchu, znajdę sobie jakieś łań­cuchy do dzwonienia, będę...

Cofnął się o krok, stracił równowagę, przewrócił się, runął ciężko na mur i zaczął się zsuwać. Przez chwilę pozostałość jego prawej dłoni bezskutecznie drapała kamienie; potem zniknęła.

Śmierć w oczywisty sposób znajduje się potencjalnie wszędzie równocześnie. W pewnym sensie nie bardziej prawdziwe jest stwier­dzenie, że stał na blankach i z roztargnieniem strącał nie istnieją­ce cząstki lśniącego metalu z ostrza kosy, niż to, że stał po pas w spienionych, najeżonych kamieniami wodach na dnie wąwozu Lancre. Jego wapienne spojrzenie, przeszukujące pobliski teren, zatrzymało się nagle w miejscu, gdzie nurt płynął o kilka zdradziec­kich cali nad łożem kanciastych kamieni.

Po chwili książę usiadł, przejrzysty na tle fosforyzujących fal.

- Będę krążył po korytarzach - oznajmił. - Będę szeptał pod drzwiami w spokojne noce. - Jego głos przycichł, stał się prawie niesłyszalny w nieustającym huku fal. - Sprawię, że wiklinowe krze­sła będą trzeszczeć przerażająco. Zobaczysz jeszcze.

Śmierć uśmiechnął się.

TERAZ MÓWISZ Z SENSEM.

Zaczęło padać.
***

Deszcz w Ramtopach ma niezwykłą zdolność przenika­nia, która sprawia, że wobec niego zwykły deszcz wydaje się niemal zasuszony. Całymi strumieniami lał się na zam­kowe dachy i sprawiał wrażenie, że przesącza się jakoś przez da­chówki, wypełniając wielki hol nieprzyjemną wilgocią.

W sali zebrała się połowa mieszkańców Lancre. Na zewnątrz szum deszczu zagłuszał nawet odległy ryk rzeki. Deszcz nasączał scenę. Z malowanych dekoracji ściekały kolory, a jedna kurtyna zsunęła się z pręta i smętnie opadła w kałużę.

Wewnątrz Babcia Weatherwax zakończyła przemowę.

- Zapomniałaś o koronie - szepnęła Niania Ogg.

- Aha - mruknęła Babcia. - Właśnie, korona. Jak widzicie, mają na głowie. Kiedy aktorzy wyjeżdżali, ukryłyśmy ją między in­nymi koronami, ponieważ nikt by jej tam nie szukał. Patrzcie, jak świetnie na niego pasuje.

Trzeba wyrazić uznanie dla Babcinej siły przekonywania, po­nieważ wszyscy zobaczyli, jak doskonale korona pasuje na Tomjona. Jedynym, który tego nie zauważył, był sam Tomjon świa­dom, że tylko uszy powstrzymują ją od przekształcenia się w na­szyjnik.

- Wyobraźcie sobie to wrażenie, kiedy włożył ją po raz pierw­szy - ciągnęła Babcia. - Podejrzewam, że doznał kuriozalnego uczucia mrowienia.

- Szczerze mówiąc, czułem raczej... - zaczął Tomjon, ale nikt go nie słuchał. Wzruszył ramionami i przechylił się w stronę Hwela, który pisał pracowicie.

- Czy „kuriozalne" oznacza „nieprzyjemne"? - szepnął. Krasnolud zwrócił ku niemu nie widzące spojrzenie.

- Co?

- Pytałem, czy „kuriozalne" oznacza „nieprzyjemne".



- Jak... Aha. Nie. Nie sądzę.

- Więc co to znaczy?

- Nie wiem. Chyba podłużne. - Wzrok Hwela jak namagnetyzowany powracał do rękopisu. - Pamiętasz może, co powiedział po tych wszystkich jutrach? Nie dosłyszałem tego kawałka potem...

- I naprawdę nie musiałeś wszystkim ogłaszać, że byłem adop­towany - oświadczył Tomjon.

- Ale tak było, rozumiesz - odparł Hwel. - Lepiej w tych spra­wach być uczciwym. Czy on ją przebił sztyletem, czy tylko oskarżył?

- Nie chcę być królem - szepnął chrapliwie Tomjon. - Wszy­scy mówią, że jestem podobny do ojca.

- Zabawna rzecz z tym podobieństwem - mruknął z roztar­gnieniem krasnolud. - Wiesz, gdybym ja był podobny do swojego ojca, tkwiłbym teraz sto stóp pod ziemią i kuł skały, podczas gdy...

Zamilkł. Wpatrywał się w ostrze swego pióra, jakby niepomier­nie go fascynowało.

- Podczas gdy co?

- Hę?


- Czy ty w ogóle słuchasz?

- Już kiedy pisałem, wiedziałem, że coś nie pasuje. Wiedzia­łem, że powinno być odwrotnie... Co? A tak. Bądź królem. To do­bra posada. W każdym razie wydaje się, że jest na nią sporo chęt­nych. Cieszę się. Kiedy już zostaniesz królem, będziesz mógł ro­bić, co zechcesz.

Tomjon przyjrzał się twarzom najświetniejszych obywateli Lancre. Miały wyraz czujny, chytry, jak u publiczności na wystawie by­dła. Oceniali go. Zimny, lepki pot zlał go na myśl, że kiedy już zo­stanie królem, będzie mógł robić, co zechce. Pod warunkiem że zechce zostać królem.

- Możesz zbudować własny teatr. - Oczy Hwela błysnęły. - Z ty­loma zapadniami, ile ci się spodoba, i ze wspaniałymi kostiumami. Co noc mógłbyś grać w nowej sztuce. Wiesz, Disk wyglądałby przy nim jak szopa.

- Kto by mnie oglądał?

- Wszyscy.

- Jak to? Każdej nocy?

- Mógłbyś im rozkazać - wyjaśnił Hwel, nie podnosząc głowy.

Wiedziałem, że to powie, myślał Tomjon. Ale nie mówi po­ważnie, dodał wielkodusznie. Ma swoją sztukę. Tak naprawdę nie istnieje w tym świecie ani w tej chwili.

Zdjął koronę i obrócił ją w rękach. Zrobiona była z niewielkiej ilości metalu, a jednak wydawała się bardzo ciężka. Ciekawe, czy będzie cięższa, jeśli zacznie ją nosić przez cały czas.

U szczytu stołu stało puste krzesło, na którym siedział -jak go zapewniono - duch jego prawdziwego ojca. Tomjon chciałby stwierdzić, że kiedy go przedstawiono, doznał czegoś więcej niż wrażenie lodowatego podmuchu i brzęczenie w uszach.

- Chyba mógłbym pomóc ojcu spłacić Disk - mruknął.

- Owszem, to milo z twojej strony - zapewnił Hwel. Tomjon kręcił koronę w palcach, słuchając rozmów toczących się dookoła.

- Piętnaście lat? - spytał burmistrz Lancre.

- Nie było wyjścia - odparła Babcia Weatherwax.

- Tak mi się zdawało, że w zeszłym tygodniu piekarz trochę się pospieszył...

- Nie, nie - przerwała niecierpliwie czarownica. - To nie dzia­ła w ten sposób. Nikt niczego nie stracił.

- Według mnie - oświadczył człowiek pracujący jako wikary, pisarz miejski i grabarz równocześnie - wszyscy straciliśmy piętna­ście lat.

- Nie, zyskaliśmy je - zaprotestował burmistrz. - To logiczne. Czas jest niby kręta droga, a my ruszyliśmy skrótem na przełaj.

- Wcale nie. - Pisarz miejski podsunął mu kartkę papieru. - Proszę spojrzeć...

Tomjon pozwolił, by zamknęły się nad nim fale dysputy.

Wszyscy chcieli, żeby został królem. Nikt nawet się nie zasta­nowił nad jego pragnieniami. Jego opinie się nie liczyły.

Nie, nie tak. Nikt nie chciał, żeby to właśnie on został królem. Nie konkretnie on. Po prostu okazało się to wygodne.

Złoto nie matowieje, przynajmniej nie fizycznie. Tomjon czuł jednak, że cienki pasek metalu w jego rękach ukazuje nieprzyjem­ną głębię połysku. Korona spoczywała na zbyt wielu niespokoj­nych głowach. Kiedy przysuwał ją do ucha, słyszał krzyki.

Uświadomił sobie nagle, że ktoś mu się przygląda, że czyjś wzrok przesuwa się po jego twarzy niby płomień palnika po ścia­nie. Podniósł głowę.

To trzecia czarownica, ta młoda... najmłodsza, bardzo prze­jęta i z fryzurą w stylu żywopłotu. Siedziała obok byłego Błazna z taką miną, jakby posiadała pakiet kontrolny.

To nie jego minie się przyglądała. Badała rysy twarzy. Gałki oczne niby cyrkiel mierzyły go od karku po grzbiet nosa. Uśmiech­nął się do niej mężnie, ale nie zwróciła na to uwagi. Jak wszyscy.

Tylko Błazen go zauważył i odpowiedział przepraszającym uśmieszkiem i dyskretnym machnięciem palców, które mówiło: „Co tu robimy? My, ludzie rozsądni". Kobieta znowu się przygląda­ła, przechylała głowę i mrużyła oczy. Od czasu do czasu zerkała na Błazna, a potem znów na Tomjona. Po chwili szepnęła coś na ucho najstarszej czarownicy, która jako jedyna w całej wilgotnej, dusznej sali zdobyła kufel piwa.

Zaczęły gorącą, szeptaną dyskusję. Tomjon pomyślał, że to niezwykle kobiecy sposób rozmowy. Zwykle takie konwersacje od­bywają się w progu, a ich uczestniczki stoją z założonymi na pier­siach rękami. A jeśli ktokolwiek okaże się nieuprzejmy i przejdzie obok, milkną natychmiast i obserwują go w milczeniu, póki nie znajdzie się poza zasięgiem głosu.

Zdał sobie sprawę, że Babcia Weatherwax umilkła, a cała sa­la patrzy na niego wyczekująco.

- Tak? - zapytał.

- Rozsądnie byłoby wyznaczyć koronację na jutro - odparła Babcia. - Niedobrze, by królestwo nie miało władcy. Nie lubi tego.

Wstała, odsunęła krzesło, podeszła i wzięła Tomjona za rękę. Ruszył za nią pokornie do tronu. Tam oparła mu dłonie na ra­mionach i zmusiła, by usiadł na wytartych, czerwonych aksamit­nych poduszkach.

Zazgrzytały odsuwane ławy i stołki. Tomjon rozejrzał się prze­rażony.

- Co się dzieje? - zapytał.

- Spokojnie. Będą kolejno podchodzić i przysięgać ci wier­ność. Kiwaj uprzejmie głową i pytaj każdego, czym się zajmuje i czy jest zadowolony. Aha, i lepiej oddaj im koronę.

Tomjon zdjął ją szybko.

- Po co? - zapytał.

- Chcą ci ją ofiarować.

- Przecież już ją mam! Babcia westchnęła ciężko.

- Tylko w tym, jak mu tam, rzeczywistym sensie - wyjaśniła. - Chodzi o coś bardziej ceremonialnego.

- To znaczy nierzeczywistego?

- Tak. Ale o wiele ważniejszego. Tomjon ścisnął poręcze tronu.

- Sprowadź mi Hwela - polecił.

- Nie, musisz to robić jak należy. To ważne, rozumiesz. Naj­pierw rozmawiasz z...

- Powiedziałem: sprowadź mi krasnoluda. Nie słyszałaś, ko­bieto?

Tym razem Tomjon wymówił to właściwym głosem z odpo­wiednią intonacją, ale Babcia dzielnie stawiła mu czoło.

- Chyba nie całkiem zdajesz sobie sprawę, do kogo mówisz, młody człowieku - rzekła.

Tomjon uniósł się nieco. Grał już wielu królów i większość nie należała do władców, którzy ściskają ręce podwładnym i pytają, czy są zadowoleni z pracy. O wiele częściej byli typem królów, którzy rzucają ludzi do bitwy o piątej w mroźny ranek, a jednak potrafią ich przekonać, że to lepsze niż leżenie w łóżku. Tomjon przywołał ich wszystkich w pamięci i potraktował Babcię z królewską wyższo­ścią, dumą i arogancją.

- Myśleliśmy, że zwracamy się do poddanej - oświadczył. -A teraz czyń, co rozkazaliśmy.

Przez kilka sekund Babcia z absolutnie nieruchomą twarzą zastanawiała się, co dalej. Potem uśmiechnęła się do siebie i rzu­ciła swobodnie:

- Jak sobie życzysz.

Po chwili wyrwała z siedzenia wciąż piszącego Hwela.

Krasnolud skłonił się sztywno.

- Żadnych takich - warknął Tomjon. - Co mam robić?

- Nie wiem. Chcesz, żebym ci napisał mowę dziękczynną?

- Mówiłem przecież: nie chcę być królem.

- To z mową dziękczynną mogą być kłopoty - przyznał krasnolud. - Czy dobrze się zastanowiłeś? Król to wspaniała rola.

- Ale jedyna, którą można grać!

- Hm... W takim razie zwyczajnie powiedz im „nie".

- Tak po prostu? Czy to coś da?

- Zawsze warto spróbować.

Grupa dygnitarzy Lancre zbliżała się właśnie z koroną na po­duszce. Wyraz ich twarzy znamionował głęboki szacunek połączo­ny z cieniem zadowolenia z siebie. Nieśli koronę, jakby był to Pre­zent dla Grzecznego Chłopczyka.

Burmistrz Lancre chrząknął, zasłaniając usta dłonią.

- Przygotowanie uroczystej koronacji wymaga czasu - zaczął. - Chcielibyśmy jednak...

- Nie - rzekł Tomjon. Burmistrz zawahał się.

- Słucham?

- Nie przyjmę jej.

Burmistrz zawahał się znowu. Poruszył wargami, a oczy za­szkliły mu się lekko. Uznał, że wyraźnie gdzieś się zgubił i postano­wił, że najlepiej będzie zacząć od początku.

- Przygotowanie uroczystej koronacji wymaga... - podjął.

- Nie wymaga - przerwał mu Tomjon. - Nie będę królem. Burmistrz zamykał i otwierał usta niczym karp.

- Hwel - szepnął Tomjon zrozpaczony. - Ty jesteś dobry w sło­wach.

- Problem, jaki tu widzimy - oświadczył krasnolud - polega na tym, że „nie" najwyraźniej nie mieści się w zakresie możliwości, ja­kie ci pozostają, kiedy otrzymujesz koronę. Mam wrażenie, że pogodziłby się z „może".

Tomjon wstał i chwycił koronę. Uniósł ją nad głową niby tamburyn.

- Słuchajcie wszyscy! - zawołał. - Dziękuję za propozycję. To wielki zaszczyt. Ale nie mogę go przyjąć. Nosiłem więcej koron, niż moglibyście zliczyć, a jedyne królestwo, którym potrafię rzą­dzić, ma z przodu kurtynę. Przykro mi.

Odpowiedziała mu martwa cisza. Chyba dobrał nieodpowied­nie słowa.

- Drugi problem - rzucił swobodnie Hwel - to że tak napraw­dę nie masz wyboru. Ty jesteś królem, rozumiesz? Na tę posadę zostajesz przyjęty w chwili urodzenia.

- Nie umiem dobrze rządzić!

- To bez znaczenia. Król to nie coś, w czym jesteś dobry. To coś, czym jesteś.

- Nie możesz mnie tu zostawić! Tu są tylko lasy!

Znowu poczuł duszący mroźny podmuch i w uszach mu zaszu­miało. Przez chwilę zdawało mu się, że widzi zwiewnego jak mgła, wysokiego, smutnego mężczyznę, błagalnie wyciągającego rękę.

- Przykro mi - wyszeptał. - Naprawdę.

Przez niknącą sylwetkę zobaczył czarownice, obserwujące go z uwagą.

- Masz tylko jedną szansę - odezwał się z tylu Hwel. - Jeśli znajdzie się inny następca. Nie pamiętasz jakichś braci albo sióstr?

- Nikogo nie pamiętam, Hwel, ja...

Wśród czarownic znowu wybuchła gwałtowna dyskusja. A po­tem Magrat przemaszerowała przez salę, kroczyła niby fala przypły­wu, niby krew uderzająca do głowy, strącając z ramienia dłoń Bab­ci Weatherwax, zmierzając do tronu jak grot strzały i ciągnąc za so­bą Błazna.


***

- Hej tam!

- Halo!

- Hm, przepraszam, czy ktoś nas słyszy?



Zamek w górze pełen był gwaru i radości. Nikt nie słyszał bła­galnych i rozgorączkowanych głosów, odbijających się echem w ko­rytarzach lochów, z każdą godziną bardziej błagalnych i bardziej rozgorączkowanych.

- Hej tam! Przepraszam bardzo! Billem ma tą straszną... rzecz od szczurów. Jeśli wolno... Uaaa!

Pozwólmy kamerze umysłu przesuwać się wolno wzdłuż mrocznych korytarzy, ujmować mokrą pleśń, rdzewiejące łańcu­chy, wilgoć, cienie...

- Czy ktoś nas słyszy? Tego już naprawdę za wiele! To chyba ja­kaś pomyłka, patrzcie, peruki się zdejmują...

Niech proszące echa gasną w zasnutych pajęczyną kątach, wśród pełnych gryzoni tuneli, póki nie staną się jedynie szmerem na granicy słyszalności.

- Hej! Hej, przepraszamy, pomocy!

Ktoś musi tu znowu przyjść. W tych dniach...
***

Jakiś czas później Magrat spytała Hwela, czy jest zwolen­nikiem długiego narzeczeństwa. Krasnolud przerwał pra­cę przy załadunku wozów. A w każdym razie nadzorowania załadunku. Realna fizyczna pomoc byłaby dość trudna, gdyż poprzedniego dnia pośliznął się na czymś i złamał nogę.

- Najwyżej tydzień - odparł. - Z popołudniówkami, ma się rozumieć.
***

Minął miesiąc. Jesienny zapach wilgotnej ziemi unosił się nad aksamitnie czarnymi wrzosowiskami, gdzie rozmyte światło gwiazd odbijało się w iskierce ognia. Głaz stał na miejscu, jednak gotów do ucieczki, gdyby w pobli­żu pojawili się jacyś widzowie.

Czarownice siedziały w milczeniu. To spotkanie nie miało szans na pozycję w pierwszej setce najbardziej ekscytujących saba­tów wszech czasów. Gdyby Musorgski je zobaczył, noc na łysej gó­rze skończyłaby się wczesnym popołudniem. W końcu odezwała się Babcia Weatherwax.

- Myślę, że bankiet był udany.

- Najadłam się po uszy - oznajmiła z dumą Niania Ogg. - A moja Shirl pomagała w kuchni i przyniosła trochę resztek.

- Słyszałam - stwierdziła chłodno Babcia - że zginęło pół świ­ni i trzy butelki musującego wina.

- To miło, że niektórzy pamiętają jeszcze o starszych - rzekła całkiem nie zawstydzona Niania. - Mam też kubek koronacyjny. - Wyjęła go. - Tu jest napisane „Viva Verence II Rex". To zabaw­ne, że nazywają go Rex. Ale nie uchwycili podobieństwa. Nie pa­miętam, żeby uszko sterczało mu z głowy.

Po raz kolejny zapadło długie i straszliwie uprzejme milczenie. Wreszcie głos zabrała Babcia.

- Byłyśmy trochę zdziwione, że cię nie było, Magrat.

- Myślałyśmy, że będziesz siedziała na honorowym miejscu. Myślałyśmy, że się tam przeprowadziłaś. Magrat wpatrywała się we własne stopy.

- Nie byłam zaproszona - odparła cicho.

- A po co zaproszenie? - zdziwiła się Babcia. - Nas też nikt nie zapraszał. Ludzie nie zapraszają czarownic, po prostu wiedzą, że się zjawimy, jeśli nam przyjdzie ochota. I szybko znajdują dla nas miejsce - dodała z niejakim zadowoleniem.

- Widzicie, był bardzo zajęty. - Magrat zwracała się do swych stóp. - Porządkował wszystko... No wiecie. Jest bardzo mądry. W głębi.

- Bardzo trzeźwy młodzieniec - zgodziła się Niania.

- Zresztą dziś pełnia - przypomniała Magrat pospiesznie. -O pełni księżyca trzeba się zjawiać na sabacie, nieważne, co jeszcze jest na rzeczy.

- Czyżbyście...? - zaczęła Niania Ogg, ale Babcia szturchnęła ją mocno pod żebro.

- Dobrze, że stara się zapanować nad królestwem - pocieszy­ła młodszą koleżankę Babcia. - To dowodzi rozsądku. Myślę, że prędzej czy później załatwi wszystkie zaległe sprawy. Królowanie to bardzo czasochłonne zajęcie.

- Tak - przyznała Magrat ledwie dosłyszalnie. Cisza, która nastąpiła, była niemal dotykalna. Przerwała ją Niania głosem jasnym i kruchym jak lód.

- Wiecie co? Przyniosłam ze sobą flaszkę wina z bąbelkami - oznajmiła. - Na wypadek gdyby on... gdyby... gdybyśmy miały ocho­tę się napić - dokończyła i machnęła butelką.

- Nie chcę - powiedziała smętnie Magrat.

- Napij się, dziewczyno - namawiała ją Babcia Weatherwax. - Dobrze ci zrobi na płuca. Noc jest chłodna.

Przyjrzała się Magrat, gdy księżyc wypłynął zza swojej chmury.

- Wiesz, włosy masz chyba trochę tłuste - zauważyła. - Wyglą­dają, jakbyś nie myła ich od miesiąca. Magrat wybuchnęła płaczem.
***

Ten sam księżyc świecił na niczym się nie wyróżniające miasteczko Rham Nitz, jakieś dziewięćdziesiąt mil od Lancre.

Tomjon wśród burzy oklasków zszedł ze sceny po ostatnim akcie Trolla z Ankh. Setka ludzi miała dziś wracać do domów za­stanawiając się, czy trolle naprawdę są takie złe, jak zawsze sądzi­li. Oczywiście, to w żaden sposób nie przeszkodzi im nie cierpieć trolli tak samo jak dotąd.

Hwel poklepał go po ramieniu. Chłopak siedział przy stole charakteryzacyjnym i zdrapywał gęstą szarą maź, pod którą miał wyglądać jak chodząca skała.

- Dobra robota - pochwalił krasnolud. - Scena miłosna w sam raz. A kiedy się odwróciłeś i ryknąłeś na maga, nie wierzę, żeby na sali zostało jedno suche siedzenie.

- Wiem.


Hwel zatarł ręce.

- Możemy sobie dzisiaj pozwolić na tawernę - stwierdził. - Więc gdybyśmy tylko...

- Będziemy spać na wozach - odparł stanowczo Tomjon, oglą­dając się w odłamku lustra.

- Ale wiesz, ile Bła... ile król nam dał? Wystarczy na puchowe łoża przez całą drogę do domu.

- Będą sienniki i porządny zysk. A za zysk kupimy ci bogów z nieba i demony z piekła, i tyle zapadni, że ich nie zliczysz, moja ozdobo trawnika.

Dłoń Hwela spoczęła na ramieniu Tomjona. Potem krasnolud powiedział:

- Masz rację, szefie.

- Pewnie, że mam. Jak ci idzie sztuka?

- Hm? Jaka sztuka? - spytał niewinnie Hwel. Tomjon ostrożnie zdjął gipsowy fałd czołowy.

- Przecież wiesz. Ta sztuka. O królu Lancre.

- A, ta. Idzie jakoś, idzie. W tych dniach powinienem ją skoń­czyć. - Hwel szybko zmienił temat. - Wiesz, wystawiając w mia­stach po drodze moglibyśmy dojechać do rzeki i popłynąć barką do domu. Przyjemnie by było, co?

- Ale możemy wracać lądem, grać w miasteczkach po drodze i zebrać więcej gotówki. Tak będzie lepiej, prawda? - Tomjon uśmiechnął się. - Dzisiaj zebraliśmy sto trzy miedziaki; liczyłem w czasie mowy Sądu. To prawie sztuka srebra ponad koszta.

- Jesteś synem swego ojca, nie ma wątpliwości - stwierdził Hwel.

Tomjon przyjrzał się sobie w lustrze.

- Tak - przyznał. - Chyba lepiej, gdybym był.
***

Magrat nie lubiła kotów i nienawidziła samej myśli o pu­łapkach na myszy. Zawsze uważała, że z takimi stworze­niami jak myszy możliwe jest zawarcie swego rodzaju umowy, by cała dostępna żywność była dzielona w najlepszym in­teresie obu stron. Był to pogląd wyjątkowo humanitarny, inaczej mówiąc taki, którego myszy nie podzielały. Dlatego jej zalana księ­życowym blaskiem kuchnia wydawała się żywa.

Kiedy zabrzmiało pukanie do drzwi, cała podłoga rzuciła się pod ściany.

Po kilku sekundach pukanie się powtórzyło. Znowu nastała cisza. A potem stukanie zatrzęsło drzwiami na zawiasach.

- Otwierać w imieniu króla! - krzyknął głos.

- Nie musicie tak krzyczeć - upomniał go drugi głos. - Po co krzyki? Nie kazałem wam przecież krzyczeć. Takie krzyki każdego mogą wystraszyć.

- Przepraszam, sire! To należy do moich obowiązków, sire!

- Może zapukajcie jeszcze raz. Tylko tym razem delikatnie. Stukanie było może trochę cichsze. Spadł fartuch Magrat, wi­szący na haczyku wbitym w drzwi.

- Jesteście pewni, że sam nie mogę tego robić?

- Nie uchodzi, żeby król stukał do drzwi nędznego domku. Proszę zostawić to mnie. OTWIERAĆ W IMIENIU...

- Sierżancie!

- Przepraszam, sire. Zapomniałem się.

- Sprawdźcie skobel.

Rozległ się odgłos czyjegoś intensywnego wahania.

- Nie podoba mi się to, sire. Może być niebezpiecznie. Gdy­bym miał coś doradzić, sire, podpaliłbym strzechę.

- Podpalił?

- Tak, sire. Zawsze to robimy, kiedy nie otwierają drzwi. Od ra­zu wychodzą.

- Nie sądzę, żeby to było właściwe, sierżancie. Raczej sprawdzę skobel, jeśli wam to nie przeszkadza.

- Serce mi pęka, gdy na to patrzę, sire.

- Cóż, przykro mi.

- Moglibyście, sire, pozwolić mi przynajmniej je wyważyć.

- Nie!


- A może bym podłożył ogień pod wygódkę?

- Wykluczone.

- Ten kurnik w kącie zająłby się na...

- Sierżancie!

- Sire!

- Wracajcie do zamku.



- Jak to? I zostawić was samego, sire?

- Sierżancie, chodzi o sprawę wyjątkowo delikatną. Jestem pe­wien, że wasze zalety są nieocenione, niemniej jednak w pewnych sytuacjach nawet król musi zostać sam. Rozumiecie, chodzi o mło­dą kobietę.

- Ach... Rozumiem, sire.

- Dziękuję. Pomóżcie mi zsiąść.

- Przepraszam za to wszystko, sire. Byłem nietaktowny.

- Nie ma o czym mówić.

- Gdybyście potrzebowali pomocy, żeby ją rozpalić...

- Proszę... Wracajcie do zamku, sierżancie.

- Tak jest, sire. Skoro jesteście pewni, sire... Dziękuję, sire.

- Sierżancie...

- Słucham, sire.

- Potrzebny mi ktoś, kto odwiezie moją czapkę i dzwonki do Gildii Błaznów w Ankh-Morpork, skoro ją opuszczam. Mam wra­żenie, że jesteście idealnym człowiekiem do tej misji.

- Dziękuję, sire. Bardzo jestem zobowiązany.

- To wasz, hm, zapał do służby. I jeszcze coś...

- Tak, sire?

- Dopilnujcie, żeby położyli was spać w pokojach gościnnych.

- Tak jest, sire. Dziękuję, sire.

Zabrzmiał stukot kopyt oddalającego się konia. Kilka sekund później brzęknął skobel i Błazen wsunął się do wnętrza.

Wejście nocą do kuchni czarownicy wymaga niezwykłej odwa­gi. Chyba jednak nie większej niż noszenie fioletowej, haftowanej na brzegach koszuli z aksamitnymi rękawami. Co prawda miała pewną zaletę: nie było przy niej dzwonków.

Błazen przywiózł butelkę musującego wina i bukiet kwiatów. Jedno i drugie w drodze straciło świeżość. Położył je na stole i usiadł przy gasnącym ogniu na kominku.

Przetarł oczy. Miał za sobą ciężki dzień. Czuł, że nie jest do­brym królem, miał jednak ogromne doświadczenie. Przez całe ży­cie starał się być kimś, kim nie był. Ciężko pracował, żeby to osią­gnąć. O ile wiedział, żaden z jego poprzedników tego nie próbował.

Miał mnóstwo pracy, mnóstwo do naprawienia, mnóstwo do zorganizowania...

A przede wszystkim musiał jakoś rozwiązać problem księżnej. Czuł, że słusznie zrobił, przenosząc ją do wygodniejszej celi w jed­nej z przewiewnych zamkowych wież. Była w końcu wdową. Powi­nien być dobry dla wdów. Ale dobrocią niewiele u księżnej zyski­wał; nie rozumiała jej i myślała, że to tylko słabość. Bardzo się bał, że w końcu trzeba będzie ściąć jej głowę.

Nie, królowanie to nic zabawnego. Ucieszyła go ta myśl. Przy­najmniej tyle zyskał.

Po chwili zapadł w sen.

1   ...   10   11   12   13   14   15   16   17   18


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna